O dedykacjach albo trudna sztuka wpisywania się do książek


Chociaż słowo „dedykowany” robi u nas podejrzaną i zbyt zawrotną karierę – może zdarzało się Wam pójść na „zadedykowane” komuś zajęcia, używać aplikacji „dedykowanej” właśnie Wam albo może nawet macie „dedykowany” Waszej kuchni robot kuchenny. Nie będzie to jednak wpis o takich właśnie językowych połamańcach z niewiadomych przyczyn zastępujących inne zwroty, ale o tych dedykacjach właściwych, które spotykamy w książkach.


Autor prawdę ci powie


Zacznijmy może od tego, że całkiem sporo książek – i to nawet niekoniecznie beletrystycznych – posiada dedykacje, umieszczone tam przez autorów; i nie mówię tu o sytuacji, w której nam, czytelnikom, udaje się zdobyć wpis od autora właśnie w formie dedykacji, ale o tych wszystkich książkach, które autor po napisaniu komuś dedykował. Są więc dedykacje skromne („Moim Rodzicom”) i skromniejsze („Rodzicom”), tajemnicze („R., już wy wiecie za co”) i wylewne („mojej najdroższej Mamie Krystynie oraz wspaniałemu Tacie Robertowi za to, że zawsze wspierali mnie w tym, co robię – ta książka jest dla Was!”), zdarzają się też doprecyzowujące w pierwszej osobie („Rodzicom mym tę książkę poświęcam”) oraz w trzeciej („Rodzicom swym książkę tę poświęca Autor”). Możemy też – dawniej głównie w przekładach, teraz coraz częściej i w twórczości rodzimej – spotkać się na końcu bądź początku książki z rozdziałem „Podziękowania”, który, jeśli dedykacji właściwej brak, można uznać za formę takiego właśnie, bardzo rozbudowanego, wyrazu wdzięczności autora.

Czy jednak odautorskie dedykacje służą faktycznie jedynie pokazaniu wdzięczności za coś? Może mogą mieć jakieś inne sensy? Oczywiście, macie rację, wszystko tu zależy od autora i nie ma zasadniczo wyrazistej szkoły hermeneutyków i interpretatorów dedykacji, ale zastanówmy się nad tym chwilę (wszak wpis jest o dedykacjach). Oprócz pokazania, komu autor jest wdzięczny, dedykacja może korespondować bezpośrednio z formą czy tematem książki. Ten ostatni przypadek jest bardzo ciekawy i nieźle analizowalny w przypadkach, kiedy autor faktycznie dedykuje swoje kolejne książki różnym osobom (ewentualnie: nigdy nie dedykuje, a tu nagle bach) i możemy śledzić jakie tematy dedykuje komu (nie jest to przykład wzięty z sufitu – zobaczcie na przykład dedykacje w powieściach Wiesława Myśliwskiego). Bywa, że dedykacja koresponduje, jak sądzę, w odbiorze autora z treścią, a po latach sprawia wrażenie nieco od niej – w najlepszym wypadku – odklejona (doskonałym przykładem są tutaj prozy Stefana Żeromskiego).

Autor autorem, a czytelnik?


Można się zastanowić teraz nad dedykacjami, które sami wpisujemy do książek. Ot, akurat naszła nas ochota dać komuś prezent i jest tymże prezentem książka. Co wtedy? Podzieliłam sobie roboczo znane mi dedykacje (znane, bo takie otrzymuję i znane, bo takie wpisuję do książek sama) na kilka kategorii. Dla nakreślenia hipotetycznej sytuacji weźmy przykładową dedykantkę, dajmy jej na imię Aniela, i postawmy ją w kilku sytuacjach:
 
 

A. Krótko i na temat: dedykujący nie należy do osób wylewnych lub nie lubi pisać po książkach (stąd też czasami używa kartek wkładanych do książki – może mogą się zgubić, ale książka pozostanie nietknięta), chce po prostu przekazać komu i po co daje tę książkę („Mamie z okazji urodzin – Aniela”) albo tylko komu i kto daje („Mamie – Aniela”).

