O tym, jak polubiłam Stasia Tarkowskiego albo o „W pustyni i w puszczy” H. Sienkiewicza


Kiedy rzucałam pomysł ponownego przeczytania „W pustyni i w puszczy” sama nie przypuszczałam, co dla siebie w tej powieści odnajdę. Ale tak to chyba zwykle bywa z takimi pomysłami: nie wspominając o tym, jak zmienia się nasze spojrzenie na książki czytane wiele lat temu.

 

Wszystkie ofiary narratora


Na samym początku blogowania pisałam o swoich szkolnych przygodach z tą powieścią, było to lat temu wiele, nigdy później do niej nie wróciłam i na tych wrażeniach poprzestałam. Tymczasem ponowne sięgnięcie po tego akurat Sienkiewicza okazało się szalenie ciekawe z kilku względów. Przede wszystkim zobaczyłam, jak to jest napisane (pomimo że „jak” jest moim konikiem – pochylmy się chwilę nad urodą tego, co napisałam i w milczeniu kontynuujmy – może niekoniecznie widziałam te wszystkie rzeczy mając lat dwanaście). Jeśli pochylimy się od początku nad tym, jak też nam Sienkiewicz kreśli przygody Stasia i Nel można zaobserwować, że narrator przesuwa się: jest albo wszechwiedzący i zdystansowany, albo trzyma się bardzo blisko Stasia, referując jego myśli. I tutaj leży pies pogrzebany (wybacz, Sabo!), bo o ile Staś okazuje się ciekawą i wcale nie tak jednorodną postacią, o tyle narrator sam jest… No dobrze, spróbujmy się temu przyjrzeć na przykładach.

Przede wszystkim narrator usiłuje nas przekonać, że wie, o czym mówi. Stąd dorzuca często zdania o charakterze wiedzowym, informatywnym, służące do tego, żebyśmy uwierzyli mu, że tak jest, i nie łypali złym okiem na realizm powieści. Czy jest to w powieści przygodowej takie istotne? Dobre pytanie. Osobiście obyłabym się bez tego, co nam serwuje w takich chwilach narrator – choć zdarzają się tutaj perełki w rodzaju „[…] wielbłądy, które z natury mało się pocą, oblały się jednak potem” (s. 63*) – ale wtedy nie stworzyłby się nam obraz mentalny, co do którego chce nas, utrzymując bezstronność, przekonać narrator. O tym zaraz, a teraz jeszcze spędźmy minutę przy boku naszego wszechwiedzącego i zorientowanego w afrykańskich realiach narratora. Potrafi on więc sytuacje nadzwyczajne rysować z pewną dozą nonszalancji: „Tak rozkopują nieraz dna rozpadlin zbłąkani podróżni i jeśli często nie znajdą wody, to prawie zawsze dostają się do wilgotnych piasków i wysysając je oszukują w ten sposób męczarnie pragnienia” (s. 98), a sytuacje, które mogą być jednak nowością, kwitować wzruszeniem ramion: „[krainy] rządzone jak zwykle przez dzikich i okrutnych królików” (s. 285). Nie może się też czasem oprzeć przed włożeniem własnych poglądów w myśli Stasia, zwłaszcza w drugiej części powieści, ale tam, gdzie chce nam przekazać jakąś informację: „gdyż [Staś] wiedział, że burze podzwrotnikowe im bardziej szaleją, tym trwają krócej” (s. 188). A jednak węże uparcie będzie opisywał jako płazy – czy ktoś może wie, dlaczego?

Skoro mówimy o pewnych wyobrażeniach, nie mogło zabraknąć starych obrazków ze zwierzętami. Słoń według Wenceslasa Hollara. Źródło.

O ile jednak są to fragmenty wywołujące uśmiech przekory („tak, tak, narratorze, wiesz coś o Afryce, wierzymy!”), o tyle tam, gdzie chce nam on stworzyć obraz innych grup – pojawia się, zwłaszcza dla czytelnika dzisiejszego, żyjącego w innym świecie i innych realiach, problem. Zasadniczo bowiem narrator przedstawia nam dwie grupy, których główną cechą charakterystyczną jest „inność”: Arabów (w tej grupie znajdą się również często Beduini i Egipcjanie, których odróżnia od Arabów jako takich) i czarnoskórzy mieszkańcy Afryki. Ci pierwsi obrywają zwykle generalizującymi i stereotypowymi określeniami. Nic dziwnego, zakrzykniecie, wszak stoją oni po stronie „czarnych charakterów” powieści. Ano, i kiedy narrator prezentuje nam złowieszczego Gebhra albo Idrysa, który sam nie wie, co właściwie ma zrobić, nie mam nic przeciwko. Gorzej, kiedy to się przenosi po prostu na całą grupę/wspólnotę. I tak dowiadujemy się, że „[…] w Egipcie zarówno Arabowie, jak i Beduini wrzeszczą przy każdej sposobności” (s. 80), ich dusze są „dzikie i nierozwinięte” (s. 90), cechuje ich „gadatliwość i wrodzone niedbalstwo” (s. 99), a że jak już pierzemy, to na odlew, więc przy charakterystyce „czarnego charakteru” dodamy, że był „jak każdy prawie Arab chciwy i ambitny” (s. 117). Zanim obwołamy Sienkiewcza synem epoki i w tejże epoce zwiedzającego Afrykę, należy dodać, że to są jednak zabiegi celowe. Bo jeśli chce, narrator potrafi w danej grupie dostrzec i cechy pozytywne: „Arabowie odznaczają się w ogóle wielką zręcznością” (s. 101). Widzi też, że obraz powstania Mahdiego jest bardziej skomplikowany i wspomina, że nie wystarczy być muzułmaninem, żeby ocalić życie, bo też i nie o religię, a o władzę tu chodzi. Pytanie jednak, czemu te wiadomości przemyca jakby ukradkiem – inne wystawiając w pełnym słońcu na widok publiczny.

