Jak w zwierciadle albo o „Beksińskich. Portrecie podwójnym” M. Grzebałkowskiej


Ja chyba nie umiem pisać o reportażach lub formach, które z reportażu czerpią. Ale nie szkodzi, napiszę.


Dawno nie zdarzyło mi się tak zwlekać z napisaniem o książce, którą przeczytałam błyskawicznie. Bo to jest, niewątpliwie, książka wciągająca – co dalej, ale co stanie się dalej, chociaż przecież wiemy – z racji tego, o czym opowiada i z uwagi na to, jak to robi. Grzebałkowska często zamiast opisu dostarcza nam wiadomości z pierwszej ręki: cytuje wypowiedzi głównych bohaterów ze stosów listów i nagrań, które po sobie zostawili, rozmawia ze świadkami i przytacza nam ich wypowiedzi. Ale to na pewno już wiecie, bo książka była i pozostaje bardzo popularna, więc jeśli natknęliście się kiedyś na jakiś tekst (albo podsłuchiwaną rozmowę autobusową) w tym temacie, na pewno to wiecie. Postaram się więc powiedzieć Wam o kilku może rzadziej przewijających się o książce opiniach, które gdzieś tam zakiełkowały we mnie w tym dość długim już jednak odstępie między lekturą a napisaniem o niej. Co takiego zatem robi Grzebałkowska?

1. Mocuje w kontekście: jedną z rzeczy, które nazwałabym największymi korzyściami z lektury było to, że poczułam, że wreszcie ktoś mi pokazał tło, na jakim sztuka Beksińskiego się zrodziła i osadził w szerszym kontekście sztuki w ogóle. Grzebałkowska, snując historię o sanockich dziejach rodziny Beksińskich wskazuje, że ten funkcjonujący na peryferiach artysta, w niezwykłym domu od wielu pokoleń w rękach tej samej rodziny, w swojej sztuce wzbudzającej uznanie, ale i niedowierzanie, czasami zdziwienie, czasami oburzenie, podobny jest do innego artysty z niezwykłego domu daleko od centrum – do Brunona Schulza. I chociaż Schulza kojarzymy głównie z doskonałymi utworami literackimi, przesiąkniętymi niesamowitością spojrzenia na to, co teoretycznie ani niezwykłe, ani wyjątkowe wydawać by się nie musiało – w dodatku odciętego od tego środka, w którym „działo się” życie artystyczne – to nie zapominajmy, że był on także artystą wizualnym. To duchowe, a jakoś i geograficzne, pokrewieństwo tych dwóch artystów jest szalenie interesującym materiałem do myślenia.

2. Robi krok do przodu i krok do tyłu: widzicie, wierzę, że zupełnie niełatwo jest pisać o czymś, co bardzo jednak niedawne i świeże. Bo i mamy cały czas ludzi bliskich bohaterom książki Grzebałkowskiej, i fanów ich dzieł, między nami, więc prawdopodobieństwo, że to, co autorka chce, by pozostało ukryte, może być łatwo zdeszyfrowane (zastanawiam się, na ile sposób opisywania partnerek Tomasza Beksińskiego nie jest jednym z takich węzłów łatwych jednak do rozsupłania, chociaż doceniam starania autorki przy pracy z tym, co nazywa się czasami „danymi wrażliwymi”) jest duże. Z drugiej strony Grzebałkowska naprawdę stara się pisać o Beksińskich z pewnym odstępem – tego rodzaju, że zostawia czytelnikowi duże pole do rozmyślań, snucia własnych interpretacji; nie narzuca się jako autorka – i pod tym względem towarzyszyło mi przy lekturze podobne odczucie, co Niekoniecznie Papierowej: jak myśleć o książce, która jest w dużej mierze składową pism samych bohaterów? 
 
 
 Fotografia autorstwa Zdzisława Beksińskiego ze zbiorów Galerii Miejskiej w Częstochowie (źródło). Bo na niej jest wszystko: ktoś jest w centrum, ale jakoś niewyraźny, co jest ważniejsze, tło czy figura, konstrukcja czy treść.


3. Prowadzi przez dwa życia: gdybym miała wskazać kolejną rzecz, która mi się w książce podobała, wskazałabym sam pomysł na paralelność. Grzebałkowska prowadzi nas najpierw życiem Zdzisława, potem dołącza Tomasz i tu historia snuje się dwiema nogawkami czasu, a potem znowu mamy tylko Zdzisława. Robi to ogromne wrażenie, bo rozbija linearność narracji biograficznej i pozwala na szkicowanie kontrapunktów i zaskakujących podobieństw – pokazuje punkty wspólne i te, gdzie bohaterom jest do siebie bardzo daleko. Faktycznie „Portret podwójny” jest o życiu obu Beksińskich, a przecież wcale tak być nie musiało.

