Przepraszam, czy tu coś było? Albo o „Mieście Archipelagu” (i „Wannie z kolumnadą”) F. Springera



Sięgnęłam więc i ja po reportaże Filipa Springera. Zbierałam się, zbierałam – książki się piętrzyły, piętrzyły, więc się w którymś momencie spotkać w końcu musieliśmy. Zaczęło się od „Miasta Archipelagu” i przeszło płynnie w lekturę „Wanny z kolumnadą”.


Zacznijmy może od uczucia, które towarzyszyło mi od początku lektury i pozostało do jej końca, nawet teraz będąc wciąż obecnym. Otóż niektóre fragmenty „Miasta...” są zupełnie niesamowite, siadają na emocjach – inne zaś pozostawiają mnóstwo niedosytu. Coś jakbyśmy wsiedli w busa, przyturlali się do miasta, zobaczyli rynek i dwie ulice obok, po czym już musielibyśmy wracać. Nie dlatego, że nam się chciało, ale dlatego, że czas gonił, ostatni autobus odchodził, i tak dalej. Widzicie, sama wychowałam się w pobliżu jednego z miast, o którym pisze Springer, mój Domownik – w innym. I cały czas miałam wrażenie, że kiedy autor pisze o tych dwóch akurat miastach, nie widzi pewnych kwestii, w innych wierzy na słowo temu, kogo o coś zapytał, jeszcze inne podkolorowuje, żeby pasowały do konwencji. I kiedy trafiałam na fragmenty o innych miastach, które wydawały mi się szalenie ciekawe i dobrze napisane, pytałam się: a jeśli czytelnik z takiego miasta też ma tutaj wrażenie, jakie ja mam, kiedy czytam o „moich” miastach? 
 
Pars pro toto?

Przyznam szczerze, że to bardzo utrudnia odbiór książki, bo ciągle zmusza do pytania: jak to właściwie z Miastem-Archipelagiem jest? Springer wybrał interesującą formę, żeby pokazać nam niełatwe przecież zbiory opowieści – projekt jest zresztą szerszy niż ta tylko książka, materiałów więc miał bardzo dużo i coś z nich wybrać musiał. Czasami udaje się lepiej (Klęski w dziejach miasta, gdzie miejscowe katastrofy stają się czasem bardziej wspólnototwórcze niż coś pozytywnego, choć i tutaj można zapytać, czy aby na pewno tak jest w każdym opisanym przypadku; fragmenty dotyczące Nowego Sącza i Chełma, historia architekta-futurysty z Tarnowa, rozdział Czerwony atrament), czasami gorzej (nieco kiczowaty rozdział o entropii i Koszalinie – czytanie go na głos nie było, powiadam Wam, pomysłem dobrym; jeden z rozdziałów o Białej Podlaskiej, gdzie miasto służy za dość anonimowe jednak tło dla everymanowej historii). Wychodzi od historii o mapach w PRL-u, które miały kłamać i kłamały, z nagłości reformy administracyjnej lat 70., która poszatkowała Polskę małymi województwami (gwarantuję Wam, że na pewno było jakieś, o którym nie pamiętaliście i zaskoczy Was, że to miasto było kiedyś miastem wojewódzkim – co samo w sobie też jest ciekawym materiałem do interpretacji), z założeń dotyczących map w ogóle. Ta konstrukcja jest bardzo ciekawa, bo uzasadnia też cząstkowość i niepełność opisów. Wytrąca trochę oręż z ręki tym, którzy chcą powiedzieć, że „coś jest/było inaczej” (to zresztą bardziej, mam wrażenie, książka o odczuciach – tego utraconego statusu wojewódzkości, nudy dnia powszedniego i świątecznego, radości, że coś można i bezsilności, że czegoś nie można). 
 
 
 "Miasto..." zaczyna się od Koszalina, więc i my tam zacznijmy. Zdjęcie JDavid, źródło.


Obrazki z miast przetykane są historiami „z drogi”, które pokazują i realia pracy autora, na jakie składa się zmęczenie – zbieraniem materiału, tematem, ciągłym byciem w drodze – i krótkie historie, które najczęściej są jak krótkie poświecenie latarką na jakąś rzecz: za mało, by zupełnie się jej przyjrzeć, ale dość, żeby zapamiętać, że „coś tam było”, żeby ten obraz mógł dalej pracować już w głowie czytelnika. A jednak mam po tej książce mieszane uczucia. Bo z jednej strony i temat, i rama interpretacyjna, i konstrukcja – są świetne. Z drugiej strony mam miejscami poczucie, że to tylko migawka, na ile coś nam mówiąca o tym wycinku rzeczywistości – trudno stwierdzić. Może to dlatego, że „Miasto Archipelag” jest częścią tego większego projektu – raczej tym, co ma zachęcić, by zobaczyć, coś więcej i dalej (zajrzyjcie na stronę projektu tutaj). Może – ale nie wiem, prawdę mówiąc, jak wczytywać zatem książkę: jako coś samodzielnego? Jako część projektu? Zagadnienie ciekawe, ciągle nad tym jeszcze myślę.
 
