Typowy perry! Albo o "Samotni" Ch. Dickensa czytanej przez V. Nabokova



Literatura nie jest czymś; sama w sobie stanowi istotę rzeczy.
Vladimir Nabokov, Wykłady o literaturze, s. 171.

Być może pamiętacie, że prawie rok temu pisałam o „Samotni” Charlesa Dickensa, która gościła na naszych Piknikach z Klasyką. Powróciwszy do niej teraz, szykując się na drugi odcinek Nabokoviady, i zajrzawszy do wykładów Vladimira Nabokova odkryłam z niejakim zdumieniem, że zwróciłam uwagę na wiele kwestii, które są kluczowe w wywodzie rosyjsko-amerykańskiego pisarza. Dlatego pozwólcie, że zamiast się powtarzać z tryumfalnym okrzykiem „ha!”, poświęcę ten odcinek, by zastanowić się nad tym, co i jak pisze Nabokov.


Wykład drugi, który poświęca właśnie „Samotni”, to bardzo ciekawy przypadek. Rzadko kiedy – zwłaszcza przy optyce pokazującej, jak naukowiec się od dzieła, które bada, odseparowuje – można zobaczyć coś podobnego: a mianowicie, w jaki sposób to, co mówi Nabokov, więcej nam powie o nim i jego lekturze „Samotni” niż o samej powieści. Nie zrozumcie mnie źle: oczywiście, uwagi Nabokova są ciekawe i pomagają uporządkować sobie wrażenia z lektury. Z drugiej strony jednak – na co zwróciłam szczególną uwagę – nad Nabokovem-literaturoznawcą górę bierze tu często Nabokov-pisarz. Wychwalając Dickensa, pokazuje równocześnie miejsca słabe (aż można by się zastanowić, przeliczywszy te fragmenty, w czym leży wyjątkowość „Samotni”) i te, które sam… napisałby inaczej. Arcyciekawe, nie uważacie?

Ale jest przy tym Nabokov bardzo bacznym obserwatorem tego, co robi Dickens i wcale nie daje się zwieść temu, co autor „Samotni” wysuwa na plan pierwszy. Przede wszystkim więc dla Nabokova powieść ta to żadne realistyczne odwzorowanie rzeczywistości i „Dickens z misją”: misją pokazania, co właściwie nie gra w systemie sądowniczym Anglii. Sama tak właśnie tę powieść odebrałam przy pierwszym czytaniu – sami możecie sprawdzić – więc poczułam się co najmniej zaintrygowana. Okazuje się, że Dickens tak naprawdę korzystał z sytuacji dość historycznej, z początku stulecia, a w międzyczasie system sądowniczy uległ już pewnym zmianom. Niemniej – pozostaje „pisarzem z misją”, zwracając uwagę na los dzieci. Dzieci są bowiem, według Nabokova, jednym z trzech głównych tematów „Samotni”.

Swego czasu pisałam o ponad pięćdziesięciu dwóch wątkach, które można wyodrębnić w powieści – jeśli skupimy się na każdej postaci z osobna. Nabokov jest oszczędniejszy i wyodrębnia w „Samotni” trzy główne linie: dzieci właśnie, tajemnica (związana z Esterą) oraz sąd kanclerski. To, co wyłowiłam tutaj dla siebie, to to, w jaki sposób Nabokov wyławia i parceluje temat, który mnie doprowadzał do białej gorączki: cały wątek pana Skimpole’a. Skimpole to postać denerwująca jak mało co – sprytny oszust, który uwodzi wszystkich podawaniem się za niewinne, szczere dziecko, które przypadkiem dorosło, no ale samo sobą zająć się nie umie, gdyż na świat patrzy tymi szczerymi, niewinnymi oczyma dziecięcia. W związku z czym szachrai, naciąga i wystawia na cierpienia – w dużym skrócie. Zamiast się jednak zżymać – wszak nie chodzi o to, by postaci rozumieć jako ludzi z krwi i kości, ale jako postaci, które są zaprojektowane, by coś nam w świecie przedstawionym pokazać – Nabokov wskazuje na rolę Skimpole’a: fałszywego dziecka.

