Dokąd widać wspomnienia albo o „Widokręgu” W. Myśliwskiego



[…] czy nie zdaje ci się, że nasza pamięć drwi z nas?
[s. 535]

Pisanie o książkach, które bardzo się nam podobają jest przyjemne – bo można wszystkim opowiedzieć, jak bardzo się nam podobały. I trudne – bo jak zachować wiarygodność, popiewając, że takie to dobre, mlask, mlask, mniam? Ale tak mam z „Widnokręgiem”, który jest po prostu znakomity. Jakby to ująć krótko… Hm – petarda?


O czym to jest?  
 
Opowieść rozegrana na kilku planach czasowych jest właściwie historią tego, jak Piotr, syn przedsiębiorczej pani domu i przedwojennego oficera, wspomina swoje życie. Sam ma już dorosłego syna, Pawła, ale ciągle wraca pamięcią do swojego dzieciństwa, spędzonego w czasie wojny na wsi w domu dziadków, razem z rodzinami rodzeństwa swojej matki; do Sandomierza, gdzie zamieszkali po wojnie, gdzie skończył szkołę i gdzie poznał swoją przyszłą żonę; do powojennej rzeczywistości, która wyglądała inaczej niż się wydawało; do wspomnień o wszystkich sąsiadach z dawno nieistniejącej dzielnicy Rybitwy. Piotr zastanawia się, do czego właściwie prowadzą nas drobne wydarzenia, niby-znaki otrzymywane od rzeczywistości (choć możemy – i mamy prawo nie wiedzieć – że to w ogóle są jakieś znaki), skąd się wzięliśmy i po co.
 
Gdzie to właściwie położyć?

Winokrąg” to – oprócz tego, że w historii literatury polskiej pierwszy zwycięzca Nike (1997) – powieść, jak na Myśliwskiego, napisana bez wielu zapętleń czasowo-przestrzennych. Czy może inaczej: zapętlenia są, linie czasowe przenikają się, ale stosunkowo łatwo je rozwikłać. Dostajemy to, co już zasadniczo znamy: mamy zatem i dzieciństwo na wsi („Kamień na kamieniu”), i tajemnicę (co się stało z żoną Piotra?), która ma być rozwikłana, ale czy da się rozwikłać – nie wiadomo, i płynne przechodzenie z czasu w czas („Nagi sad”, „Kamień na kamieniu”, „Ostatnie rozdanie”). Równocześnie jednak forma jest jakby przyjaźniejsza dla czytelnika: powieść jest podzielona na rozdziały, rozdziały mają swoje nazwy, cięcia montażowe są wyraźne i prościej się zorientować „gdzie” i „kiedy” jesteśmy, nawet motywy przewodnie są wygrane silniej i wyraziściej (bardziej nawet niż w skądinąd genialnym „Kamieniu...”). „Widnokrąg” odbija się od poprzednich próz Myśliwskiego – odbija także formalnie, bo wychodzi od dzieciństwa na wsi (choć i ono jest już jakby niepełne, przymusowe, wszak Piotr jest „dzieckiem z miasta”, które na wsi ląduje, bo nie ma innego wyboru, razem z rodzicami), ale później jest prozą skupioną na czymś innym, niż trzy poprzednie.

Sam Piotr – gdyby chcieć znaleźć dla niego narratora podobnego, czy to pod względem społeczno-demograficznym, czy w tej wyczuwalnej melancholii opowiadania – najbliżej ma do głównego bohatera „Ostatniego rozdania”. „Ostatnie rozdanie” jest pod tym względem podobne do „Widnokręgu” i zaczynam rozumieć, czemu niektórzy czytelnicy byli nim rozczarowani (a sobie mogę tylko pogratulować tego przypadku, że od niego zaczęłam – po lekturze poprzednich powieści też mogłabym dołączyć do grupy lekko rozczarowanych). W „Widnokręgu” autor bardzo wyraźnie artykułuje to, co w poprzednich powieściach było może bardziej subtelne (przy czym to nie żaden zarzut – dzięki temu mam jednak wrażenie, że „Widnokrąg” jest tak dobrze skonstruowany). Choćby to, że czasami widzimy tę samą osobę w rzeczywistości i we wspomnieniu, dostaje swoją całą osobną scenę, gdy Piotr wraca do Sandomierza i spotyka swojego szkolnego kolegę, w którym ta pamięć o tym, kim był, walczy z tym, kim się stał.
 