Reportaż z lekką nutką historii

Natomiast „Wanna z kolumnadą” to jedna z tych książek, których lekturę większość czytelników ma już pewnie za sobą, ja jednak przydreptuję jak zwykle po pewnym czasie. Mówiło się kiedyś, że to opis tego, jak wiele problemów mamy z brzydotą w miejscach publicznych w Polsce – ale po tym pewnym czasie to też ciekawy kontrapunkt dla przemian, które przecież widać. Chociażby historia katowickich bulwarów: Springer pisze o nich jako o pustych i niezachęcających – wypytałam znajomych z Katowic, którzy z kolei mówią, że to miejsce zrobiło się teraz całkiem przyjemnie i miło tam bywać. Więc coś się rusza – reportaż staje się trochę rodzajem źródła historycznego do zupełnie-najnowszej historii. Może to nawet ciekawsza droga czytania tej książki po kilku latach od jej wydania niż taka interpretacja bardziej w stronę „książki interwencyjnej”.

Springer i tu eksperymentował już z formą – na tym tle widać i rozwój warsztatu pisarskiego, i większą tej formy świadomość w „Mieście Archipelagu”. Pod tym kątem „Wanna...” może być też czytana jako taki rozbieg. Pozostaje po niej (po samej lekturze, bez drążenia „co było dalej”) dość smutna konstatacja, że, no cóż, brzydko jest. Nawet jak się staramy, żeby było ładniej, to nad tym naszym staraniem wisi jakiś fatalizm. Pod tym względem „Miasto Archipelag” jest wyważone bardziej: że może być kiepsko, ale nie musi, że może być ciekawie, ale niekoniecznie. Obie siły (czy może więcej niż dwie) przeplatają się w tych obrazach dawnych miast wojewódzkich. Można z nich uciekać, ale można i przyjeżdżać – czuć, że gdzieś indziej jest lepiej albo że tutaj jesteśmy w domu. Wciąż, jak pisałam, nie wiem, jak czytać samo „Miasto...” jako książkę-książkę, a nie część większej całości, ale poza tym, jak widzicie, zaintrygowała mnie.
 
 
 A kończy się cykl "Miasta Archipelagu" w Wałbrzychu. Zdj. Ngapleaz, źródło.

 
Co widać, czego nie widać

Zastanawiam się też nad rolą zdjęć w obu książkach. Mam wrażenie, że jest taka pół-na-pół. Z jednej strony to są po prostu zdjęcia-ilustracje (mamy opis, a tuż obok albo kilka stron dalej zdjęcie, na którym widzimy to, o czym czytaliśmy), kiedy indziej to raczej uzupełnienia tego, czego w opisach zobaczyć nie możemy. Czasami jest jeszcze inaczej: wymowny jest brak zdjęcia, chociaż o jakimś miejscu czytamy. W „Wannie...” dochodzi jeszcze do tego multiplikacja znalezionych brzydot: powtarzające się paskudne szyldy, jeden za drugim, aż do zmęczenia czytelnika. Bo czy wspominałam, że obie książki są bardzo ładnie wydane? Choć przez dwa różne wydawnictwa – muszę tu dodać jako czytelnik autobusowy, że z „Miastem Archipelagiem” jeździ się wygodniej, choć „Wanna z kolumnadą”, w swoim niemal albumowym formacie, z twardą okładką i śliskim papierem wygląda imponująco. Zresztą takie wydanie przewrotnie i dość ironicznie komentuje treść książki, za co, jak mawiają Czesi, klobouk dolů.

A Wy mieliście już okazję? Jak Wasze wrażenia?

Weź dokładkę!

14 komentarze

  1. O, też wzięłam się za książki Springera dopiero niedawno (za "Wannę..." zimą tego roku, potem, dosłownie kilka dni temu, skończyłam "Księgę zachwytów", a "Miasto Archipelag" już czeka na półce), ale muszę przyznać, że reporter już oczarował mnie tym jak potrafi pisać o architekturze. Szczerze mówiąc, nie przypuszczałam, że może ona być tak fascynująca! Z tych dwóch chyba bardziej podobała mi się "Wanna" (poza pierwszym rozdziałem, który, jak pamiętam, dość opornie mi szedł), ale i "Księdze" wiele nie brakuje do naprawdę świetnej książki. A wydania faktycznie cudne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, pamiętam, że o "Wannie..." nawet chwilę rozmawiałyśmy -- to mnie między innymi zmotywowało, żeby wreszcie się za nią zabrać :-). Zastanawiam się, jak to jest, jeśli się przeczyta pozostałe książki autora: czy widać, do jakich detali się przywiązuje bardziej, jakimi ścieżkami chodzi częściej. Bo już trochę można to zauważyć po lekturze tych dwóch. Właśnie, "Księgę zachwytów" też mam na celowniku, bo wydaje mi się ciekawym kontrapunktem dla "Wanny...", ale nie wiem, czy słusznie :-).

      Usuń
    2. Tak, kontrapunktem jak najbardziej będzie ciekawym, tam było to, co brzydkie tu to, co piękne (w większości, bo nie wiedzieć czemu, Springer wrzucił trochę dziegciu do beczki miodu). Ale do czego się przywiązuje, na czym skupia... Kurczę, zabiłaś mi ćwieka :)! Z ciekawości zwrócę na to uwagę, czytając "Miasto Archipelag".

