Nobel dla Gombrowicza albo o tajnych archiwach, spiskujących sekretarzach i kontrowersyjnych nagłówkach



Założę się, że w ciągu ostatnich dwóch-trzech dni pewnie ze dwa-trzy razy natrafiliście błądząc wzrokiem po mediach (a na pewno tych społecznościowych) na artykuły krzyczące „Nobel dla Gombrowicza!” lub pytające „Nobel dla Gombrowicza?”. Zanim jednak wpadniecie w panikę lub euforię z powodu potencjalnej nagrody dla zmarłego w 1969 roku autora „Ferdydurke” warto sobie uświadomić, o co właściwie chodzi.

Kalendarz szwedzkiego akademika


Otóż nie wiem, na ile jest Wam znany mechanizm „nominowania do Nobla”, bo coś takiego rzeczywiście ma miejsce, z tym że nie – jak w przypadku na przykład Nike – dostajemy finałową x-kę kandydatów do wglądu, ale otrzymują ją tylko członkowie kapituły nagrody. Najpierw jednak, co roku we wrześniu, zaczyna się nieco dłuższy proces nominowania. Osoby, które chcieliby widzieć z ośmioma milionami koron szwedzkich i pamiątkowym medalem, nominowane są przez rozmaite gremia: naukowe (na przykład przez akademików z różnych krajów, parających się literaturoznawstwem), komisje (w tym komitet noblowski, ale – jak się zaznacza – również ciała o podobnej funkcji gdzie indziej), czy poprzednich laureatów nagrody. Akademia Szwedzka, czyli nasz noblodzierżdżca, liczy sobie osiemnaście osób, z czego cztery-pięć wchodzą w skład grupy roboczej zajmującej się tylko noblem literackim i rekomendują one Akademii kandydatów do nagrody (obecnie jest to jednak siedem osób, dwie bowiem mają status „stowarzyszonych” – kadencja komitetu to trzy lata).
Pośredni bohater dzisiejszego wpisu, młody, piękny, wyrabiający paszport. Źródło.


Generalnie mechanizm, choć jest dość zawiły, działa w ten sposób, że poszczególne osoby są zapraszane do przesłania swojej nominacji (jeśli nie dostaliście zaproszenia nie szkodzi, też możecie zgłosić swojego kandydata, o ile spełniacie powyższe kryteria – samego siebie zgłosić jednak nie można) już we wrześniu, co roku to grupa około 600-700 osób. Następnie do końca stycznia przesyłane są kandydatury (a profesorowie w pocie czoła i z oddechem deadline’u na plecach czytają możliwych do zgłoszenia autorów, by się upewnić, czy o to im chodziło – zwykle spływa około dwustu kandydatur) i nasza grupa robocza zaczyna prześwietlać kandydatów, szukając swoich rekomendacji. W kwietniu dochodzi wreszcie do wystosowania tychże, zwykle idzie o 15-20 osób, których listę dostaje Akademia Szwedzka. Akademicy zawężają grupę do pięciu osób i w trakcie wakacji letnich czytają ich dzieła (tak, to jest właśnie odpowiedź na pytanie, gdzie trzeba pracować, żeby w wakacje czytać i dostawać za to pieniądze). I w końcu w październiku poznajemy zwycięzcę, który nagrodę odbiera w grudniu (w międzyczasie, jak pamiętacie, zbierane są już kolejne kandydatury na rok następny) – żeby wygrać należy otrzymać więcej niż połowę ważnych głosów, czyli co najmniej 10 osób musi na nas zagłosować.

Z dworu w Małoszycach do Sztokholmu 

Teraz dochodzimy do etapu, na którym pojawiają się (nie pierwsze zresztą i nie ostatnie) kontrowersje, czyli właśnie tajności otaczających listy nominowanych. Otóż dopiero po pięćdziesięciu latach dostajemy informację kto, u licha, był w danym roku rozważany jako kandydat do literackiego Nobla. I tutaj na scenę, dzięki profesorowi Gunnarowi Jacobssonowi z Göteborgu, wkracza Witold Gombrowicz.  



Przerwa na piosenkę. Tak, słucham Taco Hemingwaya, tak, pojawia się w niej 
Witold Gombrowicz, przecież wiecie, że bez związku bym jej tak nie wrzuciła.

