Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej albo o „Pat ze Srebrnego Gaju” L. M. Montgomery (Pikniki z Klasyką #19)


Kiedy czytaliśmy i dyskutowaliśmy wiosną o „Dzbanie ciotki Becky” pojawiły się głosy, że w cyklu piknikowym powinno znaleźć się miejsce dla innej powieści Lucy Maud Montgomery – „Pat ze Srebrnego Gaju”. No i, jak widać, się znalazło. A jak wypada ta książka podczas pierwszej lektury, kiedy wiek nastoletni opuściło się dawno temu? 



Znacie? To przeczytajcie!


Zacznę może od tego, że przygody Pat czyta się nieco sentymentalnie, bo nie ma tam zbyt wiele znaczącego novum w stosunku do tego, co wyczytało się wcześniej w innych książkach Montgomery. Sprzyja temu zapewne forma: to właściwie rozbity na lata cykl epizodów z życia rodziny Gardinerów, do której należy i tytułowa Patrycja, w ich nieco staroświeckim i pozbawionym kranów oraz centralnego ogrzewania, ale urokliwym i uważanym przez Pat za najpiękniejszy na świecie, Srebrnym Gaju. Jest tu oczywiście pewna klamra konstrukcyjna – bohaterkę poznajemy, kiedy na świat ma przyjść jej najmłodsza siostra, rozstajemy się z nią, kiedy jej najlepszy przyjaciel idzie na studia – ale nie mamy w gruncie rzeczy do czynienia z fabułą sensu stricto. Wrażenie to potęguje się, jeśli weźmiemy pod uwagę dwie kwestie. (1) Centralną i spajającą wszystkich członków rodziny – tudzież Srebrny Gaj jako taki – postać Judysi, która jest zamiłowaną opowiadaczką i jej historie zajmują lwią część narracji (i spełniają bardzo różne role, od referowania nam przeszłości począwszy, przez odwracanie uwagi, po pokazywanie intrygujących zakamarków świata przedstawionego). (2) Rozbijanie napięcia, które narratorka buduje dość nieśmiało, żeby w kolejnym zdaniu napisać „a stało się tak i tak” – i już, po napięciu (wspomnijcie na przykład wątek choroby matki).

 Jeśli, jak piszę dalej, to opowieść o wchodzeniu w nowoczesność, to niechaj nam
dzisiaj towarzyszą te rzadziej oglądane zdjęcia. Tak wyglądała przykładowa żeńska drużyna
hokejowa, oczywiście kanadyjska, na początku lat 20. Źródło
 

W ten sposób owszem, Srebrny Gaj nie tkwi w żadnej pustce, jest obudowany historiami, ale nie łudźmy się, my je już tak naprawdę znamy – czy z cyklu avonlejskiego, czy chociażby z podobnie zbudowanego „Dzbanu ciotki Becky”. Ta powieść jest zresztą bezpośrednią poprzedniczką „Pat...” i widać tutaj zbliżony styl pisania. LMM trochę niekiedy eksperymentuje – ale generalnie to jest już to wszystko, co się sprawdziło. Wracamy zatem na bardzo dobrze znaną Wyspę Księcia Edwarda i… Nie, nie, aż tak prosto nie jest.
 

Wyspa Księcia Edwarda
 

Owszem, historie o dziwnym zachowaniu mieszkańców Wyspy – ba, nawet bardzo, bardzo znajoma opowieść o oburzaniu się ciotki Edyty na nową modę dotyczącą noszenia piżam – to coś, co już słyszeliśmy, ale chyba po raz pierwszy Montgomery zajmuje się tym, co to właściwie znaczy, że mamy do czynienia z Wyspiarzami. Bo to, co tu dużo kryć, dość zwarta społeczność – wszyscy się znają albo przynajmniej o sobie słyszeli – co logiczne; tak wygląda życie na wyspach, które są same w sobie osobnymi światami. Tutaj jednak pojawia się nowe pytanie: o szerszą przynależność. Wspomniana Judysia przybyła tu z Irlandii, wiele rodzin stamtąd także pochodzi. Kim są? Nad tym też zastanawiają się od czasu do czasu dzieci ze Srebrnego Gaju. Wszak kiedy okazja jest świąteczna, Judysia „chowa” swój irlandzki akcent, a zastanawianie się, kto tu przybył „ze Starego Kraju” wygląda na anachronizm. Czy wszyscy już jesteśmy Kanadyjczykami – zastanawia się jedno z bohaterów.

Ponieważ powieść pochodzi z lat 30., mamy tu też do czynienia z rozwojem świadomości politycznej. Czasem w formie moralizującej (Judysia twierdząca, że na wybory chodzić trzeba, tonem dość jednoznacznie nakierowanym poza tekst – do czytelnika; na szczęście rozbite to jest dość ironicznym komentarzem narratora, że Judysia poza pierwszymi wyborami na żadne więcej się nie wybrała, bo za dużo z tym zachodu), czasem pokazującą, że przemiana społeczna nie dzieje się wcale tak szybko i sprawnie (moja ulubiona chyba scena, kiedy wuj wyciąga modlącą się o zwycięstwo swoich kandydatów ciotkę na wybory, bo przecież nie wiadomo, jaki skutek może mieć modlitwa, a jak ciotka zagłosuje, to już może dokonać realnej zmiany). Tak, tak, to już nie czasy pani Linde, która byłaby świetną polityczką, ale nie ma praw wyborczych.

 Kanadyjskie pielęgniarki, jeszcze w czasie wojny, głosują po raz pierwszy. Źródło.
 

Z drugiej strony nie jest wcale tak różowo, jeśli chodzi o ogólną sytuację kobiet. Nie wiem, jak na początku lat 30. brzmiał fragment: „Petersonowie z Południowego Glen mieli w zeszłym tygodniu straszne przeżycie. Myśleli, że Myrtle uciekła z kimś. Ale okazało się, że się tylko utopiła”. Dzisiaj brzmi przerażająco i trudno tu mówić o żarciku – zresztą wydaje mi się, że nie taka jest intencja odautorska: w końcu dowiadujemy się o tym z listu Pat do brata, to coś, co dziecko słyszy i powtarza. Pokazuje to sposoby opowiadania sobie tej historii przez dorosłych, i to na nich skupia się tutaj – za pomocą takiej a nie innej narracji – uwaga. I czy w latach 30., czy dzisiaj, możemy się czuć przerażeni.
 

Omnia mea mecum porto
 

Weźmy się jednak wreszcie za to, co zapewne wszyscy zapamiętali najlepiej i wydaje się to najbardziej interesujące: postać Pat. Patrycja Gardiner, rocznik 1913 („miałam pięć lat, kiedy podpisano zawieszenie broni”) mogłaby być córką – czy może nawet wnuczką? – Ani Shirley. Wspominam o Ani nie dlatego, że to najlepiej znana bohaterka LMM, ale dlatego, że Pat i Anię łączy kilka zasadniczych cech. Obie lubią nazywać okoliczne miejsca w możliwie romantyczny sposób, obie bardzo kochają swoje domy, obie są nadwrażliwe. O ile jednak u Ani to wszystko składa się w postać raczej sympatyczną (bo wiadomo, każdy ma takiego bohatera literackiego, za którym nie przepada, choćby cieszył się powszechną sympatią – ja Anię lubię, ale nie znaczy to, że lubimy ją wszyscy; stąd to „raczej”), o tyle w przypadku Pat sprawa jest nieco bardziej skomplikowana.

Mamy bowiem do czynienia z postacią, której dwie cechy charakterystyczne są nam aż do znudzenia powtarzane przez narratora: nie lubi zmian (płacze po każdym wyciętym drzewie, wpada w histerię, gdy ojciec ścina wąsy i cierpnie na myśl, że któreś z jej rodzeństwa opuści dom) i nade wszystko kocha swój dom. Srebrny Gaj jest dla niej osią świata – zawsze pociesza ją jego widok, krzątanie się wokół przywraca życiu sens i sprawia, że Pat w ogóle funkcjonuje. Taka kreacja bohaterki nasuwa jednak kilka pytań: przede wszystkim, skąd bierze się ta chorobliwa wręcz niechęć do zmian? Owszem, powiecie, na początku z pewnością, ale Pat przecież potem ewoluuje (widać to też w drugiej części, „Miłości Pat”, którą sobie teraz podczytuję). Jasne, ale zobaczcie: coś, co nie dziwiłoby specjalnie u Ani – sieroty, trafiającej do coraz to nowego domu tymczasowego, gdzie dodatkowo jest wyzyskiwana – wydaje się podejrzane u Pat, kochanego dziecka, na które wszyscy chuchają i dmuchają, od zawsze mieszkającej w jednym domu z całą rodziną.