      Usuń
    3. O, to ciekawe, może po prostu chodzi o taką kontynuację raz rozpoczętego tematu? (strzelam w ciemno przed lekturą :-)). Ciekawa jestem, co powiesz po lekturze! I co powiesz przeczytawszy o mieście, do którego Ci najbliżej, bo -- jak pisałam na początku -- te opisy są dla mnie największą zagwozdką, ten ich odbiór ;-).

      Usuń
  2. Ach, no i miło być czytelniczą inspiracją :) Mnie też nadzwyczaj często inspirują blogerzy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :-) Ba, pewnie. Często popołudniowa lektura blogów kończy się ciągłym dopisywaniem kolejnych książek "do przeczytania" ;-).

      Usuń
  3. Do czasu aż nie przeczytałam "13 pięter" Springera nie widziałam nic interesującego w pisaniu reportaży o architekturze. Bo przecież ta ciągle się zmienia. W miastach powstają nowe budynki, dokonuje się renowacji starych, na wsiach całe przestrzenie są zabudowywane domami jednorodzinnymi lub rozmaitymi inwestycjami. Po co pisać o czymś tak ulotnym?

    A jednak "13 pięter" zachwyciło mnie formą i spojrzeniem na otaczającą nas rzeczywistość. Nie miałam pojęcia, że można tak pisać! W dodatku tematy podejmowane przez Springera są mi bardzo bliskie - zresztą wydaje mi się, że nie tylko mnie, ale wszystkim.

    To co troszkę mi nie pasowało to ascetyczność tekstów Springera. Gdy skończyłam jego książkę pozostał gigantyczny niedosyt. Chciałabym czytać go wciąż, bez przerwy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie architektura jest ważna, ale to nie zmienia faktu, że czytanie Springera jest ciekawą formą konfrontowania własnych spostrzeżeń z uwagami innych :-). No i wydaje mi się, że mimo zmian, w przestrzeni jest coś stałego -- że wiele się może zmienić, ale przestrzeń, choć różne rzeczy na niej powstają, jakoś pozostaje. Podoba mi się ten rodzaj jej obecności i to, co można z niego wyczytać.

      "13 pięter" mam na półce od dłuższego czasu, więc oczywiście chciałabym przeczytać! Co do stylu -- podoba mi się, że autor eksperymentuje z formą, ale nie zostaje w jakimś jednym punkcie (jak dotąd).

      Usuń
  4. Ach, Springer jeszcze przede mną, ale ja z tych nieznośnych co to rzucają w kąt na hasło "dużo ludzi czyta".
    ...a czy nie jest tak, że jak się jest blisko tematu to się zawsze ma pretensje do reportażu, że coś nieopowiedziane co ważne, że coś zobaczone inaczej? Z cyklu nie ma jednej prawdy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, myślę, że to może być jeden z powodów -- i oczywiście, reportaż siłą rzeczy jest wybiórczy, bo konstruuje obraz niekoniecznie z elementów, które widzi czytelnik, czy też inny autor. Tutaj jednak zastanawiam się, czy nie jest też tak, że forma ma być wciągająca, więc te elementy wpasowuje się w to, chociaż widać też i coś innego. Dam przykład: w opisie jednego z muzeów wymienia się twórców wiszących tam obrazów -- z klucza "no, nie tacy bardzo znani", a czytelnik znający to muzeum wie, że wiszą tam razem z nimi ci "bardzo znani" twórcy; można oczywiście powiedzieć: to kwestia kadrowania obrazu. Ale zastanawiam się, czy to nie za proste.

      Usuń
  5. Nie miałam okazji jeszcze zapoznać się z tą pozycją, ale recenzja bardzo mnie zaintrygowała. Tym bardziej, że mogę dowiedzieć się czegoś o swoim mieście...


    ______________________________________
    http://bit.ly/2evt5D1

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To zachęcam, w razie czego chętnie porozmawiam, ciekawa jestem -- tak jak pisałam -- wrażeń o "swoich" miastach :-).

      Usuń
  6. Mnie się „Wanna z kolumnadą” podobała, a „Miasto Archipelag” ciągle przede mną, ale mam już swój egzemplarz, więc pewnie przeczytam w najbliższych tygodniach. Twój tekst potwierdza jednak trochę moje obawy, że taka forma powoduje pewne poszatkowanie, uogólnienia, czy nawet naginanie opowieści o danym mieście do przyjętego ogólnego założenia na temat byłych miast wojewódzkich. Mam nadzieję, że mimo wszystko się nie zawiodę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życzę nie-zawiedzenia :-). Cały czas zastanawiam się, jak podejść do "Miasta...", żeby tego wrażenia poszatkowania nie mieć -- przeczytałam to, co jest dostępne na stronach Miasta Archipelagu on-line, ale to wciąż jeszcze trzyma się tej samej formy. Stąd nadal jestem ciekawa, jak inni czytelnicy odbierają "swoje", znane miasta.

      Usuń