Na progu albo o „Dziewczętach z Nowolipek” P. Gojawiczyńskiej (Pikniki z Klasyką #18)



„Dziewczęta z Nowolipek” są książką niewyważoną. Długo deliberowałam nad tym, jakiego przymiotnika użyć. Gojawiczyńska siedzi bowiem w tej odsłonie swojej twórczości w progu. Nie widać więc stąd ani całego pokoju, ani przedpokoju, a tylko to, co akurat da się uchwyć wzrokiem z tego taboretu, na którym siedliśmy razem z nią w tym wspomnianym progu. A równocześnie to książka bardzo trudna do opisania: bo temat podejmuje bardzo ważny, przeprowadza przez interesujące rozmyślania, a równocześnie gdzieś jednak szwankuje w formie. Co pozostawia ją pozycją szalenie ciekawą do analizy -- i bardzo trudną jednocześnie.

„Dziewczęta z Nowolipek” powstały w 1935 roku i opowiadają o dzieciństwie i młodości kilku dziewcząt z warszawskiej Woli. Dziewczęta: Frania, Bronka, Janka, Kwiryna, Cechna i Amelia – wraz z siostrami, matkami, sąsiadkami i krewnymi (oraz, rzecz jasna, ojcami, braćmi, kolegami), które przewijają się przez fabułę – pochodzą z tej samej dzielnicy, mieszkają niedaleko siebie, ale ich status społeczny jednak nieco się różni. Od bardzo ubogiej Frani, którą podrzucają sobie matka i ciotka, mieszkającej w suterenie, przez siostry Mossakowskie, Jankę i Bronkę, których rodzinie wiedzie się raz lepiej, raz gorzej, po całkiem nieźle sytuowaną Kwirynę. Sednem powieści nie jest jednak status materialny bohaterek – choć niewątpliwie bez takiego ich określenia nie dałoby się w pełni zbudować tego, co chce nam opowiedzieć Gojawiczyńska. Akcja obejmuje z grubsza lata 1905–1918, zaczynając się bolesnym wspomnieniem rewolucji, a kończąc na wkraczających do Warszawy legionistach. Ta klamra polityczno-historyczna też nie pozostaje tu bez znaczenia. Zapamiętajmy więc tych kilka uwag i zobaczmy, co też o „Dziewczętach...” można jeszcze powiedzieć.

Taki był natłok tych obrazów świata

Jest w powieści Gojawiczyńskiej kilka rzeczy, do których przywyknąć jest trudno. Specyficzna maniera pisania autorki – to jedna z nich. Początkowo można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z luźnym cięgiem skojarzeń, odniesień zrozumiałych chyba wyłącznie dla bohaterów powieści, dopiero po jakimś czasie – tak było w moim przypadku, co oczywiście nie oznacza, że tak będzie w Waszym – przywyka się do tak prowadzonej narracji. Podobnie jak do tego, że chociaż fabuła idzie z punktu A do punktu B, to prowadzi nas przez epizody z życia dziewczyn, obrazki raczej niż rozbudowane i starannie przeprowadzone wątki. Dochodzi do tego kolejna sprawa, czyli umiłowanie nagłych, acz nieoczekiwanych i sprawiających często wrażenie przycisku „niechaj się coś zadzieje!”, zwrotów akcji. Sprawia to, że przez długi czas roztrząsamy trudną i zawikłaną sytuację, która – jak się zdaje – ma mieć wpływ na bohaterki, po czym hops, przeskakujemy nagle dzięki jakiejś dziejącej się często poza kadrem do sytuacji zupełnie innej (sytuacja rodzinna Frani i rodzinno-biznesowa Kwiryny, a to dwa przykłady z brzegu).

 Tak wyglądała ulica Nowolipki w roku wydania książki. Źródło: D. Kobielski, Warszawa międzywojenna, stąd.


Trudne jest też i to, że bohaterów bardzo łatwo jest mieć w pewnym momencie dość, i to wszystkich. Nie jest tak, że koniecznie, ale to koniecznie muszę mieć w powieści jakiegoś bohatera, z którym sympatyzuję – ale w „Dziewczętach...”, mimo wszystkiego, co się w nich dzieje (a o czym za chwilę) bohaterki pozostawały mi obojętne. I widzicie, to nie było związane z tym, jakie były – tu przyznam Gojawiczyńskiej, że one były aż nazbyt realistycznie opisane, bez żadnej różowej mgiełki prostego optymizmu (świetna obserwacja zachowań na linii uczennica—nauczycielka w trakcie „tajnych kompletów” i całej sytuacji klasowo—narodowej z tym związanej). Chodzi mi o coś innego: o to, że i sama autorka zdaje się odseparowywać czytelnika od bohaterów przez obrany, silnie dystansujący, sposób pisania, o jakim między innymi była mowa wyżej. Nie mogę tu nie wspomnieć i o tym, że ma Gojawiczyńska ciągoty ku wątkom bardzo melodramatycznym (strzelanina!), które wypadają dość słabo.