Druga grupa, czyli czarnoskórzy mieszkańcy Afryki, pojawiający się dość późno, jest w powieści i bardziej zróżnicowana, i ujednolicania niekiedy kolanem (wiecie, jak wtedy, kiedy chcecie domknąć walizkę, a ona się wcale nie domyka, więc musicie ją przycisnąć, żeby nic nie wystawało). Bo narrator – i bohaterowie – ma świadomość, że Afrykę zamieszkują przeróżne plemiona, które różnią się między sobą niekiedy dość znacznie (będzie zwracał uwagę przede wszystkim na wygląd, z przejawów kultury zaś właściwie jedynie na język), ale nie powstrzyma go to przed znajomymi już nam generalizacjami. Nie omieszka nas zatem poinformować, że „radość objawia się u Murzynów śmiechem” (s. 252), w lepiankach murzyńskich roi się od karaluchów (s. 267), jeśli bohaterowie natkną się na grupę, która przekłuwa uszy lub używa krążków do rozpychania warg powtórzy co najmniej dwa razy, jakie to brzydkie – właśnie tak, wartościując to wyłącznie w kategoriach estetycznych (s. 298, 319). Wrodzona jest im niedbałość (s. 346 – wychodzi na to, że wszyscy poza Europejczykami są w tym uniwersum niedbali), a najbardziej lubią nic nie robić (s. 357). To, jak się dzisiaj kojarzą wszystkie te opisy, wiecie sami, natomiast narrator nie mieszka nam zasolić argumentów nieźle znanych z innych dzieł, opisujących niewolnictwo. Dla przykładu dwa cytaty: „to [Murzyni] są dzieci, które zapominają o tym, co było wczoraj” (s. 258) oraz „Murzyni są tak jak dzieci, które nie myślą o jutrze” (s. 342). Bardzo znajome wydadzą się zapewne tym, którzy czytali „Przeminęło z wiatrem”. Inna epoka, inny kontynent, uwagi zaś – zaskakująco sobie bliskie.

Ale jest jeszcze trzecia grupa, która stanowi w powieści „tego innego”. I są nią – Anglicy. Jak to, zakrzykniecie, przecież Nel jest Angielką! Ano, owszem, jest, ale nie ma to większego wpływu na nią czy na wiernego jej Stasia. Bo „Anglik” jako pewne odwołanie w świecie powieści to Anglik zbrojny, reprezentant rządu i porządku, nie zaś zabiedzona dziewczynka cudem ratowana od śmierci (czasami naprawdę cudem – spotkanie Lindego to przecież nic innego, jak klasyczny deus ex machina). I tu narrator napotyka na pierwszy problem. Bo przecież chce postawić takich Anglików po przeciwnej stronie barykady, ale nie chce też zdradzić swoich bohaterów. Co więc robi? Wpada w konfuzję. Z jednej strony bowiem każe Stasiowi wierzyć w moc Anglii i widzieć w niej ratunek – z drugiej jednak nie może nie opisać rozczarowania chłopca, który zdaje sobie sprawę, że w tej tak podziwianej przez niego grupie zdrowy rozsądek i taktyka musi zapanować nad chęcią odwetu, wymierzeniem rozmaicie rozumianej sprawiedliwości czy „robieniem porządku”. Nic to jednak nie szkodzi, by na koniec Staś nie martwił się przede wszystkim tym, „co na to powiedzą Anglicy, którzy tak wysoko cenią zaradność” (s. 328-329). I to właśnie Staś Tarkowski jest największą ofiarą narratora.

Dziecię spod Chocimia


Nie zrozumcie mnie źle, Staś swoje za uszami ma. Ale nie sposób nie zauważyć, że to postać, która ewoluuje – i gdyby się tak namiętnie nie wtrącał do tego narrator, byłoby jeszcze lepiej. Cały sposób pisania o Stasiu (nie zaś: Stasia) przypomina mi taką sytuację, z którą na pewno się w życiu zetknęliście. Dajmy na to zrobicie coś głupiego i – jako że było to głupie – to Wam głupio, ale znalazła się oto w pobliżu Serdeczna Osoba, która będzie Was bronić i przed Wami samymi. Albo jecie obiad rodzinny ze wszystkimi oznakami tego, że obiad jest rodzinny, a w ostatnich latach zdarzyło Wam się Osiągnięcie. Nic wielkiego, choć przyjemne, ale siedząca obok Serdeczna Osoba z Rodziny chwali Was przez cały stół, porównując do Skłodowskiej-Curie, Mikołaja Kopernika i Juliusza Cezara (w zależności od branży). Tak oto właśnie narrator postępuje ze Stasiem. To fascynujące obserwować, jak bohater się narratorowi wyrywa i idzie w inną stronę, żeby co jakiś czas zostać huknięciem przywołany do porządku. Kiedy zatem Staś mocno przeżywa, że by ocalić Nel powinien zmienić wiarę, przynajmniej deklaratywnie – a sprawa to dla niego bardzo ważna, bo wiara kładzie fundamenty pod jego tożsamość – i gryzie się w sobie, co zrobić (by później płakać, że co prawda postąpił zgodnie ze sobą, ale pewnie wszyscy teraz przez to zginą – reakcja przejmująca i jakoś prawdziwa), narrator zaserwuje nam pierwszy cios, opisując scenę odmowy tymi słowy: „A dzielny chłopak, nieodrodny potomek obrońców chrześcijaństwa, prawa krew zwycięzców spod Chocimia i Wiednia, stał z podniesioną głową czekając wyroku” (s. 133).

