Na początku było kłamstwo albo o „Mieście złudzeń” U. Le Guin


(…) książki mówiły o czymś, co działo się bardzo daleko i dawno temu i teraz nie było już prawdą (wydanie Amberu z 1991 roku, przekład Jacka Kozerskiego, strona 12)

Po dwóch pierwszych powieściach z cyklu Hain czytelnik myśli sobie, że wie, czego może się spodziewać. A jednak, chociaż osnute wokół podobnych wzorców fabularnych, „Miasto złudzeń” rozbija to nastawienie.


O czym to jest? Przerażony i niczego nie pamiętający Falk, nie wiadomo: człowiek czy obcy, zostaje odnaleziony przez jedną z rodzin żyjących w Lesie. Po dywagacjach rodzina decyduje się dać mu dom i próbuje przywrócić go do normalnego funkcjonowania. Z czasem jednak staje się jasne, że Falk musi stamtąd odejść i próbować odnaleźć odpowiedź na pytanie, kim właściwie jest i jak się naprawdę nazywa. Podążając przez groźny, niesamowity świat – w stronę, w której leżała kiedyś Kalifornia – Falk musi przeżyć, trafiając do coraz to bardziej zaawansowanych grup zamieszkującej go ludności, żeby dotrzeć do Es Toch, Miasta Kłamstwa, gdzie być może czekają na niego odpowiedzi.

Moje pierwsze wrażenie z lektury można by ująć w okrzyku „No tak, jeśli ktoś miałby napisać o Ziemi po apokalipsie, gdzie jedynym, co właściwie przetrwało ze znanej nam cywilizacji miałoby być mgliste wspomnienie o Waldenie Thoreau, to musi być Ursula Le Guin!”. Moje drugie wrażenie zaś polega na zauważeniu intrygującego podobieństwa głównych wątków „Miasta...” (1967) i mojej ukochanej powieści Stanisława Lema – „Fiaska” (późniejszego, co dla porządku zaznaczam, o 20 lat). Lem i Le Guin cenili nawzajem swoją twórczość (chociaż polemizowali w niektórych przypadkach z przyjmowanymi pomysłami – tu już musieliby się wypowiedzieć więksi ich znawcy, ja jedynie tropię potencjalne inspiracje), a i temat – poszukiwanie odpowiedzi na pytanie „kim jestem i skąd się wziąłem” oraz „czy na pewno jestem tym, kim się sobie wydaję” nie jest aż taki znowu rzadko spotykany. Ale realizacja jest w jakiś sposób podobna – splecenie się dwóch, trudno niekiedy rozróżnialnych osobowości w jedną, a do tego dochodzi jeszcze kwestia spotkania z obcą-nieobcą rasą, która właściwie nie do końca się się powiedzieć co (jeśli w ogóle) chce nam powiedzieć.
 
 
 

Nic też dziwnego, że wpadłam w świat przedstawiony „Miasta...” szybko i płynnie, zarywając pół nocy i następnego dnia spędzając sporą część doby na ziewaniu. Ale dywagacje na temat rytmu dobowego zostawmy na boku – „Miasto...” potrafi zachwycić, potrafi też zadziwić. Le Guin tworzy bodaj najokrutniejszy z dotychczasowych prezentowanych nam w Ekumenie światów: i jest to, a jakże, Ziemia. Nie ta, którą znamy, bo po katastrofie, wojnie-niewojnie, która stała się albo nigdy nie miała miejsca (jeśli nie czytaliście, to już teraz czujecie mam nadzieję klimat tego zapętlenia w różnych sposobach narracji o wydarzeniach, jakie w powieści serwuje nam autorka). Bohater spotyka więc na swojej drodze dziwne plemiona, których cała wiedza składa się ze strzępów zdziczałych informacji, króla Kansas, który jest jakby odbiciem dawnych ech wielkich plantatorów (odbiciem, dosłownie, w lustrze przecież widzimy odwrotności), sekty próbujące żyć tak, jak wydaje im się najsłuszniej i najbezpieczniej, w końcu zaś tych, przed którymi wszyscy niemal żyją w strachu: Shinga. Kim są Shinga? To dobre pytanie, bo autorka każe się nam nad tym zastanawiać od samego początku.

