Atlas podjadków albo o typach czytających przy jedzeniu

Atlas podjadków albo o typach czytających przy jedzeniu



Uzbrojona w siatkę na motyle, przeciwpszczelną maskę oraz gruby atlas libroentomologiczny pod pachą wyruszyłam na poszukiwanie moli książkowych czytających przy jedzeniu. Nie jest to sprawa łatwa: niektórzy się chowają, tak żeby nikt nie zobaczył, jak się posilają cieleśnie i duchowo naraz, inni z kolei twierdzą, że to zupełnie mityczne stworzenia. Na szczęście naukowy zapał klasyfikatora we mnie nie wygasł i stąd wziął się ten wpis. Smacznego, chciałoby się zakrzyknąć!
Zaraz, a to nie miało mieć jeszcze kilku stron...? Albo o czytaniu książek niedokończonych

Zaraz, a to nie miało mieć jeszcze kilku stron...? Albo o czytaniu książek niedokończonych



Jak już zapewne wiecie, jedną z moich ukochanych książek jest „Kamień i cierpienie”, czeska powieść o życiu Michała Anioła (znajdziecie ją w każdym antykwariacie, bo miała u nas gigantyczne nakłady). Ale właściwie słowo „życie” jest tutaj nieco mylące: towarzyszymy Buonarottiemu nie tak znowu długo, bo zanim jeszcze zdąży w pełni rozwinąć skrzydła, powieść się kończy. Nie dlatego, że Schulzowi zabrakło weny – autor zmarł i nie skończył książki. Na pewno sami znacie takie przypadki. Pojawia się wtedy pytanie: i jak to czytać?
Cięgiem czy na przemian? Albo o prywatnych maratonach tematycznych

Cięgiem czy na przemian? Albo o prywatnych maratonach tematycznych



Właściwie to nie trzeba mieć jakichkolwiek czytelniczych strategii. Jeśli się czyta to – no cóż – się czyta. Ale widzicie, mnie jednak zawsze kusi, żeby sam ten proces analizować. Co zrobić, taka natura. Niezależnie więc, czy czytacie ciągami, czy raczej dobieracie lektury zgodnie z nastrojem (przy czym jedno z drugim się nie wyklucza), może znajdziecie tu coś Wam znajomego.
Poetyckie BHP albo czy czytać poezje (i jak)

Poetyckie BHP albo czy czytać poezje (i jak)



Dzisiaj Światowy Dzień Poezji, więc postanowiłam wykorzystać okazję do wpisu tematycznego, o który Was ostatnio zagadnęłam. Czyli nieco bardziej poważny wpis o poezji. Chociaż "poważny" nie oznacza w tym wypadku "klękajcie narody i czcijcie wieszcza", ale: jak to jest z tym czytaniem poezji? Warto, nie warto? Jak czytać? Bać się tej poezji?
Pikniki z Klasyką #12: Gdzieś w Anglii albo o „Miasteczku Middlemarch” G. Eliot

Pikniki z Klasyką #12: Gdzieś w Anglii albo o „Miasteczku Middlemarch” G. Eliot



George Eliot była zupełnie niesamowita. To taka postać, że gdyby ktoś dzisiaj napisał powieść z nią w roli głównej, na pewno oburzalibyśmy się, że przesadza i że rzutuje swoje dzisiejsze poglądy na przeszłość. A samo „Middlemarch”, uznawane za literackie wyżyny twórczości na Wyspach, to powieść, która obrosła w egzegezę jak w mech. Tylko że wiecie, czytanie tego w Polsce, gdzie jedyne (!) wydanie pojawiło się dopiero w połowie lat dwutysięcznych, to zupełnie inna sprawa. Dlatego, że tego mchu jakby mniej. I może dlatego pewne rzeczy widać inaczej?
Co ja mam wpisać? Wpisać coś? Albo o dedykacjach

Co ja mam wpisać? Wpisać coś? Albo o dedykacjach



Jeśli zdarzało się Wam – a podejrzewam, że nie raz i nie dwa – dawać komuś książkę w prezencie, staliście zapewne przed powyższym dylematem. Ach, te telefony do znajomych, najlepszej przyjaciółki, dalekiej krewnej, która podobno posiadła trudną sztukę zgrabnego dedykowania, rozpytywanie sąsiadów... Nie, aż tak źle chyba nie jest, ale nie zmienia to faktu, że napisanie dedykacji wcale nie jest proste.
To ty, klasyku? Albo o podejrzanych cytatach

To ty, klasyku? Albo o podejrzanych cytatach



Tak, tak, dzisiaj jest ten dzień, kiedy możecie po przeczytaniu wpisu zawinąć się w płaszcz i fuknąć z oburzeniem, że kalam i bezczeszczę. Nic jednak nie poradzę na to (i mam nadzieję, że jednak się nie zawiniecie), że od czasu do czasu czytając jakiegoś bardzo poważnego klasyka znajduję w środku jakiś cytat, który ubarwia mi wieczór. Chciałabym się z Wami podzielić takimi odkryciami z ostatniego czasu. Traf chciał, że będą to dramaty. I niczego tak naprawdę bezcześcić nie zamierzam.