 Spotkanie członkin klubu kobiet katolickich, już w latach 40. Spotkanie, rzecz jasna,
przy herbacie. Źródło
 

Ta nerwica natręctw, na którą zdaje się cierpień Pat, jest o tyle ciekawa, że faktycznie wpływa na wszystkie wybory bohaterki i warunkuje jej życie. Pod tym względem to zaiste ciekawe studium charakterologiczne. Pat udaje się co prawda w końcu wysłać na studia – ale tylko na rok. Ostatecznie rezygnuje ona z wykonywania wyuczonego zawodu – przed jego podjęciem – ze względu na dobro domu, którym nie będzie się miał kto zająć, i chcąc wyświadczyć siostrze przysługę (więc, jakby nie patrzeć, w jakiś sposób się zmienia – lub, jak kto woli, przedkłada dom nad ewentualną zmianę). Czy można też czytać postać Pat bardziej metaforycznie? Wydaje mi się, że można. Bo autorka przedstawia nam świat po ogromnej zmianie i pokazuje reakcje na niego (choćby wspomniana sprawa piżam i wyborów). Pat byłaby więc takim barometrem, który skupia w sobie lęk przed tym, co jeszcze może nadejść, a równocześnie jest już sama dzieckiem tej nowej epoki.

Zaciekle broni Srebrnego Gaju, domu bez udogodnień i uważanego za staromodny, bo to ostatnia stała rzecz sprzed tej wielkiej zmiany. Pat jest tutaj tradycjonalistką, bo wyraża jakąś tęsknotę za przeszłością, która odejść musi, bo tak się po prostu dzieje. Odejście to jednak nie jest ani łatwe, ani przyjemne – i stąd rozpaczliwe reakcje bohaterki. I kiedy tak czytać „Pat ze Srebrnego Gaju”, nabiera ona jednak nieco żywszych kolorów. A jak Wasza lektura? Zapraszam serdecznie do dyskusji, która tym razem toczy się w komentarzach tutaj. A zanim do niej przystąpimy, zapraszam równie serdecznie do przeczytania dzisiejszego wpisu Tarniny – znajdziecie go tutaj.

Weź dokładkę!

72 komentarze

  1. W ocenie "Pat..." kluczowa wydaje mi się jedna kwestia: czy L.M.M. zdawała sobie sprawę, jak bardzo nieznośną bohaterkę stworzyła? Jeśli tak, to w porządku, można wtedy tę książkę na różne sposoby interpretować (postać Pat wyraża np. lęk przed życiem w ogóle). Ale obawiam się, że to miała być po prostu kolejna sielankowa wariacja na temat niezwykłej dziewczynki, którą wszyscy musimy pokochać. W takim przypadku - niestety bardzo nieudana.

    Zgadzam się natomiast z Tobą, że z tła można wyłowić nieco ciekawych szczegółów, nad którymi można się zastanawiać i które sprawiają, że powieść jest ostatecznie zdatna do czytania.

    Co do postaci Judy: podobają mi się jej opowieści, ale całościowo niestety również wydała mi się irytująca. No i - nie wiem jak to jest oddane w polskim przekładzie, bo tym razem postanowiłam sięgnąć po oryginał - L.M.M. naprawdę przesadziła transkrybując irlandzki sposób mówienia Judy. Jest to bardzo uciążliwe w czytaniu, a ponadto sprawia wrażenie wręcz naśmiewania się z bohaterki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam wrażenie, że w tym wypadku intencje autorki rozjechały się bardzo- choćby sam fakt, że niby Pat matkę kocha, a jest ich relacji tak wiele jakby była sierotą. Czytając miałam wrażenie ponaklejanych kalokomani i tego, co autorka uważała, że "powinno być" w szczęśliwym domu. Pat chyba miała być słodka i urocza a wyszedł potworek.

      Zgadzam się z Twoją opinią, że Pat jest okropną egoistką- jej reakcja na odrzucenie przez siostrę zaręczyn jest doprawdy wspaniała. Tyle dobrze, że nie zwerbalizowała swoich myśli.

      A jeśli chodzi o kolejną książkę- Pat ewoluuje o tyle, że to co można było uznać za męczące u dziecka robi się nieznośne u dorosłej kobiety.

      Usuń
    2. Eire, wydaje mi się, że relacje rodzinne zostały w "Pat..." tak zmarginalizowane, choć w zasadzie powinny stanowić oś powieści, ponieważ autorka wpadła w pułapkę zbytniego zachwytu nad postacią Judy. Ona zdecydowanie dominuje i przyćmiewa nawet tytułową bohaterkę, a reszta bohaterów po prostu przy niej znika. Co jest ze szkodą dla powieści (niezależnie czy tę postać lubimy, czy nie), bo wywołuje wrażenie niespójności świata przedstawionego. Autorka mówi nam, że czytamy o szczęśliwej rodzinie, ale jej jedynym członkiem zdaje się być gosposia.

      Usuń
    3. @Tarnina, myślę, że nie -- ale tym bardziej "Pat..." wydaje mi się (bo takie podejście zwykle wtedy się we mnie budzi) interesującym materiałem do interpretacji. Nawet poza rozważaniem, jakie były autorskie intencje. Wydaje mi się, że można więc "Pat..." czytać też trochę inaczej: jako, owszem, wariację na temat, tak jak piszesz, tylko w mocno zmienionych okolicznościach. I to te okoliczności mogą sprawiać, że Pat i jej Srebrny Gaj są takie, jakie są -- to jednak jest świat dużych przemian w obyczajowości i w życiu codziennym: ubranie, środki lokomocji, sposoby porozumiewania się, zmieniają się znacznie. To też jedna z ostatnich powieści L.M.M. i przychylam się tutaj do tego, co pisałaś w swoim wpisie: że to próba kolejnego od-tworzenia, prze-tworzenia jej własnego domu idealnego.

      Zastanawiałam się właśnie, czy ten irlandzki akcent się w oryginale jakoś pokazuje -- w polskim tłumaczeniu niestety nie ma go ani na jotę (w ogóle tłumaczenie to osobna sprawa).

      @Eire, w ogóle wydaje mi się, że to jest powieść, która chce inaczej przedstawić relacje między kobietami Srebrnego Gaju, a inaczej je przedstawia. Od samego początku -- narodzin Przylepki, kiedy okazuje się, że dziewczynki nie mają pojęcia, co i jak ma się stać, przez tę nieobecność matki z powodu jej choroby, przez postać Judysi, która jest trochę, jak pisze Tarnina, Zuzanną, ale i trochę jednak ma cech matczynych właśnie.

      Natomiast powiem Wam, że nie wiem, czy faktycznie to, jak wyglądają tu relacje rodzinne wynika z tego, że w centrum mamy Judysię -- wydaje mi się, że to raczej kwestia tej narracji, która ani nie ma w sobie żadnej dramaturgii, ani nie buduje jakoś konsekwentnie świata przedstawionego, raczej to i owo podrzuca, kiedy akurat jest wygodnie. I to może powodować, że Srebrny Gaj jest -- mimo tego, że pełno tam ludzi i kotów -- raczej pustawy.

      Usuń
    4. Pyzo, jeśli chodzi o przemiany obyczajowości itp., to moim zdaniem L.M.M. świetnie to opisała w "Błękitnym zamku", w sposób wręcz fascynujący, kiedy Joanna zrzuca burą sukienkę z wysokim kołnierzem i ścina włosy na chłopczycę. Ale tam przy okazji tego przechodzenie z XIX do XX w. bohaterka odkrywa też siebie. Trudno natomiast powiedzieć, co właściwie odkrywa Pat (w każdym razie w pierwszej części). Może dlatego również ten szerszy obraz wypada jednak również bardziej blado.

