Twarzą w twarz albo o „Doktorze Jekyllu i panu Hyde” R. L. Stevensona (Nabokoviada #4)



Powiem Wam, że pierwszy raz czuję się stosunkowo mało zainspirowana do interpretacji tekstu przez Nabokova. Mam zresztą wrażenie, że i samemu pisarzowi nie udało się do końca udowodnić, co frapującego jest w tekście Stevensona, choć nie zabrakło ciekawych uwag – ale jednak „wielkie pytanie” (czy „Doktor...” nie byłby ciekawszy, gdyby odczytać go nie jako kryminał albo jako przypowieść) pozostaje do końca bez stosownej rozmiarami odpowiedzi.


Nabokov zaczyna od tego, od czego właściwie wypada tutaj zacząć (choć ja spuszczę z tonu, bo nie zgadzam się z okrzykami w rodzaju „kino i teatr nie umywają się do siebie” – parafraza moja), czyli że nowela Stevensona została poddana licznym przekształceniom w kulturze i służy właściwie dzisiaj za taki wytrych do opowiadania o czymś, co ma dwie strony, dobrą i złą. Nabokov sugeruje, że takiego odczytania można się pozbyć, także dlatego, ze trywializuje ono treść „Doktora...” i tu się z nim zasadniczo zgadzam. Pisarz bierze więc na warsztat nazwiska bohaterów – jowialnego, podziwianego Jekylla (aczkolwiek ten podziw jest trochę z przekąsem, wszak pojawia się w noweli zdanie, że badania naukowe doktora nie doczekiwały się zwykle jakichś wyników), którego nazwisko oznacza „sopel lodu” i jego mrocznego odpowiednika, Hyde’a, co miałoby oznaczać „przystań, schronienie”. I faktycznie, w tym kluczu ujawnia nam się to, o czym łatwo w takiej prostej recepcji dzieła zapomnieć: doktor Jekyll to wcale nie jest ta „dobra” strona osobowości stworzenia, jakim jest Jekyll-Hyde, to raczej ten dodatni biegun.

Nabokov napisze, że:

Hyde nie jest czystym „złem”: pewne elementy odrażającego Hyde’a tkwią w Jekyllu i, podobnie, nad Hyde’em unosi się aureola sympatycznego Jekylla, przerażonego nikczemnością swojej gorszej połowy.

No, ale tutaj znalazłam się w kropce. Bo wiemy z noweli (nowelą nazywa dzieło Stevensona Nabokov, więc zostanę przy tej nomenklaturze), że wszyscy dostrzegają w Hydzie coś strasznego, nienaturalnego, że nie mogą wręcz na niego patrzeć. Natomiast czy dostrzegają coś niepokojącego w Jekyllu? Owszem, gdy jest już mocno pogrążony w pułapce, jaką sam sobie przygotował, martwią się, widząc jego dziwne zachowanie – a raz, w rozdziale „Okno” – przemianę, ale nie ma w nim tego mroku Hyde’a. Właśnie dlatego, że Hyde jest kryjówką Jekylla. Jekyll, jeśli się mu dłużej przyznać, to też dość paskudna postać: rozkosz, jaką daje mu czynienie zła, obojętność, jaką na te wątpliwe działania reaguje Hyde, są jego radością. Także niewątpliwie, Hyde jest w Jekyllu – ale czy Jekyll w Hydzie? I na ile? Wszak to Jekyll zmienia się później mimowolnie w Hyde’a, a nie odwrotnie, i to jako Hyde ostatecznie ginie, jego ciało zostaje w tej postaci.