W tym roku odtajniono nominowanych w 1966 roku (kiedy to nagroda powędrowała do dwójki laureatów: niemieckiej poetki Nelly Sachs i izraelskiego pisarza Samuela Agnona; oboje wciąż figurują na mojej liście „do przeczytania”) i właśnie stąd nagłówki, o których była mowa – bo po raz pierwszy pojawia się tam nazwisko Gombrowicza. Podobno Akademia była trzy lata później zdecydowana właśnie jemu dać nagrodę, ale że pisarz zmarł – a Nobli nie udziela się pośmiertnie – Nobla zgarnął Samuel Beckett, nominowany zresztą co jakiś czas od roku 1957. Kluczowym słowem jest tu znowu „podobno” (dowiemy się za trzy lata, czy Gombrowicza faktycznie wówczas nominowano, czy mówiło się o nagrodzie dla niego jako pewnej, nie dowiemy się na sto procent nigdy). Autorzy zwykle nominowani są kilku(nasto) krotnie. Henryk Sienkiewicz, zanim przyznano mu nagrodę w 1905 roku, był na liście kandydatów od początku, czyli od 1901 roku. Kiedy odbierał nagrodę, zgłaszano już kandydaturę Elizy Orzeszkowej (a właściwie możemy nawet powiedzieć, kto konkretnie zgłaszał: wówczas aż osiem osób). Od 1919 roku przewija się nazwisko Reymonta (Nobel 1924), w dwa lata później na listach figuruje też Stefan Żeromski, w latach 30. starożytnik Tadeusz Zieliński (Noble trafiały bowiem nie tylko do poetów i powieściopisarzy), trzykrotnie wysuwano kandydaturę Marii Dąbrowskiej, dwukrotnie Jarosława Iwaszkiewicza, raz Leopolda Staffa. Tak wynika z tego, co wiemy do dzisiaj, bo niewykluczone, że Iwaszkiewicz pojawiać się będzie teraz przez dłuższy czas na odtajnianych co roku listach. 


Nominowani w roku 1966 z udziałem Gombrowicza i profesora Jacobssona.

Gdyby to chcieć porównać z nominowanymi wśród czeskich ludzi pióra, można dostrzec większą i niemal żelazną stałość, bowiem do swej śmierci wciąż na nowo nominowany był Jaroslav Vrchlický, wszechstronny (i wcale nieskąpo przekładany na polski) poeta i dramatopisarz, później o nominację walczyli symbolista Otakar Březina z piszącym wielotomowe powieści historyczne Aloisem Jiráskiem, żeby w latach trzydziestych mógł nastać prymat nominowania Karla Čapka. Innymi słowy nominowani bywają nominowani, dopóki nie umrą lub dopóki nie dostaną nagrody. Pewnie zdarza się też, że dopóki nie przeminie ich sława (zakładam, że miały miejsce takie spektakularne przypadki).

Komnata tajemnic


Skąd, zapytacie, ta tajemniczość wokół nominacji? Dobre pytanie. Zapytany o to Peter Englund, wieloletni sekretarz Akademii, odpowiedział, że nie wie – ale skoro tak mówi regulamin nagrody, to tak jest. Czy dlatego, by obyło się bez lobbowania określonych kandydatów (wyobrażacie sobie te paczki z powieściami Orzeszkowej po szwedzku podsyłane pod drzwi szwedzkich akademików sto lat temu?)? Wydaje się, że to nie tylko kwestia skandynawskiej skrytości, ale próba ucinania spekulacji, wpływania na wynik, pozamerytorycznej ekscytacji. Czy wychodzi? Zapewne bywa różnie, bo z rzadka ekscytujemy się odtajnionymi dokumentami tego typu („ach, kogóż to nominował profesor slawistyki z miasta o dziwnej nazwie na północy Finlandii w latach pięćdziesiątych”), a tu jednak wiadomość trafia do nagłówków. A coroczne spekulacje wokół możliwych kandydatów nie ustają – i to pomimo tego, że członkowie akademii są zobowiązani do konfidencji również w prywatnych rozmowach.

Weź dokładkę!

17 komentarze

  1. Dorzucę akcent japonistyczny, bo sam mi się tu ciśnie na usta:

    Japończyków (no, niektórych) do dziś dziwi Nobel dla Kawabaty Yasunariego, którego uważają za bardzo "japońskiego" pisarza i nie dowierzają, że jego twórczość mogła przemówić też do nie-Japończyków. Według wyczytanej gdzieś (Donald Keene?) teorii spiskowej, Akademia planowała podobno przyznać Nobla jakiemuś Japończykowi w roku 1968, równe 100 lat po odnowie Meiji - tyle, że tym Japończykiem miał być raczej Tanizaki Jun'ichiro. Ale że Tanizaki do 1968 nie dożył (a trzeci "wielki", Mishima Yukio, był, zdaje się, podejrzany politycznie), Nobla przyznano Kawabacie.

    (Osobiście bardzo tej teorii nie lubię, bo brzmi to tak, jakby przyznano mu tego Nobla z braku lepszego pomysłu - trochę nawet, jakby go podkradł Tanizakiemu - a przecież Kawabata wielkim pisarzem był).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, nie znałam tej historii! Ale przypomina mi to też o dyskusjach dotyczących tego, czy dany autor rzeczywiście "zasłużył" na Nobla i czy reprezentuje to, co w literaturze danego języka najciekawsze. A to właściwie kategorie bardzo nieprecyzyjne, bo może nie złapał ducha tego czasu, w którym się znajdujemy obecnie, ale za lat pięćdziesiąt ocenimy go jako bystrego obserwatora rzeczywistości? Literatura działa na najprzedziwniejsze sposoby ;-).