Le Guin w gruncie rzeczy niewiele robi sobie z tego, że możemy być zdezorientowani. Wrzuca nas w środek historii – dla bohaterów jest jasne, o czym rozmawiają, dla nas niekoniecznie. Daje to świetny efekt i pokazuje, jak taki sposób narracji powinien zostać wykonany: wiecie, to się udaje, kiedy mamy pewność, że autor/ka od początku ma wszystko zaplanowane, a nie wymyśla na bieżąco. Styl Le Guin przychodzi temu w sukurs: te opisy, znowu precyzyjne, chłodne, skomponowane tak, żeby skupić naszą uwagę na tych poszczególnych elementach układanki – potęguje to wrażenie. Z drugiej jednak strony, i tu jest pies pogrzebany, to wszystko nie jest wcale takie pewne w świecie przedstawionym. Bo – choć całkiem jasno zostaje powiedziane, gdzie jesteśmy i kiedy – to finalna przestrzeń akcji, Miasto Kłamstwa, jest bytem zawieszonym w nicości, niepewności, tytułowej iluzji. Przebudowywane z ażurowych elementów, bez przestrzeni, gdzie kierunki takie jak „dół” i „góra” są zupełnie jasne, konfunduje nie tylko bohatera, ale i nas. Moim zdaniem Le Guin daje co najmniej jedną interpretację, komu wierzyć i czemu ufać – chociaż myli tropy (jak: o tym piszę nieco dalej). Można pozostać z pewną dozą nieufności, czy to, co wymyśliliśmy, jest rzeczywistością czy tylko, no właśnie, kolejną iluzją.
 
 
 

To okrucieństwo, o którym wspominałam, widoczne jest też w rysunku bohaterów. Falk i towarzysząca mu przez pewien czas Estrel, to dwie jednostki zafiksowane w ostatecznym rozrachunku głównie na sobie. Owszem, inni ludzie/inne istoty są im potrzebne do osiągania celów, być może leży w tym też coś, co dałoby się nazwać „wyższym celem”, ale sprowadza się to jednak do myślenia o realizacji swoich planów. Oboje są w jakiś sposób obcy, bo żadne z nich nie należy do rasy, do której zdaje się przynależeć – oboje coś stracili, oboje szukają w sobie zadośćuczynienia i finalnie mogą się tylko nawzajem rozczarować. I jedno, i drugie, znajduje w trakcie trwania akcji mnóstwo cierpienia (zwróćcie uwagę, że póki co to powieść, w której Le Guin najbardziej bezlitośnie obchodzi się i z ciałami, i z duszami bohaterów), a ukojenie, o ile można je tak nazwać, wcale nie jest specjalnie wynagradzające.

Miasto...” jest też, w dużo większym stopniu niż był nim „Świat Rocannona”, zderzeniem z mitem. Le Guin przeprowadza nas przez historię z „Planety wygnania” – czyniąc potężny skok czasowy, przez co wszystko, o czym czytamy, jest rodzajem krótkiego przystanku w tysiącletnich historiach poszczególnych planet, zatrzymujemy się, obserwujemy, a potem mkniemy dalej, podczas gdy bohaterowie, których poznaliśmy przed chwilą rozpadają się w proch – by pokazać, że znowu historia przeistacza się w mit. Chcąc go sprawdzić, zobaczyć „co było naprawdę”, zderzamy się z niepewnością, bo i u źródła powierza nam się historię mglistą, niejasną, taką, z której musimy wybrać – znowu! – własną interpretację. Falk ją wybiera, ale czy ma rację? Prawdopodobnie. No, ale właśnie: nie na pewno. A przez to, że narrator trzyma się cały czas blisko Falka, wszystkie inne interpretacje pozostałych bohaterów nabierają tego odcienia niepewności, który sprawia, że można „Miasto złudzeń” czytać na kilka sposobów. I chwała mu za to.

Weź dokładkę!

12 komentarze

  1. Po pierwsze muszę koniecznie przeczytać "Fiasko" Lema :)
    Po drugie "Miasto złudzeń" można czytać, jak słusznie piszesz, na kilka sposobów i zastanawiam się, czy uprawnione by było odczytanie tej książki jako odległej wariacji na temat "Czarnoksiężnika z krainy Oz".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeczytaj, to jest świetna powieść! A prolog do niej -- ach, doskonała rzecz, naprawdę jedna z lepszych u Lema! Jakby co, to ja się piszę później na porównanie wrażeń :-).

