Proszę poprzestać ten śmiech przegwizdujący! Albo o „Strachu w zameczku” A. Mostowskiej

 
Och, serio klasyki mniej znanej, znowu się spotykamy – po niedawnej przygodzie z „Malwiną” przyszedł czas na zgłębianie gotyckich tajników pióra innej księżny, tym razem z domu Radziwiłłów, i jej pomysłów na to, co może spotkać malowniczą Idalię i chmurnego Edmonda w tytułowym zameczku we włościach alter ego autorki.


Powiem Wam, to była wyprawa. Niedługa, bo i historia jest raczej krótka, za to po raz pierwszy od dawna miałam faktyczne poczucie, że – jak to mówią – przeszłość to obcy kraj. Owszem, skarżyłam się na pewną nieprzystawalność literatury z początków wieku XIX, a korzystającej z polszczyzny, już przy „Malwinie”, ale jakże się myliłam! Dopiero Anna Mostowska odkryła przede mną całą złożoność pisania w polszczyźnie roku 1806, w dodatku z nonszalanckim zapewnieniem, że:

Upraszam jednak moich czytelników, aby daleko od siebie wszelką krytykę odrzucili i chcieli mieć wzgląd na to, że te fraszki były pisane szczególnie dla własnej mojej rozrywki. Nie mając nigdy pretensji do tytułu autorki, ceniąc wartość czasu, którego na użyteczniejsze dla mnie zatrudnienia użyć mogłam, nie przyłożyłam nigdy dosyć pracy, aby im dać przynajmniej tę regularność stylu, której koniecznie wyciągają mniejszej nawet wartości dzieła. Słowem, pisałam niedbale […].

Tak pokrzepiona na duchu pomyślałam sobie, że przecież źle nie będzie, prawda? Że to kokieteria, nie sądzicie? A jednak! Przy czytaniu miałam podobne poczucie do tego, kiedy jest się już bardzo sennym i ma się wrażenie, że pewne treści mózg przepuszcza przez coraz dziwniejsze filtry, więc wydaje się, że to, na co się patrzy, nie ma wielkiego związku z tym, co to znaczy. O co chodzi w tym przypadku? Mostowska pisze stylem szalenie specyficznym – powiedzmy, żeby nie określić go dziwacznym – gdzie składania zdań jest dowolna, rekcja czasownika wycina dzikie hołubce, a nad tym wszystkim unosi się jeszcze ta nieodwołalna groźba słów, które w międzyczasie zmieniły znaczenie (co, jakby nie patrzeć, nie da się złożyć na karb stylu autorki). Wśród licznych, godnych zapamiętania zdań, znajdziemy więc takie jak: „Położenie mego mieszkania jest dzikie”, „Nie, zmysły moje nie są obłąkane, proszę poprzestać ten śmiech przegwizdujący”, czy „Poznałyśmy, że Edmond był dotkniony”. A to wypisuję tylko te, które mnie zauroczyły, inaczej przepisałabym większość noweli (bo to właściwie nowela, nie powieść).


A po powieść sięgnęłam zachęcona przez marcowe hasło wyzwania "Klasyka grozy". Gotyk powieściowy jeszcze się zresztą tutaj pojawi w tym miesiącu, co najmniej raz!

A o czym to jest, zapytacie, po tej językowej wycieczce? Otóż Edmond, a za nim inni, zaczynają w malowniczych ruinach na terenie posiadłości narratorki widywać widmo młodej dziewczyny, jak schodzi ze wzgórza i znika. Zaczyna ono przyciągać coraz większą grupę ciekawskich, a Edmonda wpycha w objęcia melancholii – chłopak jest pewien, że to duch jego zmarłej narzeczonej. I tak się to mniej więcej przedstawia. Nie jest specjalnie strasznie, nie tylko przez tę – istniejącą jednak – barierę językową, ale też i dlatego, że Mostowska bardziej niż straszeniem czytelnika, zajęta jest stawianiem przed nim zagadki (i sprawdzaniem, kiedy się zorientuje, o co chodzi), jak również opisem żartobliwej konkurencji między płciami, która stanowi dworską rozrywkę jej bohaterów, skądinąd dość znudzonych rzeczywistością wokół siebie.

I chociaż opisuje się „Strach w zameczku” jako powieść gotycką z racjonalnym wyjaśnieniem, to moim zdaniem dużo ciekawsze jest spojrzenie na nią jako taki pół-udany romans grozy, gdzie wątek romansowy jest albo melancholijny (Edmond), albo wychodzi właściwie przypadkiem (Idalia), natomiast grozy nie ma, bo kiedy tylko niezwykłe zjawisko zwraca na siebie uwagę, bohaterowie czym prędzej rozmontowują je krok po kroku, żeby nie budzić zgorszenia. Tak, tak, chyba ten wątek wydaje mi się summa summarum najciekawszy: że można sobie widywać duchy, ale bez przesady, nie musi o tym zaraz wiedzieć sąsiad, dworski kucharz, wędrowiec śpiący akurat w posiadłości, że o słynnych lekarzach nie wspominamy. A kiedy bardzo chce się w to, co nadprzyrodzone, uwierzyć, i tak przyjdzie ktoś, kto powie, że figa z makiem, daliśmy się nabrać. 


