O zapadaniu się w nicość albo o "Zakochanych kobietach" D. H. Lawrence'a (Pikniki z Klasyką #25)


Na samym początku pisania bloga wrzuciłam taki wpis o pisarzach, z którymi mi nie podrodze. Czytam, żeby się przekonać, no, ale jakoś nie wychodzi. Z czystym sumieniem mogę teraz do nich dopisać D. H. Lawrence'a. I nie chodzi o to,że nie doceniam czy potępiam – bo jakoś doceniam, bynajmniej nie potępiam, ale... Ale coś mi z czytaniem jego powieści nie po drodze.


Pozwólcie, że zanim przejdę do tematu dzisiejszego pikniku, wspomnę krótko o mojej licealnej lekturze „Kochanka lady Chatterley”. Oczywiście, skoro książka skandalizująca, a w dodatku polecona mi na fali mojego zainteresowania brytyjskim romantyzmem (do niedawna myślałam, że to była polecanka przestrzelona, ale doczytałam się, że Lawrence'a uznaje się poniekąd za kontynuatora brytyjskiej romantycznej tradycji literackiej), musiałam przeczytać. Nie zapałaliśmy do siebie z rzeczonym kochankiem zbyt wielkim afektem, ale do tej pory myślałam, że była to zapewne z mojej strony taka lektura powierzchowna i niedojrzała (domniemanie niewinności na rzecz pisarza obowiązuje). Ale teraz, po lekturze „Zakochanych kobiet” stwierdzam, że to kwestia kilku rzeczy: specyficznego stylu Lawrence’a, który – mam wrażenie – dość mocno się zestarzał, sposobu pisania, który był zapewne skandaliczny wiele lat temu, ale nie dzisiaj, bohaterów, którzy wciąż „zapadają się w nicość”, „przestają odczuwać siebie” i zamiast robić cokolwiek, narzekają na ludzkość/innych bohaterów/Anglię/czasy, w jakich żyją.

Nie jestem wielką zwolenniczką twierdzenia, że trudno czyta się powieści, w których nie lubi się żadnego bohatera. Przeciwnie, jeśli powieść zaintryguje mnie czymś innym – światem przedstawionym, konstrukcją, narracją – jestem w stanie się zachwycić lub po prostu wciągnąć nawet, kiedy każdego bohatera utopiłabym w łyżce wody. Tymczasem cała czwórka głównych postaci w „Zakochanych kobietach” robi na mnie nie tyle antypatyczne wrażenie, co… Hm, jakby to ująć najtrafniej? Mimo że Lawrence wzorował postaci na faktycznych osobach (ba, także na sobie) przez całą książkę nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że bohaterowie są bardzo papierowi. Że stoi za nimi idea, ideę tę mają reprezentować, grają swoje role, ale jakoś bez przekonania, ciągle tymi samymi środkami. Z akapitu na akapit rzucają wieloznaczne spojrzenia (często inne niż akapit wcześniej, żeby była jasność), wygłaszają tyrady na temat tego, co akurat jest nie w porządku (podpowiedź: wszystko), no i oczywiście zapadają się w nicość. Bohaterowie „Zakochanych kobiet” niczego nie robią chętniej, niż zapadają się w nicość.





No dobrze, jestem trochę niesprawiedliwa, bo Lawrence’a zapewne da się czytać całkiem przyjemnie, pamiętając o jego miejscu w historii literatury, tropiąc nawiązania czy nawet rozgryzając kompozycje scen (a jest kilka naprawdę świetnych: zestawienie przerażonego rumaka Geralda z pędzącym pociągiem, zapasy Geralda i Birkina w gabinecie, królik Bismarck, rozmowy o tym, że Anglia musi się skończyć). Tylko że zbyt wiele rzeczy mnie w tej prozie zniechęca. Trudno mi rozpisać motywacje bohaterów, bo są bardzo abstrakcyjne – bohaterowie gonią albo za trudno uchwytną „wolnością”, „miłością”, „czymś więcej” – i nie przejawiają się w jakiś specyficzny sposób (chyba że weźmiemy za dobrą monetę spojrzenia, elaboraty i tym podobne). Wyjątkiem może tutaj być Birkin i jego nieśmiałe (jednak!) dążenie do związku z Geraldem, w gruncie rzeczy najciekawsza według mnie rzecz w całej powieści: teoretycznie obrazoburcza, a jednak bardzo grzeczna jak na dzisiejsze standardy, próba sublimacji uczucia niedozwolonego społecznie, którą obaj bohaterowie próbują przekuć w coś wówczas dopuszczalnego: braterstwo krwi, przyjaźń, wreszcie pokrewieństwo. I to wybrzmiewa najsilniej i najsmutniej.

