Przez skarpety do szczęścia albo o „Hygge. Kluczu do szczęścia” M. Wikinga


Nie jest Wam zapewne obca sytuacja, w której czytacie jakąś książkę i nagle w domu pojawia się jakaś inna, niekoniecznie nawet planowaliście ją czytać, no ale skoro już się pojawiła… Taka właśnie sytuacja spotkała mnie z Hygge. Klucz do szczęścia, więc zasiadłam sobie popołudniem, przeczytałam i śpieszę się podzielić wrażeniami.


Pewnie już widzieliście to słowo wszędzie (chociaż ja sama dowiedziałam się, co znaczy, dopiero od Beaty z bloga Miros de carti, która notabene pisała właśnie o tej książce), bo coś nam się zrobił boom na książki o tym, jak być szczęśliwym po duńsku. No ale skoro książka niemal sama wpadła mi w ręce (poprzedzona, przyznaję szczerze, okrzykiem „zaczekaj! to jeszcze ja to przeczytam!”) nie wypadało nie skorzystać. No to jaka jest ta książka? Autor, który jest dyrektorem think tanku o nazwie Instytut Badań nad Szczęściem w, a jakże, Kopenhadze, zaszyty w przytulnym kącie, napisał ją, by spopularyzować wiedzę o tym, czym jest hygge. Przytulność, poczucie bezpieczeństwa, fajni ludzie wokół i dobre jedzenie – to wszystko, plus kilka dodatków, mieści się w polu semantycznym tego słowa. Autor nie do końca może zdecydować, czy chce pokazać, że hygge jest typowo duńskie, czy że jest zjawiskiem bardziej uniwersalnym (w tym celu a to uszczypnie z hipotezy Sapira-Whorfa, a to przywoła zakamuflowanego Wittgensteina). Tam, gdzie stawia na duńskość hygge wychodzi mu to lepiej, bo jest to równocześnie dość uszczypliwy komentarz do duńskości jako takiej, zalet i przywar własnego narodu, co sprawia, że te pasaże czyta się szybko i można się uśmiechnąć.


Ponieważ znalezienie zdjęć wełnianych skarpet na wolnej licencji (zdjęć, nie skarpet) okazało się stosunkowo trudne, zamiast tego przytulne kąty.

Z pewną rezerwą traktowałam jednak zapewnienia o tym, że „każdy Duńczyk robi to a to, lubi to a to, czuje tak a tak”. Wiem, wiem, to specyficzna licentia poetica sprawiła, że autor tak pisze, niemniej kiedy zaczął mnie przekonywać, że każdy Duńczyk kocha szynkę (s. 70), zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy nie wziął pod uwagę, że czytelnik zacznie się w tym momencie zastanawiać, czy w Danii nie ma aby żadnych wegetarian bądź czy autor jakoś ich nie wyklucza ze swojego opisu. Zapędza się bowiem niekiedy dość daleko w uogólnieniach i zbytnio upraszcza, chcąc z jednej strony pozostać dowcipnym, z drugiej zaś pokazać pewien obraz tego, co składać się ma jego zdaniem na hygge. Książka cierpi też na pewną nierównowagę – jakby to ująć? – naukowości czy podpierania się statystyką. Bo z jednej strony dowiemy się, ile kilogramów wosku spala przeciętny Duńczyk według badań Stowarzyszenia Europejskich Producentów Świec (najwidoczniej istnieje takie stowarzyszenie), z drugiej zaś będziemy przez kilkadziesiąt pierwszych stron raczeni zdaniami o „pewnym college’u w Anglii”, „pewnej duńskiej gazecie” i tym podobnymi. Co, moim zdaniem, obniża jednak wiarygodność wywodu. Zaś mój Domownik w nastroju do żartów cośkolwiek ponurych, nie mógł nie zauważyć, że kiedy autor przywołuje cytat z Szekspirowskich „Romea i Julii” aż dziw, że nie zaczyna od słów „w pewnym dramacie pewnego angielskiego dramatopisarza...”.