B. Życzenia: dedykacja może być po prostu formą życzeń, stąd też jak życzenia jest pisana („Wszystkiego dobrego z okazji urodzin, dużo zdrowia, szczęścia i spokoju ducha, a także dobrej lektury – Aniela”), z pewnym odniesieniem do książki jako prezentu („dobrej lektury”).

C. Dzielenie się radością: nie tyle chcemy zaznaczyć funkcję książki jako prezentu, ile podkreślić, jak ją lubimy i liczymy na to, że i obdarowany ją polubi („Tyle ci o tej książce opowiadałam, mam nadzieję, że pokochasz wykreowany w niej świat tak, jak ja – Twoja Aniela”); w tym wypadku zdarza się, że umieścimy jakąś aluzję do świata przedstawionego („Z życzeniami, by czytało się dobrze – i niech los zawsze ci sprzyja! Aniela”).

D. Na pamiątkę: a może dedykacja ma wywołać w czytającym wspomnienie o tym jednym konkretnym dniu/miejscu/wydarzeniu, które nas z nim łączy? Wtedy pojawia się ono w samym tekście, a może i książka jest z tym związana („Na pamiątkę wspólnego wejścia na Śnieżkę – Aniela”).

E. Świąteczność: osobny rodzajem dedykacji, jakie wyróżniam, są te znajdowane w książkach wręczanych z okazji świąt i uroczystości – no właśnie, są dość uroczyste, a czasami choćbyśmy nie wiem co zrobili sprawiają wrażenie koturnowych. A sama książka jest nawet nie tyle rodzajem prezentu, co rozbudowaną kartką pamiątkową, którą trudniej jest zgubić, więc ma to swój sens i cel („Wesołych Świąt życzy Aniela”, „Z okazji ślubu wszystkiego naj, naj, naj od Anieli”).

Nie-moje, a jednak moje


Jest jeszcze jedna kwestia związana z dedykacjami, którą chciałabym poruszyć. Bo istnieją dedykacje nie odautorskie, ale i nie wpisane przez nas bądź dla nas – i są to dedykacje w książkach, które dostajemy/kupujemy/znajdujemy po kimś. Osobiście bardzo lubię znajdować dedykacje w antykwarycznych książkach, które włączam do swoich zbiorów, bo mam wtedy wrażenie, że faktycznie ta książka kiedyś komuś służyła, cieszyła, coś przypominała. Zasmucam się nad tym, że taką funkcję najwyraźniej pełnić przestała dla właściciela albo dla jego dziedziców, a może po prostu tych dziedziców jakoś zabrakło i stąd książka trafiła w moje, kolejnego czytelnika, ręce? A może, choć dedykacja chciałaby nas przekonać, że ta książka jest bardzo ważna, w gruncie rzeczy było tak, że czytelnik dość szybko o niej zapomniał, bo zniknął urok chwili?
 
 

Pamiętam, jak w dzieciństwie znalazłam w przeszklonej szafeczce z książkami u Dziadków książkę – dedykacja była skierowana do jednej z moich ciotek i była tak serdeczna, i wzniosła (wiecie, to była ta dedykacja z rodzaju „…a nasza przyjaźń trwać będzie na wieki!”), że wydawało mi się aż niestosowne, że książka zamiast na honorowym miejscu na regale w domu Cioci leży razem z innymi tutaj u Dziadków. W dodatku powieść przeczytałam, uznałam wówczas za doskonałą, i tym bardziej aż wierzyć mi się nie chciało, że wylądowała tutaj, pokryta zapomnieniem. Przy pierwszej okazji zapytałam oczywiście ciotkę, jak to się stało – szybko przypomniała sobie, o jakiej książce mowa i wyznała, że choć dedykantkę, wówczas jedną ze swoich najlepszych koleżanek poznanych na koloniach, bardzo lubiła, to ma zupełną awersję do tematów, które podejmuje książka i nigdy nie była w stanie jej skończyć, chociaż bardzo, w imię koleżeństwa, się starała, więc z pewną ulgą zostawiła ją w domu rodzinnym, kiedy się wyprowadzała.