Staś zostaje wyposażony w kilka cech negatywnych, żeby móc się rozwijać i żeby nie być zupełną laurką, narrator jednak od czasu do czasu o tym zapomina. Bohater więc broni Nel przed biczem Gebhra, a narrator nam na to: „[Staś] czuł się nie tylko zwyciężonym, lecz i upokorzonym przez nich w swej dumie białego człowieka” (s. 84). Staś co i rusz płacze, bo jednak – spójrzmy prawdzie w oczy – jest nastolatkiem skazanym tylko na siebie w środku bardzo niebezpiecznej sytuacji, a narrator na to: „mężczyźnie i naczelnikowi karawany nie wypadało płakać” (s. 193). Żeby nie było nam za wesoło, i na Stasia narrator zrzuci część tego, za co dzisiaj „W pustyni i w puszczy” raczej nie da się lubić. To Staś zatem radzi, by nazwać Meę Meą (nie wiem, czy zwróciliście na to uwagę, ale wynika z tego, że przez całą powieść nie poznamy prawdziwego imienia bohaterki, którą zresztą narrator i pisarz traci zainteresowanie, więc nie dowiadujemy się nawet, co się z nią stało). Kalego Staś – według słów narratora – „odziedziczy” po Gebhrze, chociaż już na początku Tarkowski senior będzie opowiadał o tym, jak to w angielskich włościach niewolników nie ma. Kali to zresztą postać na osobny wpis, więc tylko krótko zasygnalizuję, że narrator twierdzi, że bohaterowie czują do niego głównie litość, a wysokie pochodzenie traktują w kategoriach ciekawostki. Na koniec jest co prawda władcą rozległego państwa, ale pod protektoratem angielskim.

Podobizna hipopotama, przechowywana w Bibliotece Kongresu. Źródło.

W scenach z Kalim widać, jak narrator ściąga Stasiowi wodze. Daje co prawda Kalemu sceny, w których ten ratuje Stasiowi i Nel życie, odznacza się odwagą i tym podobne, ale jednak kiedy Staś ma dylemat, okazuje się, że nie ma z kim porozmawiać i musi z Nel, choć traktuje ją tylko jako dziecko. Bo też i narracja wskazywałaby, że Staś i Kali powinni się zaprzyjaźnić – a jednak, kiwa groźnie palcem narrator – nie mogą, bo nie taki tu mamy uzus. A przecież tam, gdzie – zwłaszcza w drugiej części powieści – Stasiowi uda się błysnąć myślą własną, nie zakrzyczaną od razu przez narratora, widać, że to postać zdająca sobie sprawę z pewnych ograniczeń, własnych i epoki. Choćby scena, w której zaczyna marzyć o podboju Afryki, by tam założyć nową Polskę (a tak, jest tam taka scena), ale miarkuje się: „czuł jednak, że jest w tej myśli coś śmiesznego” (s. 333). Narrator jednak nie czuje, więc każe jeszcze Stasiowi wyryć fragment „Mazurka Dąbrowskiego” na Kilimandżaro.

A teraz siądźcie i zapłaczcie


Przede wszystkim jednak, co mnie zaskoczyło najbardziej, to fakt, że ta książka ma niesamowicie wręcz smutne zakończenie. Staś i Nel wracają z ojcami do Port-Saidu, a wtedy Rawlison rzuca pracę przy kanale i przenosi się z Nel do Anglii, Tarkowski zaś oddaje Stasia do szkoły z internatem na tyle daleko, by nie wiedziano w niej o jego losach. Tak, wiem, co powiecie: standard epoki. Ale mimo to, kiedy o tym myślę, robi mi się potwornie smutno. Bo jednak zjednoczeni w trudnej drodze przez pół kontynentu i makabrycznych niekiedy przeżyciach Staś i Nel wiedzą najlepiej, co przeżyli i co może czuć ta druga osoba (a przecież zdarzały im się kryzysy, Sienkiewicz ma do tego ucho: jak wtedy, kiedy Staś zdaje sobie sprawę, że Nel już zawsze będzie się go bała po tym, jak zamordował porywaczy) – mało prawdopodobne, by ktoś inny zrozumiał tę traumę – a dokłada się im do tego nową: rozdzielenie dzieci i to tak szybkie. Nie widzą się przez dziesięć lat ani razu! Owszem, korespondują, ale na co dzień mają wokół siebie zupełnie różne rzeczywistości, a tam, kto wie, jakich ludzi wkoło. I jeszcze ten Staś, który cały czas rozmyśla o tym, jaki ojciec będzie z niego dumny – odesłany z dala od niego, osadzony w obcym otoczeniu. No, owszem, Sienkiewicz każe się w końcu bohaterom pobrać (na szczęście gdzieś tak w połowie powieści przestaje kazać Stasiowi myśleć o Nel jako o „siostrzyczce”), a potem wysyła ich do Polski (nie sądząc pewnie, że to w tym okresie stanie się wkrótce bardzo mało bezpieczny kawałek Europy), ale nie mogę się jakoś oprzeć wrażeniu, że to na otarcie łez. Przeczytałabym jakiś ciąg dalszy – bo jednak bohaterowie wyszli z tej wyprawy z tyloma traumami, że pole dla dobrej powieści psychologicznej otwarte jest szeroko.


***

W zeszłym roku kilka osób opisało swoje wrażenia z powrotu do „W pustyni i w puszczy”, możecie sami się przekonać, co o tym pisali. Jeśli i Wy pisaliście na ten temat, a ja to przegapiłam, dawajcie znać!


- Niekoniecznie Papierowe
- Old Diary

 
***


*Wszystkie numery stron odnoszą się do wydania powieści przez Wolne Lektury.

Weź dokładkę!

32 komentarze

  1. To chyba jedna z ciekawszych rzeczy jakie ostatnio czytałam. Sama bardzo lubię wracać do książek, które kiedyś mnie zachwyciły, ale akurat ,, W pustyni i w puszczy" jest dla mnie bajką tak odległego dzieciństwa, że nie odważyłabym się wziąć jej pod lupę. Książkę tą czytał mi tata kiedy byłam jeszcze totalnym szczylem, więc czas zdążył ją uświęcić w moich myślach a wszystko o czym piszesz było po prostu naturalne. Dopiero twoja analiza uświadomiła mi, jak mało wiem o tej książce i jak słabo ją pamiętam. Ale może to i lepiej? Chyba wolę zachować to wspomnienie, w którym wszystko było logiczne i prawdopodobne, Staś był człowiekiem z krwi i kości a nie bohaterem literackim a narrator jako osobna postać nie istniał. To było takie proste i urocze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :-)! Moje wrażenia z poprzedniej lektury, czyli sprzed dość dawna-dawna, były właściwie zupełnie odmienne od tych teraz, więc cieszę się, że sięgnęłam do książki znowu. I oczywiście tak jest: w dzieciństwie pewne rzeczy są "pzezroczyste" i nie zwraca się na nie uwagi przy lekturze (pewnie działa to w drugą stronę: rzeczy, które widziałam wtedy, a zapomniałam, teraz mogły mi umknąć). Więc muszę przyznać, że cieszę się z tej re-lektury :-).