Muszę przyznać, że oczekiwałam może więcej „straszności” po powieści, którą zalicza się niekiedy do kanonu powieści grozy. Tutaj mamy co prawda złowrogie otoczenie: londyńskie mgły, nieczynne prosektorium, dom-labirynt z dwoma wyjściami, wreszcie przerażającą zbrodnię, ale to wszystko dużo lepiej brzmi, kiedy się o tym mówi, niż kiedy czyta. Nie będę ukrywała, że może to dość specyficzne tłumaczenie, jakie czytałam, na to wpłynęło (wyobraźcie sobie, że na wydaniu Rytmu, które czytałam – na pewno kojarzycie takie wydania klasyki z czerwoną wstążką na okładce z napisem „Klasyka” – tłumacz nie jest podpisany, w każdym razie wertując książkę kilka razy nie udało mi się tego odnaleźć). Myślę, że to może być jednak plus powieści, jeśliby to przeanalizować zgodnie z intuicjami Nabokova: on wskazuje bowiem, że Stevenson „przepuszcza” powieść przez oczy bohaterów postronnych, racjonalnych i nieuwikłanych w pokątnie metafizyczne eksperymenty tytułowych bohaterów, a to, czego w ten sposób oddać nie może, każe opisać głównym działającym w akcji – w listach, testamentach, zeznaniach. My zatem właściwie bardzo mało z całej intrygi faktycznie widzimy. Nawet okrutne morderstwo odczytujemy przez oczy pokojówki oglądającej scenę z góry, po uprzednim wprowadzeniu się w romantyczny (a romantyzm miał swoją twarz grozy!) nastrój.

Nabokov gra tutaj z czymś, co bardzo lubię, a mianowicie z pytaniem, w jaki sposób uzasadnić przemiany narracyjne postaci, a jednocześnie nie wyjść poza świat tekstu. Pisarz sugeruje, że szok, jaki w bohaterach wywoływało spotkanie z Hyde’em sprawiał, że zyskiwali oni nieco inne, wznoszące się ponad ich monotonną egzystencję, spojrzenie na sprawy i możliwości opowiedzenia go. Że to nie pisarz, zapomniawszy, jak scharakteryzował te postaci, nagle wkładał im w usta górnolotne sformułowania. Bardzo mi się podoba ten zabieg analizatorski i jest on zdecydowanie bardzo bliski mojemu spojrzeniu na literaturę. Ale takich perełek w tym akurat wykładzie Nabokova jest jednak mniej niż w poprzednich – i lektura była dość krótka, i część zajęło sarkanie na upadek kultury, może to dlatego? Nie wiem, ale cieszę się, że przeczytałam wraz z Nabokovem kolejną książkę. A już 27 maja zapraszamy serdecznie na następny odcinek, w którym będziemy czytać „W stronę Swanna” Marcela Prousta. Zobaczcie, co o „Doktorze Jekyllu i panuHyde” miała do powiedzenia Naia oraz Gryzipiór, która również wzięła udział w tym odcinku Nabokoviady, i oczywiście serdecznie zapraszam do wymiany wrażeń!

Weź dokładkę!

12 komentarze

  1. Ciekawa kwestia, ile Hyde'a jest w Jekyllu i ile Jekylla w Hydzie, bo faktycznie, mimo sugestii, że Hyde stanowi tylko pewien niewielki, mroczny zakątek osobowości Jekylla, w końcu bierze nad nim górę. I umiera, rzeczywiście, w postaci Hyde'a – tej „prawdziwej”? Mimo że w wykładzie zabrakło nam odkrywczych i ciekawych spostrzeżeń Nabokova, to widzę, że same do jakichś interesujących spostrzeżeń doszłyśmy. Fajnie!

    Jeśli chodzi o atmosferę grozy – na mnie zadziałała. I zastanawiam się teraz, czy to faktycznie kwestia tłumaczenia (moje wydało mi się dobre, a czytałam też przy tym oryginał), czy tego, że łatwo mnie przestraszyć. Ten ostatni wniosek byłby dość zaskakujący, bo zawsze wydawało mi się, że jest odwrotnie – horrory mnie raczej bawiły :).

