Po sezonie albo kto słucha narratora „Traktatu o łuskaniu fasoli” W. Myśliwskiego?



O samym „Traktacie...” napisano wiele, zdaje się, że to może być nawet najpopularniejsza książka Wiesława Myśliwskiego, więc postanowiłam napisać o niej trochę inaczej niż o pozostałych. Zrobiłam podczas lektury małe śledztwo, zastanawiając się nad tym, kim też może być „tajemniczy przybysz” (jak nam oznajmia ostatnia strona okładki), któremu narrator opowiada historię swojego życia? Bo opowiada – w końcu to Myśliwski – czasami nie szczędząc szczegółów, czasami omijając całe partie, jakby zbierał porozrzucane puzzle.


Siłą rzeczy – umiarkowane spojlery (aczkolwiek nadal nie wiem, czy to jest proza, którą w ogóle można zaspojlerować).

Urlopowicz po sezonie. To oczywiście najprostsze wyjaśnienie, w końcu tak zostaje nam zarysowana sytuacja: do naszego bohatera puka ktoś i chce kupić od niego trochę fasoli. Bohater zaś pracuje jako stróż domków letniskowych na czymś w rodzaju zabudowanego kempingu w lasach. Może zna pana Roberta, czyli człowieka, który naszego bohatera przyciągnął na miejsce, w którym zaczyna się akcja – tego nie wiemy, przez dużą część książki jednak narrator powraca do tej hipotezy i testuje ją na gościu (pyta o to z zaskoczenia, jakby liczył, że ten w końcu się przyzna). Czyli po prostu mężczyzna – może usłyszał od kogoś historię o osobliwym stróżu i wybrał się go zobaczyć, a fasola to wyłącznie pretekst. Może nie ma się nad czym zastanawiać, bo jeśli coś jest tu tajemniczego, to raczej nasz narrator, bo kto tak od razu wciąga słuchacza we własną historię?

Śmierć. Inna hipoteza warta przetestowania, to taka, że naszego bohatera odwiedza Śmierć. Raczej anglosaska (u nas bowiem zwykle jest – jak chce język – rodzaju żeńskiego), ale też niekoniecznie: dostajemy więc coś w rodzaju nowoczesnej rozmowy mistrza Polikarpa ze Śmiercią. Czemu to wcale nie jest takie nieprawdopodobne? Ano, nie tylko dlatego, że bohater w gruncie rzeczy opowiada tak, jakby spowiadał się z całego swojego życia, a na koniec zostawia nas z takim nierozwiązanym dylematem pod tytułem „czy to było pożegnanie”?”, ale również dlatego, że podpowiedź taką zawiera sam tekst. Do kogóż innego bowiem można by skierować takie pytanie: Nie wie pan, czy ona żyje? Zaskoczyłem pana? A któż by inny, oprócz pana, mógł mi to powiedzieć? Myślałem, że przynajmniej to jedno od pana usłyszę (cytuję z wydania Znaku z 2006 roku, s. 399). W końcu Śmierć wie najlepiej, kogo już wśród żywych nie ma.
 
 
 

Sobowtór/on sam. Można też domniemywać, że w ogóle nie ma tam jakiejś drugiej postaci – bo i skąd ciągle te dopytywania, że „a ja pana skądś kojarzę”, „gdzieś się już spotkaliśmy”, ta nieuchwytna aura nierzeczywistości? Przecież niewykluczone, że bohater rozmawia sam ze sobą, może z jakimś rodzajem własnego sobowtóra, który nawiedził go jesienną nocą, wiedząc dostatecznie dużo, ale i chcąc do końca dowiedzieć się, kim jest. Bohater zatem mówi wszystko to, co mówi, bo wie, że nie ma sensu niczego ukrywać – jeszcze na początku próbuje sobie logicznie uporządkować tę sytuację wyjściową (oto ktoś go odwiedza w celach nie do końca jasnych, ten ktoś wydaje się znajomy), ale im dalej w las, tym jaśniejsze staje się, że gość coś za dużo wie.

Diabeł. Spójrzcie na ten fragment:Nie wychodzi pan na zdjęciach? Jak to jest możliwe? Nawet jako cień? A choćby prześwietlenia w tym miejscu, gdzie pan stoi czy siedzi? Też nie ma? Tak nic w ogóle? To tym bardziej nie rozumiem. Ale to by psy… A one śpią spokojnie (s. 364). Kto wie, może narratora nawiedził jakiś zły duch? Ale raczej z tych, co to wiecznie zła pragnąc… Skoro psy śpią spokojnie. Jest w gościu coś wampirycznego, w całej tej atmosferze „Traktatu...” jest coś, co każe myśleć o sceneriach typowych dla horroru – koniec sezonu, puste domki, nasz samotny, stary narrator, który sam zaprasza tajemniczego gościa do domu. Dodatkowo: to jest bardzo okrutna książka, ze wszystkich próz Myśliwskiego zdecydowanie najbardziej (nawet mroczny skądinąd „Pałac”  jej nie dorównuje); to, co okrutne, nie jest tu do końca wypowiedziane, czasami przemycane jest jakby mimochodem, ale nie da się zaprzeczyć, że tam jest (okrutne są gry chłopców ze szkoły bohatera, okrutny jest los, jaki go spotkał, okrutne śmierci bliskich, okrutne wyrzuty sumienia napotkanego za granicą przechodnia, okrutne wspomnienia o wojnie podwójnej wdowy, wreszcie okrutne są i same realia, w jakich żyje bohater). Taka spowiedź zatem mogłaby się dokonać przed jakimś rodzajem złego ducha.
 
