Obrazki z mijającego świata albo o "24 godzinach z życia kobiety" S. Zweiga (Pikniki z Klasyką #24)


Nie wiem, czy macie swoją strategię czytania opowiadań? Bo jednak to złożona materia, w dodatku czasami układ i wybór opowiadań nie zależą wcale od autora, ale od redaktora tomu. Nie każde jest równie dobre, nie każde przemawia do nas w tym samym stopniu. Zwykle po każdym zastanawiam się chwilę – wybaczcie może skalę, ale skoro już o tym piszę, to pomyślałam, że się podzielę – czy literatura straciłaby coś, gdyby nie powstało.


Drobny przyczynek do dziejów naszej przemiłej, wielkiej epoki.
(„Nowela szachowa”, tłumaczenie Izabelli Czermakowej)

Te światy, które w swoich czterech opowiadaniach („Amok”, „List od nieznajomej”, „24 godziny z życia kobiety”, „Nowela szachowa”) rysuje Stefan Zweig, zamieszkują powracający z kolonii dżentelmeni, małżeństwa z różnych stron świata bawiące na pokładach wycieczkowych statków i w hotelach popularnych kurortów, damy z wyższych sfer, nienagannie zachowujące się dziewczęta, handlarze z Ameryki i starej Europy. Ale i uciekinierzy przed tym, co nadchodzi – zbiór kończy przecież „Nowela szachowa”, w której dowiadujemy się, że stary świat przemija, a hitlerowska Rzesza dokonała już rozbioru Czechosłowacji. Zweig rozbija nasze wyobrażenia, wywracając bohaterów na nice: czy aby to samo dziewczę, które tak ślicznie gra w tenisa („24 godziny z życia kobiety”) nie ukrywa w duszy absurdalnej miłości do znanego literata („List od nieznajomej”)? A może szacowny holenderski kupiec dowie się zaraz, że jego żona zdradziła go z młodszym („Amok”)? Czy wspaniała kariera, piękna powierzchowność, nienaganne maniery, skłonność do duszenia w sobie uczuć – a to łączy wszystkich bohaterów i bohaterki opowiadań Zweiga – nie skrywa pod spodem udręk, tego, co bohaterka „Listu od nieznajomej” nazwie „rzeźnią wstydu”, bo w tym właśnie opowiadaniu chyba najlepiej uwidoczni się to, co mają wspólnego wszyscy zaludniający światy Zweiga mężczyźni i kobiety: niedolę, która toczy ich jak choroba, pozwala o sobie zapomnieć tylko na chwilę, w spojrzeniu na dziecko, udanym posunięciu w kasynie, w mroku, który skrywa twarz przed innymi ludźmi.


Wyrazistą cechą opowiadań i wspólnym motywem trzech z nich, który przykuł moją uwagę, było pochylenie się nad tą niedolą w jej szczególnym przejawie. Już w rozpoczynającym zbiór „Amoku” dostajemy bowiem bohaterkę, która chce usunąć ciążę, by mąż nie dowiedział się, że go zdradziła. Kiedy lekarz, do którego kieruje prośbę – kierowany irracjonalnym porywem czegoś na pograniczu delirium tremens i odkrytych na nowo własnych kompleksów – odmawia, udaje się do podejrzanej spelunki, gdzie cała operacja kończy się jej śmiercią. Bohaterce „Listu od nieznajomej” uda się co prawda urodzić dziecko, którego chce, ale musi to zrobić w szpitalu dla ubogich, gdzie nie czuje prywatności, intymności, a jedynie bycie wystawioną na prostackie żarty i traktowanie jak przedmiot badań, który nie czuje i nie cierpi. W tytułowym opowiadaniu bohaterka co prawda nie zachodzi w ciążę ani się tego nie obawia – jest kobietą po czterdziestce, która twierdzi, że jej życie się skończyło – ale opanowuje ją nieznośny wstyd na myśl o nocy z nieznajomym, któremu w przypływie namiętności uległa. Można zresztą zapytać: namiętności? A może poczucia bycia, wreszcie, po latach, znowu potrzebną?