Nie mogę się też powstrzymać przed nieco mniej wesołymi – niżby wypadało przy książce o szczęściu – konstatacjami. Sam autor zresztą też umie włożyć do garnca miodu łyżki dziegciu, kiedy wspomina o trudnościach z dostaniem się do grupy znajomych w związku z tym, że to, co hygge, to coś znanego, ale nie zauważa (albo świadomie pomija), że niektóre idee się zdezawuowały. Na przykład jeśli chodzi o światło – skądinąd bardzo ciekawa myśl dizajnera Poula Henningsena, który chciał, by każdy miał w domu lampę dającą przyjemne światło, chwilę wcześniej znajduje rozwinięcie w postaci zdania, że takie lampy mogą dzisiaj kosztować nawet do tysiąca euro. Przyszły mi od razu na myśl podobnie niewesołe losy bauhausu – wszak meble projektowane dla robotników, by mieli ładnie i wygodnie, stały się wkrótce potwornie drogie, bo modne. Jest w tym jakaś ironia, choć to ironia smutna.



Marudzę, marudzę, a jednak przeczytałam książkę w jedno popołudnie (nawet nie dlatego, że mało w niej tekstu, a sporo zdjęć, wyliczeń i grafów), więc coś mnie w niej ujęło? Spójrzmy prawdzie w oczy, przyjemnie jest czasem przeczytać o tym, że para wełnianych skarpet może człowiek uczynić szczęśliwym (bo niewątpliwie może – w różnych, zapewne, okolicznościach, wesołych i mniej wesołych) i żeby częściej spotykać się z przyjaciółmi i czytać książkę z herbatą pod ręką. To tego typu lektura – nawet Kot zareagował na nią odpowiednio i przyszedł, kiedy zwabiłam go słowami: „Chodź, Kocie, grzej mi stopy, będziesz bardzo hygge”. Co prawda wyszukiwanie drobnych przyjemności jest mi ogólnie bliskie i autor nie musi mnie do tego nakłaniać, ale poczytać zawsze można. W dodatku książka jest bardzo ładnie wydana przez Czarną Owcę: format niewielki, rysunki w środku utrzymane w jednej, skandynawskiej tonacji, przyjemne zdjęcia, no i napełnia mnie osobistym czytelniczym hygg – otóż tabele, grafy, ramki z ciekawostkami są po całym zdaniu. Nie wiem, czy Was też to rozprasza lub drażni, ale nie cierpię, kiedy coś takiego odciąga mój wzrok w połowie zdania, bo je przerywa i zdanie kończy się na kolejnej stronie. A tu, proszę, pełen komfort.

Znalazłam co prawda ze dwie literówki, jakąś tę czy ową niezręczność w tłumaczeniu (kubełek prażonej kukurydzy najpierw wywołał we mnie obraz jakiegoś nieznanego mi dania, potem sobie uświadomiłam, że przecież chodzi o popcorn, ale być może tu dochodzi do głosu mój ubogi zasób skojarzeń – ale już opary z piekarni mają wymowę raczej dantejską, niż przypominają o zapachu świeżego chleba). Autor upiera się też w pewnym miejscu, że kawa w jednej z kopenhaskich knajpek kosztuje pięć euro – być może jest to kawiarnia, gdzie się płaci w tej walucie, zamiast w duńskiej koronie, nie wykluczam, a może autor powrzucał do książki fragmenty swoich innych tekstów. Zresztą widać to na przykład tam, gdzie odsyła do czegoś, co już miało się pojawić, a dopiero się pojawi (spiżarnia party) albo powtarza coś, co wcześniej powiedział niemal tymi samymi słowami.

Ale że czasami serio przyjemnie poczytać o tym, że komuś jest przyjemnie, zrobić sobie notatkę z przepisu na glogg, wyobrazić hygge Kierkegaarda (nie mogłam się oprzeć) i popatrzeć na ładne obrazki, to wiecie – hygge.No i jest coś ujmującego w zdaniu, że (bo jednak czasami trudno o tym pamiętać):

Chodzi o to, żeby odnaleźć przyjemność w prostych rzeczach, i mieć pewność, że wszystko będzie dobrze.
- Meik Wiking, Hygge. Klucz do szczęścia, przekład Elżbieta Frątczak-Nowotny

Weź dokładkę!