Huk młota i krzyk rozdzierający świat na dwoje

Narzekając na to wszystko nie tracę jednak z oczu tego, co w „Dziewczętach...” ważne. Bo to książka niewątpliwie bardzo odważna (choć czytając literaturę międzywojnia można łatwo w ogóle odkryć, że wiele tematów, jakie i dzisiaj jeszcze uznajemy za „odważne”, już wtedy poruszano, niekiedy znacznie bardziej nawet otwacie), a przez to bardzo ważna. Weźmy chociażby wątek niepełnosprawnego umysłowo i fizycznie sąsiada Mossakowskich z góry, który – zdany wyłącznie na opiekę siostry – jest solą w oku całej kamienicy: nikt nie chce pomóc w opiece nad nim, ale wszyscy oburzają się, kiedy mężczyzna zrobi coś, co uznają za niewłaściwe. Kiedy Wikta, wspomniana siostra, trzyma go w domu – narzekają, że nie wynosi go na dwór; kiedy go wynosi, skarżą się na jego nieodpowiednie zachowanie.

 Kadr z ekranizacji powieści, już z 1937 roku. Źródło.


Czy jeszcze inny wątek: aborcji, na którą decydują się dwie z opisywanych dziewcząt. Gojawiczyńska przeprowadza oba te wątki osobno, pokazuje odmienne reakcje bohaterek (w jednym wypadku sytuując się bardzo blisko tradycji literackiej – wątek ten przywiódł mi na myśl Żeromskiego, a tych skojarzeń można mieć tu więcej), ich decyzje, a nawet nieco inne formy nacisku społecznego, jakiemu zostają poddane. Przede wszystkim jednak obie te historie są opowieściami przerażającymi: zwłaszcza tam, gdzie autorka tylko sugeruje pewne rozwiązania, każąc bohaterce oblewać się zimnym potem na samo wspomnienie tego, co się właściwie wydarzyło. Obie dziewczyny decydują się na taki krok, jedna wiedząc, co ją czeka w przypadku, jeśli dziecko urodzi, druga popchnięta przez pierwszą i przez wizje rozpościerane przed nią przez ojca dziecka. Trudno tu jednak mówić, że mają inne wyjścia (ale gwoli ścisłości – można się nad tym zastanowić, poznając reakcję ich matki: czy jej okrzyk „dzieci” odnosił się jednak do dzieci jej dzieci, czy do utraconego dziecięctwa córek?). Aczkolwiek, dodać muszę, Gojawiczyńska ich postawy różnicuje: w obu przypadkach pokazuje jednak samotność decyzji i samotność w ogóle – bohaterki bowiem i z decyzją, i z ciążą pozostają same.

Walczy. A więc dała sobie radę

Nie mogę tu jednak nie wspomnieć, że całość pozostawiła mnie z pytaniem: jak właściwie w systemie opisywanym przez autorkę, wygląda miejsce dziewczęcej seksualności? Zostaje ona napiętnowana jako źródło bólu, cierpienia i droga do zatracenia. Niewątpliwie: dlatego, że nie może być czymś innym tam, gdzie bohaterki nie mają żadnych sposobów rozumienia tego, co się z nimi i z ich ciałami dzieje (z niektórych fragmentów można wywnioskować, że nie orientują się nawet, jak wygląda ich cykl miesięczny), jak również tam, gdzie postrzega się ją jako drogę ku pewnemu celowi. Przewrotnie jednak Gojawiczyńska nie da właściwie żadnej z nich takiego „tradycyjnego” spełnienia, wystawia je raczej na szereg prób i cierpień. Czyni to, niestety, często w sposób bardzo kiczowaty – a takie miałam wrażenie w więcej niż jednej scenie – równocześnie jednak zwracając uwagę na szereg problemów: pedofilię, wykorzystywanie nieletnich, handel ciałem, podwójne standardy (chociażby wątek lejtnanta Henryka i jego „tradycyjnej wielkopolskiej rodziny”).

Mam problem w określeniu – tym większy, im dłużej o tym myślę – czy pewne kwestie wychodzą w tej powieści w sposób zamierzony, czy raczej przez przypadek. Chodzi mi głównie o zwrócenie uwagi na to, w jaki sposób otoczenie postępuje z budzącą się seksualnością młodych dziewcząt (czy jeśli chodzi o próby zagłuszania jej w domu, czy o romantycyzowanie jej w sposób tak kategoryczny, jak czynił to Ignaś Piędzicki). Na początku uznałam, że to jednak rozdarcie między próbą nowego podejścia do tematu a zachowaniem proporcji uznawanych za odpowiednie w kulturze okresu międzywojnia. Później – że ironiczne podejście do części spraw (wspomniany Ignaś i jego zastrzeżenia wobec Bronki czy ostatnie, dość kuriozalne w innej optyce, sceny z udziałem Cechny). Jeszcze później, że może jednak coś w rodzaju ostrzeżenia, opisu stanu, w jaki znajdowało się wiele osób, którym nie dano możliwości ani narzędzi, by radzić sobie z tym, co się z nimi działo i kim się urodziły.

Dlatego z chęcią porozmawiam o tym, jakie jest Wasze zdanie na ten temat. O „Dziewczętach...” dyskutujemy dzisiaj pod wpisem Tarniny – znajdziecie go tutaj. Zapraszamy!

Weź dokładkę!

0 komentarze