      Co do tego irlandzkiego akcentu, to chyba dobrze, ze się nie pojawił w przekładzie, bo to by zakrawało chyba na parodię. Tu L.M.M. zdecydowanie przesadziła. Ale ona w ogóle zawsze stosuje pewna stylizację językową wobec swoich bohaterów, nawet tak nobliwych jak np. kapitan Jim, co w polskich przekładach, przynajmniej tych, które znam, się nie pojawia.

      Usuń
    5. Mój problem polega tu na tym, że zupełnie nie mogę sobie przypomnieć, czy ja "Błękitny Zamek" czytałam czy nie (ale już widzę, że musi się tak czy siak znaleźć w moich planach czytelniczych!). No właśnie, tyle że Pat już żyje w tym wieku XX, nawet bardzo zdecydowanie -- a równocześnie ma być bohaterką z nieco innej epoki (czy innego świata w ogóle: nie bez kozery ciągle wspomina się, że wygląda inaczej, że w dzieciństwie trochę przypominała elfa i tak dalej). Okazuje się jednak w końcu (mówię też z perspektywy doczytanej w nocy "Miłości Pat"), że nie odkrywa zbyt wiele -- że można żyć po zmianach i że Srebrny Gaj ją raczej wiązał w jednym miejscu niż dawał poczucie szczęścia (chociaż to już wynika z mojej interpretacji, L.M.M. rysuje to nieco oszczędniej).

      Bo stylizacja jest trudna -- w powieściach dla młodzieży, zwłaszcza tych starszych, w przekładach jakoś nie jest oddawana (chociaż jeśli ktoś ma dobry przykład -- niech podrzuci!). Inne pytanie, jak oddać ten irlandzki akcent w polszczyźnie: Judysia musiałaby mówić jakimś rodzajem dialektu, z którymi w języku polskim mamy problem, jeśli chodzi o oddawanie w literaturze (i nie mam na myśli języków mniejszościowych, tylko taki rodzaj spotykanej czasem "uniwersalnej gwary", jaki się czasem spotyka w powieściach: gdzieś na pograniczu potoczności i wyobrażeń autora/tłumacza).

      Usuń
    6. Ach, to musisz koniecznie "Błękitny..." nadrobić. W wieku nastoletnim bardzo się z tej książki naśmiewałam (niesamowite "zaskakujące" zwroty akcji itp.) ale teraz doceniam jej wartość. Choć głównej bohaterki również nie przyjmuję całkiem bezkrytycznie.

      Tak, dziwnie by się czytało powieść, w której mowę Irlandki oddano by za pomocą np. gwary podhalańskiej ;)

      Usuń
    7. Już dopisałam do listy, żeby nie zapomnieć przy następnej nadarzającej się okazji (swoją drogą zastanawiam się teraz, czemu tak niewiele znam z twórczości Montgomery, skoro bardzo dobrze mi się ją czytało w nastolęctwie -- muszę to ponadrabiać, chociażby z ciekawości).

      Ano właśnie -- chociaż nie wątpię, że tłumacz mógłby coś wymyślić. Natomiast zastanawia mnie, czy akcent Judysi wynika tylko z tego (czy inaczej: czy służy tylko temu), żeby pokazać ją jako kogoś, kto wciąż niesie ze sobą pamięć o "Starym Kraju" na Wyspie, czy taką ostoję tradycyjności, czy żeby uatrakcyjnić jej opowieści?

      Usuń
    8. Jeśli mam być szczera, to mam wrażenie, że sposób mówienia Judy służy umieszczeniu jej w hierarchii społecznej. Bo ona jest niby jak członek rodziny, ale jednak tylko "jak". I to nadmierne podkreślanie dziwności jej wymowy jakoś się w to wpasowuje.

      Usuń
    9. No właśnie to mnie zastanawia, bo pozycja Judy nie jest wyłącznie deklaratywna, tak jak część rzeczy w powieści, ona faktycznie jest domowniczką -- stąd rola tego akcentu mnie zastanawia. Z drugiej strony -- coś musi być na rzeczy, bo też i czemu L.M.M. dorzucałaby jej ciągle złe użycia słów (co niejako "przejmie" po niej w drugiej części nestorka rodu Binnie), a Judysia właściwie ten zwyczaj zarzuci.

      Usuń
  2. "Skąd bierze się ta chorobliwa wręcz niechęć do zmian? (...) wydaje się podejrzane u Pat, kochanego dziecka, na które wszyscy chuchają i dmuchają, od zawsze mieszkającej w jednym domu z całą rodziną."
    Czytałam książkę dawno i dość słabo ją pamiętam. Polemizowałabym jednak z tym, że na Pat wszyscy chuchają i dmuchają. Robi to tylko gospodyni, matka choruje (jest przedstawiana w powieści w tle), ojciec opisywany jest jako nieprzewidywalny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A właśnie, sposób przedstawienia rodziny Pat to moim zdaniem też jedna ze słabości powieści. Bo wydaje mi się, że intencją autorki było przedstawienie jej jako bardzo zżytej i związanej głębokimi uczuciami, ale tego nie widać. Pat zamiast z rodzeństwem czy rodzicami przesiaduje z Judy. Musimy przyjąć na wiarę, że Pat jest bardzo przywiązana do brata albo że matka jest cudowna.

      Usuń
    2. Widzę tu pewną konsekwencję. Mamy dziecko, którym zajmuje się Judy, reszta rodziny tylko deklaruje przywiązanie. Nic dziwnego, że Pat ma zaburzone poczucie bezpieczeństwa, bo chyba tym jest jej niechęć do zmian.

      Usuń
    3. Oczywiście, tak należałoby to interpretować zgodnie z psychologicznym prawdopodobieństwem. Ale nie sądzę, żeby to była interpretacja zgodna z intencją autorki. Wydaje mi się, że L.M.M. właśnie chciała pokazać coś przeciwnego: Pat jest tak szczęśliwa, że wszelkie zmiany widzi jako zagrożenie (co w przypadku dziecka jest psychologicznie nieprawdopodobne). Ale moim zdaniem L.M.M. popełnia w przypadku tej powieści podstawowy błąd w rzemiośle pisarskim: zbyt często mówi czytelnikowi, że jest tak i tak, zamiast mu to pokazać.

      Usuń
    4. Trochę trudno mi się spierać o intencje autorki, bo musiałabym ponownie przeczytać powieść.:) Zapamiętałam Pat jako wrażliwe (wręcz przewrażliwione) i pełne lęku dziecko.
      Piszesz, że L.M.M.:"zbyt często mówi czytelnikowi, że jest tak i tak, zamiast mu to pokazać". Może pokazanie relacji w pełnej rodzinie z perspektywy dziecka było dla niej zbyt trudne, ze względu na własne dzieciństwo.

      Usuń
    5. L.M.M. lepiej wychodzą bohaterki o trudnym dzieciństwie i zapewne jej własna biografia jest tu na rzeczy. Z drugiej strony - sądzę, że ta nieumiejętność pokazania relacji w pełnej rodzinie dotyczy tylko "Pat..." a nie jest cechą twórczości L.M.M. w ogóle. W każdym razie nie przypominam sobie, żeby brakowało mi interakcji w rodzinie Blythe'ów.

      Usuń
    6. Nie znam do końca tego, w jakich warunkach powstawała "Pat...", ale nie mogłam się niekiedy oprzeć wrażeniu, że dość pośpiesznie -- i stąd też mogą się brać podobne odczucia, o których piszecie. Natomiast podoba mi się bardzo ta interpretacja, że nerwice Pat wynikają z tego, że deklaratywnie się nią wszyscy zachwycają, a ona siedzi właściwie tylko z Judysią. Mam wrażenie, że coś jest na rzeczy, bo w drugiej części L.M.M. znacznie więcej miejsca poświęca relacji Pat z innymi członkami rodziny (oprócz matki -- ona pozostaje bardzo nieobecna), może takie głosy krytyczne pojawiały się już przy narodzinach powieści? Przy okazji -- zastanawia mnie tam, że Pat z ukochaną, w teorii, starszą siostrą takiej wspaniałej relacji właściwie nie ma, za to L.M.M. nadrabia to, każąc jej się bardzo mocno zaprzyjaźnić z dużo młodszą Przylepką.