Kłótnie przy stole

Cudowna, przecudowna jest tu rodzina Piotra. Gdybym miała do czegoś porównać te opisy – porównałabym do tych dynamicznych relacji rodzinnych, jakie na ekranie umie wywołać czeski reżyser Jan Hřebejk. Na pewno znacie zresztą podobny typ rodzin: wiele głosów, wiele opinii, krzyżujące się interesy, co oznacza, że jeśli dziadek mówi A, wujek Władek na pewno powie, że B, ukochane ciotki, nieco przerażające ciotki, cichy ojciec i matka, która zawsze wie, jak jest (bo zawsze jest tak, jak ona wie, nawet jeśli nie jest). Te sceny, w których oni wszyscy biorą udział – są bezbłędne (przedsmak tego mieliśmy jednak już w „Kamieniu na kamieniu”, oddaję mu więc sprawiedliwość i przypominam doskonałą scenę pod tytułem „O czym myśli mały Szymek” i dlaczego wcale nie jest tak, że odpowiedź „o Panu Jezusie” jest tą właściwą). Opisy powrotów Piotra do tej rodziny po latach też mają w sobie taką iskierkę geniuszu pisarskiego: jak napisać to tak, żeby nie zdyskredytować historii z dzieciństwa, ale je umiejętnie wygrać? Myśliwski to potrafi.
 
 
 Brama Opatowska mniej więcej w tym czasie, kiedy Piotr wraz z dziadkiem
odwożą tędy swoich sąsiadów, Żydów, którzy nigdy już nie powrócą do wsi.
Zdjęcie ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, źródło.


Tak jak wspominałam, niektóre znaczenia „Widokręgu” są świetnie wydobyte przez to, w jakich treściach je Myśliwski zawarł. Obsesja gromadzenia rzeczy, które mają nam o kimś lub o czym przypominać uobecnia się w opisach mieszkania panien Ponckich, które za każdym razem, gdy mieszkający w suterenie niżej rodzice Piotra – a później Piotr i jego matka – czegoś potrzebują, okazują się mieć tego w nadmiarze (wspomnijmy krawaty). To zresztą nieco inna, i bardziej, moim zdaniem, udana próba ucieleśnienia tego samego: w „Kamieniu na kamieniu” rzeczy Szymona zostaną rozkradzione, w „Widokręgu” zaś to, co przywołuje wspomnienia, jest obecne, czasami nawet w nadmiarze. Myśliwski ma niesamowity dar do wydobywania takich małych detali, które przetwarza w epickie niemal sceny. Zgubienie buta i wędrówka w jego poszukiwaniu. Pędzenie krów z terenów Rzeszy do Związku Radzieckiego i mały Piotr z jego wizytami w rzeźni. Gromadzenie (znowu tutaj ta obsesja zbierania!) przepisów przez matkę bohatera i ich wpływ na wyobrażanie sobie kolejnych możliwych wariantów rodzinnej historii.
 
Niby tango, a jednak oberek

Bo to, co tu wraca, to również ta wariantywność. Matka Piotra wciąż powtarza, co będą mogli zrobić, kiedy ojciec wyzdrowieje. Ojciec bohatera rozgrywa w swoich opowieściach kolejne historyczne bitwy – pewne warianty podobnej sytuacji. Pierwszy powojenny nauczyciel Piotra zadaje mu zadania bardzo podobne w swoim schemacie, choć dotyczące różnych tematów. Wuj Władek rozważa wciąż, kto i dlaczego mógłby wybić oko Kruczkowi, ich psu. Widać zatem, że ta powtarzalność rozpamiętywania pewnych kwestii, rozważania ich kolejnych odsłon, jest trochę taką idée fixe bohatera-narratora. Może prowadzić do odpowiedzi „dlaczego stało się to, co się stało” – a może tylko uwięzić w nieskończonej sieci powtórzeń, które do niczego nowego nie prowadzą. Czy może: prowadzą do rzeczy bardzo zbliżonych, niezależnie od tego, jak bardzo będziemy się starać coś zmienić w kolejnym „przebiegu” rzeczy. Zobaczcie, w „Widnokręgu” mamy też arcyciekawą klamrę fabularną: rozpoczynamy i kończymy tak trochę po Sebaldowsku, opisem zdjęcia ojca i syna. Ojciec i syn są tutaj inni, okoliczności powstania zdjęcia – różne; łączy je jednak zbliżony przypadek i temat. W międzyczasie syn stał się ojcem, a jednak tak wiele (i tak niewiele naraz!) się zmieniło.

Jeśli więc macie gdzieś pod ręką „Widnokrąg” – bardzo, bardzo polecam (a jeśli lubicie prozy Sebalda: nawet jeszcze bardziej!). Kawał świetnej literatury, wybornie napisany, z kilkunastoma co najmniej scenami-perełkami do zapamiętania, ze sporym marginesem dla czytelnika do interpretowania. 
 
Ach, zdecydowanie: dobre to było! Pozostaje czekać teraz na "Ucho Igielne", które, po tytule sądząc, znowu zaprowadzi nas chyba do Sandomierza?

Weź dokładkę!

0 komentarze