Etnografia kosmiczna albo o „Świecie Rocannona” U. Le Guin


W czytaniu Ursuli Le Guin jest coś z melancholii, że wszystko, o czym pisze, już się wydarzyło: czytelnik – tak jak i część jej bohaterów – staje zatem w roli obserwatora. Nic nie da się zmienić, los już się wypełnił, stoimy w prześwicie historii, która już po części została opisana, skatalogowana i zmityzowana. Nie ma nad czym płakać – można się tylko przyglądać.


Przyznaję się szczerze i bez bicia: czytałam „Świat Rocannona” w liceum, a teraz przy powrocie do niego z okazji wyzwania na blogu Fangirl’s Guide to the Galaxy okazało się, że… nic z niego jednak nie pamiętałam. Ale wiecie: nic. Zdawało mi się tylko, że mniej więcej pamiętam, a okazało się, że ani nastroju, ani bohaterów, ani jakiejś jednej sugestywnej sceny – po prostu nic. Nie mam pojęcia, jak to się stało, bo to warta uwagi książka (i liczę, że jednak teraz zostanie w mojej pamięci na dłużej). Ma swoje wady – Le Guin prowadzi narrację tak, że pewne fakty pojawiają się wtedy, kiedy akurat są potrzebne, a świat składa się z cegiełek, o które można się potknąć nie zauważywszy ich nie przez nieuwagę, ale dlatego, że jeszcze przed chwilą tam nie leżały – ale zapowiada już świetną pisarkę. Kto zresztą wie, czy oszczędna narracja „Świata Rocannona” nie wynika po części z uwag, jakie dawali pisarce pierwsi wydawcy twierdzący, że jej historie są trudne do zrozumienia przez czytelników? No, ale domysły na stronę – ale co zatem sprawia, że warto sięgnąć po „Świat...”?

To trochę wyjaśniają sami bohaterowie. Jeden z nich powie:

Mam czasami uczucie… wiesz, przy spotkaniach z mieszkańcami światów, o których wiemy tak niewiele… uczucie, że natknąłem się na strzęp legendy albo tragicznego mitu, których nie rozumiem…  
[cytuję z wydania Amberu, w tłumaczeniu Danuty Górskiej i Lecha Jęczmyka, s. 25]

I jest w tej powieści właśnie coś takiego. Historia zmieniająca się w mit. Naukowiec, który musi stać się bohaterem eposu. Przeczucie tragedii towarzyszące bohaterom, którzy jeszcze przed chwilą sobie zwyczajnie żyli i wypełniali swoje obowiązki, by za chwilę stać się na wpół mitycznymi herosami. Le Guin posiadła cudowną umiejętność łączenia legendy z historią o podboju kosmosu. Żongluje znanymi schematami, obsadzając je w nowych otoczeniach i sprawiając, że mogą zająć nas po raz kolejny. A to dużo, bo nie zawsze przecież wychodzi – a tu już wstęp do „Świata...”, historia naszyjnika z dalekiej planety, po którego do planetarnego muzeum zgłasza się prawowita właścicielka, to taki właśnie przykład splatania stylów, gatunków i znanych skądinąd opowieści. A jak wykonany! Swojska w gruncie rzeczy historia, oparta na archetypie „by coś zyskać – coś musisz stracić” (przewija się to zresztą przez całą powieść) oraz „w magicznych krainach czas płynie inaczej” dostaje tutaj nowe życie, a Le Guin dokłada do tego tę nostalgię, którą zdają się u niej odczuwać całe światy.




Myślę jednak, że styl Le Guin nie musi podobać się zawsze i wszystkim. Autorka jest bardzo oszczędna, opisy są raczej skąpe i przypominają zgrzebne notatki z terenu badań niż rozprawę naukową, że tak zostanę przy metaforyce etnograficznej. Bo to, że główny bohater, Rocannon, jest etnografem – jego zajęcie polegało na uczeniu się, a nie nauczaniu innych świetnie w powieści widać. Autorka co prawda mniej daje nam go poznać jako uczonego, bo zaraz na początku wpycha go w konflikt i każe podążać za przeznaczeniem, niż bym chciała, ale jednak: to bardzo zgrabne studium tego, jak badający wpływa na to, co bada. Trochę mały traktat o tym, że bezstronność i obiektywizm badań to złudzenie i pobożne życzenia, trochę wariacja na temat tego, jak może być odczytywany przybysz z bogatszej części wszechświata w tych mniej rozwiniętych, a trochę rozprawa o tym, że w takich miejscach łatwo stać się „bogiem” – i co można z tym zrobić (a czego jednak lepiej nie). Z jednej strony to zatem też klasyczna historia o przemianie bohatera (Joseph Campbell się kłania w pas, nawet jaskinia się znalazła), z drugiej – próba tchnięcia w to, co znane, jakiegoś ducha nieznanego. Co koresponduje nam też z Rocannonem-etnografem – który na koniec już właściwie nie jest badaczem, bo traci siebie takim, jakim do badanego świata przybył – chcącym zbadać historie, jakie musnęły go kiedyś przez przypadek. Ten rewanż, który podejmuje, jest jednak bardziej dla niego niż dla świata, do którego się udaje – i nieprzypadkowe jest zatem to zupełnie ostatnie zdanie powieści.




