Czytanie Myśliwskiego albo koniec lata, a właściwie początek jesieni



No to przeczytałam – zadając sobie na przemian w trakcie tego minionego już lata pytania „ależ to dobre, czemu nie sięgnęłam po to wcześniej” oraz „dlaczego ja latem nie czytam książek nieco lżejszych, no dlaczego”. Bo to jest trochę tak, że wychodzi wtedy z człowieka czytelnicza przekora: podoba się, ciekawi, ma się wrażenie, że robi się coś, co się chciało – ale i ciągnie ku półkom, na których przechowuje się lektury lżejsze, na lato właśnie. Jak się czyta Myśliwskiego? Z perspektywy tych wszystkich książek można odpowiedzieć długo, ale można i krótko.


Odpowiedź krótka

Dobrze się czyta. To pisarz, którego trudno pomylić z kimś innym: ma własny, wypracowany styl, co nie znaczy jednak, że pisze tak samo. Owszem, są w jego twórczości obsesje, które powracają: ulotność i stałość pamięci, doświadczenie wojny, dzieciństwo, wieś (i dzieciństwo na wsi), czy ten pamiętający „ja” to ten sam „ja”, co zapamiętany. Ale równocześnie Myśliwski eksperymentuje z formami (mamy więc rzeczy pisane „cięgiem”, jak „Pałac”, mamy klasyczną, ponazywaną strukturę rozdziałową w „Widnokręgu”, mamy rozdzielanie kolejnych etapów historii liczbami), przerabia i udoskonala pewne motywy (jak choćby motyw kolekcjonowania i zbieractwa, i tracenia, przedmiotów wiążących naszą pamięć z ludźmi, miejscami i czasami). Przesuwa punkty ciężkości i zainteresowania z jednego miejsca w inne – wieś więc staje się z pierwszego, głównego, nieco dalszym, „telnym” (będącym w tle), gdyby istniało takie słowo.

Ale to jest taka odpowiedź raczej standardowa, więc jeśli zastanawiacie się, czy czytać – czytać, jak najbardziej czytać. Ale gdybyście mieli ochotę napić się herbaty i przeczytać nieco bardziej rozbudowaną wypowiedź, zapraszam niżej. 
 
 
 
Odpowiedź długa

Bo Myśliwskiego czyta się trudno – i to, że trudno, łączy się z tym, że dobrze. Dlaczego? Nawet nie dlatego, że to jest pewien rodzaj prozy dobry do konsumowania „w kawałkach”. Moim zdaniem w kawałkach trudno się przez to brnie – bo łatwo sprowadzić powieści autora do zbioru bardzo celnych uwag, pięknych zdań, intrygujących obrazów. Wtedy znika jakoś całość: a to, w jaką całość każda z nich się składa, jest – moim zdaniem – intrygujące.

Myśliwski bowiem w cudowny sposób te książki – z braku lepszego słowa – rozgrywa. Na pierwszy rzut oka mogą się wydawać urwane, niedokończone, niewyjaśnione. Bo faktycznie, jakaś tajemnica zwykle zostaje. Co się stało z Michałem w „Kamieniu na kamieniu”? Jaki był los rodziny bohatera „Traktatu o łuskaniu fasoli”? Co przytrafiło się Annie z „Widnokręgu”? Jak właściwie kończy się historia bohaterów „Ostatniego rozdania”? To wszystko są pytania, które jednostkowo, to znaczy w konkretnym miejscu, wyjaśnione nie zostają – ale autor pozwala nam dedukować, zbierać po całej książce drobne kamyczki-podpowiedzi, oglądać je ze wszystkich stron i myśleć „hm – może było tak?”, „a może – inaczej?”. Myśliwski bowiem umie pisać tak, by zostawiać szerokie pole dla czytelnika. Nie jest to jednak takie pole, które wynika z pewnych pisarskich braków (jak wtedy, gdy na koniec powieści łapiecie się za głowę z okrzykiem „ale o czym to w ogóle było? Kto tu zrobił co?”), ale z wyjątkowego talentu do snucia historii, które – choć zapętlone – wyjaśniają się w wewnętrznej dynamice historii. Co to znaczy? Że te odpowiedzi tam są: nie jakieś jedne, zwarte, konkretne odpowiedzi, ale podpowiedzi, na których następnie możemy budować własne interpretacje.

To takie czytanie uczy pokory – nie w rodzaju „a, za głupi na to jestem”, ale takiej pokory, która sprawia, że otwieramy się na interpretacje, na nowe pomysły, które są nam w stanie przedstawić nieco inny punkt widzenia, naświetlić problem z wielu perspektyw. Pod tym względem także lektura próz Myśliwskiego jest cennym doświadczeniem. Nie ma co ukrywać, że autor – chociaż lubuje się w pierwszoosobowym, rozgadanym narratorze – tego swojego ukochanego bohatera stopniuje, cieniuje, nadaje mu cechy charakterystyczne. Owszem, narratorzy „Widnokręgu” i „Ostatniego rozdania” – z dalekim echem także w „Nagim sadzie” – mają w sobie coś podobnego: ale ich język, sposoby metaforyzowania, dobór historii, to wszystko jest zupełnie inne.

Co nie oznacza, że sprawa jest taka zupełnie prosta. Bo widzicie, zdałam sobie sprawę, że takie planowe czytanie Myśliwskiego od jego książkowego debiutu po książkę póki co ostatnią, nie daje do końca podobnego efektu, jak z Lemem. W tym sensie, że nie miałam wrażenia, że śledzę rozwój warsztatu pisarskiego. Myśliwski zaczął pisać późno i to widać: wyskakuje na nas już jako pisarz dojrzały i ukształtowany. Poszczególne jego prozy zamiast schodów przypominają raczej cegiełki. Nie oznacza to jednak, że wszystkie te książki są równe. Niektóre są bardzo trudne do czytania, bo forma jest trudna („Pałac”), inne – bo ma się wrażenie skądś-to-już-znania („Traktat o łuskaniu fasoli”), jeszcze inne są jakby rozwinięciem pewnych znanych już z twórczości autora motywów („Ostatnie rozdanie”).