      Usuń
  3. Muszę odświeżyć sobie Pat, bo z powieści czytanej 20 lat temu pamiętam już tylko dwie rzeczy - niechęć do zmian i - bodajże z drugiej części - UWAGA SPOILER! pożar Srebrnego Gaju, po którym bohaterka tę niechęć przezwycięża. Utkwiło mi to w pamięci, bo przez tę niechęć do zmian bardzo się w dzieciństwie z Pat utożsamiałam, a ten pożar odchorowałam i rzuciłam po nim książkę w kąt, i nigdy do niej nie wróciłam. Tymczasem teraz czytam o nieznośnej egoistce i to zupełnie inna Pat, niż zapamiętałam. Aż mam mętlik w głowie :)

    Ale najbardziej, miłością olbrzymią, bardziej niż Anię z Zielonego Wzgórza i Pat, kochałam "Historynkę" ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O to ciekawe, to utożsamianie się z Pat. Ja ze swojego dzieciństwa pamiętam, że zawsze wyczekiwałam zmian i właśnie taka postawa wydaje mi się naturalna u dzieci. Może dlatego, że nie mieszkałam w Srebrnym Gaju, więc pojęcie zmiany byłam skłonna wiązać ze zmianą na lepsze.

      A z "Historynki" pamiętam przede wszystkim straszne sny na dopingu :)

      Usuń
    2. AHa :). Też Lubiłam Pat i nie pamiętam, żeby była egoistką, ale nie czytałam drugiej części.

      Usuń
    3. Żeby tylko!

      SPOILER

      Wszyscy muszą umrzeć, a tró loff oświadczy się na pogorzelisku. Mając 10 lat wiedziałam, że tak się skończy,a bohaterka była dla mnie wariatką.

      Usuń
    4. O nie, strasznie spojlerujecie! ;-) Dzisiaj postaram się skończyć "Miłość Pat" i wtedy wrócę do tego wątku. Ale to bardzo ciekawe, bo brzmi trochę jak, czy ja wiem?, uwalnianie się od ciężaru, który nie pozwalał ruszyć z miejsca.

      Usuń
    5. Muszę przyznać, że zakończenie "Miłości Pat" jest bardzo, bardzo dziwne, kiedy się je czyta teraz (przynajmniej ja odniosłam takie wrażenie). Cała końcówka jest jakby przyspawana, nie do końca wiadomo, kto i skąd się bierze, a Pat na zgliszczach Srebrnego Gaju uświadamiająca sobie, że to nie dom, a Hilarego kochała... Hm.

      Usuń
    6. @Pyza Hilary obiecał jej zbudować nowy śliczny domek. Nie sądzę żeby w głębi duszy przejmowała się wyznaniami miłości ;)
      A tak w ogóle dopowiem o samej książce/bohaterce, że do mnie trafiała w dzieciństwie. Jakoś zapamiętałam głównie ciężar położony na zamiłowaniu do architektury/fizyczności przestrzeni (dom jako "dom" jest przede wszystkim ukochanym budynkiem) i jakoś to do mnie bardzo przemawiało.

      Usuń
    7. No tak, ale on jej te domy tak właściwie proponował od dzieciństwa, więc nie wiem, czy oświeciło ją, że może by się skusiła na własny dopiero, kiedy spłonął Srebrny Gaj. Co innego Hilary -- jemu się marzył "dom bez historii", gdzie mógłby urządzić sobie życie nie obciążony niczyją (także własną) historią; co zresztą pewnie wypływa z tego, że jego historia ostatecznie uleciała razem z dymem z palonych listów do matki.

      A propos, co sądzicie o postaci matki Hilarego? Bo ten temat jeszcze się w dyskusji nie pojawił :-).

      Jeszcze odnoście tego, co piszesz, @Fatalne Skutki Lektur, zwróciłam na to uwagę przy zakończeniu: że Pat, która w sumie płakała za każdym drzewem, porzuca to miejsce, gdzie stał dom, bez wielkiego żalu -- o co zatem chodziło: o dom, o przestrzeń wokół, o całość, która nie była całością po pożarze? To mnie, muszę przyznać, zastanawia.

      Usuń
  4. Czytałam "Pat" w dzieciństwie. Przyznam, że trochę boję się powtórnego sięgania po Montgomery - gdy miałam osiem, dziesięć, może nawet czternaście lat po prostu kochałam się na zabój w jej książkach. Przeczytałam wszystkie powieści i sporo opowiadań, jedne podobały mi się bardziej, inne mniej, ale większość łykałam niemal bezkrytycznie. Teraz chyba czar Montgomery jakby prysł, boję się, że Montgomery wydałaby mi się zbyt sentymentalna, że straciłabym dużą część sympatii, którą wciąż mam do tych książek.
    Jako że czytałam tak dawno, nie mogę przedyskutować szczegółów. Ale Pat rzeczywiście pamiętam jako dość irytującą bohaterkę. W dodatku wydaje mi się, że im dalej, tym gorzej (te książki trochę mi się zlewają, piszę też o "Miłości Pat"). Możemy zaakceptować takie zachowanie u dziewczynki, ale ona potem dorasta. I z tą swoją chorobliwą niechęcią do zmian, już jako dorosła dziewczyna wydaje się po prostu egoistką i strasznym dzieciuchem. Ona ten swój Srebrny Gaj zdaje się przedkładać na ludzi wokół niej - i to już jest naprawdę niezdrowe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętam, że mając lat naście (ale tak z tej górnej połowy owych nastów), przy którymś re-czytaniu "Ań" miałam dokładnie takie wrażenie: sentymentalizmu, czasami pisania "na siłę", generalnie nieco się wówczas rozczarowałam. Ale potem do tych książek wróciłam i znowu poczułam się jakoś -- z braku lepszego słowa -- przytulnie. Więc warto jednak czasem przeczytać znowu -- albo poznać nową książkę czytanego kiedyś, kiedyś autora/ki ;-).

      No właśnie: bo Srebrny Gaj to nie są ludzie, a miejsce. To jest strasznie dziwne w tej kreacji. Bo i też nie do końca konsekwentne (weźmy za przykład Długi Dom -- tam nie chodzi o samo miejsce, a o ludzi).

      Usuń
    2. Na mnie "Pat..." działa jak przestroga: oto jak rzeczy mogą zawładnąć twoim życiem, uważaj, żebyś nie była jak Pat! W tym sensie widzę wartość tej powieści.

      Usuń
    3. Swoją drogą, Montgomery rysuje tutaj bohaterkę, która z jednej strony żyje i zdaje się rozumieć otaczający ją świat -- z drugiej tak sparaliżowaną myślą o zmianie, że z ulgą przyjmuje fakt, że nie wykorzysta zdobytej edukacji. Zresztą podobnie jest z pozostałymi dziewczętami ze Srebrnego Gaju: Przylepka jakiś czas chce być lekarką, ale ostatecznie wychodzi za mąż (trafiona nagłym uczuciem -- nagłych uczuć jest w tej dylogii zdecydowanie za dużo).

      Usuń
    4. Pt trochę przypomina mi Rillę, tym swoim brakiem ambicji. Z tym że Rilla była pozbawiona ambicji akademickich, ale w żadnym razie nie rezygnowała z aktywnego uczestnictwa w życiu i realizowania się w inny sposób. Pat po prostu ucieka od życia i trudno jet to w jakiś sposób wytłumaczyć. Jeszcze trudniej mi zrozumieć istnienie Pat, kiedy porównam ją z Anią, jej wychodzeniem życiu naprzeciw, witaniem z optymizmem "zakrętów na drodze".

      Usuń
    5. Też myślałam o Rilli -- ale z drugiej strony zastanawiam się, czy nie jest jakoś istotne to, że Pat jest od tych bohaterek dużo młodsza. Dla Rilli 1914 jest znaczącą datą w życiorysie, tak zresztą jak i doświadczenie wojny; Pat ma w 1914 roku roczek. Zgadzam się z tym, co piszesz, tym dziwniej wypada zakończenie obu książek, które nie wygląda na konsekwentne, a raczej napisane po to, żeby było -- mam wrażenie, że mogło ono wyglądać inaczej, ale z jakichś powodów L.M.M. zdecydowała się na ten "względny happy end".