    Jeśli chodzi o ten zabieg, który niby świadomie stosuje Stevenson, to nowe, trochę bardziej „artystyczne” i romantyczne spojrzenie Uttersona i Enfielda, które zyskują w zetknięciu z Hydem, mnie za to jakoś nie przekonał. Wyjaśnienie wydało mi się trochę „na siłę” i skłaniam się raczej ku temu, że Stevenson się zapominał, dając więcej z siebie swoim prostodusznym bohaterom, niż by należało, dbając o wiarygodność postaci. Ale może go pod tym względem nie doceniam. Mam nadzieję, że jego duch nie będzie mnie za to straszył po nocach :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, tak sobie myślę, że może ten wykład -- choć nas obie nieco rozczarował -- pozwolił nam na dotarcie do różnych ciekawych sensów, właśnie dzięki temu, że sam ich nie podawał ;-). Także ma to swoje plusy! Choć niektórych uwag Nabokova w nim wciąż przeboleć nie mogę.

      Może w moim przypadku to kwestia spędzenia lutego na czytaniu klasyki grozy w dużej mierze właśnie, i stąd lekkie rozczarowanie Stevensonem? Ale naprawdę trudno mi to osądzić, bo nie mam do końca pomysłu, z czego to wynika.

      Widzisz, to chyba kwestia osobistych spostrzeżeń, mnie ostatnio frapuje ta zależność autor-narrator i na ile swobody w dziele jeden drugiemu pozwala, więc mnie to nie tylko przekonało, ale jeszcze było strzałem w dziesiątkę, jeśli chodzi o obecne zainteresowania ;-). A co du ducha Stevensona, to ja bym uważała w świetle uwag Nabokova o niepokojących związkach dzieła autora i jego losów ;-).

      Usuń
    2. Mam wrażenie, że powieść Stevensona nie straszy, bo (1) znamy ją za dobrze z innych tekstów kultury i (2) za bardzo już przywykliśmy do opowieści o potworach w ciele ludzi. Ta groza, którą wytwarza Stevenson, wydaje mi się z ducha bardzo dziewiętnastowieczna. To, że zacny doktor może prowadzić podwójne życie, już nas nie dziwi, ale musiało trafiać w samo serce lęków niektórych ówczesnych czytelników.

      Podpisuję się pod przypuszczeniem, że ta niekonsekwencja w perspektywie wyszła Stevensonowi raczej przypadkiem, ale nawet jeśli - to otwiera spore pole do interpretacji. Bo właściwie dlaczego zetknięcie z Hyde'em miałoby budzić w ludziach artystów? Czy nie przemknęła tu chyłkiem jakaś wizja sztuki jako spotkania z nieznanym, a więc z groźnym? Czy Hyde nie jest zatem czymś koniecznym do rozwoju, do osiągnięcia wtajemniczenia? Nie wiem, może za dużo staram się w tej powieści wyczytać, ale frustruje mnie, że Nabokov rzucił tę niepokojącą sugestię, ale jakoś nie poszedł jej tropem.

      Usuń
    3. Tak, zgadzam się, że ponieważ my już po prostu wiemy, o czym to jest, to i trudniej nas przestraszyć -- może też dlatego Nabokov nawołuje na początku, żebyśmy zapomnieli, co wiemy i co widzieliśmy odnośnie do historii doktora Jekylla i pana Hyde'a. Natomiast z mojego doświadczenia ze starą grozą -- a jakoś w lutym intensywnie ją dość czytałam akurat :-) -- wynika, że to, co straszy dalej to właściwie cała bardziej realistyczna sfera opowieści. Mnie to podwójne życie Jekylla, jego ochota, by wyłuskać z siebie kogoś, kto bezkarnie może czynić zło, chyba wystraszyła najbardziej. Bardziej na pewno niż cały obliczony na grozę efekt "nierealny", że tak to ujmę.

      Myślę, że Hyde też jest trochę takim czymś nieuporządkowanym, nieokiełznanym, kimś, kto jest na salonach (nie bez kozery największym strachem napawa jednego z bohaterów zmiana testamentu!), choć nie powinno go być. I że w tym tkwi jego potencjał, każe patrzeć poza to, co widać na pierwszy rzut oka, pod maskę pozorów, jakie zakładają na siebie bohaterowie. W końcu najstraszniejszym przeżyciem tych naszych dwóch spacerujących bohaterów jest widok opadającej z twarzy Jekylla maski -- scena sama w sobie nie aż tak niby straszna, a ich przyprawiła o koszmarne ciarki.