W ten sposób wątek ten nabiera więcej sensu. Jest kontrapunktem dla losu prawdziwych dzieci – dość nieszczęśliwego, trzeba przyznać, dla każdego, kto zetknął się z Dickensem nie jest to zresztą żadnym zaskoczeniem, jak sądzę – które często są zmuszone odgrywać role „fałszywych dorosłych”. Głównie dlatego, że inaczej nie miałyby szans na przeżycie, nie pozostaje im więc nic innego, jak pracować, wspomagać rodzeństwo, podejmować się zupełnie nie-dziecięcych zadań. Nie jest jednak tak – że wrócę raz jeszcze do zasygnalizowanego na początku wątku – że Nabokov widzi w Dickensie pisarza-realistę. Często mówi o nim per czarodziej, świat „Samotni” nazywa przesyconym magią. Ciekawe, prawda? Wskazuje tym samym niebezpośrednio na dość marginalizowany w przypadku tego akurat pisarza wpływ schematów baśniowych, które tętnią pod spodem opisywanych historii.

Dickens-czarodziej bowiem, zwróćcie uwagę, wykorzystuje nieustannie motywy znane nam już wcześniej. Owszem, może to wynikać z ponadczasowości tego, co przekazują nam baśnie (te literackie – jak choćby „Dziewczynka z zapałkami” Andersena, ale i te z nieco bardziej ludowymi korzeniami – w tym sensie Jo na przykład bliski jest biednemu parobkowi w grobie u braci Grimm), może też jednak być świadomym czerpaniem z nich. Nabokov o tym co prawda nie mówi, ale zaczęłam domniemywać, że może Dickens (czarodziej, było nie było) bierze stamtąd to wszystko, co pozwala opowiedzieć historię okrutną, a równocześnie pocieszającą; smutną i przejmującą, ale i pokazującą, co zrobić, by było lepiej. Symbolika, która przy pierwszym czytaniu „Samotni” wydawała mi się grać rolę bardziej strukturalną dla samej powieści (wątek ptaków panny Flite) teraz zaczęła zdawać się odsyłać ku sprawom bardziej uniwersalnym – ze świata baśni właśnie. Baśnie nie są przecież wyłącznie wesołe i czarujące. Potrafią być zupełnie przerażające w tym, jak wielką nędzę człowieka umieją obnażyć – też nędzę wynikającą z zamykania oczu na problemy, które są blisko nas (pamiętacie uprawiającą „dobroczynność przez teleskop” panią Jellyby?).

Zwrócę uwagę na jeszcze jedną rzecz – na intrygującą klasyfikację narratorów, którą przeprowadza Nabokov. Otóż wyróżnia on jeszcze takiego narratora, który pojawia się tam, gdzie pisarz chce nam coś pokazać czy powiedzieć – ale nie wpadł na lepszy sposób niż opisanie tego ustami/oczami narratora służebnego. Nabokov nazywa go „typowym perrym” i jest dość zniesmaczony taką sztuczką narracyjną. Nic dziwnego, nie są to wyżyny pisarskiego kunsztu. Nasz autor prowadzi nas jednak przez analizę „Samotni” co chwila zstępując z wyżyn, gdzie zachwyca się Dickensem, by wskazać jakąś wadę, uszczerbek, słabość – nie zachwiewając tym samym, wspominanych przeze mnie na początku, proporcji. To dopiero sztuka, nie uważacie?

***

A na następne spotkanie w ramach Nabokoviady – z „Panią Bovary” Gustava Faluberta – zapraszamy za dwa miesiące, 27 listopada. Zobaczcie też, co o Samotni napisała dzisiaj Naia!

Weź dokładkę!

4 komentarze

  1. Wiedziałam, że ten wątek Skimpole'a u Nabokova – a rzeczywiście rozbiera tego niegodziwca na części pierwsze bardzo skrupulatnie – Ci przypadnie do gustu :). Bardzo mi się podoba ta wskazana funkcja Skimpole'a jako „fałszywego dziecka”, rzeczywiście, podkreślona zostaje w ten sposób niedola tych „małych dorosłych”, a równocześnie Skimpole na ich tle wygląda jeszcze bardziej groteskowo :).

    Nie skojarzyłam tego „Dickensa-czarodzieja” z baśniami, ale to faktycznie ciekawy trop. Aż żałuję teraz, że tak słabo znam baśnie, zbyt słabo, by tropić ewentualne inspiracje.