      Usuń
    6. Nie wiem, czy różnica pokoleniowa jest tu istotna (tak na marginesie, gdybyśmy się trzymali chronologii, to Ania mogłaby być co najwyżej starszą siostrą Rilli, a nie jej matką). Wydaje mi się, że kluczowe są tu zmiany, które nastąpiły w życiu autorki. Brak tych możliwych do wyobrażenia "zakrętów na drodze", za którymi mogłoby ją czekać coś dobrego.

      Usuń
    7. Szczerze mówiąc, dla mnie seria o Ani nie była -- poza ostatnią częścią -- nigdy za dobrze umocowana chronologicznie, działa się w jakiejś przestrzeni "ostatnich dekad XIX wieku". Ale ponieważ wciąż się zbieram do powtórki, sprawdzę, czy nie ma tam takich podpowiedzi, które w "Pat..." były wyraźniejsze. Chociaż podobnie jak w "Rilli..." taką faktyczną i jasną cezurą jest I wojna światowa.

      Tak, to całkiem prawdopodobne, że sytuacja życiowa Montgomery miała tutaj wpływ: zastanawiam się też, czy nie jakiś rodzaj zmęczenia tym, co pisała? Bo przecież przy okazji "Ań" wyznawała, że męczy ją takie pisanie -- może Pat miała być podobna, ale inna, także z tego względu? Albo w ogóle: inna, tylko że nie do końca wyszło?

      Usuń
    8. Jeśli chciałabyś Anię dokładnie umieścić w czasie, to musiałabyś prześledzić historię mody - kiedy modne były bufiaste rękawy :). Ale L.M.M. nie dbała o to zbytnio, dopiero przy "Rilli..." nastąpiło umiejscowienie w konkretnym czasie. I wtedy okazało się, że kilkunastu lat brakuje, bo Ania na pewno urodziła się później niż w latach 1860-tych (jak wynikałoby z faktu, że w 1914 miała około 50). W dzieciństwie strasznie mnie to "zagięcie czasoprzestrzeni" denerwowało.

      L.M.M. bardzo szybko miała dość Ani, ale w czasie pisania miała jeszcze dość sił twórczych, więc nie ma się wrażenia, że te książki są wymuszone. Przy pisaniu "Pat..." już chyba strasznie się męczyła, a pisać pewnie musiała po prostu z powodów finansowych. Ale co ciekawe, po "Pat..." napisała jeszcze dwie "Anie", wpasowane fabularnie pomiędzy poprzednie książki. Tych akurat części ostatnio nie powtarzałam, ale kiedyś bardzo mi się podobały.

      Usuń
    9. Tak właśnie myślę, a nie jestem najlepsza z dziejów mody, niestety (ale z chęcią bym taką notkę przeczytała :-)!). Nie zwróciłam uwagi na to, że wcześniejsza chronologia "Ań" jest dość dowolna, ale to bardzo ciekawe, bo świadczy chyba o tym, jak ważnym wydarzeniem była I wojna światowa i jak duże musiała pozostawić po sobie wrażenie i na autorce, i na potencjalnych czytelnikach, którzy pewnie spodziewali się części poświęconej temu jako ważnej.

      Usuń
    10. No tak, L.M.M. pisała "Wymarzony dom" i "Dolinę Tęczy" w czasie wojny, ale nie zdecydowała się odnieść do niej w fabule. Wtedy Gilbert musiałby pójść do wojska, a to byłoby jednak zbyt okrutne wobec Ani i prawdopodobnie również zbyt przygnębiające dla czytelników. Chociaż w obu tych książkach daje się wyczuć echa wojny, one są bardziej mroczne niż poprzednie tomy. Poza tym w "Dolinie Tęczy" Walter ma wizję Kobziarza i to jest już wyraźna zapowiedź tego, co się wydarzy. Ale po wojnie nadszedł czas, żeby się jednak zmierzyć z tematem. "Rillę..." L.M.M. napisała w hołdzie dla wszystkich dziewcząt i kobiet "walczących na froncie domowym". I pomimo tragizmu, ta książka ma wymowę optymistyczną. Co z perspektywy czasu, kiedy wiemy, co się wydarzyło za kolejnych 20 lat, jest jednak smutne.

      Usuń
    11. Tak się chyba za to stało w jednej z ekranizacji -- Gilbert trafił do wojska? Przyznam, że nie jestem wielką fanką póki co żadnej z ekranizacji (za to czekam na tę nową, Netflixową!), ale tak mi się coś kojarzy.

      Właśnie, odnośnie do tego -- "Miłość Pat" jest podzielona na lata, a lat tych jest jedenaście, więc teoretycznie kończyłaby się już w trakcie II wojny, której -- ponownie -- w fabule nie ma. Podejrzewam, że dlatego, że L.M.M. chyba się nie spodziewała, że wybuchnie; doświadczenie I było w końcu bardzo bolesne i myślano, że to będzie koniec wszystkich wojen.

      Usuń
  5. A jeszcze z innej beczki co utkwiło mi w pamięci

    Rodzina Binnie!

    Nigdy nie mogłam pojąć, czemu Pat patrzy na nich z taką niechęcią. Jej rodzina wcale nie jest zamożna, ona nie jest ani wykształcona ani bywała, ani specjalnie lubiana, ani energiczna, ani zaangażowana w jakąkolwiek działalność- po prostu jest. Ale jednak wiadomo, że ci Binnie są głośni, ordynarni, niewychowani, wstrętni i nic tylko dybią na Srebrny Gaj. Mówią za głośno, używają innych niż przyjęte określeń, nawet odwiedzają się za często. Naprawdę, więcej uczucia było między panią Binnie i jej "wstrętną" córką niż Pat i jej matką. Serio, w drugim tomie Pat to pozbawiona celu mentalna stara panna która ukręciła sobie chochoła bo chyba by się udusiła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zapominaj też o tym, że Binnie są chude, ilość opisów ich wystających łopatek osiąga w pewnym momencie stężenie krytyczne ;-). To prawda, cała rodzina służy za jakąś przeciwwagę dla Gardinerów -- jeśli chodzi o narrację: Binnie się kłócą, Gardinerowie nie (w wyobrażeniu Pat, rozbija je zresztą Judysia), Binnie tylko patrzą, jak komuś zrobić przykrość (i każda Gardinerówna ma swoje nemezis w postaci swojej Binnie'ówny), chcą się podstępem wkraść do rodziny, no i najłatwiej ich obwiniać o całe zło. Mam swoją teorię na ten temat -- po co jeszcze L.M.M. ta rodzina do konstrukcji powieści -- ale chcę najpierw skończyć "Miłość Pat", żeby się przekonać, czy mam rację. Wrócę do tego wątku jutro :-).

      Inna sprawa, że w światach L.M.M. takie rodziny wyskakują nam często: weźmy Pye'ów z Avonlea, bo ci pierwsi przychodzą mi na myśl.

      Usuń
    2. Muszę przyznać, że jestem trochę zadziwiona tym, co się dzieje z rodziną Binnie w końcówce drugiego tomu. Tak, jak się spodziewałam, zostają wprowadzeni do rodziny -- ale myślałam też, że chodzi o taką przeciwwagę na zasadzie "kiedy się kogoś lepiej pozna, może się okazać całkiem fajny", a tymczasem dostajemy jakiś szalony festiwal "Maja psuje wam humor? Nie bójcie się, pośmiejemy się z niej później za jej plecami" (i to niemal dosłowny cytat). Czyli L.M.M. faktycznie daje przeciwwagę, ale na zasadzie: popatrzcie na nich, a potem pomyślcie, że Gardinerowie to taka cudowna rodzina. Tylko, że to w ogóle nie gra, człowiek raczej wybałusza oczy, myśląc sobie, że ci Gardinerowie wcale tacy wspaniali się w tej konfrontacji nie okazują.