      Usuń
  2. sienkiewicz to i tak pikuś co się u verna wyprawia to dziś byłyby procesy i biczowania dość wspomnieć że w powieściach dziejących się w afryce czy stanach co krok pada słowo Negr za które w stanach dziś anatema od ręki jest udzielana :-) a podejście do tubylców przeważnie dość nazwijmy to protekcjonalne :) choć bywały wyjątki ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I nie sądzę, żeby Sienkiewicz jako autor był tu wyjątkiem -- raczej znajdujemy u niego te elementy opisu, które pokutowały w wielu literaturach (stąd też wspominam o "Przeminęło z wiatrem"). Pamiętam, że o ponownym czytaniu Verne'a pisała bardzo fajnie aHa :-).

      Usuń
    2. jak widać pisarz jest osadzony w swoim czasie i rzadko potrafi wyjść po za swoją epokę swoją drogą ciekawe jakby wyglądała ta powieść gdyby pisarz zachowując czas akcji pisał ją teraz :) (to nawiasem byłby chyba niezły pomysł na literacki eksperyment napisać klasyka z perspektywy XXIw ) :)

      Usuń
    3. Ale w znaczeniu: spróbować przepisać na nowo, czy napisać coś, co naśladowałoby styl twórców późno-XIX-wiecznych, ale pisane obecnie?

      Usuń
    4. myślę że oba warianty byłby ciekawe :)

      Usuń
  3. Mam spory sentyment do "W pustyni i w puszczy", chociaż zdaję sobie sprawę, że gdybym dzisiaj po tę książkę sięgnęła, to pewnie bez zgrzytania zębami by się nie obeszło. Pamiętam, że lata temu, kiedy to czytałam - jak to dziecko, bezkrytycznie - w niezłą konsternację wprawiło mnie zakończenie, kiedy to jeden z tych Anglików oświadcza, że po powstaniu Mahdiego nastanie "Anglia". No i pięknie, pomyślałam sobie, Anglicy przez całą powieść byli równoznaczni z dobrem, cywilizacją, kulturą i wszystkim co najlepsze. A tu po "Anglia" pojawiła się gwiazdka i autor, jak gdyby nigdy nic, objaśnił w przypisie, że "Anglia jednak nie nadeszła" i w ogóle to ta rodzima ludność, opisywana przez cały czas jako dzika i albo agresywna, albo leniwa i niekompetentna, tak w sumie to ma prawo do samostanowienia. Do dziś pamiętam, jak mnie wtedy zatkało.

    Sienkiewicz w ogóle ma problem z obiektywizmem i najdziwniejsze jest w nim to, że on nieraz opisuje jakieś wydarzenia właśnie obiektywnie, a potem dorzuca do tego komentarz, który jest kompletnie od czapy. Ciągle męczymy z mężem "Ogniem i mieczem" (żebyśmy nie czytali tego wspólnie, to już dawno albo pognałabym do końca, albo rzuciła to w kąt...) i tam też, oczywiście, WSZYSCY Kozacy są dzicy, okrutni i wiecznie pijani; narrator powtarza to średnio co trzy strony. I oczywiście, kiedy Kozacy podbijają zamki i wyrzynają miejscową ludność, narrator rozpacza nad ich nieludzkim zachowaniem, znów przez parę stron. Ale niech Wiśniowiecki zrobi dokładnie to samo, to dostajemy komentarz o tym, że to groźny lew i nie warto z nim zadzierać. Kiedy posłowie Chmielnickiego przyjeżdżają do Wiśniowieckiego z listami, a ten każe ich ponabijać na pale, to może nie jest to opisywane jako najbardziej chwalebny z jego czynów, ale też nie słyszymy nic o tym, żeby Wiśniowiecki był dziki i okrutny. Ale kiedy przyjaciele Skrzetuskiego dowiadują się, że Kozacy i Tatarzy go zaatakowali, zapanowuje ogólne zgorszenie: "Poranili, choć posła!". Tego się nie da czytać. Żeby chociaż ten narrator się pohamował, żeby autor pozwolił przemówić postaciom i ich czynom...! Nie wiem, może wtedy takie coś rzeczywiście było ku pokrzepieniu serc niezbędne (śmiem wątpić), ale dzisiaj jest niestrawne.

    Tak na marginesie, "duma białego człowieka" brzmi tak... tak... Istne "Narodziny narodu" :o.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale z drugiej strony to bardzo ciekawa intelektualna pożywka, więc polecam, jeśli się ma chwilę wolnego czasu. Dla mnie to była bardzo inspirująca lektura :-). Swoją drogą w wizji historii Sienkiewicza jest trochę tak, jak piszesz: w świecie powieści musi być jako tako jednoznacznie, po czym nagle przychodzi zwykle epilog, w którym się okazuje, że całe nadzieje, jakie narrator dawał i nam, i bohaterom, spaliły na panewce. Takie to Sienkiewiczowskie pokrzepianie słodko-gorzkie ;-).

      Dokładnie tak, też to pamiętam z całej Trylogii. Narrator ma tam podobne zapędy, co we "W pustyni...", czyli to dość stały zabieg.

      Tak, "duma białego człowieka" sprawia, że widzi się tego nastoletniego Stasia jak Cecila Rhodesa rozpiętego nad Afryką.