      Moja filozofia jest taka, że jak długo jesteśmy trzymając się tekstu w stanie udowodnić, że nasza interpretacja tam jest, to czemu nie. Rozwiniesz? Bo wydaje mi się, że dostrzegam zręby tej interpretacji, ale jestem ciekawa :-).

      Usuń
    2. Szybko i krótko, na podstawie zawodnej pamięci, podobieństwa i nawiązania :
      1. Miejsce w którym przebywa Falk mieście jest zielone :) i tak skonstruowane, że odbiera je, jako męczącą wzrok iluzję.
      2. Król Kansas (!), jako jedyny na Ziemi posiadający psy, mówi w pewnym momencie do Falka, że jego towarzyszem podróży powinien być pies, a nie Estrel.
      3. Podróż do miasta i konieczność poproszenia o pomoc jego władcy (ów), jako warunek powrotu do domu.
      4. Czarnoksiężnik i Dorotka, tak jak Falk i Shinga są przybyszami zewnątrz.
      5. Oz rządzi miastem za pomocą sztuczek, Shinga rządzą za pomocą kłamstwa i iluzji.
      6. Oz wykorzystuje Dorotkę do pokonania swoich wrogów, Shinga chcą wykorzystać Falka, by pokonać, podbić świat Werel, gdy orientują się, że mógłby stanowić dla nich zagrożenie.

      Usuń
    3. Świetny pomysł interpretacyjny! Mnie przekonuje, można by pewnie nawet pogrzebać głębiej, bo przecież "pałac" Shinga jest nie tylko zielony i iluzoryczny, ale ma sprawiać wrażenie (choćby przez zebranie Rady), że Shinga jest więcej i są potężniejsi niż są -- to samo jest celem Oza. Czy jednak w takim razie może Shinga nie są do końca tacy źli i zepsuci? Oz w końcu aż taki nie jest...? (choć przyznaję, teraz nie mając lektury Bauma na świeżo mogę zmyślać).

      Usuń
  2. Jaka to jest dobra powieść! Zgadzam się z Tobą, że bezlitosna czy wręcz brutalna. Ponury nastrój podkreśla też to, że czytelnik nie ma przewagi nad bohaterami i wcale nie wie więcej. Podoba mi się ta niepewność. Wymusza naprawdę uważną lekturę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę powiedzieć, że to, co działo się z bohaterami, kiedy przebywali u Basnasska, było dla mnie naprawdę niespodziewane -- Le Guin zrzuca tam na czytelnika informacje, chłodno, jak zawsze, a przecież takie to przerażające.

      No właśnie, od początku jesteśmy w tej sytuacji, że nie wiemy więcej, to bohaterowie zdają się wiedzieć więcej, bo chociaż mniej więcej wiedzą, w jakim świecie żyją ;-). My musimy to dopiero odkryć.

      Usuń
  3. Ależ się cieszę, że dołączyłaś do wyzwania :) I tak się zastanawiam nad podobieństwem między Falkiem a Estrel, o którym piszesz. Czy w takim razie zbyt późne uświadomienie sobie tego podobieństwa spowodowało ten ostatni szaleńczy wybuch Estrel? Przyznam, że to jest postać, której ja trochę nie rozumiem i żałuję, że Ursula nie poświęciła jej więcej miejsca. Na mnie sprawiła wrażenie raczej kogoś, kto przeszedł pranie mózgu (może takie usunięcie pamięci, jakie Shinga stosowali wobec przestępców) i myśli przede wszystkim nie o realizacji swoich planów, ale o służeniu swoim panom.
    Natomiast bardzo mi się w tej postaci podobało takie podstępne rozegranie kobiecości: Estrel uwodzi przecież Falka, odgrywając ofiarę patriarchalnych Basnasska, którą tylko Falk może uratować z opresji, by następnie odebrać swoją "nagrodę". Miła to odmiana po Rolery z "Planety wygnania".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też się cieszę, to jednak niesłychanie motywuje, no i można zobaczyć, jak inni w podobnym czasie odbierają te książki (i o tym pogadać :-D!).