Wszystkie te opowiadania łączy nie tyle płeć bohaterów i bohaterek, ale nieznośnie wysokie C, na którym ustawia ich autor i na którym każe właściwie przez cały czas pozostawać. Tu nie ma emocji pośrodku: tu jest wciąż szał, zatrucie, balansowanie na granicy szaleństwa, amok, udręka tak wielka, że wręcz krańcowa. To może czasem wywierać wrażenie absurdalności: bo czemu bohaterka „Listu...” podporządkowuje całe swoje życie obłędnej idei bardziej niż prawdziwej miłości do nieznanego mężczyzny? Co popycha lekarza z „Amoku” do wynurzeń w ciemnej ładowni statku? Skąd się bierze nagła chęć angielskiej lady do wynurzeń o swoim życiu? Zweig zresztą nie ukrywa specjalnie, że to wewnętrzne rozedrganie bohaterów – należących w większości do „starej Austrii”, świata, który przeminął, a który powstaje przed oczyma udręczonych bohaterów dzięki spotkaniu z narratorem, porte parole samego Zweiga, krajana, Austriaka – interesuje go najbardziej. Ich historie odeszłyby w ciemność, gdyby ich nie zachował, trafiając na nie przypadkiem, sam zagadnięty, by ich wreszcie wysłuchał, bo inaczej po prostu nie dałyby swoim nosicielom żyć. Nic też dziwnego, że Zweig lubi swoich bohaterów wsadzać na statki, kazać im podróżować, bo tak też upłynnia się ich rzeczywistość.


Gdybym miała wybierać swoje ulubione opowiadania, wskazałabym na dwa ostatnie. Czemu? One są przepięknie poprowadzone i napisane bardzo kunsztownie. Opisy ruchów rąk w „24 godzinach...” to majstersztyk. Albo sceny, w których szacowne grono trzeciorzędnych szachistów ustala kolejny ruch i daje znak arcymistrzowi, że teraz jego pora. Właściwie nie ma w nich pudła, jeśli chodzi o to, jak zostały skonstruowane. Przyznaję, że w pierwszym opowiadaniu męczył mnie upadlający, rozwlekły styl bohatera i jego uwagi o życiu w koloniach, przesycone tonem wyższości, lekceważenia – choć równocześnie świetnie uwypuklało to, jakim człowiekiem jest i jak bardzo swoją miarą mierzył innych, nie widząc tego (bardzo fajnie gra tam też motyw zwierciadła). Drugie opowiadanie zaś, mimo bardzo dobrych i mocnych fragmentów, zagrane jest na najwyższym C, jakie dało się znaleźć, więc choć nie nuży i każe się zastanowić (a scena z lokajem to perełka) nad tym, czemu jest takie a nie inne, może też irytować, jak piękna, ale wysoko śpiewana aria operowa. Arią z takiej opery też zresztą, według mnie, jest.

***

To była bardzo ciekawa literacka wyprawa i cieszę się już na następne z prozami Zweiga. A tymczasem zajrzyjcie do Tarniny i zobaczcie, co napisała o tym zbiorze – tam też w tym miesiącu dyskutujemy, do czego bardzo gorąco zapraszam! A w kwietniu widzimy się z Davidem H. Lawrencem i jego „Zakochanymi kobietami”.

Weź dokładkę!

2 komentarze

  1. Nie uwierzysz, ale moją pierwszą refleksją po przeczytaniu tego zbioru było właśnie to wysokie emocjonalne C, z którego zaczyna Zweig - i z którego nawet na moment nie schodzi. Dokładnie tak samo pomyślałam!
    "Nowela szachowa" jest wyśmienita. Pierwsza partia szachów między Czentoviciem i pasażerami - czy nie jest symboliczna? Czy mistrz szachowy nie uosabia III Rzeszy, "grającej" przeciw sprzymierzonym aliantom, którzy, mimo iż mają liczebną przewagę, ponoszą klęskę? Może moja interpretacja idzie ciut za daleko, ale tak właśnie myślę o tej scenie, odkąd przeczytałam "Nowelę". Czyli od wczoraj ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O proszę, ale to super, że coś w tym jest :-). Wydaje mi się, że w ogóle gdyby pierwsze trzy opowiadania ze zbioru rozumieć jako rodzaj takiej literackiej opery, dużo lepiej się je czyta i wygodniej interpretuje, zawieszając różnego rodzaju niewiary na kołku :-).

      Nie pomyślałam o tym w ten sposób, głównie dlatego, że Czentović jak dla mnie jest uosobieniem wszystkiego, co przetrwało z sukcesem upadek starej Austrii: ale jest tylko poblaskiem, nie ma w tym prawdy ani mocy, wszak mistrz szachowy jest trochę uzurpatorem, skrywającym się za maską nonszalancji, a uczy się niemal jak komputer -- z każdą rozegraną partią.

      (Przepraszam, ale zapomniałam zablokować komentarzy tutaj -- zgodnie z umową powinna być dzisiaj dyskusja u Tarniny, czy możemy się tam przenieść? :-))

      Usuń