      Usuń
  4. Moja afrykanistyczna dusza ma Sienkiewiczowi za złe tę powieść, która była mi nie w smak już w dzieciństwie. Z jednej strony zdaję sobie sprawę, że był po prostu dzieckiem swojej epoki, a wtedy przecież nawet "poważna" nauka twierdziła, że Afrykanie są mniej rozwinięci, słabiej myślący, a cały kontynent nie ma w zasadzie historii i dorobku kulturowego. Z punktu widzenia historii ludzkiej myśli ta książka ma nawet swoją wartość. Ale czy aby powinniśmy ją dawać do czytania dzieciom? Tak po prostu bez żadnego wstępu i wyjaśnienia? Tu mam trochę wątpliwości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już od jakiegoś czasu sądzę, że to by była arcyciekawa lektura, żeby pokazywać pewne mechanizmy powieściowe i pozapowieściowe w końcówce XIX wieku i później -- ale żeby ją czytać właśnie nie w podstawówce, a może dopiero w liceum.

      Usuń
  5. Niezwykle wnikliwa analiza - i to mi się podoba w Twoich postach;) Ciekawe, jak sama odebrałabym teraz tę powieść... Kiedy byłam mała, znałam ją bardzo dobrze. Dostałam ją w formie "książki do słuchania" (wtedy jeszcze na kasetach magnetofonowych;), w znakomitej interpretacji Rocha Siemianowskiego. I słuchałam wiele razy. Tylko... teraz trochę strach znowu po nią sięgać. A co, jeśli straci swój urok?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :-)! Może straci, a może odsłoni inne ciekawe rzeczy? Bo faktycznie będąc dorosłym owszem, śledzi się przygody Stasia i Nel, ale jednak zwraca uwagę na całe mnóstwo innych rzeczy. Także niekoniecznie traci urok, ale pozwala się skonfrontować ze sobą na nowo.

      Usuń
  6. Kurczę, tyle razy zakrzykiwałam podczas czytania Twojej analizy książki (chyba każdego pacholęcia, które dzisiaj ma od dwudziestu do ponad trzydziestu lat), "Ha!", że aż straciłam wątek :)

    Pamiętam, doskonale pamiętam niektóre fragmenty, o których piszesz. Pamiętam, że te rozmaite symbole Polski - te Chocimie, Mazurki Dąbrowskiego i baobab Kraków wydawały mi się już od pierwszego czytania jakieś zakręcone. Pierwszy raz czytałam natomiast "W pustyni i w puszczy" bodajże w czwartej lub piątej klasie podstawówki i o ile o starożytnych Grekach miałam super pojęcie, to już o ciemiężonym Sienkiewiczu niekoniecznie (zresztą któż mógłby tęsknić za tą szarą Polską, skoro był w Afryce!). Kompletnie nie rozumiałam jak czternastoletni chłopak może mieć takie sentymenty do swojego kraju. Ale byłam w takim wieku, troszkę pomiędzy Stasiem i Nel (zresztą uparcie wydawało mi się, że Nel ma lat 5-6, a nie 8! była kompletnie dziecinna!), więc doszłam do wniosku, że jak już dorosnę, jak poznam lepiej historię i wyrobię sobie jakiś światopogląd to z pewnością wtedy też dotknie mnie ten duch narodowo-patriotyczny i podczas wakacji za granicą będę pozostawiać różne symbole polskości (właściwie symboli nie zostawiałam i nie zostawiam, ale jak znajdę coś "polskiego" za granicą to zawsze bardzo się cieszę, więc coś w tym jest). Zresztą Staś był dla mnie dzielny, mężny, wspaniały. I ten płacz, to jednak był męski płacz, a nie taki płacz typowej beksy ;)

    Odnośnie zaś egzotycznych mieszkańców Afryki to chyba miałam już wyrobiony na te temat pogląd - murzyni w typie Kalego byli na pewno dzicy (tak mi się też kojarzył Piętaszek chociaż był z Karaibów!) i troszkę nierozumni (Murzynek Bambo), Arabowie byli przebiegli, okrutni, troszkę szaleni (Dżafar i jego słudzy z disneyowskiego "Aladyna" - co ciekawe Aladyna już za takowego nie uważałam), a Anglicy, cóż, angielscy (czyli tacy, jakich znałam ich np. z "Tajemniczego ogrodu" - zdystansowani i zimni). Wszystko jakoś tak mi się układało idealnie w tej książce.
    Chociaż końcówka mnie zmroziła - no bo jak to biedny Staś i Nel nie będą razem? Sienkiewicz mnie jednak nie rozczarował i zaspokoił moje dziewczęce pragnienie wielkiej niesamowitej miłości :)

    Natomiast idea utworzenia Polski w Afryce tak bardzo mi się spodobała! Zastanawiałam się nawet dlaczego nikt tego nie podchwycił. Pustynia, oazy, mnogość suków, czy ciepłe morze! I chociaż wydawało mi się to kompletnie nierealne to całkiem niedawno słyszałam o propozycji Francuzów złożonej Polakom, aby przyjęli wyspę Madagaskar i utworzyli tam swoją kolonię. Jakże blisko byliśmy więc tej Polski w Afryce!

    A "W pustyni i w puszczy" chcę i nie chcę przeczytać. Z jednej strony fajnie byłoby porównać wrażenia, z drugiej zaś strony jest tyle książek, które przyciągają mnie dużo bardziej niż ta sienkiewiczowska przygodówka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To właśnie Karo z Niekoniecznie Papierowe pisze, że Nel wcale nie jest taka dziecinna -- bierzmy też poprawkę na to, jak i do czego została wychowana, a w jakich sytuacjach pokazuje nam ją fabuła.

      Myślę, że płacz zupełnie nie ma tu płci (chyba w ogóle nie ma, tak na dobrą sprawę :-)) -- wydarzenia opisywane w powieści tak naprawdę każdego skłoniłyby do płaczu i nie sądzę, by zachowanie Stasia było niezrozumiałe. No, ale narrator i tak postanawia dorzucić swoje trzy grosze ;-).

      Cóż, trudno serio kolonizować coś, co jest już czyjąś własnością, równocześnie mówiąc o wolności i honorze ;-). To znaczy historia pokazuje, że można, ale jednak, jak sądzę, wcale nie trzeba. Poza tym i w tej pozbawionej kolonii zamorskich Polsce przedrozbiorowej kolonializm był, więc nie trzeba było się daleko wyprawiać. No, względnie daleko :-).