Weź dokładkę!

16 komentarze

  1. Sam tytuł, "Śmierć z zameczku", zmusza mnie już do lekkiego śmieszku pod nosem, bo trudno mi to nie przeczytać wysokim, egzaltowanym głosem wymieszanym ze skrajnym zdziecinnieniem jak przy przemawianiu do swojego ulubionego, pięknego zwierzęcia, które na przykład leży w koszyczku i jest przepiękne.

    A tak na poważnie, a może tylko trochę poważniej, autorka ten wstęp napisała na miarę współczesnych twórców fan ficków. Pisała niedbale, a Edmond był dotkniony, kawa na ławę, nie ma to tamto. Uwielbiam takie historie! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Strach w zameczku", moim zdaniem to nawet lepiej niż "Śmierć z zameczku" ;-). No coś w tym jest, zwłaszcza ten zameczek, który się kojarzy tak dość idyllicznie, i taką też spełnia funkcję: uroczej, klimatycznej ruinki w ogrodzie ;-).

      Usuń
    2. O widzisz, pomyliłam - to dlatego, że pół wieczoru z moim lubym dogadywaliśmy sobie na temat śmierci, strachu i czego jeszcze w przerażającym ZAMECZKU;>

      Usuń
    3. Szkoda trochę, że ta historia nie obfituje w takie zwroty akcji (no dobrze, ona właściwie nie obfituje w zwroty akcji jako takie), bo -- jak pisze autorka -- na "romans w kształcie upodobanym wiekowi naszemu" składają się "okropne Widma, z tamtego świata powracające istoty, burze, trzęsienia ziemi, rozwaliny starożytnych zamków przez duchy same tylko zamieszkałych, zbójców kupy, uzbrojeni puginałami i trucizną zdrajcy, mordy, więzienia, na koniec diabły i tajemnice". A tu swojsko, Edmond czasem tylko westchnie i zaśpiewa sobie w ruince, puginału ani połowy nie uświadczysz ;-).

      Usuń
    4. Przez ułamek sekundy zastanawiałam się, czym kupy zbójców różnią się od takich normalnych ;)

      Usuń
    5. Są gotycko przeraźliwe, najwidoczniej :-D.

      Usuń
  2. „Nie, zmysły moje nie są obłąkane, proszę poprzestać ten śmiech przegwizdujący” - urocze :D Podziwiam, że przebrnęłaś przez tę książkę mimo bariery językowej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze mówiąc, ponieważ zupełnie się czegoś takiego nie spodziewałam, przeczytałam cięgiem (nietrudno o to, bo sama historia jest bardzo krótka) trwając w zadumie ;-).

      Usuń
  3. Słodkie te cytaty, chyba kiedyś przy okazji przeczytam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam, jedna dłuższa podróż środkiem komunikacji miejskiej i gotowe. Do "Strachu..." dołączona jest również wariacja autorki na temat Wielanda, "Posąg i salamandra". Przynajmniej w tym wydaniu.

      Usuń
  4. O wow, ale mnie czeka wyzwanie. W tym miesiącu już raczej nie przeczytam, ale w przyszłości pewnie tak. Nie miałam pojęcia, że styl autorki jest tak osobliwy. Bez dobrego nastawienia może być trudno przebrnąć przez tę historyjkę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta osobliwość może wynikać z tego, że rzadko używała polszczyzny (to jest moja obecna hipoteza), więc jej język jest taki właśnie, a nie inny -- bo to nie kwestia samego polskiego tamtego okresu, on był jednak znacznie bardziej zrozumiały :-).

      Usuń
    2. Myślę, że to może być wyjaśnieniem. W przeciwnym razie autorka byłaby naprawdę ekscentryczną postacią :)

      Usuń
  5. O widzisz, niezwykła przygoda literacka;) Zameczek, melancholia, duchy (ale bez przesady;)... I ten język, jakim posługiwała się autorka. Szczerze napiszę, że chociaż jestem zachwycona gotyckimi klimatami ("Zamczysko w Otranto" już przeczytałam, "Mnicha" kończę, "Tajemnice zamku Udolpho" już czekają...) to po ten tytuł raczej nie sięgnę. Ale niezwykle przyjemnie było przeczytać Twoje refleksje na jego temat!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, "Zamczysko..." też już za mną, pewnie napiszę o nim w nadchodzącym tygodniu, natomiast żałuję, ale chyba nie wyrobię się w marcu z lekturą "Tajemnic...". Ale może uda się je przeczytać w jakimś innym miesiącu, kto wie! :-)

      Usuń
  6. Tam zamczysko, tu zameczek. Różnica widoczna od razu. Na studiach doświadczyłem kiedyś dyskusji o zdrobnieniach w kontekście lingwistycznym, ale przy tej okazji prowadząca wygłosiła stwierdzenie, z którym mocno się zgadzam - nigdy nie da ani grosza osobie, która mówi "pieniążki".

    OdpowiedzUsuń