Na księżyc! Albo o „Wydziedziczonych” U. Le Guin



Le Guin wychodzi od dość prostego pomysłu: a co, gdyby wszystkie te fantastyczne hasła o zesłaniu „wrogów” na księżyc zrealizować i – naprawdę wysłać ich na księżyc? Z tym że w tym wypadku „wróg” sam na ten księżyc chce lecieć, więcej, nie chce ani słyszeć o tym, żeby z niego wracać, chociaż księżyc, jak to księżyc, jest mało gościnny: pustynny, właściwie bez flory i fauny, a krajobrazy ma, no cóż, raczej księżycowe.


O czym to jest, zapytacie? Istnieją dwie planety, nawzajem będące dla siebie księżycami. Zamieszkujący je ludzie pochodzą z jednej, z Urras, kiedy jednak przed prawie dwustoma laty na Urras wybuchła motywowana społeczno-metafizycznie rewolucja, uzgodniono, że wszyscy, którzy chcą podążać drogą wyznaczaną przez interpretację pism filozofki i mistyczki Odo, mogą skolonizować drugą planetę – Anarres. Urras rozwija się zatem ciągle, istnieją na niej państwa i rządy o różnych motywacjach. Anarres to jedna planeta zamieszkiwana przez potomków osadników; nie ma rządu, w praktyce stara się realizować zasady anarchizmu – z różnym skutkiem. O czym przekonuje się główny bohater „Wydziedziczonych”, Szevek, fizyk, który pracuje nad teorią umożliwiającą przesyłanie informacji w jednej chwili z miejsca na miejsce, astrografem, który w ogóle uczyni przyszłość Ekumeny dostatecznie ziszczalną.

Nawet, powiem Wam, nie wiem, od czego zacząć: podobało mi się w „Wydziedziczonych” mnóstwo rzeczy – właściwie do samego końca, może z małym tąpnieciem w schyłku końcówki (wiem, wiem, co też to ma znaczyć, ten „schyłek końcówki”? ano miejsce tuż przed samym, świetnie napisanym, końcem). Zacznę więc może od (pra)początku, czyli od idei odonizmu. Widzicie, cały ruch, to, jak powstał, czy nawet zdanie sobie przez bohaterów sprawy, że sama Odo nigdy nie widziała Anarres, na którym starają się żyć tak, jak to zaprojektowała, szalenie przywodziły mi na myśl ruch husycki. Założyciel, który ma szczytne cele reformatorskie, które trzeba aplikować w warunkach, o jakich się mu nie śniło? Jest. Więziony, napisał ważne dzieła, które są podstawowym punktem odniesienia dla wiernych? Jest. Silna formacja światopoglądowa, która nie ma początkowo zamiaru burzyć ładu, a jedynie chce go zreformować i ulepszyć? Jest. Sytuacja u Le Guin jest jednak jeszcze ciekawsza nie tylko ze względu na finał sporu społecznego, ale też przez wzgląd na niską pozycję kobiet na Urras, podczas gdy protoplastką Anarresyjczyków autorka czyni właśnie Odo, kobietę.
 
 
 

Tutaj dochodzę do słabszego punktu świata przedstawionego – bo, podobnie jak w przypadku „Lewej ręki ciemności” mamy do czynienia ze społeczeństwami-przeciwieństwami, oba są rodzajem metafory dla tego, co znamy z własnego podwórka. Są więc spekulanci-kapitaliści i są anarcho-komuniści. Le Guin różnicuje te grupy znacznie bardziej niż w „Lewej ręce...” – okazuje się, że w każdym, rozmaicie pojętym „idealnym społeczeństwie” za fasadą skrywa się coś paskudnego: nędza (tu w wydaniu właściwie dziewiętnastowiecznym, niektórych pasaży nie powstydziłby się Zola) albo dążenie do władzy maskowane stawaniem w interesie wspólnoty. Mam wrażenie, że Le Guin nie korzysta z tego tak, jakby mogła, ale daje przesłanki do złożonych interpretacji i chwała jej za to. Otaczający Szeveka na Urras fizycy są bowiem mieszaniną różnych typów – oprócz może jednego, reszta posiada charakter, który trudno jest zamknąć w anarresyjskim okrzyku „paskarz!”, przez co ich motywacje są nieco bardziej złożone. Można ich nie lubić, ale można im też współczuć. Razem z Szevekiem możemy też obserwować, jak zmienia się ich twarz z publicznej w prywatną i co to może (ale nie musi) znaczyć. Co więcej, sam tytuł już każe się zastanawiać, jak to jest z tym forsowanym binarnym podziałem Urras-Anarres: bo kto tu jest wydziedziczony? Kto stracił, kto zyskał? Może bilans wychodzi tu jednak na zero? Bo przecież po coś są snute dywagacje na temat klucza do Urras, które autorka wkłada w usta ziemiańskiej ambasadorce?