      Usuń
    3. W Avonlea byli też Sloanowie, jeden z nich nawet studiował razem z Gilbertem i ośmielił się oświadczyć Ani (o ile dobrze sobie przypominam). No ale oczywiście było niemożliwością, żeby nasza bohaterka skoligaciła się za Sloanami. Myślę, że L.M.M. wyrażała w ten sposób swoje własne poczucie wyższości, być może leczyła własne kompleksy, bo pochodzenie z lokalnej elity wcale nie sprawiło, że żyła na wyższej stopie i miała więcej życiowych możliwości niż córka pierwszego lepszego farmera z okolicy.

      Usuń
    4. No właśnie, bo pomiędzy tymi rodzinami nie ma często żadnej przepaści, nazwijmy to, klasowej, czy też ekonomicznej, nawet nie ma "wykształceniowej" -- wszystkie podziały sprowadzają się do posiadania (bądź nie) tego, co uważane jest za "dobre maniery" i do pamiętania, czyj krewny popełnił jakąś głupotę albo coś, co zwykło się za głupotę uważać.

      Usuń
    5. Tak, a mnie się zawsze, gdy takie rzeczy czytam, nasuwa pytanie: czy wypominanie innym - za ich plecami - braku ogłady naprawdę jest oznaką dobrych manier? ;)

      Usuń
    6. Stąd właśnie napisałam, że to raczej to, co uważane jest za "dobre maniery" niż "dobre maniery" jako takie. Pat, która odchodzi od stołu, ponieważ nie może znieść zachowania Mai, Przylepka, która ciągle wszystkim coś wytyka (i nadaje im różnego rodzaju pseudonimy), Judysia zachęcająca do obmawiania za plecami -- rozumiem, że to były jakieś mechanizmy obronne (pytanie: przed czym?), ale przedstawianie ich jako Tego Jedynego Właściwego Zachowania nie wyszło, oj nie wyszło.

      Usuń
    7. Jak to przed czym, przed inwazją Obcych.
      Bo Maja śmie zmieniać cokolwiek w domu (za przyzwoleniem męża- było nie było praktycznie gospodarza), wieszać nie taki obraz i zapraszać znajomych. A co do manier- my robimy- dobrze. Oni robią- źle.

      Usuń
    8. Prawda, Binnie robią tutaj za takiego "Innego" (chociaż -- jak pisałyśmy wyżej -- ta inność jest oparta na dość niejasnych przesłankach). Co jest jakoś ciekawe w tym wszystkim, chociaż tu i ówdzie pojawia się też obcość inna (kiedy na przykład dziewczęta się smucą, że przez to, że są opalone, przypominają Indianki), to ta "swoja obcość", z sąsiedztwa, jest tu zagrożeniem -- od początku właściwie, kiedy Pat boi się, że wyjadą na Zachód i Binnie kupią Srebrny Gaj -- najsilniejsza.

      Usuń
  6. Faktycznie, swoisty konserwatyzm Pat i mnie trochę denerwował. Zwłaszcza drażni w kontekście wątku romantycznego (ale to już w "Miłości Pat".)

    Jeśli chodzi o mnie konwencjonalną bohaterkę, polecam "Kwarantannę w domu Aleksandra Benneta", moje ulubione opowiadanie Montgomery.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ups: "Mniej konwencjonalną". Przepraszam za tyle komentarzy :)

      Usuń
  7. I bardzo polecam "Błękitny zamek".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy możesz rozwinąć myśl o konserwatyzmie Pat, jeśli chodzi o wątek romantyczny? Bo nie jestem pewna, czy chodzi Ci o przywiązanie do domu, czy o odrzucanie kandydatów, czy może o coś innego?

      "Błękitny Zamek" już dopisałam do listy -- zapamiętam też to opowiadanie, bardzo jestem ciekawa :-)!

      Usuń
  8. Moim zdaniem Pat się nie zmienia i nie ewoluuje. Nigdy nie jest w stanie opuścić domu, nigdy na poważnie nie rozważa, że mogłaby zaistnieć gdzie indziej. Wszelkie zmiany w jej życiu zostają poniekąd wymuszone. Kiedy Joe ucieka na morze Pat jest wstrząśnięta. Kiedy potem wraca z krótkimi wizytami Pat przyznaje, że owszem jest szczęśliwy a rodzina wypracowała jakiś sposób istnienia ze zmianą - ale niczego jej to nie uczy. To jest jedna z rzeczy, które najbardziej w niej irytują - może nie tyle to, że sama boi się zmian tylko że nie pozwala innym na własne odkrycia i zmiany, nawet kiedy na własne oczy widzi, że to może być dobre.

    Wydaje mi się, że właśnie w Pat najlepiej widać, że na Wyspie Księcia Edwarda (czy może szerzej w Kanadzie) wytworzyła się klasa, uważająca się za pewien rodzaj "szlachty" - rodziny osiadłe na Wyspie z dawna, potomkowie pierwszych osadników wręcz, uważają, że są lepsi niż ci, które przybyli pokolenie później. (Bo nie mówimy tu o zrozumiałej w niewielkiej społeczności nieufności wobec świeżych przybyszy, tylko rodzin już osiadłych, po prostu krócej). Jest to poniekąd odbicie myślenia samej Montgomery, która mam wrażenie czasem niewinnie się snobowała na swoich szkockich przodków, uważając się poniekąd za rodzaj arystokracji. Po raz pierwszy bodaj dostajemy opowieść o takiej "arystokratycznej" rodzinie, która to opowieść jest kompletnie bezkrytyczna wobec tego typu poczucia wyższości. Józia Pye obrywała bezlitośnie w Ani za tego typu postawę (związaną bezpośrednio z pogardą wobec podrzutków nie wiadomo skąd). A w Pat taka postawa nie budzi u autorki zastrzeżeń. Tarnina wyżej pisała, że zastanawia się, czy Montgomery zdaje sobie sprawę jak bardzo nieznośną bohaterkę stworzyła. Moim zdaniem nie. Świat widzimy oczami Pat z przyzwoleniem i pełną aprobatą autorki. Postawa Pat (i całej rodziny Gardinerów) na przykład wobec Mai zwłaszcza w drugim tomie jest przerażająca i moim zdaniem świadczy o prawdziwej wulgarności i braku klasy, ale autorka wydaje się uważać, ze to w pełni normalne i akceptowalne zachowanie. Drugi tom Pat to była jedyna książka Montgomery w której murem stanęłam po stronie "czarnego" charakteru. A Pat jest dla mnie porównywalna z Fanny Price i nic nie poradzę.
    Historia Myrtle też jest w moim odczuciu dla Montgomery "normalna". Jeśli kobieta uciekła z domu to jest kobietą upadłą, śmieciem niegodnym szacunku. I taki skandal kala całą rodzinę. Jeśli natomiast "tylko" się utopiła to znaczy że była zdrowa moralnie i rodzina odzyskuje szacunek. To jest
    - tutaj spoiler więc nie czytajcie jeśli nie znacie Emilki -

    pełne odbicie historii matki Ilzy - dopóki wszyscy są przekonani że uciekła z innym jest kompletnym dnem moralnym i można jej córkę - przez wiele lat - prześladować i wyśmiewać z tego powodu. Nikt nie domniemuje niewinności, nikt nawet nie próbuje szukać tej kobiety. Ale kiedy się okazuje że zginęła tragicznie - wtedy następuje pełna rehabilitacja w oczach męża i społeczności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hannah, zgadzam się z Tobą we wszystkich kwestiach, z wyjątkiem Fanny Price. To znaczy owszem, przywiązanie do domu łączy te bohaterki, ale one są jednak zupełnie różne. I ja akurat Fanny bardzo lubię.

      A wracając do L.M.M. to rzeczywiście czasem wydaje się, że ona jest w swoich osądach bardzo bezwzględna - o czym świadczą przykłady, które podałaś. Ale nie jestem w stanie wpasować tego w "ogólne przesłanie" większości jej książek. Ona jednak, jak na owe czasy, była kimś na kształt feministki.