Także i takie historie się więc zdarzają, a sprawa dedykacji może być bardziej złożona. A czy Wy macie swoje patenty dedykacyjne? A może macie swoje własne historie związane z dedykacjami?

Weź dokładkę!

18 komentarze

  1. Ja zawsze z pewnym rozczuleniem spoglądam na szkolne nagrody. "Za bardzo dobre wyniki w nauce i wzorowe zachowanie w klasie pierwszej szkoły podstawowej" mówi jeszcze niewiele, ale już wpis przy jednej z książek mojej mamy "Halince z IIc za udział w konkursie poezji radzieckiej" to cała historia ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och tak, zdecydowanie! Ta taka dość sformalizowana formuła wpisu do takiej książki (czasami wypisywana ręcznie, a potem wklejana do nagrody -- zawsze mnie to zastanawiało, bo tak czy siak zostaje w książce permanentnie ;-)). Wśród moich ulubionych dedykacji antykwarycznych, to jest znalezionych w książkach kupionych w antykwariacie, mam podobną (nawiązując do poezji radzieckiej), książkę dostała pracowniczka fabryki za wykonanie normy w ponad stu procentach :-).

      Usuń
  2. Przypomniały mi się urodziny już byłej przyjaciółki, kiedy podarowałam jej książkę, a ona poprosiła o wpisanie dedykacji. Przez chwilę znieruchomiałam z długopisem w dłoni, aż w końcu napisałam ''Z najlepszymi życzeniami urodzinowymi - Iza'' czy coś w tym rodzaju. Wydaje mi się, że była rozczarowana. Ona zawsze wpisywała cytat, przemyślany i bardzo ładny, ja takiego w głowie nie miałam. Nie lubię pisać po książkach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, zapewne dobrze jest mieć coś ciekawego do wpisania na taką okazję, ale wiem, o co Ci chodzi, sama zawsze, jak już przyjdzie co do czego, mam pustkę w głowie -- pisanie dedykacji bywa stresujące, jeśli jest to pisanie ad hoc do tego :-).

      Usuń
  3. Mam u siebie w biblioteczce kilka książek z dedykacjami, które okazały się w pewnym momencie życia "problematyczne". Są to bardzo osobiste dedykacje i pisane specjalnie dla mnie. Ładne, przemyślane i od serca. Tylko, że któregoś dnia "przeminęło z wiatrem" i musiałam zdecydować, co z nimi zrobić. Książki i dedykacje zostały, ale przyznaję, że naprawdę długo i poważnie zastanawiałam się, co z nimi zrobić. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda, dedykacje jakoś personalizują książki na tyle, że zawsze mam też taki odruch pewnego zawstydzenia, kiedy nabywam czyjąś książkę z dedykacją, no bo to jednak "nie-moje". A też pozbywać się dedykacji z książki -- barbarzyńsko trzeba by było, więc odpada. Ale jako zapis jakiegoś stanu czy czasu, nawet jeśli minął, można je zawsze z pewnym sentymentem traktować!

      Usuń
  4. Jeśli chodzi o dedykacje, które sama wpisuję, wybieram opcję C i D - głównie ostatnimi czasy dzielę się książkami z moim Przyjacielem i uwielbiam wymyślać mu długie dedykacje :) I sama kocham otrzymywać książki z dedykacjami, to zawsze miła pamiątka, tak sobie otworzyć daną książkę po latach i przeczytać, co darczyńca nam wpisał. Dedykacje od autorów też bardzo lubię, zresztą zbieram autografy lubianych twórców i zawsze mi miło, gdy dopiszą mi coś poza swoim nazwiskiem ;) Choć muszę przyznać, że ledwie wczoraj, na targach książki w Krakowie, oburzył mnie Remigiusz Mróz, który wpisał mi w swej najnowszej powieści dedykację "Dla Karoliny, która wolno czyta" tylko dlatego, że przez nawał innych lektur, zdążyłam przed spotkaniem z nim przeczytać jedynie 55 stron, phi! Skandal :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To faktycznie skandal ;-) (ja za powieściami Mroza, przyznaję, nie nadążam, ale mam zakolejkowany "Immunitet", więc pewnie za czas jakiś, wenę złapawszy, przeczytam :-)). Wymyślanie dedykacji, o ile jest ku temu czas na namysł, no i właśnie wena, może być faktycznie przyjemne -- ale gorzej, jeśli się tak człowiek namyśla, namyśla i to, co wydawało nam się na początku błyskotliwe, potem wydaje nam się nijakie (chociaż może to tylko moja przywara ;-)).