      Usuń
  2. Dobra. Po prostu zakochałam się w interpretacji Nabokowa. Jest w niej coś... inspirującego. Po prostu w dziwny sposób porusza wyobraźnię :D

    Natomiast chciałabym się odnieść raczej do kwestii tłumaczenia. Również jestem świeżo po lekturze i też mnie zaskoczyła jakaś lapidarność? stylu. Sprawdziłam swoje tłumaczenie: Tadeusz Jan Dehnel, tłumacz raczej znany (seria "Koliber") i to nie moje pierwsze spotkanie z jego przekładami, wiec to chyba nie tutaj leży problem. Może to być faktycznie zabieg celowy, podkreślający racjonalizm narratora. Aczkolwiek trochę klimaciku by nie zaszkodziło ;)

    Pozdrawiam!
    Między sklejonymi kartkami

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A w której, w której?

      O, lapidarność to niezłe słowo. Tadeusza ana Dehnela znam z "Samotni" i nie narzekałam na tamto tłumaczenie, więc też nie wydaje mi się, żeby to była ta kwestia. Klimatu trochę jest w tych nielicznych scenach, gdzie dostajemy opis miasta, no ale właśnie, tego nie ma za dużo -- a że przemiany Jekylla w Hyde'a nie widzimy (jedynie czytamy o niej w sprawozdaniu), to i nie za bardzo może ono "groźnie" działać (zwłaszcza, że interpretowane jest jako "cud", co akurat mnie, przyznam, zaciekawiło, że akurat tą drogą poszedł Stevenson).

      Usuń
    2. To o Jekyllu "kryjącym się" w Hydzie (kurczę, dyskusja o deklinacji mi się przypomniała ;D). Jeśli się nad tym zastanowić, to faktycznie owa bierność Jekylla zwracała uwagę już w czasie lektury, ale dopiero Nabokov pomógł mi to sobie uzmysłowić. Bardzo uczynny człowiek :D

      I owszem, opisy są w porządku, ale nie wystarczają wobec niewielkiej ilości napięcia. To ujęcie trąci trochę takim stereotypowym pozytywizmem. A określenie "cudu" faktycznie ciekawie koresponduje z tym, jak narrator reaguje na wszystkie wydarzenia. Z jednej strony napawa go to obrzydzeniem, a z drugiej strony czuć chorobliwą fascynację, która wydaje mi się jednym z najważniejszych elementów noweli. Nią też, przynajmniej po części, kierował się sam Jekyll.

      Usuń
    3. Tak, mnie się ta etymologiczna wycieczka Nabokova podobała, zresztą jestem fanką rozszyfrowywania imion znaczących :-). A Jekyll jest właśnie bierny tak podstępnie, teoretycznie chce oddzielić od siebie własne zło, a przecież widzimy, że głównie dlatego, by się w nim realizować, nie tracąc swojej dogodnej pozycji. Zresztą, może i planowane to wszystko było wcześniej, skoro kupił dom z takim osobnym wyjściem? Z prosektorium łatwo przerobionym na laboratorium?

      No właśnie, a jednak jego przyjaciel mimo wszystko stara się to odrzucić, widzi ten "cud", jak go nazywa, ale cofa się, nie chce go przyjąć, boi się skutków, które ostatecznie gubią Jekylla, który takich skrupułów w sobie nie miał.

      Usuń
  3. proust czy masz na myśli matkę wszystkich cegieł czyli w poszukiwaniu straconego czasu xDD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, tak jak napisałam w notce, chcemy się zająć tylko "W stronę Swanna", bo też i tylko ten tom omawia Nabokov ;-). Ale osobiście bardzo miło wspominam lekturę całości "W poszukiwaniu...", z chęcią bym kiedyś sobie powtórzyła tę przygodę :-).

      Usuń
  4. Im dłużej śledzę Wasze dyskusje pod wpisami "akcyjnymi", tym większą ochotę mam do Was dołączyć. Świetna robota, ciekawe dyskusje, oby tak dalej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy! :-) No i do przyłączenia się zachęcamy gorąco, mamy w planach Prousta, później będzie Kafka, no i Joyce :-)!

      Usuń