 
 

Duch przeszłości. Z drugiej strony: zobaczcie, kto miałby tam najbliżej? Może pochowani w leśnych mogiłach krewni bohatera? On sam nie zaprzecza wcale takiej możliwości, mówi w końcu:I o tej porze kto tu mógłby do mnie przyjść? Najwyżej ktoś z umarłych (s. 249). Zwłaszcza, że już raz spotkał zmarłego stryja, gdy powziął zamiar powieszenia się po reformie, która zniweczyła jego sny o zakupie saksofonu. Czemu więc na koniec życia, w tej upiornej, jako się rzekło, scenerii, nie miałby ponownie przyjść do niego ktoś z umarłych? Zwłaszcza tych, których grobami narrator się opiekuje? Wydaje mi się, że to hipoteza warta rozważenia. W dodatku, zobaczcie, że im dłużej czytamy, tym więcej pojawia się zdań sugerujących, że gość może dość dowolnie przemieszczać się w czasie: Trzeba było przyjść kiedyś w okolicy Wielkanocy. Czy zaraz po, czy trochę później (s. 394). Ta propozycja nie wydaje się już wtedy wcale taka abstrakcyjna – mimo że jej celem jest nakłonienie nieznajomego, by przybył spróbować ciast dawno nieżyjącej babki narratora.

Przypadkowy gość – następca. Zwróćcie uwagę na samo zakończenie – nasz narrator wychodzi, może na chwilę, a może na zawsze, to nie jest do końca jasne. Ale wskazówki, które zostawia swojemu rozmówcy, pokazują, że może liczyć się z tym, że już nie wróci – a całą schedę po nim (i, tak właściwie, również jego los!) odziedziczy po nim ten nieszczęśnik, który wysłuchał tej smutnej, miejscami zaś przerażającej, historii. W przeciwieństwie do powyższych pomysłów, tutaj to raczej nasz narrator jest tym, kogo powinniśmy się bać, bo wplątuje swojego gościa w historię, której chyba nikt nie chciałby przeżywać. W tej optyce następuje więc taka wymiana narratorów: najpierw zaczyna się od nauczenia, jak łuskać fasolę, a potem gość zostaje w domu sam – by dalej snuć traktat. W końcu umie już wyłuskiwać ziarna fasoli.

***

No dobrze, to wszystkie moje pomysły, ale szalenie jestem ciekawa Waszych! Kogo wyobrażaliście sobie przy czytaniu „Traktatu...” jako docelowego słuchacza? Czy Wam też ta książka kojarzyła się nieco z horrorami – tym bardziej, im więcej w niej było rzeczywistych okrutnych historii?

Weź dokładkę!

18 komentarze

  1. Uwielbiam te Twoje teksty "inne niż reszta na blogach"! Czytałam "Traktat..." już dobre kilka lat temu i nie pamiętam cóż sobie wtedy myślałam, ale bardzo podobają mi się Twoje pomysły. Chyba najbardziej trafił do mnie ten ze Śmiercią...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :-)! Muszę przyznać, że -- zaprawiona po poprzednich powieściach Myśliwskiego -- nie tropiłam już tutaj rozwiązania różnych fabularnych tajemnic (mam zresztą wrażenie, że na tle pozostałej twórczości autora jest ich tu jakby mniej), ale skupiłam się właśnie na tym gościu. Teraz tak sobie jeszcze wędruję po sieci i hipoteza, że jest on Śmiercią, okazuje się być dosyć popularna :-). Do mnie z kolei chyba najbardziej przemawiają te bardziej "horrorowe" pomysły ;-).

      Usuń
    2. Horrorowy Myśliwski brzmi frapująco! Tym bardziej mi się to podoba, że sama bym na to nie wpadła :)

      Usuń
    3. Mnie taki pomysł na lekturę chyba najbardziej ujął, bo (ale jeszcze o tym napiszę :-)) muszę przyznać, że miałam ogólnie mieszane uczucia :-).