      Usuń
    2. O, to pewnie zależy od ilości samokrytycyzmu (ja to przyznaję ze wstydem, że raczej zdarza mi się pomyśleć czasem "o, ale to to fajnie napisałam!" i tak troszkę spuchnąć z dumy), ale muszę przyznać, że bardzo lubię te dedykacje wymyślać i namyślać się, i kombinować :)

      A za powieściami Mroza to już niedługo i sam Mróz przestanie nadążać :D

      Usuń
    3. Generalissimusie, powinnaś wybaczyć Mrozowi! Czytałam dziś "Siedem dobrych lat" Kereta i jest tam bardzo ciekawy tekst o podpisywaniu książek przez autorów. Keret doszedł do wniosku, że skoro zmyśla opowiadania, może też zmyślać dedykacje :) Wyobraź sobie, że Mróz wpisałby jedną z tych zaproponowanych przez Kereta, na przykład taką (w oryginale była Noa, ale chyba raczej użyłby Twojego imienia): "Karolino, gdzie moja dycha, no gdzie? Powiedziałaś dwa dni, a minął już miesiąc. Wciąż czekam".

      Usuń
    4. :D O rany! To by dopiero było :D... Nie no, pewnie, że mu wybaczam, zbyt urocza z niego cholera, by się długo boczyć ;)

      Usuń
    5. @Ekruda, to absolutnie cudowny sposób dedykowania książek, no i pokazuje, jak bardzo integralną częścią książki może być dedykacja, unosząca się na podobnym "zmyśleniu" (fikcyjności, jeśli chcemy to nazwać tak nieco formalniej ;-)). Wydaje mi się, że @Fatalne Skutki Lektur wspominała kiedyś o dedykacjach wpisywanych przez autora podpisującego się jako inny autor i tak mi się to też tutaj skojarzyło :-).

      @Karolina Sosnowska, ja ledwo się rozejrzałam, że jest "Behawiorysta" (którego się czytać boję), a tu już nowa książka! Chyba na razie pozostanę przy Chyłce i Zordonie, to będę nadążała może ;-).

      Usuń
  5. Zawsze czytam te autorskie dedykacje drukowane, chociaż przyznam, że denerwują mnie te lakoniczne "Mojej Żonie", "Moim Rodzicom". Ok, są bardzo miłe... dla żony i rodziców, ale czytelnik (ja) chętnie przeczytałby jakieś rozwinięcie (chociaż nie o takie rozwinięcie z Twojego przykładu mi chodzi :D "ta książka jest dla Was"). A co do tych dedykacji osobowych, otrzymywanych, to bardzo rzadko dostaję w prezencie książki (taki psikus od bliskich), więc i dedykacji sobie nie uzbierałam, ale mistrzem dedykacji dla mnie jest nieodłącznie mój Ukochany, bo i od niego mam najwięcej książek - i każda podpisana. I tu nie ma znaczenia, czy jest krótka, czy popisowa... ;) Czyli chyba lubimy dedykacje.