Jako czytelnicy jesteśmy w sytuacji, w której lepiej rozumiemy realia życia na Urras, czy właśnie w państwie A-Io, gdzie toczy się część akcji, niż na Anarres. Przyznam, że na początku byłam zdumiona ową realizacją utopii na księżycu – Le Guin trzyma, jak zawsze, dystans, równocześnie jednak, ponieważ siedzimy bardzo blisko bohaterów, można się w końcu zorientować w tym, do czego nasz główny bohater dochodzi stosunkowo późno: Anarres to jest pewien stan ducha, wewnętrzna potrzeba i – niekiedy – także radość bardziej niż zewnętrzne normy czy ograniczenia. Wtedy zaczyna się rozumieć te wspólne jadłodajnie, komputer nadający imiona, organizację syndykatów i czemu nie warto się przywiązywać do pomarańczowego koca. A jednak i w tym społeczeństwie są rysy, uwidaczniające się dzięki temu, że tak blisko bohaterów się trzymamy. Tutaj wbrew pozorom, moim zdaniem, dużo ciekawsza od Szeveka jest jego partnerka, Takver, która – choć deklaruje bliskość ideałom Anarres, przez swoją „poboczną” twórczość zdaje się sugerować, że zawsze coś jest tam nie tak, że czegoś brakuje (absolutnie piękne sceny z mobilami). I oczywiście, zakończenie może sugerować, że tym czymś jest trzecia opcja w społeczności zaprogramowanej na monochromatyczne widzenie świata „Anarres – Urras”. Kto wie. W końcu jak przebiegło lądowanie Szeveka, nie wiemy.

***

Wydziedziczeni” byli ostatnią lekturą w wyzwaniu – zacne to było wyzwanie i bardzo się cieszę, że wzięłam w nim udział! Cieszę się, że Rusty je zorganizowała, bo dało mi motywację do wspólnego czytania (chociaż ociągałam się i przeczytałam powieści Le Guin raczej zrywami niż regularnie...), a co więcej mogę teraz o większej ilości książek stojących na półkach powiedzieć przeczytane zamiast na pewno kiedyś sięgnę, już niedługo! O korzyściach z doczytania serii nie wspominając.

Weź dokładkę!

6 komentarze

  1. Z cyklu o Ekumenie czytałam tylko "Opowiadanie świata", a o Wydziedziczonych ledwie słyszałam, ale bardzo mnie zachęciłaś! Odkąd skończyłam pracę magisterską prawie nie sięgałam po Le Guin i inne kobiece autorki fantastyki (lekki przesyt), ale chyba czas wrócić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja się mogę tylko cieszyć, bo aktualnie jestem na etapie polecania tej książki wszystkim, naprawdę doskonale się to czyta i to na wielu poziomach. Jeśli szukasz powieści akademickiej -- znajdziesz, sf -- znajdziesz, ba, i western się tutaj da odszukać :-). Rozumiem przesyt, ale też "Wydziedziczeni", chociaż leguinowskich motywów się tu da znaleźć dość, porzucają też niekiedy ten taki scjentyczny dystans, charakterystyczny dla niej. A mogę zapytać, o czym była praca :-)?

      Usuń
    2. Magisterka była o Dorocie Terakowskiej, ale przy okazji w celu rozszerzenia horyzontów (i wydłużenia pracy ;)) przeczytałam wieeeeeele fantastyki pisanej przez kobiety. Le Guin to dla mnie przede wszystkim "Ziemiomorze", a science-fiction ledwie liznęłam, ale wszystko wskazuje na to że czas nadrobić ;)

      Usuń
    3. Przyznaję, że "Ziemiomorze" czytałam dawno i w związku z tym zupełnie inaczej na nie patrzę, ale przygoda z Ekumeną podobała mi się bardzo, więc polecam :-)!

      Usuń
  2. "Wydziedziczonych" jeszcze nie czytałem, ale po przeczytaniu Twojej recenzji ciekaw się robiłem, jak wizja społeczeństwa anarchistycznego autorstwa Le Guin ma się do tego, co niegdyś opisał James P. Hogan w "Najeździe z przyszłości".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trudno mi powiedzieć ("Najazd..." znam wyłącznie z opisów), ale wydaje mi się, że Le Guin przede wszystkim nie pokazuje tego społeczeństwa jako jedynego idealnego modelu. To cały czas jest zmaganie się z tym, co głęboko ludzkie i chociaż ma swoje dobre strony, ma też wiele złych. Nie wspominając o tym, że sama Anarres jest bardzo niegościnną planetą: mało co na niej rośnie, widoki nie są zbyt piękne, nie ma też ptaków i zwierząt innych niż ryby.

      Usuń