      Usuń
    2. @Hannah, to prawda, dopiero na sam koniec drugiej części nachodzą ją myśli o tym, że z chęcią zobaczyłaby coś więcej niż Srebrny Gaj (chociaż myśli też od razu, że po zamieszkaniu z Hilarym będzie miała bliżej do Elki, kiedy ta wróci z Chin), ale nie zgodzę się do końca co do wątku Józka. To znaczy zgadzam się co do głównej linii -- ale wydaje mi się, że ta reakcja jest trochę inna: ona wydaje się obojętna. To znaczy Józek wraca, Pat widzi, że mu się układa, ale zamiast tego wzdycha i myśli sobie, że już nie czuje przykrości, że wyjechał (sic).

      Zgadzam się również co do tego, że stężenie wyniosłości w drugim tomie jest przerażające -- tak jak pisałam wyżej, to co się tam dzieje jest straszne. I tak, myślę zresztą, że część zachowań Mai wynikała właśnie z tego, jak traktowali ją Gardinerowie. Stać ich co prawda na zauważenie, że Maja jest "robotna", ale nic poza tym. Złośliwość Mai staje się w sumie dla niej jedyną obroną przed tym, jak jest przyjmowana w Srebrnym Gaju. Wszystko razem jest zaś bardzo smutne i bynajmniej nie jest żadną historią o stawianiu czoła wewnętrznemu nieprzyjacielowi (a mam wrażenie, że o to chyba chodziło L.M.M.).

      Za to nie pomyślałam o tym, że w tej "szlacheckiej" hierarchii chodzi o to, kto kiedy przybył na Wyspę. To wiele wyjaśnia!

      @Tarnina, wydaje mi się, że to podobieństwo Pat -- Fanny polega raczej na tym, że obie bohaterki są w zamierzeniu postaciami, z którymi czytelnik ma się utożsamiać i je polubić, a w praktyce bywa z tym różnie.

      Tak, też sądzę, że całościowo prozy L.M.M. nadal się bronią -- "Pat..." trochę jednak na tle innych odstaje, jak sądzę. Ale to może być kwestia tego kontekstu powstania, o którym już tu była mowa.

      Usuń
    3. @ Tarnina - może powinnam uściślić - Pat jest jak Fanny Price wyłącznie w kwestii gotowości do osądzania innych i poczucia, że się jest od nich lepszym (bo się nie grzeszy, nie popełnia błędów, albo pochodzi z "lepszej" rodziny. Pod tym względem one są bliźniaczo do siebie podobne dla mnie.

      I oczywiście Mongtomery samym swoim życiem udowadniała swoje feministyczne tendencje. Ale Pat to bardzo tradycjonalistyczna powieść. "Ania..." jest o wiele bardziej rewolucyjna na przykład w kreowaniu postaci czy kwestionowaniu niektórych niepisanych reguł społecznych. W Pat tego nie widzę.

      Usuń
    4. @ Pyza szczerze mówiąc kiedy czytałam drugą część po raz pierwszy to miałam taką nadzieję, że Pat jakoś zdoła się porozumieć z Mają. Że może nie zostaną najlepszymi przyjaciółkami, ale nauczą się szanować swoją odmienność. Że to będzie jeden z etapów oswajania Pat ze zmianą i z tym że zmiana nie zawsze jest zła. Wyobrażałam sobie różne warianty jak to mogło wyglądać - że Pat na przykład zaskoczy Maję i zobaczy że płakała, zapyta dlaczego i Maja wybuchnie, że och wy tacy wyrafinowani ą i ę a potraficie się zachowywać gorzej niż przekupki a wszystko za plecami i w białych rękawiczkach, żebym się nie mogła bronić albo coś w ten deseń i że Pat będzie miała dość przyzwoitości,żeby się zawstydzić. Ale nie. Maja wchodzi w rodzinę i Judysia już chichocze za jej plecami jak to będą się świetnie bawić na nic jej nie pozwalając. Zgroza zupełna.

      Usuń
    5. Hannah, wiesz, zaczęłam się zastanawiać nad tymi podobieństwami i tych podobieństw widzę coraz więcej ;). Ale nie zmienia to faktu, że Fanny pozostaje dla mnie bohaterką pozytywną, a Pat zdecydowanie nie. No i jednak zachowaniu Fanny niczego nie można zarzucić, czego nie da się powiedzieć o Pat.

      Usuń
    6. @Hannah, tak, mam wrażenie, że o ile tło społeczne w "Pat..." jest inne i to ono tutaj zbiera całą "rewolucyjność", to bohaterka czy stosunki społeczne (choćby to poczucie wyższości Gardinerów wobec Binniech -- ba, "Gardinerówna" staje się taką jakąś samowystarczalną marką dla bohaterów) już są bardzo zachowawcze. I też się spodziewałam (pisałam tutaj w którymś komentarzu), że Maja wejdzie do rodziny właśnie po to, by przekonać Pat, że uprzedzenia są bez sensu, a tymczasem weszła, by narrator mógł pokazać, jak to Srebrny Gaj góruje nad innymi.

      @Tarnina, pozwolę sobie zalinkować dyskusję
      podczas pierwszej Nabokoviady, poświęconej właśnie "Mansfield Park". Pojawia się tam podobny wątek :-).

      Usuń
  9. Z "Pat..." najbardziej pamiętam Judysię ^^ o, i ten rozdział o wybieraniu imienia dla Przylepki. Autorka coś miała z tym wybieraniem imion, bo tym samym motywem rozpoczyna się "Czarodziejski świat Marigold" : )
    W ogóle, w dzieciństwie uwielbiałam Montgomery i czytałam wszystko, co było w bibliotece, ale Pat chyba była jedną z mniej lubianych przez mnie bohaterek. Jej niechęć do zmian, zwłaszcza z perspektywy czasu, wydaje się dziwna, a sama bohaterka przewrażliwiona i niezbyt sympatyczna.
    Nie wiedziałam, że jest wydanie części II pt: "Miłość Pat", moja miała tytuł: "Pani na Srebrnym Gaju" ^^
    Ciekawe, jak teraz odebrałabym książki Montgomery. Obawiam się, że już nie byłabym tak zachwycona, ale kiedyś czytałam je wiele razy : )

    Karmena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to faktycznie ciekawy fragment jest :-). No cóż, Pat i do mojego panteonu ulubionych bohaterek, jak widać, nie wejdzie, ale interpretacyjnie jest to postać ciekawa, jak widać po dyskusji :-).

      Tak, okazuje się, że drugi tom ma u nas dwa alternatywne tytuły. Wypożyczając go aż się wystraszyłam, że może to jakiś trzeci tom, bo też na okładce pierwszego, w wydaniu, jakie czytałam, oznajmiano, że drugi to "Pani...". I tak odkryłam sprawę z tytułami ;-).

      Usuń
  10. Jeśli chodzi o wątek romantyczny (uprzedzam: książkę czytałam dawno temu!) - zawsze miałam wrażenie, że Pat wyszła za Hilarego, bo kojarzył jej się z tym ich małym światkiem z dzieciństwa ;)... mogę się mylić.

    Ciekawe, czy stosunek panien Gardiner do bratowej by mnie teraz raził... Kiedyś myślałam, że czują się niepewnie w domu brata, jako stare panny ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Bohaterka "Kwarantanny..." ma na imię Piotr ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, to zakończenie można chyba i tak interpretować: że skoro wszyscy ludzie kojarzący się Pat ze Srebrnym Gajem nie żyją albo się wyprowadzili, sam dom przestał istnieć, to nagły powrót Hilarego jest jakby powrotem do tego, co zniknęło. Z drugiej strony, Pat na koniec nachodzą myśli, że nie wie, czy chce być w Srebrnym Gaju sama, że może mogłaby zobaczyć coś jeszcze (albo przenieść się bliżej rodziny).

      Usuń
  12. Zewsząd głosy oczekujące na "Błękitny zamek", a ja dodam/zapytam/się upomnę o "Jane of Latern Hill" (wielość polskich tytułów mnie odstrasza), moje (chyba) dwie ulubione LMM, a na pewno jedyne dwie, które sobie na dorosłe czasy w biblioteczne zostawiłam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co ponownie naprowadza mnie na myśl, co ja jeszcze Montgomery czytałam i czemu niczego poza "Aniami" dobrze nie pamiętam ;-). Po "Jankę..." też będę musiała sięgnąć, nawet jeśli w połowie odkryję, że jednak już czytałam, to jednak miło mi jest do próz L.M.M. wracać, jakkolwiek odkrywam w nich teraz różne rzeczy ;-).