    A jeśli chodzi o to, co mnie u Nabokova zaskoczyło... Też byłam dość zdziwiona, że satyrę na system prawniczy w Anglii uznał za wątek tak nieistotny i mało ciekawy :). Poza tym fakt, że tak wiele uwagi poświęcił postaci Krooka, który, owszem, zapisał mi się mocno w pamięci za sprawą swojej przerażającej śmierci, ale poza tym nie przyszłoby mi do głowy, że można tak dogłębnie przeanalizować tę postać i takich rzeczy się w niej doszukać. I dlatego właśnie tak bardzo lubię te wykłady Nabokova :).

    Masz też rację, że jego wykłady są bardzo cennym źródłem informacji o nim samym. To jeden z tych wykładowców, którzy jednak nie dają o sobie zapomnieć i choć mówią o jakiejś książce, wciąż i tak pozostają na pierwszym planie :). I tu się nie obyło bez lekko gderliwych wtrąceń, jak w tym fragmencie na początku, że jeśli ktoś czytając Dickensa nie potrafi poczuć dreszczy w kręgosłupie, powinien wrócić do swoich wideokaset i komiksów ;). Ale o tym jeszcze napiszę więcej w odpowiedzi na Twój komentarz u mnie :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, tutaj się nie będę wymigiwać: rzeczywiście czekałam, co na temat tego bohatera powie Nabokov. Podziwiam, że tak odkrył sposób, w jaki Skimpole został zakomponowany w całość (i rzeczywiście, przyznaję, on tam odgrywa ważną strukturalną funkcję: nadal jednak brakuje mi w jego przypadku trochę tego "baśniowego" zakończenia, z ukaraniem niegodziwca; zamiast tego Skimpole jest przestrogą dla czytelnika -- że taki niegodziwiec może przejść do historii jako niezły pamiętnikarz, narzucając nam swoje widzenie przeszłości w sposób trudny do skonfrontowania).

      Myślę, że po przyjęciu optyki, którą proponuje Nabokov -- że to, o czym pisze Dickens już wtedy było właściwie historią -- nic dziwnego, że ten wątek wydaje się najmniej ciekawy :-). Krook -- jako postać, która ginie w taki, a nie inny sposób -- musi chyba go zaciekawić. Natomiast to, jak pokazuje wskazówki, które zostawia Dickens, co do losu Krooka: za to szacunek :-). Chociaż nie wiem, jak w Twoim wydaniu -- w moim w przedmowie autor co nieco zdradził na ten temat, głównie przez wzgląd na to, że atakowano go za nierealistyczność tego rozwiązania (co Nabokov ładnie obchodzi przez argument z baśniowości).

      To czekam, bo mnie to lekceważenie dla komiksów ubodło :-).

      Usuń
  2. Ta baśniowość to nic dziwnego, w końcu to literatura "ku pokrzepieniu serc" i dla szerokiej publiczki, żeby się dobrze sprzedawała, co by ludzie łezkę uronili, ale i dostali nadzieję i szczęśliwe zakończenie, jak się da. A najlepiej do tego dać całe mnóstwo niespodziewanych, niewiarygodnych zwrotów akcji. Niby realizm, a mocno bajeczny.

    Nabokov to tak silna i radykalna osobowość, że się wcale nie dziwię jego podejściu. To on postulował, że wszelkie tłumaczenie jest bez sensu i nie powinno się w ogóle tłumaczyć wielkich mistrzów, bo są nieprzetłumaczalni, lepiej paść na kolana i adorować w oryginale - to było na podstawie Puszkina. Jak już pisałam u Nai, powinnam gdzieś dorwać te wykłady i poczytać sobie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, pisałam o tym po pierwszej lekturze "Samotni": że to jest skonstruowane wedle wszelkich prawideł, przez które tak długo odsądzaliśmy powieść (jako gatunek) od czci i wiary :-). Ale w tym wszystkim tym bardziej brakuje mi finalnego dźwięku przy osobie Skimpole'a. I tym bardziej musi mnie zastanawiać: czemu? Gdzie jest kara dla złych bohaterów, gdzie tutaj jest happy end?

      No, co zrobić ;-). Nie jestem aż tak radykalna, chociaż przyznaję, że "Samotnia" to książka trudna do przełożenia -- polski przekład, choć dobry, jednak oddala od tego Dickensowskiego oryginału. A "Wykłady..." -- jak najbardziej, w parze z książkami, o których opowiadają, są bardzo ciekawe :-).

      Usuń