4. Czasami się gubi: i chociaż sam pomysł na to, jak ustrukturyzować tę niełatwą przecież ze wszystkich wymienionych wyżej powodów historię, jest znakomity, to nie zawsze realizacja błyszczy, czasami raczej migocze. Grzebałkowska lubi czasem wrócić w czasie, żeby naświetlić coś jeszcze raz, na nowo, ale te powroty nie zawsze wychodzą równie dobrze. Niektóre krótkie, jakby domontowane rozdziały, zastanawiają: czy na pewno nie mogłoby się bez nich obyć? Próba wprowadzenia do powieści osoby bardzo ważnej dla historii, mordercy Zdzisława, ma swoje lepsze i gorsze – konstrukcyjnie – strony. Nie zaważa to w sposób decydujący na książce (jak już się pewnie zdążyliście z moich pochwał zorientować), ale jest trochę jak – wybaczcie banalność porównania, ale wydaje mi się celne – piasek w sałacie: znacie pewnie to uczucie, jecie sobie sałatkę, jest wspaniale, i nagle trach-trach. Ale jecie dalej, bo pyszna, a piasek się może zdarzyć. Takie ryzyko.

5. Wybiera punkty: w masie źródeł, jakie musiała w jakiś sposób uporządkować autorka, łatwo jest się zapewne pogubić, więc zdecydowanie jestem za rozwiązaniem, jakie wybrała, czyli skupianiem się na pewnych szczególnych, węzłowych punktach w narracji. Owszem, są partie, w których „nic się nie dzieje” (jak to w życiu, pozornie, bywa), tym lepiej więc wypada na tym tle to, co okazuje się być taką zwrotnicą, jaka co jakiś czas trafia się w życiu. Oczywiście powoduje to także, że widać, w jaki sposób autora konstruuje opis losów swoich bohaterów – ale też i zdajemy sobie przecież sprawę, że tak jest.

Co mogę dodać więcej: miałam poczucie, że czegoś się dowiedziałam, zetknęłam się z przemyślaną książką opartą na wyselekcjonowanych z ogólnego bogactwa źródłach. Czasami nie chce się chyba nic więcej, tylko właśnie tak: w sam raz.


Weź dokładkę!

12 komentarze

  1. Czytałam książkę jakieś dwa lata temu, więc nie pamiętam już takich szczegółów, ale zrobiła na mnie kolosalne wrażenie. Byłam wręcz porażona po lekturze. I coś podobnego, ale jednak w mniejszym stopniu, miałam po filmie "Ostatnia rodzina". W filmie lśni przede wszystkim Andrzej Seweryn w świetnej kreacji Zdzisława Beksińskiego. A że bardzo czuję obrazy Beksińskiego i książka, i film były dla mnie w pewnym sensie bardzo ważne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że moje odczucia z filmu są zupełnie inne? To znaczy on jest doskonale zagrany (kreacje Andrzeja Seweryna i Zofii Koniecznej -- arcydzielne), ale miałam wrażenie braku pomysłu, przytłoczenia tym materiałem, z którego Grzebałkowskiej udało się ułożyć pewną wersję, spójną, historii.

      Usuń
  2. Jestem całkowicie nieobiektywna jeżeli chodzi o tę książkę. O historii Beksińskich pierwszy raz usłyszałam można powiedzieć przy okazji - w reportażach sądowych pt. "Warszawa kryminalna", w których jedna z historii dotyczyła właśnie morderstwa Zdzisława, lecz przedstawiała pokrótce też nieco szersze tło całej historii.

    Zatem, gdy sięgałam po książkę Grzebałkowskiej miałam już pewne podstawy, coś tam wiedziałam, ale i tak mocno mnie ona poruszyła.

    Nie jestem fanką sztuki Beksińskiego, chociaż niektóre jego grafiki i fotografie podobają mi się, jednakże z przyjemnością poznawałam kolejne techniki z jakimi eksperymentował Zdzisław, poruszały mnie także jego losy rodzinne, dzieciństwo oraz późniejszy związek z Zofią i metody wychowania Tomasza. Co więcej, widać, że wszystko w życiu Beksińskich było konsekwencją jakiś wcześniejszych zdarzeń.

    To co najbardziej podobało mi się w tej biografii to obalanie przez autorkę niektórych prawd uznanych za przyjęte, często słowami bohaterów. No bo jeśli Zdzisław tworzył makabryczne obrazy przedstawiające szkielety w hełmach żołnierskich to nasuwa się jednoznaczne skojarzenie z okrucieństwem wojny, ale Zdzisław nie lubi takich porównań i się ich wypiera. Bo skoro dorosły Tomasz przebiera się za wampira to coś chyba musi być z nim nie tak, ale jego koledzy po prostu uznają go za ekscentryka, a nie wariata. Bo jeśli cała rodzina umiera w takich, a nie innych okolicznościach to przecież to musi być klątwa, lecz to prawdziwy zbieg okoliczności lub wynikowa sposobu i stylu ich życia.