38 komentarze

  1. Dostałam tę książkę w prezencie, i powiem szczerze że książka mnie zirytowała. Jedyną jej zaletą jest prześliczna oprawa graficzna. Jeśli chodzi o treść to można to streścić jako duński Coelho. W sumie o czym to jest - że fajnie jest mieć wolny czas, spędzić go w przytulnym miejscu, z przyjaciółmi, dobrze się bawić i nieźle podjeść/napić. No shit, Sherlock!
    Książka jest mało odkrywcza, za to wspaniale wpasowuje się w trendy rodem z Pinteresta i Instagrama, czyli świeczki, kocyki, parujące kubki z herbatą. Dla mnie o wiele ciekawsze byłoby przeczytać dlaczego akurat teraz "hygge" wypłynęło jako trend. Czy to reakcja na lęki współczesnego społeczeństwa, a może fakt że w turbokapitaliźmie czas wolny spędzony z przyjaciółmi staje się luksusem, a może ostry lobbying producentów świec i kocyków, nie wiem. W każdym razie taka analiza byłaby bardziej interesująca niż zbiorek oczywistości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę przyznać, że rozumiem powody irytacji, ale miałam chyba dobry wieczór, bo mimo że rozumiem, to jednak miło było poczytać o tym, żeby ubrać skarpety, zrobić sobie coś ciepłego do picia i poczytać "Pożegnanie z bronią" ;-) (swoją drogą to też mnie zaskoczyło: ta potrzeba uświadamiania sobie, że ktoś ma gorzej, żeby poczuć się lepiej -- może jednak jest coś na rzeczy z tym Kierkegaardem ;-)).

      No właśnie nie wiem, na ile się wpasowuje, bo jednak zdjęcia są mikre, często dość przeciętne na tle tego, co można znaleźć, powiedziałabym więc, że próbuje, ale nie zawsze jej wychodzi. Natomiast tak, też o tym myślałam: skąd nagle ten hype na hygge (i czy tylko u nas, czy w ogóle?), bo jednak na świecie jest zdecydowanie nieprzytulnie, więc to ma być ewentualna odtrutka, żeby nie popaść w zupełne przygnębienie (aha, i znowu Kierkegaard!). Ostry lobbing producentów świec, którzy jak już wiemy mają swoje stowarzyszenie, też nie da się wykluczyć ;-).

      Usuń
    2. Jestem tu pierwszy raz, ale już zdążyłam polubić styl :)
      Zgadzam się z Małgosią w 100% chociaż nie czytałam książki. Podoba mi się graficznie, ale czułam, że ktoś tu chce wyciągnąć ode mnie kasę za prawdy Coehlo :D
      A uśmiałam się, bowiem stowarzyszenie producentów świec jako żywo przywodzi mi na myśl Pratchetta (" i oto sztuka wydała świecę")!
      Pozdrawiam!

      Usuń
    3. Miło mi bardzo :-).
      Tak! To jest bardzo Pratchettowskie, jednak Pratchett umiał doskonale uchwycić takie dziwnostki świata ;-).

      Usuń
  2. Podoba mi się to Twoje marudzenie na temat hygge;) Uwagi o książce są niezwykle trafne. Teraz mam wrażenie, że sama przeczytałam ją jakoś tak...bezrefleksyjnie. Ale sprawiło mi to przyjemność, a chyba o to też chodzi w hygge:P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. W moim wypadku doświadczenie nie było 'hygge', więc książka poszła w świat. Swoją drogą mieliśmy już inwazję paryskiego szyku, teraz na topie mentalność z północy, co będzie dalej....
      Małgosia(pisałam też 1. komentarz)

      Usuń
    2. @Beata P., ja na wszelki wypadek też podziękuję :-). To dobre pytanie, czy hygge zakłada refleksyjność, czy nie. I czy to nie jest aby jego kolejna ciemna strona (autor wspomina raptem o jednej, co wydaje mi się jednak niedoszacowaniem), czyli jeśli potrzebujemy refleksji, to o tej burzy śnieżnej, czyli czymś mało przyjemnym, żeby podnieść poziom naszego hygge. Dość przygnębiające, jak tak się nad tym dłużej zastanowić ;-).

      @Małgosia, myślę, że paryski szyk się utrzymuje długo, w końcu to nie nowy wynalazek (teraz przypomniany), ale w kulturze obecny od bardzo dawna: zachwyt Francją, Paryżem, stylem życia :-).

      Usuń
  3. Miałam plan, by zakupić jedna książke o hygge dla siebie, a druga dla siostry na gwizdkę, bo sa 2 ksiązki o hygge. Jednak zanim kupiłam tytuły, to przejrzałam je w księgarni i zraziły mnie średniej jakości zdjęcia i małe fotografie i mały format książki. Czytając recenzje w sieci, miałam duży apetyt na książki o hygge, ale na szxczęście miałam okazję je przejrzeć przed zakupem, dlatego zrezygnowałam. Powiem szczerze iż chętnie bym kupiła taka książkę napisaną przez Polkę/Polaka dostosowana do naszych polskich realiów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mogę się wypowiadać co do tej drugiej, bo nie miałam jej w rękach, natomiast tak, zdjęcia w tej nie są najlepszymi, jakie widziałam, ale grafiki są bardzo ładne :-). Ciekawa jestem, jak mogłaby wyglądać taka książka o "polskiej przytulności", o ile coś takiego jest w ogóle możliwe -- no bo przecież, podobnie jak Duńczycy, na co narzeka autor, pogodę mamy raczej kiepską, jeśli wziąć pod uwagę cały rok ;-).