Wszystko to sprawia, że czytanie Wiesława Myśliwskiego to jest arcyciekawa przygoda poznawcza. Oczywiście, czasami przysypiałam (bardzo długo czytany „Pałac” tak na mnie wpływał), zżymałam się, że trochę tu za dużo tego, co znam, a kunszt objawia się w skąpo dawkowanym detalu (takie wrażenie wywarł na mnie „Traktat...”), ale i mlaskałam zachwycona konstrukcją (jak w gorąco polecanym „Widnokręgu”) i zachwycałam, że przecież ja to wszystko znam, to jest takie prawdziwe („Kamień na kamieniu” spokojnie mogłabym umieścić w zeszłorocznym wyzwaniu czytelniczym w kategorii „książki wzruszającej”). Było to zatem lato spokojnej, powolnej lektury i kilku naprawdę dużych zachwytów i olśnień. A zatem – jasne, że warto było. I mam już pomysł na kolejne – chyba, że jednak duch „weź dziewczyno poświęć lato na coś lżejszego!” jednak zwycięży.

*** 

A tu w ramach podsumowania, w dwóch zdaniach o każdej książce Myśliwskiego (po więcej – kliknijcie w tytuł, a przeniesiecie się do tekstu o niej):

Nagi sad” – w poszukiwaniu odpowiedzi na to, kim jestem, zdziwaczały wiejski nauczyciel stara się z odmętów pamięci swojej i nie swojej wyłowić portret własnego ojca; proza przygnębiająca, przesycona nostalgią; a do tego ciekawa gra z motywem sobowtóra.

Pałac” – pewne miejsca są nawiedzane przez duchy i upiory przeszłości, a te duchy z łatwością opętają tego, kto pozwoli im na dostęp do siebie; kiedy wybucha wojna i wszyscy uciekają z folwarku, zostaje tylko młody pasterz, który wchodzi do niedostępnego mu dotąd pałacu, a tam już chwytają go w swoje objęcia obrazy – przeszłości, przyszłości, czegoś nieuchwytnego, poza czasem?

Kamień na kamieniu” – niesamowita opowieść o chłopskiej rodzinie, którą dotykają po kolei wszystkie zmiany, które niesie ze sobą „wielka historia”. Nasz narrator, Szymon, odsłania przed nami kawałki tajemnic – i zwykłych, codziennych dni – wraca myślami do węzłowych punktów swojej historii, i tak rodzi się pytanie: tak miało być czy po prostu tak wyszło?
Widnokrąg” – Piotr ogląda zdjęcia: siebie i ojca, i siebie i swojego syna. A między te zdjęcia wpisana jest historia o dojrzewaniu, poszukiwaniu odpowiedzi na pytania, które okazują się być w gruncie rzeczy tylko pretekstami, bo to, co najważniejsze, leży gdzie indziej, i o tym, jak pamięć w nas żyje, zmienia się i rozrasta. I o tym, jak gromadzimy ją wokół siebie. A do tego – Sandomierz.

Traktat o łuskaniu fasoli” – kto odwiedza stróża, pilnującego pustych już z początkiem jesieni domków letniskowych? Kimkolwiek jest ów gość-nawiednik, wraz z nim dowiadujemy się o strzępkach życia narratora, o tym, co się wydarzyło, wydarzyć mogło albo nie wydarzyło, choć wszystko wskazuje na to, że było inaczej. Niesamowita lektura na koniec lata i wczesną jesień.

Ostatnie rozdanie” – fabuła spięta przez próbę poradzenia sobie z rozpadającym się adres-notatnikiem. Bohater, który zastanawia się, co on tak właściwie w życiu zrobił – i piękne opisy rozmów z tymi, którzy mieli go nauczyć zawodu.

***

Gdybyście chcieli pogadać o czytaniu Myśliwskiego – tom tutaj i, jak wiecie, z chęcią!

Weź dokładkę!

4 komentarze

  1. Mysliwskiego ciagle mam w planach i jakos go zawsze odkladam na pozniej - po Twojej notce mam ochote, zeby to "pozniej" bylo tej jesieni :-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż mogę dodać? :-) Cieszę się, gdybyś chciała się po lekturze podzielić wrażeniami, z chęcią podyskutuję!

      Usuń
  2. och, ja Myśliwskiego bardzo lubię, ale nie wiem, czy chciałabym czytać tak jednym ciągiem, w jedno lato, bo ja zawsze boję się 'zmęczenia materiału', trochę obawiam się, że by mi się to przejadło. szczególnie, że tak jak sama piszesz, poszczególne książki Myśliwskiego przypominaja raczej cegiełki, a nie schody, czyli jak dla mnie nie są wystarczająco różnorodne.
    jeszcze parę powieści Myśliwskiego jest przede mną, między innymi 'Kamień na kamieniu' - może tej jesieni uda mi się ją przeczytać, bo powoli wracam do czytania (albo raczej kończę te piętnaście książek, co ponapoczynałam przez lato...)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, bywało trudno -- chociaż przez to, że Myśliwski stale coś zmienia, eksperymentuje z formą, rozmaicie prowadzi czytelnika, to nie jest to aż tak duże zagrożenie. Jasne, tematy się powtarzają -- bo muszą -- ale zmienia się ich wydźwięk.

      Och, "Kamień..." bardzo, bardzo polecam -- i strasznie bym była ciekawa, co o nim powiesz :-)!

      Usuń