Byle polska wieś spokojna albo o „Malwinie” M. Wirtemberskiej (Pikniki z Klasyką #22)



Powiem Wam na wstępie, że „Malwina” nie uczyniła na mnie jakiegoś ogromnego wrażenia, ale powody, dla jakich tego nie zrobiła, są chyba najciekawszą rzeczą w tej powieści. To bodaj najstarsza rzecz, jaką zdarzyło nam się czytać w ramach „Pikników...” do tej pory (pierwsze wydanie „Malwiny” przypada na rok 1813) i sięgnięcie po nią samo w sobie dostarczyło mi ciekawych spostrzeżeń.


O czym to w ogóle jest? Dla porządku napiszę najpierw, z czym mamy do czynienia. Otóż młoda wdowa – mąż poprzedni był niekochany i dość szybko się nam z fabuły zwinął – Malwina spędza z siostrą Wandą czas na wsi. Majętna, piękna, dobra, o czym możemy się przekonać już na początku, kiedy rzuca się do płonącego sioła, by wyratować pozostawioną tam na pastwę pożaru dziecinę, ale coś brakuje jej szczęścia – taka właśnie jest. Na szczęście w trakcie misji ratunkowej spotyka tajemniczego, melancholijnego młodziana, Ludomira. Między nimi rodzi się uczucie, ale ach, cóż to? Ludomir musi odejść, niosąc dalej w świat swe tajemnicze nieszczęście. Co można zrobić, by oderwać Malwinę od takich smutnych rozważań? Wysłać do wielkiego miasta, gdzie będzie kwestowała na rzecz ubogich, bywała na balach, a nawet załapie się na turniej rycerski (w ramach niewinnych rozrywek organizowanych z braku laku, ale nie dajcie się zwieść, jesteśmy w gotyzującym XIX stuleciu). Warszawa nie leczy jednak zbolałego serca bohaterki, oto bowiem spotyka w niej znowu Ludomira, ale ukochany zachowuje się jakoś dziwnie i nieswojo. Gdzie się podział ten melancholijny młodzieniec i co tu robi szaławiła trwoniący czas i majątek?

Pozwólcie, że dla większej przejrzystości swoje wrażenia z lektury ujmę w kilku punktach.

(1) Giń, narracjo, jaką znamy! A właściwie dopiero się ródź. Po „Malwinie” bardzo widać, że to są dopiero początki polskiego powieściopisarstwa. Autorka nie bardzo dba, by pokazywać nam akcję, tylko przeskakuje od jednej rzeczy, jaką uzna za ciekawą, do drugiej, miejscami można mieć wrażenie, że ją samą nudzi budowanie napięcia, więc szybko je rozładowuje. Sama historia opowiadana jest w sposób, który mi przypomina spotkanie z osobą, która bardzo chce nam coś o sobie opowiedzieć, ale trochę jej nie wypada, bo słabo się znamy, trochę się wstydzi, trochę jej głupio, więc opowiadana nam historię swojej koleżanki, od czasu do czasu zatrzymując się, mrugając okiem i krygując się, że „tak naprawdę to…”. Rzecz jasna nie można mieć o to pretensji do autorki, bo czasy były takie a nie inne – nie znam aż tak dobrze powieści z tego okresu, żeby jednoznacznie powiedzieć, że pisarstwo Wirtemberskiej mogłoby być lepsze – ale na pewno da się powiedzieć, że jest to pisanie specyficzne.
 
 
"Malwina" to trochę historia, która dzieje się w miejscach nam znanych (jest przecież Warszawa, a w niej kwesta, motyw tak ważny później choćby w "Lalce" Bolesława Prusa), ale nie można się oprzeć wrażeniu, że opisuje taki świat, który jednak, w większej części, nigdy naprawdę nie istniał.
 

(2) Zapisie dialogów, ten tylko cię ceni, kto cię stracił! Nie wiedziałam, że w polskich wczesnych powieściach ten zapis jest tak specyficzny, ale wychodzi na to, że jest. Zastanawiam się, czy powieści lepiej by nie zrobiło uwspółcześnienie go (skoro uwspółcześniamy ortografię, to czemu nie to?), bo wtedy bariera między powieścią – nie niosącą niesamowitych znaczeń, a przeznaczoną do czytania i do odbioru historii – a czytelnikiem byłaby mniejsza. Można się do tego przyzwyczaić, tylko cały czas się zastanawiałam: po co?

(3) Seria niefortunnych zdarzeń. To nie jest też powieść, która udaje realizm. Raczej inspiruje się popularnymi w tym okresie gatunkami innymi: mamy romans, mamy kilka farsowych sztuczek, liźnięcie gotycyzmu (coś kuleje w ten metaforze, ale zostawiam ją, jest jakoś w duchu „Malwiny”), w końcu też zestaw wędrujących po opowiadanych nam od wieków historii motywów (nie zabraknie nawet ginącej młodej matki bez natchnienia do nadawania imion). Miejscami zatem można mieć, z dzisiejszej, oczywiście, perspektywy, wrażenie, że czyta się nie tyle romans z początków XIX wieku, co niezrealizowany scenariusz Mela Brooksa.

(4) Polskość mi szaty rozdziera. W „Malwinie” nie zabraknie też okrzyków o naszym biednym, nieszczęśliwym kraju (pozwólcie, że zacytuję księcia z „Lalki”, bo, po pierwsze, to postać idealna do cytowania, a po drugie – pasuje), które utrzymane w duchu epoki są nie tyle zagrzewaniem do walki o niepodległość, ile sentymentalną ozdobą rozmów. Wiecie, w rodzaju „napiszmy słownik, żeby było etnograficzne świadectwo!”, „a to ja skomponuję poloneza!”. Wirtemberska przypomni nam zatem, że w polszczyźnie pisać warto, po polsku mówić trzeba i uczucia patriotyczne żywić – takoż, ale wszystko w raczej nieokreślonej ramie na pół historii, na pół zmyślenia. Bardzo, jak już mówiłam, w duchu końca XVIII i początków XIX wieku.
 
 
(5) Polska Jane Austen? Zastanawiałyśmy się z Tarniną, czy w Marii Wirtemberskiej znajdziemy kogoś w rodzaju polskiej Jane Austen. Bo przecież czas – mniej więcej odpowiedni, temat – podobny, pisarka i pisarka… Ale w „Malwinie” za mało jest grania z rozstawianiem postaci w znanych rolach, mało jest ironii (choć autorka próbuje) i mało zręczności w opisach i kompozycji. Częściowo dlatego, że autorka sama sobie narzuca pewne ograniczenia, wynikające z trzymania się ram obranych konwencji i konwenansów towarzyskich, które pewnie też nie były tu od parady. Częściowo też i dlatego, że jej nadrzędnym celem jest udowodnić – rzecz popularna i w innych krajach słowiańskich tego okresu – że po prostu „da się” napisać coś takiego w ojczystym języku. Bo się da. Jak wyjdzie – to już zupełnie inna sprawa.
 
 
 

Mieliście okazję przeczytać „Malwinę” i bardzo chcecie o tym porozmawiać? Nic prostszego! Dzisiaj piknikujemy pod wpisem Tarniny, do lektury którego Was serdecznie zapraszam (stąd też komentarze pod tą notką są wyłączone) i tam też – mam nadzieję – spotkamy się na wymianie wrażeń.

Weź dokładkę!

0 komentarze