      Usuń
  4. Już przed premierą strasznie bombardowano mnie wszędzie tą książką, a jak tylko przeczytałam opis, to pomyślałam sobie: "E, taki coaching", i, sądząc po twojej recenzji, chyba miałam rację ;) Ale takie "hygge" zdjęcia faktycznie w przyjemny nastrój mogą wprawić :3

    A tak w ogóle to miałam dłuższy urlop od blogosfery i widzę, że zmieniłaś szablon. Ładny, choć w poprzednim byłam naprawdę zakochana ;D
    Pozdrawiam,
    Między sklejonymi kartkami

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, czy sama idea, ale autor zdecydowanie ciąży w kierunku coachowania -- chyba taka specyfika pracy ;-). W każdym razie już widzę, że jest pewna korzyść z lektury: słówko "hygge" jest niesamowicie poręczne ;-).

      Dziękuję! No, uznałam, że pora trochę odświeżyć wygląd z nowym rokiem :-). Fajnie, że wróciłaś, życzę zadowolenia z blogowania, no i pięknego roku :-)!

      Usuń
  5. Właśnie ja się trochę wahałam, czy czytać, bo był taki moment, że gdzie nie zajrzałam, to hygge i hygge... a mam wrażenie, że ten ostateczny cytat oddaje całkowicie przekaz książki. Więc na razie wystarczy mi tyle, a za samą książkę się może kiedyś zabiorę, jak się przypadkiem przypałęta do domu :>
    PS. Dantejskie opary z piekarni <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że to trochę tego typu książka: jak już sama przyszła, to czemu by nie, ale katharsis raczej się przy niej nie przeżywa ;-). Za to jest kilka przepisów, które można sobie spisać do wypróbowania ;-).

      Usuń
  6. Przeczytałyśmy książkę, z tego co widzę na Goodreads, mniej więcej w tym samym czasie. I na dodatek - z podobnymi refleksjami. Czytało mi się dość przyjemnie, choć zdarzały mi się momenty solidnej irytacji (podobne do Twoich, więc nie będę się nad nimi rozwodzić, ale mięso - boże, wyciekające z tej książki mięsożerstwo nieco mnie osłabiło, aż się zaczęłam zastanawiać, czy ja bym jeden dzień w tej Danii jako wegetarianka przeżyła). Ale książka sama w sobie podoba mi się głównie dlatego, że tworzy taką spójną całość - ona sama jest bardzo hyggelig, zapewnia miłe popołudnie. No i kilka rzeczy z niej jednak wyciągnęłam - podoba mi się pomysł na pudełko hygge SOS i chyba sobie takie sprawię - z ulubioną czekoladą, herbatą i książką na gorsze momenty. Zdecydowanie nabrałam też ochoty na gotowanie z przyjaciółmi (choć raczej nie kiełbasy) i jeszcze ten pomysł z regałem na klatce kamienicy - kusi mnie bardzo! Od zakończenia lektury zastanawiam się jak przyjęliby taki pomysł moi sąsiedzi. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie (przybijam wege piątkę :-)), to wszechobecne mięso jako niezbędny warunek szczęśliwości bardzo przykuło moją uwagę i skierowało ją na inne generalizacje zawarte w książce.

      Tak, pudełko czy biblioteczka są całkiem fajnymi pomysłami, biblioteczka zwłaszcza :-).

      Usuń
  7. Ha, to ja (jak ja to robię, że zawsze mnie takie rzeczy omijają?) znów jestem niedoinformowana, bo o hygge czytam właśnie pierwszy raz u Ciebie. I chyba na tym poprzestanę, bo poradniki omijam chwilowo szerokim łukiem. No, chyba że odwiedzę rodziców, a tam okaże się, że siostra akurat przypadkiem ma to na półce...
    (Ale okładka piękna!)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie przejmuj się, ja się dowiedziałam niewiele wcześniej u Beaty, o co z tym chodzi :-). Tak, to jest właściwie poradnik, chociaż mam wrażenie, że autor trochę się wahał, czy chce poradzić, pokazać jakiś fenomen, napisać satyrę, czy jeszcze coś innego ;-). Miejscami książka sprawia wrażenie poskładanej z części innych tekstów: prezentacji, może wykładów i tym podobnych.