      Usuń
  13. Witajcie :)
    Dołączam do Pikniku, chociaż czytałam "Pat..." dość dawno.
    Teraz, po przeczytaniu całej dyskusji, dostrzegłam pewne strony tej powieści, na które wcześniej nie zwracałam uwagi. Chociażby zmiany realiów i obyczajowości.

    Przeczytałam obie części ("Pat ze Srebrnego Gaju" i "Pani na Srebrnym Gaju") w roku ich wydania - 1993. Byłam wtedy już mocno dorosłą osobą, po lekturze większości utworów L.M.Montgomery dostępnych w języku polskim, więc w grę nie wchodziło dziecięce zauroczenie światem Srebrnego Gaju.
    Wręcz przeciwnie - to powieści, które nie znalazły u mnie uznania, a sama główna bohaterka wywołuje tylko irytację, złość. Po prostu nie lubię jej; tak jak nie lubię gadaniny Judysi, która mnie nudzi (jako że nie jestem fanką elfów i podobnych baśniowych stworów); nudzi mnie cała rodzina Gardinerów i wkurza rodzina Binnie`ch.
    Po pierwszej lekturze wróciłam jeszcze do książek chyba dwa razy, ale z coraz większą niechęcią.

    Dlaczego nie lubię powieści o Pat?
    Głównym powodem jest chyba rodzaj narracji - niby taki sam, jak w innych utworach L.M.M., a jednak mnie ciekawy. Powiedziałabym, że wręcz nudny. Odbieram opowieść jako przegadaną i powierzchowną, nic w tym gadaniu nie przyciąga uwagi na dłużej, nie zaciekawia. I chyba za bardzo oczekiwałam podobnego stylu, jaki znajduję u Ani i Emilki.
    Teraz, gdy wiem w jakim momencie życia pisarki obie powieści powstały, jestem dla nich bardziej wyrozumiała. I może jeszcze raz wrócę do lektury, żeby spojrzeć na nie pod innym kątem.

    Chciałam się odnieść do tego, co napisała Hannah o kanadyjskiej "arystokracji" wyrosłej z pierwszych osadników.
    To wywyższenie i przeświadczenie o szczególnym znaczeniu własnych przodków świetnie widać w cyklu o Rodzinie Whiteoaków, która żyje w stworzonym przez siebie samowystarczalnym (do czasu, oczywiście) świecie, a wszyscy wokół to jakby duchowi poddani panów z Jalny.

    A swoją drogą jakże ciekawy byłby Piknik z tą 16-tomową powieścią i sagą rodzinną na przestrzeni stu lat. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj nam :-).

      Właśnie to lubię w dyskusjach, że można czasem skonfrontować swoje stanowisko z innymi (co nie znaczy zawsze: zmienić, ale zobaczyć, jak wyglądają inne spojrzenia).

      Tak sobie myślę, że może mnie Judysia nie irytowała (za wyjątkiem tego "pośmiejemy się za plecami Mai, tylko chodźcie do tej przytulnej kuchni!" z drugiej części), bo elfy i irlandzkie legendy to zdecydowanie "moje" tematy? Podobała mi się zresztą to przystosowywanie kanadyjskiego krajobrazu do tego, co osadnicy mogli znać z Irlandii -- i przekazywanie tego ich dzieciom i wnukom, które z wiadomych względów już tego z autopsji znać nie mogły.

      Wow, to by było wyzwanie! Ale wygląda szalenie interesująco, może chociaż pierwszy tom by się nam załapał do któregoś Pikniku (rzucam ten pomysł, co Ty na to, @Tarnino?).

      Usuń
    2. Nie wiem, czy dojdzie do ewentualnego Pikniku z Rodziną Whiteoaków, ale na wszelki wypadek zwrócę na coś uwagę.
      Napisałaś Pyzo o pierwszym tomie i tu mamy zagwozdkę, który tom wziąć pod uwagę.

      Polskie wydanie z lat 90-tych było realizowane zgodnie z chronologią powstawania kolejnych tomów (z wyjątkiem tomu "Budowa Jalny") i czytelnicy musieli uzbroić się w cierpliwość czekając miesiącami na pojawianie kolejnych książek.

      Autorka napisała początkowo 7 tomów powieści (pierwszy tom miał tytuł "Jalna"). Ale sukces powieści i prośby czytelników oraz wydawców zaowocowały powstaniem kolejnych tomów. I tak autorka "cofnęła się w czasie" tworząc 6 tomów z wcześniejszą akcją, a następnie "przeskoczyła" pisząc ostatnie trzy z późniejszą akcją.

      Dlatego tomem pierwszym jest zarówno "Jalna" - w ogólnym zestawieniu to numer 7, jak i tom 1, czyli "Budowa Jalny".

      Usuń
    3. Hm, to faktycznie zastanawiające -- ale myślę, że żeby zobaczyć "jak to się zaczęło", trzeba by chyba wyjść od tomu napisanego jako pierwszy?

      Usuń
    4. Tom napisany jako pierwszy ("Jalna") ma swoją akcję 70 lat po zbudowaniu domu (a jeszcze jest kilka lat wcześniejszych). I w nim autorka przedstawia w krótkiej formie początki Rodziny (co rozwinęła w tomach napisanych w drugim rzucie). Zresztą co jakiś czas, w różnych miejscach, tłumaczy łopatologicznie czytelnikowi początki Rodziny, różne wydarzenia związane z życiem poszczególnych członków Rodziny, albo wcześniejsze losy innych bohaterów, dokonując przy tym denerwujących w efekcie powtórzeń. Bo ile razy można czytać o tym samym?

      Usuń
    5. Bardzo się cieszę, że El. wspomniała o "Rodzinie Whiteoaków" bo tak się składa, że już chyba od roku zbieram się, żeby sobie tę sagę powtórzyć. Zresztą wspominanie o niej przy tej okazji nie jest nie na miejscu, bo L.M.M. niejako konkurowała z Mazo de la Roche o miano wielkiej kanadyjskiej pisarki. Zarzucano nawet L.M.M., że którąś ze swoich powieściowych despotycznych babek czy ciotek (ale w tej chwili już nie pamiętam, o którą chodziło) odmalowała na podobieństwo nestorki rodu Whiteoaków (co oczywiście strasznie ją irytowało). Sagą Whiteoaków zaczytywałam się, kiedy zaczęto ją u nas wydawać, czyli w podstawówce. Ale oczywiście nie są to książki pisane z myślą o tak młodych czytelnikach i ciekawa jestem, czy to, co z tej lektury zapamiętałam pokrywałoby się z tym, co mogłabym wyczytać teraz. Kilka lat temu wznawiano te książki w takiej szmatławo-romansowej edycji, ale i z tego, co pamiętam, i z tego, co wiem są to książki uznawane za klasykę powieści obyczajowej (a na pewno za klasykę kanadyjskiej powieści obyczajowej). Dlatego nie od rzeczy byłoby włączyć "Jalnę" do naszych pikników. Jeśli chodzi o chronologię, to w latach 90. zaczęto chyba od wydania tomu "Budowa Jalny" a potem przeskoczono do tego, który autorka napisała jako pierwszy, a w każdym razie wydaje mi się, że w takiej kolejności je czytałam. A więc - jestem na tak. I proponuję wziąć na warsztat właśnie tom najwcześniej napisany, czyli "Jalna".

      Usuń
    6. Ja właśnie po raz kolejny czytam sobie niektóre tomy, ale bez chronologii - tak sobie skaczę po całości :)
      Czytałam chronologicznie wszystkie tomy już kilka razy, więc znając dobrze treść mam przyjemność w delektowaniu się wybranych fragmentami.

      Usuń
  14. W wieku nastoletnim Pat to była moja ulubiona książka L.M.M., no ale wtedy inaczej się na świat patrzyło, teraz dawno już do niej nie wracałem, może czas najwyższy? Pozdrawiam, Gustavo Woltmann

    OdpowiedzUsuń