      Usuń
  2. Kulisy tej nagrody są nie tylko ciekawe, ale także sensacyjne. Nie... to niemożliwe... Beckett miałby otrzymać Nobla tylko dlatego, że zmarło się Gombrowiczowi? Z całym szacunkiem do dorobku obu pisarzy - jestem dumna z naszych rodaków, ale mam jednak nadzieję, że Becketta naprawdę doceniono za zasługi i doceniono jego ponadczasowość...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że trudno nam będzie do tego dojść, a przecież jest też cała masa świetnych pisarzy, którzy nie byli nawet nominowani -- albo byli, a jednak nie dostali nagrody (na przykład na liście odtajnionej w tym roku są jeszcze na przykład Auden, Achmatowa, Borges, Forster, Frisch, Graves, Krleža, Nabokov czy Waltari :-)).

      Usuń
  3. Ale to trzeba mieć pecha, żeby tak umrzeć, może Gombrowicz byłby kolejnym Polakiem z literackim Noblem? Jak dla mnie dobrze robią, ze tak późno odtajniają listy nominowanych - zwłaszcza w dobie internetu to wzbudziłoby spore emocje i Nobel stracił by na powadze. A pewnie w końcu ktoś wpadłby na pomysł, by robić też głosowania wśród internautów i taka elitarna nagroda zaczęłaby bardziej przypominać Eurowizję... Tak chociaż wiadomo, że przyznawaniem go zajmują się kompetentni ludzie, bez nacisków z zewnątrz i bez spekulacji. Taka ,,czysta atmosfera" wokół nagrody podnosi jednak prestiż.
    Jednak nawet gdyby mi dużo płacili za to czytanie w czasie wakacji, to nie podjęłabym się udziału w przyznawaniu Nobla. Za duża odpowiedzialność, tyle wspaniałych książek, jak wybrać najlepszą? I to z całego świata, z różnych kręgów kulturowych...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trudno powiedzieć, może by był, a może by nie był. Właściwie to utajnianie ucina i wznieca spekulacje, jest takie mocno, powiedziałabym, obosieczne w tym względzie ;-). Nie sądzę też, żeby jawność przyczyniła się do głosowania esemesami, to chyba tak nie działa -- ale masz rację, ta atmosfera "wiedzą tylko wtajemniczeni" wzmaga aurę elitarności. Inna sprawa, czy to pozytywne zjawisko.

      Usuń
  4. Emocje, emocje! Dzięki za dokształcenie z zakresu noblistyki i za piękne zdjęcie młodego, paszportowego Gombrowicza. Zaraz sobie Taco posłucham, bo sama czasem sobie nucę: "Deszcz na betonie, deszcz na betonie..."

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. PS A propos, jest taka piosenka Łąki Łanu pt. "Selawi", tam gombrowiczowsko bembergują :>

      Usuń
    2. Zawsze do usług :-). Ja jestem generalnie póki co chyba największą fanką prawie całej epki "Wosk" :-). A Łąki Łanu zaraz poszukam i sprawdzę, skoro się pojawia Gombrowicz :-D!

      Usuń
  5. podobno nawet zofie kossak rozważano w tej kategorii (w czasach gdy modne było dawanie nagród za powieści"historyczne" pamiętam o tym artykuł w nie istniejącym już czasopiśmie "Katolik" )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawe, zobaczymy: w tym roku odtajniono listę z 1966, a Zofia Kossak-Szczucka zmarła w 1968, więc kto wie, może jej nazwisko pojawi się na którejś z dwóch kolejnych list?

      Usuń
    2. jak o polskę chodzi to kilku autorów po 1945r miało pecha bo ich kandydatur nie zgłoszono ze względu na nazwijmy to ideologiczne wątpliwości :)

      Usuń
    3. To też prawda, aczkolwiek myślę, że jeśli chodzi o pewne mody literackie, to kto wie -- może jednak Kossak-Szczucka jeszcze się pojawi na tych dwóch wspomnianych listach nominowanych. Natomiast w nominacjach przedwojennych się nie pojawia (natomiast na przykład Tadeusz Zieliński jest tam też dlatego, że nagroda wędrowała wówczas do historyków zajmujących się starożytnością, więc nominowano go jako kogoś, kto mógł mieć szansę).

      Usuń
  6. Przepadam za tymi noblowskimi smaczkami. Zazwyczaj nie ekscytuję się przesadnie nagrodami literackimi, ale tą bardzo lubię. Od kilku lat na żywo oglądam relację z ogłoszenia wyników, a potem szukam informacji o kolejnych odtajnionych notatkach sprzed pięćdziesięciu lat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też lubię ten splendor wymieszany z "ale ja tylko wyszłam zza drzwi, skąd te lampy" w ogłaszaniu tych nagród ;-).

      Usuń
  7. Największą sensacją wpisu jest zaś to, że Pyza słucha Taco. Choć skoligacenie semantyczne pseudonimów jest niepodważalnie smaczne (a i do Pożeracza niedaleko), to i tak zaskoczeniem pewnym dla mnie to jest.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eklektyczny gust muzyczny ;-). A o koligacji pseudonimów nie pomyślałam, a to bardzo fajna myśl :-D!

      Usuń