      Usuń
  8. W Hygge irytuje mnie jedno (zarówno tej białej i niebieskiej) sprzedają się obie w 80% z jednego powodu - bo są ładne.
    "Proszę pani szukam ŁADNEJ książki dla koleżanki" ;)
    Nie ważne o czym, jaka jest treść. Pięknie wydane, więc bez wstydu można wcisnąć komuś na prezent bez myślenia o tym, co by się obdarowanej osobie rzeczywiście mogło spodobać.

    Przejrzałam obie w pracy, wzniosłam oczy do nieba, a raczej w sufit i nie mam zamiaru czytać, bo tak jak ktoś napisał w komentarzu to nie jest wielka filozofia, że lubimy jak jest przyjemnie i bezpieczne, w znanym gronie. I kurczę taka jestem uprzedzona do tego tytułu! ;)

    A co do Knausgarda to zamierzam zacząć i chyba sięgnę po "Jesień" najpierw. Myślisz, że to dobry wybór?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O matko dopiero teraz dojrzałam, że napisałaś o Kierkegaardzie, a nie o Knausgardzie. Za późna pora na czytanie ze zrozumieniem ;)

      Usuń
    2. No, myślę, że nie ma nic złego, jeśli ktoś nie ma pomysłu na to, o czym dać komuś książkę, a ładne książki są jednak pod tym względem dosyć uniwersalne ;-). Ale rozumiem, że pewnie za którymś razem można się zżymać, jeśli to ma być wymówka dla bezosobowego podarunku.

      Tak, tytuł zdecydowanie jest sięgający za daleko, bo podejrzewam, że jednak świece i skarpety potrafią nie każdemu podpasować, a tytułowanie czegoś takim ogólnym kluczem do szczęścia od razu budzi wątpliwości (jak widać po wpisie, i moje ;-)).

      Ale w razie czego z Kierkegaarda z chęcią doradzę ;-). Przygoda z Knausgardem za to jeszcze przede mną również!

      Usuń
  9. Nie czytałam i nie zamierzam, bo uważam, że w tym dzisiejszym świecie i tak za bardzo czujemy się hygge. Otulamy się w mięciutkie kocyki i oglądamy śliczne książki, bo po co myśleć o tych milionach ludzi, którzy stracili swoje domy, bliskich, cierpią głód i żyją w poczuciu realnego zagrożenia życia. Ja wiem, że jedno nie wyklucza drugiego, tylko że właśnie... często wyklucza. Zresztą potwierdziłaś moje przypuszczenia, że to zbiór banałów. Na pewno człowiek, któremu jest ciepło w stopy jest bardziej szczęśliwy od tego, któremu jest w stopy zimno, ale nie przypisywałabym większej mocy wełnianym skarpetom. Hygge to ja już byłam i dziękuję. I tak, zgadzam się z pierwszą komentatorką: lobby producentów świec i kocyków czuwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobre pytanie -- też się czasami zastanawiam, czy to nie jest forma, którą sobie wymyślamy, żeby nie czuć tego, co się dzieje. Z drugiej strony przez całą książkę się zastanawiałam, jak ci Duńczycy do tego doszli, bo do tej pory pod wpływem lektur miałam jednak wrażenie, że przeszłość Danii nie była zbyt wesoła (że znowu przywołam tego straumatyzowanego Kierkegaarda jako przykład, a te duńskie XIX-wieczne powieści o wiejskiej biedzie na przykład?). Ale może niekoniecznie miałoby służyć temu, by się zamknąć na potrzebujących pomocy -- Hannah pisze o tym w komentarzu niżej.

      Tak, wielkich prawd autor nie odkrywa ;-). Dlatego zresztą przywołałam ten cytat o bezpieczeństwie, bo on moim zdaniem pokazuje też pewien egalitaryzm idei -- czy jego szansę: bo jak można się czuć bezpiecznie, kiedy innym jest źle? Czy zamiast myśleć o tym jako o czymś, co nas utrwala w myśleniu "jest mi dobrze, bo innym gorzej", nie można by tego wykorzystać jako sposób na "pomogę innym, żeby było im lepiej"?