      Usuń
  2. 'Traktatu...' nie czytałam, ale niesamowitość przesycala, moim zdaniem, atmosferę ' Ostatniego rozdania '.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, "Ostatnie rozdanie" ma coś takiego w sobie, ale z takich próz najbardziej niesamowitych -- a równocześnie chyba najtrudniejszych w lekturze -- z dorobku Myśliwskiego, obstawiałabym właśnie "Traktat..." i "Pałac". W "Ostatnim..." w sumie chyba najwięcej (pod tym kątem) robi sama forma (i to zakończenie!).

      Usuń
  3. Uratowałaś mi Myśliwskiego! A już "Traktat..." trafił na wyimaginowaną listę książek, do których nie chcę wracać. A już odłożyłam go na stosik książek do oddania w dobre ręce. I teraz co? Muszę odłożyć na regał! :)
    Serdeczne ukłony krakowskie! :)
    PS. Osobiście kibicuję Śmierci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rety, to się cieszę :-D! Ale w razie czego, to bardzo polecam "Widnokrąg", jest zupełnie inny niż "Traktat..." i to taki kawał soczystej prozy, po prostu mniam! :-)

      Usuń
  4. Ja niestety bardziej wynudziłam "Traktat o łuskaniu fasoli" niż się nim zainteresowałam. Chociaż jak najbardziej doceniam styl Myśliwskiego. Język i niektóre zdania są doskonałe. Książka nie kojarzyła mi się z horrorami, chociaż czuło się jakieś napięcie, a czasem dziwność i tajemnicę tego opowiadanego świata.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Traktat..." wydaje mi się specyficzny, nawet jak na Myśliwskiego (i to skojarzenie z "Pałacem", książką moim zdaniem z dorobku pisarza najtrudniejszą do przebrnięcia), więc rozumiem, o czym piszesz :-). Za to z takich jego próz "do pochłonięcia" bardzo polecam celny i pięknie napisany (no, tego w sumie nie muszę dodawać ;-)) "Widnokrąg" :-).

      Usuń
  5. Uwielbiam tę książkę, uwielbiam, po Twoim tekście mam straszną ochotę do niej wrócić i przeanalizować to raz jeszcze. Chociaż podczas lektury skłaniałam się do tezy z sobowtórem, może dlatego że czytałam książki Myśliwskiego na zmianę z Murakamim, u którego doppelganger to obowiązkowy wątek ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A może to jest też trochę tak, że "Traktat..." pozostawia nam dużo swobody i podczas każdego czytania (a i po nim też, rzecz jasna) możemy spokojnie zdecydować, komu nasz narrator to wszystko mówi? Lubię na pewno w tej książce tę elastyczność interpretacyjną :-).

      Usuń
  6. Dla mnie to były złe duchy przeszłości czyli wychodzi taka mieszanka dwóch z Twoich punktów. I zgadzam się, że to jest okrutna książka. Czytałam ją dość dawno, niestety, więc dzisiaj pamiętam jedynie ogólniki. Zrobiła na mnie jednak duże wrażenie i do dziś mam w niej zaznaczone kilka zdań (rzadko to robiłam przed założeniem bloga). Obecnie chyba najbardziej podoba mi się to, że książki to świat, który człowiek sam sobie wybiera, a nie na który przychodzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę przyznać, że akurat z "Traktatu..." wynotowałam sobie najmniej, bo szczególne jedno zdanie, dla mnie znaczące, z pozostałych Myśliwskich ciągle coś zaznaczałam -- ale to taka uwaga na marginesie, bo właściwie ilość takich zaznaczeń mówi więcej o naszym odbiorze książki niż o samej książce :-). A lektura to okrutna, rodzaj takich nawiedzin, który spotyka narratora, przyprawia o ciarki -- chociaż Myśliwski w ogóle nie stroni od pokazywania okrucieństwa.

      Usuń
  7. Nie czytałam niestety jeszcze "Traktatu...", ale Twój post zachęcił mnie do jego przeczytania bardziej... niż wszystkie recenzje tej książki. Bardzo inspirujący i ciekawy tekst :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję :-)! I oczywiście życzę dobrej lektury -- jeśli będziesz się po niej chciała podzielić wrażeniami, zapraszam serdecznie :-).

      Usuń
  8. Też przychylałam się do wersji ze śmiercią - jak grali w podrzucanie pudełka od zapałek ciężko mi było pozbyć się wrażenia, że stawką jest życie. Ewentualnie gość z przeszłości - syn (wdowa bardzo chciała mieć dziecko z nie-pijakiem, a ta historia została urwana i bohater nie wrócił już do niej, ale jak na syna to zbyt wszechobecny ten gość. Niepokojąca książka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo podoba mi się ten trop interpretacyjny: zresztą wydaje mi się, że oni de facto grali o życie, mówiąc może nieco mniej dosłownie, czy traktując "życie" nie jako odpowiednik śmierci, ale o pewien jego komfort, bagaż, jaki daje.

      Usuń