Dwóch panów wśród Celtów albo o opowiadaniach A.C. i E. F. Bensonów

Kiedy Luka Rhei rzuciła hasło, że w kwietniu czytamy folk horror, postanowiłam zasięgnąć porady wujka Google, co też można by do tego gatunku zaliczyć (miałam swoje typy, no ale wiecie, zawsze warto rozszerzać horyzonty). W ten sposób odkryłam dwa opowiadania o zbliżonych tytułach, czyli „The Temple of Death” Arthura Christophera Bensona (1903) i „The Temple” Edwarda Frederica Bensona (1925). Okazało się, że panowie faktycznie byli ze sobą spokrewnieni (byli braćmi), a że taka koincydencja nie trafia się często, więc zasiadłam do lektury.


Skąd się bierze folk horror? Generalnie z XIX wieku i jego zainteresowania tym, co ludowe, a przez to „organicznie” powiązane z tym, co miało się wydawać „prawdziwe”, „u korzeni” (a później często przekuwane bywało w „narodowe”). Pod tym względem literaturze Wysp Brytyjskich, gdzie mamy festiwal odradzania się kultur celtyckich, całkiem blisko do naszych środkowoeuropejskich fenomenów, nie wspominając o tym, że folk horror zakorzeniony jest również w powieści gotyckiej i romantyzmie. Nic więc dziwnego, że szukano bardzo pieczołowicie inspiracji w wierzeniach Celtów, nim Wyspy opanowali Rzymianie, a potem Anglowie i Sasi, a że wierzenia te często nie cieszyły się dobrą sławą, materiał do spooky stories wręcz sam pchał się w ręce. Obaj autorzy, których chcę dzisiaj przywołać, wzięli na warsztat zbliżony punkt wyjścia – oto, widzicie, mroczna świątynia celtycka, w której składa się ofiary z ludzi, no bo jak inaczej – ale zrealizowali go na dwa odmienne sposoby. I to sprawia, że czytanie tych opowiadań obok siebie jest takie ciekawe.

Zacznijmy od starszego – „The Temple of Death” osadzone zostaje w starożytności. Towarzyszymy Paulinusowi, wędrownemu mnichowi, który chadza sobie po Galii i nawraca pogan. Aż tu pewnego razu zostaje ostrzeżony, bardzo klasycznie, „nie idź tam, tam jest coś upiornego!”. Co więc robi nasz bohater? Oczywiście: idzie tam. Co upiornego czyha w galijskim lesie? Nie, nie dwóch dzielnych Galów, którzy strzygą uszami na zdanie „jestem Rzymianinem” (a które to zdanie Paulinius wygłasza na piętnastu stronach opowiadania wcale często), ale kapłan pogańskich mrocznych bóstw w obwarowanej ostrokołem i obwiedzionej fosą świątyni. Kapłanowi tak bardzo jednak przypadnie do gustu młody chrześcijanin, że opowie mu historię swego życia, pozwoli zwiedzić świątynię i generalnie schrystianizować, nieco krwawo, ale w hagiograficznym duchu, okolicę. Czego się bać? Oprócz dość schematycznej fabuły (z tego, co doczytałam, autor był synem arcybiskupa Canterbury, więc i straszył w ramach przyjętej konwencji dość umownie) autor nas nagabuje co jakiś czas zdaniami w rodzaju – wolna twórczość moja, ale z ducha – „poczuł się strasznie”, „było to okropne”, „poczuł, że coś jest nie tak”, „spojrzał na niego ze złymi zamiarami”, żebyśmy nie zapomnieli, że jednak, halo, halo, tu się nas straszy. Ale główny bohater jest sympatyczny, obdarzony nienachalnym urokiem i nienachalną wolną mówienia, że wszystko będzie dobrze, więc da się to jakoś wybaczyć. Tylko faktycznie, jak na klasyka folk horror, opowiadanie to jest mało straszne. A jeśli ja Wam coś takiego mówię – no to naprawdę, większości z Was pewnie nawet włoski nie staną dęba.
Ileż ja dzięki temu wyzwaniu okrywam! Nawet jeśli zawsze pod groźbą, że znajdę coś, co nie pozwoli mi spać w nocy.

O ile jednak u A. C. Bensona najstraszniejsze są właściwie sugestywne opisy lasu, w którym coś szura, wyje i wyłazi zza krzaka, o tyle pobać się można już nieźle na opowiadaniu „The Temple” E. F. Bensona. Tym razem dostajemy historię z początku XX wieku, w której znajdziemy wszystko, co znamy i lubimy. Dwóch angielskich dżentelmenów wybiera się do Kornwalii, żeby skończyć swoje naukowe prace, pograć w golfa i się zrelaksować. Hotel w miejscowości, w której przebywają, szturmują turyści, więc nasi bohaterowie, kiedy w trakcie jednego ze spacerów trafiają na chatkę wśród pól, nie zastanowiwszy się bardziej niż to koniecznie, od razu ją wynajmują. Nie dziwi ich nawet specjalnie, że pani kucharka nie chce u nich nocować i choćby się waliło i paliło wraca każdej nocy do domu. Kiedy jeden z nich odkrywa, że w ogrodzie stoją poprzewracane menhiry, a wśród kamieni podłogi kuchennej znajduje się taki, który służył w owym kręgu za kamień ofiarny, a drugi przypomina sobie, że czytał w gazetach o dziwnym samobójstwie poprzedniego właściciela, a co wieczór widzi dziwne ogniki podążające do chaty od strony lasu – robi się coraz bardziej upiornie.