      Usuń
    2. A widzisz, ja pamiętam, że w moich dziesięcioletnich, czy może jedenastoletnich, oczach Nel była dziecinna. Oczywiście jak na tamtą mą wiedzę i doświadczenie życiowe. Może faktycznie czytając tę książkę po latach dojdę do innego przekonania. Ale też nie do końca zgadzam się z Karo, bo moim zdaniem do osiągnięcia jakiegoś celu płacz wykorzystują raczej dzieci pięcio, czy sześcioletnie, nie zaś ośmioletnia dziewczynka. Jakoś nie wyobrażam sobie ucznia drugiej (a teraz po tych reformach oświatowych, nawet możliwe, że trzeciej) klasy szkoły podstawowej, który wszystko wymusza płaczem. Zazwyczaj jednak już jest na tyle dojrzały, że płacz to jednak jakiś obciach.

      Jednakże, gdy faktycznie przeanalizujemy wychowanie Nel, trzymanie pod kloszem, traktowanie jak księżniczkę, rozpieszczanie to ten płacz może się jawić również, jako sprytny sposób na osiągnięcie tego, czego się chce w danej chwili. Tylko, że wydaje mi się (tak jak wspomniałam książkę czytałam dawno), iż nie jest to w żadnym miejscu lektury odpowiednio zarysowane.

      Narrator natomiast mam wrażenie (znowuż to tylko wrażenie), że próbuje za wszelką cenę kreować takie, a nie inne postawy. I chociaż płacz czternastolatka w obliczu jakiegoś makabrycznego wydarzenia jest całkiem normalny, ba, płacz trzydziestolatka pewnie też byłby normalny, to jednak w oczach narratora Staś będący ucieleśnieniem cnót takowemu poddać się nie powinien - wszak jest wielki i wspaniały :)

      Z tym kolonizowaniem Afryki to oczywiście żartowałam - ale idea ta pasuje jakoś do całej wymowy książki. Natomiast akurat ta informacja o Madagaskarze była autentyczna i zastanawia mnie, czy właśnie Sienkiewicz w jakimś stopniu się nią nie zainspirował ;)

      Usuń
    3. No właśnie, a sądzę, że jednak Nel jest dzieckiem pewnej określonej kultury, czasu i miejsca. Stąd jeśliby ją wrzucić do polskiej podstawówki, pewnie zachowywałaby się inaczej niż kształcone przez guwernantkę jedyne dziecko wysoko postawionego angielskiego urzędnika pod koniec XIX wieku :-). No i nie zapominajmy o ówczesnych poglądach na kobiety -- a Sienkiewicz pisze o Nel per "mała kobietka" i wyposaża ją w to, co według niego "kobietce" przystoi, w tym ten płacz. Zobacz, narrator lubi podkreślać, że Nel poza tymi chwilami płaczu była potulna i posłuszna -- strasznie mi to przywodziło na myśl wszystkie te "kobiece ideały" z innych książek Sienkiewicza.

      Pomysł z Madagaskarem to chyba Beniowski, prawda? Staś nawe o tym w powieści wspomina, że byłby drugim Polakiem, który tyle w Afryce osiągnął ;-).

      Usuń
    4. Czuję się wywołana do tablicy w kwestii Nel. Jedna z pierwszych scen powieści, w której tatusiowie rozmawiają o dzieciach, pięknie przedstawia nie tylko wychowanie Nel, ale też podkreśla oczekiwania obu panów wobec dziewczynki. Ma być przede wszystkim szczęśliwym aniołkiem, który rozpromienia wszystkich naokoło. Płacz jest naturalnym przeciwieństwiem i może Sienkiewicz nie pisze o tym wprost, ale idę o zakład, że Nel doskonale zdawała sobie sprawę, że wszyscy naokoło zrobią wszystko, żeby uniknąć grymasów na jej twarzy. Z punktu widzenia współczesnego dziecka byłby to może obciach, ale sam mechanizm pozostał bez zmian. Bo czyż nie zdarza się ośmiolatkom ból brzucha, gdy trzeba iść do nielubianej ciotki albo uniknąć konfrontacji z okropnym kolegą w szkole? Przecież rodzice zdrowie dziecka traktują bardzo poważnie. :)
      I trzeba też oddać Sienkiewiczowi, że jednak na koniec Nel okazuje się silną dziewczynką. Przetrwała ogromnie trudną i wyczerpującą podróż, której niejeden dorosły by nie podołał.

      Usuń
  7. Nie dałam rady wrócić. No nie dałam rady. Zbyt wiele rzeczy mnie drażniło. Nie tylko ewidentny rasizm, owszem do pewnego stopnia wytłumaczalny ale tylko do pewnego stopnia. Obie adaptacje które oglądałam zgodnie podkreślały postawę ojca Stasia jako rozumiejącego walkę o wolność wobec pewnego rodzaju zaboru. I było to komentowane przez pana RAwlinsona "Mówisz jak Murzyn". Ha. U Leszka Talki Staś jest wyśmiewany w elitarnej brytyjskiej szkole. "Polska? A co to za kraj? Możesz pokazać na mapie?" Właśnie wydobywa się podobieństwo sytuacji, a Sienkiewicz nie umiał go dostrzec i to trochę smutne jest. Generalnie wolę Karen Blixen. Dałaby mu popalić. (Owszem to inne pokolenie, i też pewne stereotypy są, ale sama Karen była wyśmiewana i traktowana bardzo protekcjonalnie za swoją postawę pro-native). Tam gdzie Sienkiewicz widział głupotę skoro nie myśli się o przeszłości ani o przyszłości, ona dostrzegała odwagę w akceptacji wszystkiego nieobliczalnego co niesie życie i śmianiu się mu w twarz wobec niewyobrażalnych sił natury i losu. Takim ludziom Anglicy zabezpieczający się przed wszystkim począwszy od słońca (ach te parasolki i krynoliny...) wydawali się co najmniej dziwni. Czasem myślałam - pisała Karen - że oni najbardziej obawiali się z naszej strony pedanterii. Wpadłszy w ręce pedanta umierali ze zgryzoty". No ale to właśnie - trzeba się umieć otworzyć na myślenie inne niż nasze.
    I mam wrażenie że Staś nie ewoluuje. Mam wrażenie że cała ta podróż przez pustynię i puszczę nie uczy go niczego naprawdę nowego, nie otwiera mu oczu na nic, czego by już nie wiedział, po prostu utwierdza go w jego własnej wizji świata i przekonuje, że on sam pasuje do tej wizji. To już jakiś krytyk literacki o tym pisał i jestem mu bardzo wdzięczna bo ujął w słowa właśnie to co mnie drażniło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U Leszka Talki? Czyli ktoś napisał jakiś ciąg dalszy/alternatywny? Czy możesz napisać o tym coś więcej :-)?