      Usuń
    2. Hygge to nie jest wynalazek typowo duński, inne kraje z tego kręgu kulturowego też to mają, Norwedzy mówią że coś jest 'koselig', a Szwedzi "mysig". Na swój prywatny użytek ukułam dwie teorie dlaczego akurat w tam - pierwsza klimatyczna, nieprzyjazna pogoda przez dużą część roku skłania człowieka do szukania przytulności, ciepła i bezpieczeństwa. Druga ekonomiczno-kulturowa, Dania, Szwecja, Norwegia to kraje zamożne, socjalne. Generalnie pierwszy świat, który może skupiać swoją energię i zasoby na jak najmilszym spędzaniu czasu wolnego. Wyobrażacie sobie bycie hygge w Bangladeszu albo Etiopii?
      Małgosia

      Usuń
    3. Tak, autor wspomina o "koselig" (chociaż stojąc w rozkroku między uniwersalizacją a partykularyzmem stara się tłumaczyć, że to niby to samo, ale co innego ;-)), natomiast mnie wciąż zastanawia, czy to jest jakiś rodzaj nowego zjawiska (w sensie: XX-wiecznego) czy wyciszanie pewnych kodów kulturowych, bo przecież jeszcze na początku XX wieku kraje skandynawskie mogą za pośrednictwem różnorakich dzieł kojarzyć się z ubóstwem, trudnymi warunkami życia i tym podobnymi zjawiskami (norweska, szwedzka czy duńska literatura dostarcza przykładów).

      Usuń
  10. Oglądałam rozmowę z autorem którejś książki o Hygge (być może tej, bo z tego, co pamiętam mówił o badaniach nad szczęściem) i właściwie uświadomił mi, że Hygge jest czymś co znam i praktykuję. Milusie skarpety, miziaste szaliczki, herbatka, mięciusi kocyk, pozytywna książka, czas spędzony z przyjaciółmi na grach planszowych, a nawet gotowaniu (zazwyczaj pizzy lub robieniu grilla, ale zdarzyła się też superhygge zupa dyniowa!).

    Nie zostałam jednak przekonana do kupna książki, bo skoro czuję już nieco Hygge to jednak nie potrzebuję wchodzić w jakieś tajniki (zwłaszcza, iż z tego, co piszesz to nie ma są jakieś znowuż skomplikowane).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to generalnie coś, co większość z nas jakoś zna, więc autor nie nauczy nas wiele oprócz samego słowa i jego odmiany ;-).

      Usuń
  11. Jeśli chodzi o stowarzyszenia to w Danii są stowarzyszenia od absolutnie wszystkiego. Mój kumpel był kiedyś tłumaczem dla Juletraestyrkeforening czyli stowarzyszenia hodowców choinek. I to jest rzeczywiście bardzo duńskie podejście, taka kooperatywa, oddolna inicjatywa społeczna organizująca grupę. To ma chyba korzenie w XIX wieku a może nawet wcześniej.
    Hygge jest rzeczywiście intensywnie praktykowane, ale chyba każdy to robi (W każdym razie każdy w zimnym/deszczowym klimacie docenia ciepłe wełniane skarpety i herbatę w nieprzyjazny pogodowo dzień i doprawdy nie trzeba do tego podręczników). A w Danii jest bardzo wietrznie i zimno, generalnie choćby ze względu na brak jakichkolwiek gór, które mogłyby zatrzymać wiatr.
    Oglądaliśmy kiedyś z Duńczykami Dekalog Kieślowskiego i to było ciekawe doświadczenie, bo wyszło jak bardzo Kieślowski wyszedł z dokumentu i nawet w tak metafizycznym serialu nie mógł sie tego ustrzec. W każdym razie po obejrzeniu dwójki (tego filmu z Bardinim) zapytali nas bardzo poważnie, dlaczego główny bohater wlewa do wanny wodę z garnka zamiast odkręcić kran. Wytłumaczyliśmy że no - po prostu - nie było ciepłej wody. I to był szok pierwszy. A potem zapytano, dlaczego ten bohater ma na sobie tyle swetrów. No - po prostu - ogrzewanie nie działało (patrz brak ciepłej wody). I to był dla nich szok ogromny. Że w mieszkaniu może być zimno. W mieszkaniu ma być ciepło i ogólnie przytulnie to ma być twój azyl, twoja twierdza, źródło szczęścia prostego codziennego. Brak ogrzewania nie mieścił im się w aparacie pojęciowym, częściowo właśnie ze względu na hygge. No i przecież nie trzeba kupować lamp za tysiąc euro żeby mieć w domu przyjazne oświetlenie, ale warto na to zwrócić uwagę bo różnica może być ogromna. Polacy właśnie zbyt często ograniczają się do lampy sufitowej, może jeszcze czegoś do czytania i tyle. A można więcej.
    Jest w tym pewien element poczucia winy, zwłaszcza teraz - że my tu o wełnianych skarpetkach a płoną lasy i masta. Ale generalnie jest to stały opis kondycji ludzkości. Szczęście na krawędzi, na wulkanie. O ile nie zawijamy się zbyt ciasno w kokon nie jest źle. Ostatecznie każdy ma prawo do życia, wolności i dążenia do szczęścia. Po prostu można i trzeba się tym dzielić i pomagać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To wiele wyjaśnia, bo w ogóle sporo pomysłów w książce opartych jest na robieniu czegoś z innymi (na przykład wstawienia na klatkę schodową wspólnej biblioteczki).