    Według mnie to jednak portret potrójny. Jest tam przecież jeszcze Zofia - podpora rodziny z krwi i kości, a gdy umiera to wszystko powoli zmierza ku upadkowi. Nie jest tam jej jakoś wybitnie dużo, lecz zdecydowanie była potrzebna, więc szkoda, że jednak ją pominięto.

    Najbardziej jednak w pamięci zapadł mi sam koniec książki. Do dzisiaj mam dreszcze, gdy o nim pomyślę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, też właśnie podchodziłam do tej książki z takim poczuciem, że coś już wiem, ale chciałabym, żeby ktoś mi pokazał jakąś ścieżkę, którą mogę przez tę ilość informacji podążyć.

      Tak, też uważam, że to duża zaleta "Portretu podwójnego", to przełamywanie pewnych utartych czy "samonasuwających się" wyobrażeń o związkach dzieła i autora albo wpływu pewnych posunięć na występujące daleko w przyszłości konsekwencje. Myślę, że w jakiś sposób oddaje to ducha źródeł, z których korzystała autorka -- znajdujemy tam przecież taki chichot autorów, że ktokolwiek będzie o nich pisał, stanie przed nie lada dekonstrukcyjnym wyzwaniem ;-).

      Końcówka jest aboslutnie niesamowita, zgadzam się!

      Usuń
  3. Czekałam na ten wpis bardzo i cieszę się, że jest taki jaki jest. Bo ja się mogę pod wszystkim podpisać i też tak uważam, ale nie umiałabym ująć tego w słowa jak Ty, bo strasznie emocjonalnie podeszłam do tej książki. Moja wieloletnia fascynacja najpierw sztuką Zdzisława, a później historią rodziny sprawia, że nie umiem racjonalnie podejść do rzetelnej oceny książek o nich, czy filmu.
    U Ciebie widzę wypowiedź, z którą się zgadzam i której nie byłabym w stanie skonstruować :D

    Porównanie z piaskiem w sałacie! <3 Takie akuratne! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :-). Ale wiesz, chociaż nigdy nie interesowałam się szczególnie dziełami Beksińskiego, to książka nie dość, że potrafi tym zainteresować, to jeszcze faktycznie jest bardzo emocjonalnie dręcząca, chyba tak właśnie miała działać -- w moim przypadku też się to sprawdziło.

      Usuń
  4. Ja też odkryłem, że pisanie o reportażach i pochodnych przychodzi mi trudniej niż pisanie o prozie. Wydaje mi się, że proza dużo więcej elementów składowych, o których można pisać, a reportaż jest niejako bardziej jednorodny. Ciężko pisać o reportażach bez uciekania się do komentowania opisywanej rzeczywistości, a nie samego dzieła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo trafnie to ująłeś: że nie ma tutaj takiego większego nieco odstępu między tą formą a przekazaną treścią. Z kolei pisanie o tym, o czym jest reportaż, nie wydaje mi się odpowiednim daniem rzeczy słowa. Chyba, żeby przyjąć tezę o reportażu jako fikcji literackiej, jednak konstruowanej, wynajdywanej przez autorów, pokazywanej nie -- jakkolwiek rozumiemy to słowo -- "obiektywnie", ale podobnie jak w przypadku powieści.

      Usuń
  5. Ja też czekałam na ten wpis i przeczytałam go z przyjemnością. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego uważasz, że o reportażach pisać nie umiesz. ;)

    Zgadzam się z większością Twoich spostrzeżeń. Czasem przeraża mnie to, że przychodzą nam do głowy podobne pytania (punkt 2), ale czasem bardzo mnie to cieszy (punkt 4).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie kryguję się, zauważyłam, że faktycznie jakoś dłużej do nich podchodzę, nim zasiądę do klawiatury, a i nieco krótsze później wychodzą z tego notki :-). Ale potraktuję to jako wyzwanie na przyszłość ;-).

      Ale to jakoś miło chyba, prawda? ;-)

      Usuń
  6. Nie mogę się merytorycznie wypowiedzieć, bo... samej książki jeszcze nie czytałam. Ale właśnie leży na moim biurku, niedawno do mnie trafiła. Lubię twórczość Beksińskiego, jest niezwykle mroczna, ale i (dla mnie) fascynująca. I z chęcią poznałabym dokładniej historię "ostatniej rodziny"... tym bardziej, że na co dzień pracuję w Sanoku, obrazy Beksińskiego widziałam na żywo i przez to wszystko książka Grzebałkowskiej jeszcze bardziej mnie interesuje (ciekawa jestem czy na co dzień bezwiednie chodzę śladami Beksińskich, a może moja stała trasa bardzo mija się z ich dawnymi ścieżkami?)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, jeśli przeczytasz i napiszesz o tym doświadczeniu, ustawiam się w kolejce czytelników wpisu! :-) Bardzo byłabym ciekawa, jak część sanocką przeczyta ktoś, kto zna Sanok, bo obecność tego miasta jest w pierwszej części książki bardzo silna, wyrazista, ustawia pewne linie narracyjne.

      Usuń