      Cały czas się zastanawiam, czy to nie jest tak, że Sienkiewicz pojechał na trochę do Afryki, zaczerpnął tam informacji przekazywanych mu przez tych, którzy mu ją pokazywali (czyli zapewne Anglików) i tak je dalej przekazywał -- jakoś nie analizując na przykład tych podobieństw kolonialnych z sytuacją polską pod zaborami. Jakby dał się wpuścić w pewien kanał myślenia. Nie wiem, może się mylę ("Listów z Afryki" jego trochę się boję, ale pewnie kiedyś przeczytam, żeby tę hipotezę przetestować), ale to też pokazywałoby, skąd ten sposób myślenia.

      A ja się będę upierała, że Staś jednak ewoluuje -- namiętnie tłamszony przez narratora, ale ewoluuje. Te wydarzenia, które stają się jego udziałem -- choć narrator każe na końcu w dziwaczny sposób "rozrzeszyć" Stasia innym bohaterom -- odciskają na nim swoje piętno. Natomiast tak, zakończenie sprawia, że ta ewolucja ma zostać puszczona w niepamięć i to zdecydowanie niepokojąca decyzja autora. Przy czym, oczywiście, tak jak piszę, Staś swoje za uszami ma (Sienkiewicz jednak dodaje mu pewnych cech, które dzisiaj trudno podziwiać czy z którymi nie da się sympatyzować).

      Karen Blixen na moich półkach reprezentuje tylko biografia pióra Judith Thurmann (jeszcze nie czytana), ale koniecznie muszę w końcu zapoznać się z jej własną twórczością!

      Usuń
    2. To się nazywa Staś i Nel - zaginiony klejnot Indii: http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,5605,Stas-i-Nel-Zaginiony-klejnot-Indii
      Niestety nie mogę się wypowiadać na temat całości.
      I oczywiście Staś nie jest bohaterem idealnym, nie. On się po prostu nie zmienia. Arogancja mu pozostaje bez zmian, to na pewno.

      I Judith Thurman nie jest dobra na początki z Karen Blixen. Wymyśla rzeczy (i dokumenty!) których nie było. Dopisuje motywacje. Bardzo to dziwna biografka jest naprawdę. O ile w przypadku Pożegnania z Afryką wiadomo że ma się do czynienia z prawdą subiektywną o tyle książka Thurman udaje fachową biografię. Więc tu mi trudniej trochę.

      Usuń
    3. Muszę zobaczyć, co to takiego, koniecznie! (Chociaż tytuł może do mnie jakoś specjalnie nie przemawia ;-)).

      Będę się spierać, że jednak arogancja Stasia na początku i na końcu powieści ma różny poziom, odnosi się też do innych sfer. Bohater rewiduje pewne swoje poglądy (bynajmniej nie wszystkie i bynajmniej nie te, które drażniły mnie samą chyba najbardziej), a choćby sprawa "jestem taki dzielny, ze wszystkim sobie poradzę, bo mam strzelbę" realizuje się przewrotnie, w trudnych do okiełznania wyrzutach sumienia po zabiciu porywaczy i zdaniem sobie sprawy, że Nel już zawsze będzie się go trochę bała.

      OK, to w takim razie zacznę jednak od samej Blixen :-).

      Usuń
  8. Ja sam pamiętam "W pustyni i w puszczy" jaką jedną z ciekawszych przygód mego wczesnego czytelnictwa. Wtedy byłem zdecydowanie zbyt mało świadomy jakichkolwiek kwestii typu kolonializm, by mogło to wpłynąć na mą lekturę.

    To prawda, że Sienkiewicz wrodzony w swą epokę był, ale ja z kolei bardzo chętnie poczytałbym powieści z tamtych czasów, w których wrażliwość byłaby jednak inna. Chciałbym poczytać tych odszczepieńców, którzy w innych rasach widzieli po prostu ludzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nad tym się właśnie zastanawiam: nad tą atrakcyjnością warstwy podróżniczej, która sprawia, że będąc dziećmi, nie zwracamy uwagi na to, co jest pod nią. Czy może jednak jakoś podświadomie to zostaje zauważone? Sama nie wiem. Bo przecież jesteśmy w stanie powiedzieć, czy na przykład Staś jest fair w stosunku do Kalego. Więc na tym poziomie tak.

      To prawda, też bym z chęcią się z nimi skonfrontowała. Może właśnie Karen Blixen, o której wspomina wyżej Hannah? A może znalazłby się ktoś z mniej więcej tego, co Sienkiewicz, czasu?

      Usuń
  9. Bardzo lubiłam tę książkę, Staś i Nel chyba byli mi obojętni jako bohaterowie - no nie pamiętam, żebym obdarzała ich jakimiś ciepłymi uczuciami ; ) Ale ta afrykańska przyroda, te mrożące krew w żyłach przygody!
    Dopiero teraz, z perspektywy czasu widzę, jak bardzo nieprzyjemny jest narrator ze swoim rasizmem i kolonializmem.
    Ale zawsze zastanawiało mnie, co się stało z Meą, lubiłam ją, a na końcu nie jest wspomniana.
    Zakończenie - ślub, ponowna podróż do Afryki wydawało mi się trochę doklejone na siłę. Książka mogłaby się zakończyć w momencie, gdy zostają odnalezieni.
    I kurczę, to prawda, przeszli tak wiele... Jak później mogli normalnie żyć, jak wyglądało ich oswajanie się z życiem codziennym?
    Miałam kiedyś pomysł na fanfika o dorosłej i bardziej zdecydowanej Nel, która nie wychodzi za Stasia, ale zostaje podróżniczką i związuje się z Arabem :)
    Nie wiem, czy nadal powinna to być lektura szkolna. Wydaje mi się, że dzieciaki nie dostrzegają zazwyczaj drugiego dna, ale mimo wszystko, książka jest po prostu przykra z dzisiejszego punktu widzenia.