      O górach autor też wspomina z racji tego, że upatruje rozwoju idei z powodu braku miejsc do kultywowania sportów zimowych tak intensywnie, jak w pozostałych częściach Skandynawii. Nie wiem, na ile to prawda, ale tak śpieszę donieść ;-).

      To jest superciekawe, bo tak też myślę cały czas o duńskiej literaturze (którą znam w wydaniu raczej dziewiętnasto- i początkowodwudziestowiecznej), gdzie w domach zimno, dzieci głodne, pogoda paskudna, wszystkich trapią ponure myśli -- czy to po prostu ja trafiam na samych ponurych duńskich pisarzy (weźmy Gjellerupa), czy hygge to tradycja nowsza, jakoś wypierająca z kultury takie wzory pamięci?

      Tak, dlatego warto chyba zwrócić uwagę na te ciemne strony hygge (nieprzepuszczalność do grup, zamknięcie się we własnym gronie), żeby sobie uświadomić, że można i trzeba się dzielić i pomagać.

      Usuń
    2. Wspólne biblioteczki to chyba głównie w Skandynawii, gdzie się ogólnie mało kradnie :)
      I oczywiście podejście do ogrzewania jest stosunkowo nowe - podobnie jak ogólnodostępne centralne ogrzewanie jest zjawiskiem nowym w historii ludzkości. Od zawsze zwracałam uwagę jak bardzo zimno jest u Dickensa na przykład. Nie doceniałam jedynie siły brytyjskich przeciągów (i wynikającej z nich bezpośrednio konieczności szlafmyc na przykład). Już w Bullerbyn bodajże Lisa wspomina opowiadania dziadziusia o tym jak trzeba było rąbać lód w beczce w domu. Czytam teraz Esther Woolfson (Corvus. O ptakach. Dopiero początek ale już polecam :) i ona wspomina swoje dzieciństwo w Szkocji - to były chyba lata pięćdziesiąte - w kamiennym domu z niewielką ilością kominków, które nigdy nie były w stale należycie ogrzać całego budynku. Koce i skarpety były bardzo cenne. Lód na (wewnętrznych) parapetach w sypialniach był normą. Teraz kiedy Esther po wieloletnim wędrownym trybie życia zamieszkała ponownie w Aberdeen natychmiast zainstalowała ogrzewanie centralne. Słyszy się - mówiła - o tym jak to poprzednie generacje były wytrzymalsze i mniej kaprysiły - ale to chyba wynikało po prostu z konieczności i braku alternatywy. Współcześni Szkoci bardzo sobie cenią ogrzewanie centralne. Skandynawowie podobnie :)

      PS Google mi szaleje, więc na wszelki wypadek zaznaczam, że to mówiłam ja, Hannah :)

      Usuń
    3. Myślę, że przy ugadaniu się z sąsiadami i u nas dałoby radę coś takiego złożyć (przypomina mi się jakaś historia na ten temat, ale to dość mglista rzecz).

      W ogóle myślę, że przyjrzenie się literaturze od strony tego, jak zimno było większości bohaterów klasycznych powieści, jest sprawą szalenie ciekawą (zaraz sobie Esther Woolfson dopiszę do listy!), bo faktycznie zupełnie często nie zdajemy sobie sprawy, że tego ciepła tam brakowało. Ale do Skandynawów wracając, czy hygge nie jest takim poplonem, kulturową reakcją na to wieczne zimno? Bo i świece, i kominki, i ciepłe skarpety -- sporo elementów wymienianych przez autora obraca się wokół tego.