      Tylko że -- pomimo tego, jak sobie zachowanie Estrel tłumaczy potem Falk, już w mieście -- Estrel jest dość autentyczna w swoich uczuciach: straty kogoś (mówi, że była z kimś, zanim wpadła w ręce Basnasska, i choć później dowiadujemy się, że prawdopodobnie był to agent Shinga, nie można przesądzić, że nie byli ze sobą w jakiś sposób związani), przestrachu po zgubieniu naszyjnika, w końcu też w tym ostatnim wybuchu -- może halucynacji, ale przecież niekoniecznie. I tak, byłabym skłonna uznać, że to zbyt późne rozeznanie sytuacji przez Estrel spowodowało, że ją to wytrąciło z równowagi: wcześniej przecież śmieje się, jest zadowolona.

      Natomiast sama nie wiem co do tego podstępu -- ona raczej się poświęca, będąc w pewien sposób zależna od Shinga, wydaje mi się, że wszystkie paskudne rzeczy, jakie ją spotykają w obozie Basnasska, to rodzaj ofiary wobec... No właśnie, czy wobec Shinga? Wobec społeczeństwa, które jakoś jej nie chce (czy jako służki Shinga, czy jako wędrowczyni?)? Tak sobie dywaguję, bo tutaj sama nie wiem, ale ciekawa jestem -- jak myślisz?

      Usuń
    2. Ech, nie wiem, prawdę mówiąc. "Miasto złudzeń" to dla mnie pierwsza część "Hainu", która nie poddaje się oczywistemu odczytaniu, i chwała jej za to. Kiedyś chyba sięgnę po nią jeszcze raz, koncentrując się dla odmiany na Estrel, bo coś czuję, że mam lukę w interpretacji. W każdym razie nie odebrałam cierpienia Estrel u Basnasska jako poświęcenia, ale gdyby iść tym tropem, to może jest to ofiara wobec tego, kogo straciła? Taka chęć wypełnienia misji za wszelką cenę, skoro strata przydała jej już tak dużej wagi? Zgaduję, bo w tekście - mam wrażenie - bardzo mało jest wskazówek dotyczących motywacji tej postaci, a sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że na wydarzenia patrzymy tylko z perspektywy Falka.
      I to niekoniecznie musi być podstęp samej Estrel. Może to bardziej podstęp autorki, która wciąga nas w taką archetypową patriarchalną opowieść o ofierze i wybawcy, by potem wszystko zburzyć. Znowu myli tropy, jak w całej tej powieści.

      Usuń
    3. Bo to jest, moim zdaniem, trudna bohaterka do dokładnej interpretacji, też dlatego, że pojawia się w 1/3 utworu, a po 2/3 znika. Jest jakby tylko częścią drogi Falka (może ją więc rozumieć jako takie niepełne jego odbicie? Chociaż i mnie się wydaje, że w tej postaci jest jednak znacznie więcej niż w pozostałych, które Falk spotyka na swojej drodze, a które takimi odbiciami są).

      Usuń
  4. "zwróćcie uwagę, że póki co to powieść, w której Le Guin najbardziej bezlitośnie obchodzi się i z ciałami, i z duszami bohaterów"

    W sumie racja, "Świat Rocannona" i "Planeta wygnania" to w zasadzie, jako mity założycielskie, historie sukcesu, a tu jest raczej sytuacja lose-lose - bo przecież nawet Ramarren i Orry nie mają pojęcia, co zastaną po powrocie na swoją planetę, nie wspominając już o pozostałych. Swoja drogą, szkoda mi trochę, że Ursula tak urwała historię Parth - całkiem bym była ciekawa, co się z nią działo dalej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, bohaterowie tutaj muszą się już rozczarować w konfrontacji z tym mitem, jakim była dla nich Ziemia (pytanie tylko, czy Rocannon też się jednak trochę nie rozczarowuje w zetknięciu z tym kruchym mitem, jakim była Semley?).

      Zgadzam się, byłam zresztą prawie pewna, że Parth powróci i trochę mnie rozczarowało, że jednak nie ;-).

      Usuń