    Mam świetny przykład dedykacji z jednej starej książki - "Miłość i wola" Maya, którą znalazłam w pracy (bibliotece): na jednej stronie było: "Zbyszek, który miał wolę, ale...", na kolejnej: "Mirka, która miała dobrą wolę, ale nie wiedziała, jak to z miłością?" Urocze!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ale przyznasz, że jest w tym jakaś tajemnica i człowiek się zastanawia, "ale dlaczego żonie? taką książkę? o co chodzi" i tym podobne ;-). Też lubię książki dedykowane mi przez bliskich, ale najbardziej chyba lubię podglądać cudze dedykacje (taka wada charakteru), ta historia z Mayem jest przepiękna, dokładnie taka, jakie lubię wynajdywać! :-)

      Usuń
  6. ....jeśli chodzi o autorskie, to strasznie lubię GRRM, który ma talent do bardzo uroczych i konkretnych "for Phyllis, who made me put the dragons in"; "for Stephen, Wizard of Windows, without whom this book would have been written in crayon" (każda okazja jest dobra żeby ściągnąć z półki i cytowac cokolwiek ;))

    Sama czasem robię, ale niezbyt lubię, bo ach ta cienka linia, żeby powiedzieć coś istotnego bez aspirowania do wzlotnej grafomanii....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy nie zwróciłam uwagi na dedykacje GRRM, a widzę, że faktycznie są warte uwagi ;-).

      Bo to trudna sztuka, żeby nie przesadzić z pompą i napisać to, co by się chciało tam wsadzić, wszystkie te emocje, a nie brzmieć zupełnie inaczej, niż byśmy chcieli ;-).

      Usuń
  7. Mam fioła na punkcie dedykacji i to wszystkich możliwych :)

    Uwielbiam dedykacje odautorskie, ale nie takie zwykła, których pełno jest w rozmaitych książkach (właściwie teraz to chyba każdy komuś dziękuje lub coś dedykuje). Najbardziej fascynują mnie dedykacje mówiące coś więcej o autorze. I tak w mej niedawnej lekturze powieści Mario Vargasa Llosy "Ciotka Julia i skryba" widnieje dedykacja: "Julii Urquidi Illanes - której tyle zawdzięczamy - ja i ta powieść", która w kontekście całej opowiedzianej przez autora historii ma wyjątkowy wydźwięk.

    Sama zawsze piszę dedykacje w książkach. Staram się im nadać ton bardziej osobisty, oczywiście w zależności od okoliczności, w których sprawiam komuś taki książkowy prezent. A książki daję często, żeby nie powiedzieć zawsze ;) Jeśli nie daję książki na prezent to znaczy, że dana osoba w ogóle nie czyta (o zgrozo), ale wtedy przemycam jakieś inne wielbione przeze mnie kulturalne rozrywki, jak chociażby gry planszowe :)

    Gdy otrzymuję książki też zawsze z przyjemnością czytam dedykacje. Po kilku latach sięgając po taką książkę mogę przeczytać słowa moich bliskich, czy przyjaciół i miło powspominać. Ostatnio czytałam książkę, którą otrzymaliśmy z mężem z okazji ślubu od przyjaciół ("Wyznaję" Cabre) i ilekroć otwierałam lekturę napotykałam się na ich dedykację, co było niesamowicie miłe :)

    Mam też znajomych, którzy dedykacji nie piszą, ale zawsze wiem, że książkę otrzymałam od nich (kupują bardzo charakterystyczne tytuły) i szanuję ich brak chęci mazania po książkach, dlatego sama również dedykacji im nie piszę.

    Jeszcze tak wtrącając co nieco na temat dedykowania książek z uwagi na niedawne Targi Książki w Krakowie to zawsze podziwiałam autorów, którzy po krótkiej, raptem kilkuminutowej rozmowie potrafią wpisać do książki taką dedykację, którą wspomina się z rozrzewnieniem :) Taką właśnie popełnił w podarowanej mi przez mą mamę rok temu książce Janusz L. Wiśniewski i do dzisiaj z uśmiechem ją czytam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, to jest ogromna umiejętność -- podejrzewam, że wymaga też bystrej obserwacji i niestresowania się kolejką innych czytelnków, żeby spokojną ręką tak wpisać coś, co będzie charakterystyczne. Chyba, że ma się przygotowane od razu słowo :-)? W sumie, kto wie, szkół jest pewnie wiele w takich przypadkach!

      Usuń