    Karmena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, Meę ostatni raz widzimy na pustyni, kiedy deklaruje, że chce umrzeć razem z Kalim. A potem cisza. Czy to sugestia, że bohaterka zginęła, czy w taki sposób narrator chce nam pokazać, że między nią a Kalim jest uczucie? Nie umiem tego rozstrzygnąć i zastanawiam się, czy Mea nie jest wprowadzona tylko po to, by miał kto zajmować się Nel, kiedy Staś poluje.

      No właśnie, też się zastanawiam, bo to jednak musiała być potężna trauma, a że byli odseparowani do siebie -- a tylko oni mogli się nawzajem zrozumieć, bo wiedzieli, co ich spotkało (o ile nie działała tu na niekorzyść różnica wieku) -- to kto wie, jak to by mogło na nich wpłynąć. Fanfik bym przeczytała taki :-)!

      Usuń
  10. Przeczytałam z ciekawością. I zgadzam się z Tobą w wielu miejscach. Zwłaszcza jeżeli chodzi o to, jak narrator ogranicza Stasia, który ma (o tak!) czasem bardzo ciekawe, naturalne spostrzeżenia i trafne pytania dotyczące świata, w którym żyje.
    A co z tymi matkami, Pyzo? Czemu ich nie ma? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak właśnie czytając przypominałam sobie spostrzeżenia z Twojego wpisu i miałam poczucie, że odebrałyśmy wiele rzeczy bardzo podobnie :-).

      Co do matek -- myślałam, myślałam i nie wiem, czy wymyśliłam, bo tak: strukturalnie w takim świecie, jaki nam przedstawia autor, ani Staś, ani Nel, nie mogą mieć matek. Z różnych powodów: nie tylko dlatego, że one by się pewnie nimi opiekowały, więc do porwania by nie doszło (choć autor umie się pozbyć guwernantki, każąc skorpionowi ją ukąsić, więc to mniejszy problem), ale co począć na przykład z panią Tarkowską-Francuzką? Kiedy wcale często narrator zdaje się zapominać o tej części dziedzictwa Stasia? Jak wpoić Rawlisonowi niemal zaborczy (co widać w końcówce) lęk o córkę, jak nie przez przeniesienie na nią wszystkich uczuć po śmierci jej matki? Jak wreszcie skoligacić ze sobą i zapoznać obu panów? Więc tak, myślę, że częściowo dlatego ich nie ma. To, że otwiera to może interesujących literacko interpretacji -- to chyba autorowi mogło umknąć. Chociaż i tu nie jestem pewna, bo duet Tarkowski-Rawlison nie jest jedynym, który mieszka, podróżuje i spędza ze sobą sporo czasu, są jeszcze w końcu dwaj Anglicy odnajdujący dzieci na pustyni.

      Usuń
    2. Uśmiałam się przy tym skorpionie! Ale sekundę później zdałam sobie sprawę, że byłoby to fundowanie okropnej traumy dzieciom, gdyby musiały jeszcze patrzeć na śmierć matek.
      Jeżeli chodzi o męskie duety: może to po prostu Sienkiewiczowska wersja bromance? Rzecz w sumie dość częsta i niekoniecznie mająca wyraźne podteksty seksualne.

      Usuń
    3. No i jeszcze wtedy nie dziwi, że tę rolę matki odgrywa dla Stasia ojczyzna (choć daleka), można w tym kluczu interpretować, skąd narratorskie wtręty o Chocimiu i czemu ten hymn wykuwany na Kilimandżaro...

      Jasne, myślę, że bromance jest tutaj całkiem ciekawą intepretacją. Natomiast zastanawiam się teraz jeszcze, jak czytać tak do końca ten wyjazd Rawlisonów po odnalezieniu dzieci.

      Usuń
  11. Dobry wieczór, wpis wchłonęłam wręcz z ogromną ciekawością i podziwem. Dla mnie samej powroty ku książkom przeczytanym są czymś na kształt nie tylko odświeżaniem wspomnień, ale przede wszystkim zaglądaniem w siebie i konfrontacją zachowanych wzruszeń z tymi, które dopiero się narodziły. Na to zaś nawarstwia się doświadczenie, którego nazbierało mi się od ostatniej lektury - uwaga ogniskuje się na innych punktach, zauważamy więcej, zaczynamy rozumieć to, czego jako dzieci lub słabo wprawieni czytelnicy jeszcze nie mogliśmy pojąć.

    Do Sienkiewicza rozmyślnie wracałam po latach, znając go dzięki kanonowi lektur szkolnych, któremu byłam posłuszna i sama zdumiewałam się, tym, co czaiło się w "Krzyżakach", "Trylogii", "Bez dogmatu". Muszę przyznać, że chwilami parskałam śmiechem, w końcu zrozumiawszy zaklęte w słowach smaczki, chwilami trwałam w zachwycie nad sugestywnymi plastycznymi opisami, chwilami - zamierałam, nie rozumiejąc, jak przetrawiłam pewne ustępy jako dziecko.
    Do "Pustyni i w puszczy" miałam wracać wielokrotnie, lecz dotychczas książka dzieciństwa, wyobrażana kadrami filmowymi, oczekuje. Pamiętam jednak, że jako lektura wpisana była w długie zimowe wieczory i błogostan ferii, a finał powieści odcisnął się jako trochę zwodniczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :-). Oczywiście, ten proces czytania wygląda po latach zupełnie inaczej, ciekawa jestem, jak odebrałabym te jego książki, które kiedyś bardzo mi się podobały. Na razie może nie będę próbować, bo jest jeszcze kilka, których nie znam, a których jestem bardzo ciekawa.

      Usuń