To, co chyba najbardziej w tej powieści przejmujące, to pokazanie dobrodziejstw i ograniczeń cywilizacji. Jeszcze widzimy tutaj Ligę Wszystkich Światów jako względną całość: organizowane są wyprawy, próbuje się zaprowadzić jakiś porządek i rytm wspólnego funkcjonowania (inna sprawa, że pozorny – o czym rychło przekonać się ma sam Rocannon), duch rozkładu jeszcze nie jest zbyt wyraźny. Są co prawda bunty, rebelianci, próba zajęcia obcej planety, ale wydaje się to tylko lokalną wojną, która zostanie stłumiona. Jako że rok temu czytałam już część drugą, „Planetę wygnania”, czytało mi się tę wizję ze „Świata...” z tym odcieniem zwątpienia, spajającym światy Hain. No, ale do czego dążę: owszem, technologia w świecie przedstawionym jest wysoko zaawansowana, podróże międzygwiezdne są możliwe – ale płaci się za to czasem, wieloma latami spędzonymi na tychże podróżach. Szybko na inne światy można przemieścić zagładę – życie, jak konstatuje niewesoło bohater, o, to przychodzi dużo wolniej.
 

***


A poza tym w tej powieści są wiatrogony, latające koty-rumaki. Jeśli nie dla czegoś innego, to choćby dla nich warto, zwłaszcza że długi „Świat...” nie jest. No i tak, zaczęłam wyzwanie czytelnicze z roku 2016 dopiero teraz, ale do końca marca powinnam z nim faktycznie zdążyć, także nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. O tomie drugim, „Planecie wygnania”, pisałam stosunkowo niedawno, także obecnie zabrałam się za trzecie w kolejce Miasto złudzeń. Relacja wkrótce.

Weź dokładkę!

13 komentarze

  1. Czekam niecierpliwie na wpis o "Mieście złudzeń", bo tej książki nie da się zapomnieć. "Świat..." też kompletnie wyleciał mi z pamięci, chociaż czytałam go parę lat temu.:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brzmi zachęcająco (na razie skończyłam I rozdział dla rozeznania, zapowiada się intrygująco!). A "Świat..." warto sobie przypomnieć, przynajmniej prolog, co swym przykładem własnym zaświadczam ;-).

      Usuń
  2. Ja też niewiele pamiętam ze "Świata..." chociaż czytałam go całkiem niedawno bo w grudniu. Jest w tej powieści coś takiego, że niestety szybko ulatuje. Sama do końca nie wiem co. Przyznaję, że początek podobał mi się bardzo, bo chociaż motyw archetypiczny, ale za to z jaką postacią kobiecą! I tyle, nawet wiatrogonów nie pamiętałam...

    P.S. I też czekam na wpis o "Mieście złudzeń"!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może to te skąpe opisy i notatkowy charakter? No bo coś w tym musi być, skoro nie mnie jedną dopadła taka amnezja co do treści "Świata..." ;-). Zresztą: może taką cenę płaci się za bohatera, który z człowieka zmienia się w archetyp (że tak zagaję w duchu powieści).

      Widzę, że muszę pośpieszać z lekturą :-D!

      Usuń
    2. Chyba tak. I jak piszesz w pierwszym akapicie wpisu: taka pozycja obserwatora powoduje, że ciężko się zaangażować w czytanie i chyba przez to wszystko ulatuje?

      P.S. Jako podręcznikowy zły czytelnik bardziej pamiętam lektury, który mnie angażują. ;)

      Usuń
    3. To całkiem możliwe, bo z jednej strony teoretycznie moglibyśmy się zaangażować -- wszak snuje się przed nami historię -- ale jest trudniej, kiedy zasadniczo wiemy, ku czemu zmierzamy, bo ten nastrój upadku unosi się nad całą narracją ;-). Myślę, że może trzeba by tu wybrać jakiś mały element świata przedstawionego do zaangażowania się, tak i wilk będzie syty, i Nabokov cały ;-).

      Usuń
  3. "Odkryłam" Ursulę dopiero kilka miesięcy temu. O ile "Ziemiomorze" bardzo mi się podobało, o tyle "Sześcioma światami Hain" byłam po prostu zachwycona. Przeczytałam ciągiem cały zbiór :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak tak czytam Hain to dochodzę do wniosku, że Ziemiomorze też sobie z chęcią przypomnę :-). No i jest plan przeczytać wszystkie sześć powieści, rzecz jasna :-).

      Usuń
  4. W Le Guin zakochałam się po lekturze "Wszystkich stron świata". Nie mogę się doczekać innych twoich tekstów o Ekumenie. Ze swojej strony najbardziej polecam "Lewą rękę ciemności", "Wydziedziczonych" i "Opowiadanie świata". No i opowiadanka :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Lewą rękę..." czytałam bardzo dawno temu i z ogromną radością sobie ją przypomnę. "Wydziedziczeni" czekają, a póki co skończyłam "Miasto iluzji", więc pewnie na dniach pojawi się o nim wpis :-).

      Usuń
  5. Ten wpis zaciekawił mnie na tyle, że kupiłem sobie "Świat Rocannona" w antykwariacie za 4 zł:). Mam jednak pytanie co do serii. Czy powinno się zacząć właśnie od tej historii? Bo GR podaje, że pierwszy tom do "Wydziedziczeni", który na LC jest tomem 6. Czy ma to jakieś znaczenie w całej historii?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja się mogę tylko bardzo cieszyć :-). Jeśli chodzi o kolejność, to pod względem wydania "Świat..." był pierwszy -- jeszcze nie dotarłam do "Wydziedziczonych", więc nie wiem, czy fabularnie dzieją się przed wydarzeniami ze "Świata...", także trudno mi tu jednoznacznie odpowiedzieć. Z tym, że generalnie moje doświadczenie jak dotąd wskazuje, że historie z tego cyklu stanowią zamknięte opowieści i można je generalnie czytać osobno (choć są pomiędzy nimi pewne nawiązania).

      Usuń