Bal w Vaubeyssard albo o przypadku



Wpis ten to trochę, rzekłabym, zajawka, a trochę krótka refleksja nad przypadkami, które zachodzą między światem w tekście i światem poza tekstem, przez który akurat – w obu przypadkach – przechodzimy.

Kadryl już się zaczął. Przybywało wciąż gości. Tłoczono się. Siadła tuż przy drzwiach na małej ławeczce.

Gdy skończono kontredansa, krzątać się zaczęli lokaje w liberiach; kilku panów gawędziło stojąc. Wzdłuż rzędu kobiet trzepotały malowane wachlarze, bukiety na wpół zasłaniały uśmiechające się usta, flakoniki o złotych koreczkach migotały w rozchylonych dłoniach, opiętych białymi rękawiczkami, które ściskały rękę w przegubie i podkreślały wyraźnie kształt paznokci. Koronki, diamentowe brosze, bransolety z medalionami drżały na gorsach, mieniły się na piersiach, szeleściły na obnażonych ramionach. We włosy, gładko zaczesane nad czołem i związane na karku w duży węzeł, wplecione były lub wpięte pęki niezapominajek, jaśminu, kwiaty granatu, bławatki lub kłosy zboża. Znudzone matki o nadętych twarzach siedziały z niewzruszonym spokojem, w czerwonych turbanach.

Serce Emmy zabiło żywiej, gdy podawszy tancerzowi koniuszki palców stanęła z nim w szeregu, oczekując na uderzenie smyczka. Ale wzruszenie znikło szybko i kołysząc się w takt orkiestry, sunęła lekko naprzód, pochylając szyję. Gdy milkły inne instrumenty i słychać było tylko słodkie solo skrzypiec, uśmiech wypływał na jej wargi. Dochodził wówczas od stolików czysty dźwięk padających na sukno złotych monet. Potem rozległo się donośne wezwanie trąbki i brzmiały znów razem wszystkie instrumenty. Nogi wpadały w takt, spódnice wzdymały się i szeleściły, dłonie łączyły się, rozłączały; tańczący to spuszczali oczy, to znów wpatrywali się w siebie.
[Gustave Flaubert, Pani Bovary, cytuję z wydania PIW-u 1955, s. 47]

Flaubert pisze w taki sposób, że ilość detali, szczegółów, pozornie bez znaczenia rozpychających zdania tak, że słychać jak wyrazy na ich końcach zaczynają trzeszczeć, w przedziwny sposób splata się czasami z rzeczywistością. 

Wracam z pracy, popołudnie – chociaż listopad – piękne. Świeci słońce, wszystko wygląda ładnie, nawet łuszczące się i rozpadające pomału fragmenty okolicy jakby ubrały się w odświętne „toalety” i uśmiechają kokieteryjnie na okazję takiego pięknego dnia. Na przystanku, za cztery minuty wytęskniony autobus do domu, wyciągam książkę. Nowa pani Bovary (choć wydanie stare, rozsypujące się, takie, którego kartki wydają się trzymać ze sobą tylko introligatorskim zaklęciem sprzed półwiecza albo przez pamięć wszystkich poprzednich właścicieli i czytelników) zostaje zaproszona na bal, którego wspomnieniem żyć będzie jeszcze długo. Odświętne suknie, staro-nowe obyczaje starej-nowej lokalnej arystokracji, która przeżyła rewolucję, swój koniec świata, i teraz odbija na nowo, z niezmąconym spokojem tych, którzy wierzą, że po prostu są lepiej urodzeni, czego nie zmieni gilotyna, Robespierre i deklaracja praw człowieka i obywatela, odurzające zapachy, muzyka, które oczarują Emmę i porwą do innego świata – to w książce. A za moimi plecami, niedaleko przystanku, chłopak wyciąga klarnet i zaczyna grać.

Pary na balu w Vaubeyssard wirują w takt muzyk zgoła innych, tutaj świeci słońce i słychać klarnet, który zawsze brzmi trochę klezmersko, trochę jazzowo. Muzyk rozgląda się, nie wie, czy go widać, nie ma właściwie ludzi.
 

***


A jeśli chcecie z nami poczytać Panią Bovary – już w niedzielę, 27. listopada, będziemy się z nią konfrontować przez pryzmat Wykładów o literaturze Wladimira Nabokova.
 
 

Weź dokładkę!

8 komentarze

  1. Uwielbiam takie obrazki! Czasem wracają do mnie i nagle, biorąc jakąś książkę do ręki, rozmawiając o niej lub czytając o niej, przypominam sobie, jak czytałam ją w tym konkretnym miejscu w przestrzeni i czasie, i że świeciło wtedy słońce, albo właśnie zaczynał siąpić drobny deszcz, i że ktoś przeszedł obok, coś powiedział, coś się stało. A jak się jeszcze rzeczywistość tak pięknie splata z literaturą... Uroczy ten Twój chłopiec z klarnetem :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda? Jest coś takiego, co działa w ten sposób, przez jakieś drobne skojarzenie może wrócić -- nawet nie przy tej samej książce, ale innej, a podobnej, z podobną sceną albo -- odwrotnie -- inną, ale za tych samych okoliczności czytaną ;-).

      Usuń
  2. Cóż za fantastyczny przypadek! Mnie póki co nic podobnego przy czytaniu "Pani Bovary" nie spotkało, ale przebierałam nóżkami z podekscytowania, kiedy przeczytałam wywiad z Mariasem (w "Sztuce powieści"). Wspomina on, że Flaubert jest jednym z nielicznych pisarzy, któremu udało się wiarygodnie opisać postać płci przeciwnej. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to ciekawe bardzo, zważywszy że często zestawia się "Panią Bovary" z późniejszą o lat 20 właściwie "Anną Kareniną", która jak dla mnie jest zupełnym przeciwieństwem tego, co nazywamy wiarygodnym opisem płci przeciwnej ;-). Na razie, w połowie książki będąc, testuję, jak to jest z Emmą Bovary i jej wiarygodnością, a na ile z pewną autorską projekcją.

      Usuń
  3. Czy poszłaś w tany z klarnecistą? ;-) Innymi słowy, czy pani Bovary to Ty, Pyzo?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyjechał autobus, niczym żółty powóz uwożący Leona w dal do Paryża, więc odjechałam do domu ;-).

      Usuń
  4. Piękny synchronizm. Ja mam tak czasem, ale słownikowo. Czasem sprawdzam sobie jakieś nowe dla siebie słówko angielskie, ale "zaraz" potem napotykam je w książce. Nie tak romantyczne jak klarnecista, ale zawsze coś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, mam podobnie! Albo gdzieś mi się to słówko napatoczy (nie musi być wcale obce, czasem wygrzebię skądś jakieś od dawna nieużywane w polszczyźnie) i ono właśnie tak wraca. Miło wiedzieć, że nie tylko ja tak mam :-).

      Usuń