E. F. Benson straszy może nie tak sugestywnie jak M. R. James, chociaż otoczenie zbliżone, bohaterowie generalnie z tej samej klasy, a i sposoby jakby zbliżone. Z czego to wynika? Wydaje mi się, że chyba z tego, że za dużo dopowiada. Bohaterowie zmagają się z nieznanymi siłami, które pozostają nieznane, ale brakuje tu jakiegoś niedopowiedzenia na miarę wszystkich tych włochatych rąk, które wyciągają się po bohaterów opowiadań Jamesa, tych ulotnych, sensorycznych wrażeń, w które Benson w ogóle właściwie nie inwestuje. Bohaterowie coś widzą i o czymś mówią, ale rzadko odczuwają coś, co w mroku może sprawiać niesamowite wrażenie. Przy czym ostrzeżenie jest podobne jak u Jamesa: jeśli miejscowi trzymają się od jakiegoś miejsca z daleka, nie mów, że to głupie przesądy, tylko zastanów się, dlaczego. Benson naigrawa się ze swoich uczonych bohaterów, którym się wydaje, że wiedzą, i ten dystans – mimo narracji pierwszoosobowej – jest tutaj jedną z najciekawszych kwestii.
***

Pierwsze kwietniowe spotkanie z folk horrorem uważam więc za intrygujące i z pewnością w tej odsłonie Klasyka Grozy zawita tutaj jeszcze nie raz. A raz zawita na pewno w wydaniu czeskim i już nie mogę się doczekać, żeby Wam o tym napisać!
A oba opowiadania dostępne są w zbiorach Gutenberga: nieco straszniejsze tutaj, a to mniej straszne tu.

Weź dokładkę!

12 komentarze

  1. O widzisz, o drugim panu Bensonie nie słyszałam! Bo E.F. Benson jest mi znany i darzę jego opowiadania pewną sympatią, chociaż generalnie nie są one za bardzo straszne (są tutaj jednak wyjątki). Podoba mi się to zestawienie ze sobą dwóch tekstów. I widzę, że kwietniowy temat bardzo przypadł Ci do gustu;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A które, które są straszne? Możesz coś polecić? :-) Zdecydowanie kwietniowy temat jest dla mnie, chociaż muszę przyznać, że walczę z aprowizacją: Algernona Blackwooda nie ma w moich bibliotekach (ale może poratuje mnie Gutenberg, bo "Wierzby", z tego co widziałam u Ciebie, wyglądają bardzo zachęcająco!), z kolei z powieściami utrzymanymi w nurcie folk horror w ogóle widzę pewne problemy ;-).

      Usuń
  2. Nie ukrywam, że mam problem z kwietniowym hasłem, ale mam nadzieję, że w końcu coś wymyślę. O Bensonach nie słyszałam i nie powiem, żeby zrecenzowane opowiadania jakoś bardzo mnie kusiły, ale nie zarzekam się, że nie sięgnę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno :-). Jest sporo opowiadań, które można tu dopasować, więc nie trzeba się martwić! Z powieściami za to, mam wrażenie, nieco gorzej.

      Usuń
    2. Również mam takie wrażenie, na powieść w ogóle nie mam pomysłu, więc nie wiem jak to będzie.

      Usuń
    3. Może to jest po prostu dobry czas na miesiąc z opowiadaniami ;-)?

      Usuń
    4. Chyba tak, zaczynam od "Wija" Gogola :)

      Usuń
    5. Też mam w planach, ciekawa jestem bardzo, bo opis intrygujący :-D.

      Usuń
  3. Jeśli o tak zwany "folk revival", to zdecydowanie lepiej wypadł w poezji. A tak poza tym był też ważna częścią irlandzkiego pędu do niepodległości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie tylko irlandzkiego, przecież i na tej większej z Wysp prądy odrodzeniowe miały się w XIX wieku całkiem nieźle :-). Mimo tego, że kojarzy się głównie z poezją, znalazłam jeszcze kilka opowiadań, które mają pewien potencjał -- zobaczymy!

      Usuń
  4. Nie znam żadnego z przedstawionych dziś Panów, lecz na podstawie przeczytanych słów skłaniałabym się raczej ku drugiemu z nich :) wprawdzie tchórz ze mnie niezrównany i zapewne nawet historia Paulinusa zaprószyłaby w moim sercu ziarenka strachu, lecz przeczucie emocjonującego dreszczu przy współtowarzystwie dwóch kurtuazyjnych panów, lubujących się w wiedzy i europejskich rozrywkach jest aż nazbyt nęcąca.

    Upiorność, kondensacja strachu i nagłe olśnienia wspomnienami wypadków niezbyt fortunnych, wpisane w sugestywną, lecz zarazem niewielką przestrzeń to wręcz doskonałe pierwiastki do wyścielenia sobie nocy w nadchodzącą pełnię. Zastanawiam się, na ile nami, ludźmi, kieruje niezwalczona ciekawość dotknięcia nieznanego, na ile z kolei - zwykla ignrancja. I gdzie jest punkt przełamania sceptycyzmu? Czy rzeczywiście musimy dotknąć świadectw przeszłych zbrodni, czy krwawych ofiar, byśmy zaczęli czuć?

    Dziękuję za podzielenie się wrażeniami i odnośnikami do lektur :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też generalnie należę do czytelników, których łatwo wystraszyć, ale opowiadanie o Paulinusie generalnie jest mało straszne, bo trzyma się hagiograficznych wzorców i wiemy, czego się spodziewać i że ostatecznie nasz bohater zatriumfuje :-). A gdybym miała polecać lekturę na pełnię, to ja zawsze rekomenduję M. R. Jamesa: nie jest bardzo strasznie, ale wystarczająco strasznie, a i walka ze sceptycyzmem się znajdzie ;-).

      Usuń