Pyza zasłuchana albo o przygodach z audiobookami

Pyza zasłuchana albo o przygodach z audiobookami



Jeśli jesteście tu już jakiś czas (jeśli dopiero co trafiliście: czujcie się powitani!) na pewno załapaliście się na którąś z moich wypowiedzi w rodzaju „wiecie, nie bardzo lubię słuchać audiobooków”. No więc nie powiem, żebym została wielką fanką, ale podejmuję, wspierana (pozdrowienia dla Myszy i Prowincjonalnej Nauczycielki!), systematyczne wysiłki w celu przekonania się, czy to aby na pewno nie dla mnie. Także dzisiaj będzie trochę podsumowania, żeby wiedzieć, jak się cały proces ma.
Uważaj! Melancholia! Albo o „Zapałce na zakręcie” K. Siesickiej

Uważaj! Melancholia! Albo o „Zapałce na zakręcie” K. Siesickiej



To będzie chyba taki specyficzny tekst, bo zdaje się, że jestem jedną z ostatnich osób, które tej książki nie znały. Ba, unikałam w latach mych nastoletnich Siesickiej po jednej czy dwóch próbach podczytania i wydawało mi się, że to literatura nie dla mnie. Nie wiem, może to ja się zmieniłam albo mój sposób czytania – w każdym razie zamierzam ponadrabiać stracony czas. Ale zanim to, to wróćmy do tego, czemu specyficzny. Bo mogą być spojlery, z tym że takie, które temu, kto nie czytał pewnie i tak niewiele powiedzą, a poza tym właściwie chyba wszyscy – wnosząc z reakcji – czytali. No, tak czy inaczej: zaczniemy?
Moje nazwisko Głowacki. Aleksander Głowacki. Albo o pseudonimach

Moje nazwisko Głowacki. Aleksander Głowacki. Albo o pseudonimach



Właściwie żyjemy w kulturze, w której imię i nazwisko daje nam pewną tożsamość, choćby dlatego, że jest wpisane we wszystkich dotyczących nas papierach. Innymi słowy, kiedy myślimy „Jan Kowalski” albo „Anna Nowak” myślimy o naszym znajomym Janie bądź Annie, ewentualnie o sobie, jeśli akurat tak się nazywamy. Ba, skojarzenia z imionami mamy zazwyczaj bardzo silne. I myślimy sobie, że cóż lepszego, niż zobaczyć swoje imię i nazwisko na okładce książki. A jednak! Skąd się zatem biorą pisarskie pseudonimy? I po co?
Jak hodować wrażenia? Albo porady florystyczno-książkowe

Jak hodować wrażenia? Albo porady florystyczno-książkowe



Na pewno miewacie czasem takie uczucie po zamknięciu książki, że bardzo byście chcieli pamiętać ten moment. Czy to jako przestrogę („nigdy więcej książek tego autora / z tego gatunku!” – chociaż mimo wszystko zawsze warto dać mu drugą szansę), czy jako radosne westchnienie („ależ cudowne!”). Ale te wrażenia w końcu zbledną. Co zatem zrobić, by te wrażenia książkowe jednak w sobie hodować? Skupimy się dzisiaj na tych pozytywnych. A zatem rękawiczki na dłonie, doniczki przygotowane i ruszamy!
Sposoby na uczczenie Roku Szekspirowskiego albo Bard razy dziewięć

Sposoby na uczczenie Roku Szekspirowskiego albo Bard razy dziewięć



Wiadomo, że mamy w tym roku rok Sienkiewiczowski, od wiedzy o tym uciec trudno. Ale w cieniu Sienkiewicza odbywa się również interesujący rok Szekspirowski. Nie, żeby był jakoś szczególnie przysłonięty, tego nie twierdzę, ale z racji tego, że dramatów czyta się zwykle mniej niż próz, to i czytelniczo może wydawać się mniej interesujący. A nic bardziej mylnego.
Jestem hobbitem albo książkowa gra planszowa

Jestem hobbitem albo książkowa gra planszowa



Przyznaję się: jestem jak hobbit. Nie, nie, nie chodzi o stopy. Widzicie, strasznie lubię scenę otwierającą „Władcę Pierścieni”, tę z przyjęciem urodzinowym Bagginsów. I to, że hobbici mają w zwyczaju dawać innym prezenty, kiedy świętują. Tak więc – ponieważ tak się składa, że mam dzisiaj urodziny – przygotowałam dla Was małą niespodziankę.
Sasza Załuska atakuje albo o "Okularniku" K. Bondy

Sasza Załuska atakuje albo o "Okularniku" K. Bondy



Na pewno przeczytaliście już wiele pozytywnych recenzji „Okularnika” – więc wiecie, że to książka bardzo wciągająca, z mnogością wątków, wykorzystująca też historię miejsca, gdzie autorka osadziła akcję. To wszystko prawda. A jednak po przeczytaniu powieści poczułam się wystrychnięta na dudka. Dlaczego? O tym właśnie będzie ten pełen spojlerów tekst poniżej. Wchodzicie na własną odpowiedzialność.