      Usuń
    4. Mnie się wydaje, że tak. Ta pamięć o zimnie jest wręcz genetyczna u Skandynawów, wbudowana w ich system, więc to docenianie ciepła kiedy znienacka stało się ogólnodostępne jest całkowicie zrozumiałe. I idea ciepła jako źródła szczęścia też :)

      Usuń
    5. Bardzo podoba mi się ta interpretacja całego fenomenu i tego, czemu kreuje się go na przede wszystkim skandynawski :-).

      Usuń
  12. wciąż nie ufam takim publikacjom (aka równie dobrze mogę na trzy godziny zakopać się w pintereście ;))

    btw. euro/korony, ostatnio oglądałam film w którym radośnie zamieniono 15 mil na 15 km (bo ech, co za różnica, prawda?) dzięki czemu przez następne pół godziny nie mogliśmy się skupić na akcji, tylko resztkami wiedzy matematycznej/fizyki kalkulowaliśmy czy fabuła wciąż ma sens :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też takie rzeczy wyrywają z zamyślenia, kiedy natrafiłam na to euro aż zakrzyknęłam "aha!" i skoczyłam upewnić się, czy nie ściemniam z tymi koronami. Najpierw myślałam, że może to coś w przekładzie, ale autorka jest jak zakładam po tym, co tłumaczy, skandynawistką, więc to chyba sam autor książki tak z tym euro.

      Usuń
  13. Nie czytałam żadnych książek o hygge, za to trochę posłuchałam i poczytałam o nich i proszę - okazuje się, że bardzo hygge jestem. Pewnie mam jakichś nieznanych duńskich przodków. ;)
    Tak mi się wydaje, że światowa moda na hygge podąża za światową modą na introwertyzm. Nie potępiam (w sumie jest to bardzo po mojej myśli), aczkolwiek czasem prowadzi to do przesady.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdaje się, że na takim Wolinie na przykład jest pochowany jeden z duńskich królów, więc w obecnych granicach Polski pewnie trochę duńskich akcentów by się znalazło ;-).

      O, zapomniałam o tym napisać, ale owszem, autor wspomina o introwertyzmie (zresztą całkiem ciekawie zwracając uwagę, że introwertyk to ktoś, kto może lubić towarzystwo, tyle że sobie znane -- a stąd krok do hygge).

      Usuń
  14. Odkąd dowiedziałam się o istnieniu tej książki, narasta we mnie równoczesne pragnienie jej poznania i nie mogę odpędzić od siebie dziwacznego poczucia dumy (złudne wrażenie, że odkryłam coś podobnego we własnym życiu;), przemieszanej ze zdziwieniem (że jednak posiada definicję). To połączenie bierze się stąd, że jako poszukiwacz zachwytów i kolekcjoner przyjemnych chwil, spędzanych w okopach z ciepłych pieleszy uważałam za coś zupełnie naturalnego dążenie człowieka do powszednich rozkoszy i wzmaganie ich właśnie poprzez drobiazgi w stylu zapachowych świec, smacznego jedzenia i towarzystwa. W tym ujęciu koncepcja hygge wydaje mi się czymś ogólnoludzkim.

    Równocześnie zastanawiałam się, jak oddziałuje na odbiór pozornie nieistotnych impulsów kreowanie dokoła siebie takiej przytulnej, zacisznej przestrzeni. Nie wiem dokładnie, jak to wyjaśnić, ale wydaje mi się, że kluczowym będzie tu właśnie skupienie się na czymś odbieranym jako przyjemne, inaczej umknie. I własnie moja rozterka dotyczy też tego, czy hygge możemy podzielić na tę przytulność, którą delektujemy się dzięki naszym zabiegom i tę, która dociera do nas jako rezultat przypadku. Na przykład, kiedy przmarznięci do szpiku kości brniemy przez dwumetrowe zaspy, by w domu napić się gorącej herbaty i rozmrażać członki przy porywającej lekturze.

    Nie wiem, na ile klarowna jest moja myśl, ale pokładam nadzieję w wyrozumiałość Znawczyni. <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie czuję się znawczynią w żadnym wypadku, ale mogę zreferować, że autor właściwie nie odróżnia takich rodzajów hygge: po prostu zakłada, że hygge odczuwamy w pewnych momentach -- czy takich, które same się pojawiły w wyniku splotu różnych okoliczności (brnięcie przez zaspy), czy takie, które sami wykreowaliśmy (patrz: świece i koce ;-)).

      Usuń