Cała tytułowa rola „zakochanych kobiet” jawiła mi się w związku z tym jako plan drugi, dość mocno statyczny. Dwie „zakochane”, siostry Gudrun i Ursula, są wiecznie niezdecydowane, rozchwiane, z tendencjami do histerii, zmienności nastrojów i despotyzmu wobec mężczyzn, z którymi chcą się związać. Narratorowi służą więc albo do dywagacji na temat wyżej wymienionych cech, przypisywanych en masse wszystkim kobietom, albo do opisów strojów, których w powieści nie brakuje. W gruncie rzeczy mam jednak wrażenie, że z tej części powieści pozostaną mi w pamięci – przynajmniej przez jakiś czas – głównie kolorowe pończochy Gudrun. No, chyba jednak mi faktycznie z D. H. Lawrencem nie po drodze… A jakie są Wasze wrażenia? Zobaczcie, co napisała na ten temat Tarnina, a potem zapraszamy serdecznie do dyskusji, dzisiaj pod tym postem!

Weź dokładkę!

32 komentarze

  1. Napisałam u siebie, że może D.H. Lawrence jest bardziej dla młodych, ale sądząc z Twojej relacji, też nie. Oczywiście kiedy byłam nastolatką miałam straszną ochotę przeczytać "Kochanka...", ale się nie odważyłam, a w późniejszych czasach jakoś przestało mnie ciągnąć ;) I tak oto dopiero teraz zapoznałam się z D.H. Lawrencem. I tak jak Tobie, też mi z nim nie po drodze. A może dać mu jeszcze szansę? Sama nie wiem. Bo naprawdę zdziwiło mnie, że w tej książce tak dalece NIC nie ma. Nawet żadnych skandalizujących treści nie ma. Ale najbardziej zdumiewa mnie fakt, że autor tak wiele miejsca poświęca na opisywanie stanów psychicznych bohaterów, podczas gdy psychologia tych postaci w ogóle nie została zbudowana. Są tworami całkowicie wydumanymi, obrazują jedynie pewne idee, ale te idee też są wydumane.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozwól, że najpierw odniosę się do tego, co napisałaś w swoim wpisie: że może błędem jest zaczynać znajomość z prozami Lawrence'a od "Zakochanych kobiet". Tylko że ja zaczęłam od "Kochanka...", a też nie zadziałało -- a "Zakochane..." to podobno opus magnum autora, nic lepszego w jego twórczości nie znajdziemy (zakładając, że rację mają tu historycy literatury wskazujący "Zakochane..." za najlepsze jego dzieło). Chociaż też się zastanawiałam, czy nieznajomość "Tęczy" bardzo tu szkodzi -- ale chyba jednak nie.

      O, teatralny to bardzo dobre słowo: bohaterowie-chodzące-tezy zachowują się dokładnie tak, jakby przez cały czas coś odgrywali, ale bez jasnych wskazówek co albo jakby zmieniał im się ze strony na stronę pomysł na rolę. Co do oceny bohaterów nie mogę się nie zgodzić -- wydumani tak dalece, że nawet trudno było mi się nimi zainteresować, niestety. A próbowałam.

      Ale z kolei ja rozumiem "skandaliczność" tej prozy w tamtym czasie: dość otwarte jak na epokę mówienie o seksie (chociaż dzisiaj trudno się przebić przez te wszystkie ociekania czarną energią podobną do elektryczności, jak pisze autor ;-)), śmiałość -- znowu, dzierżąc wszystkie proporcje -- pokazywania możliwego związku homoseksualnego, dość wyzwolone bohaterki. Lawrence jest zresztą bardzo dekadencki, może gdyby był pisarzem z końca XIX wieku, inaczej byśmy to czytały?

      A czy było w "Zakochanych..." coś, co Ci się spodobało?

      Usuń
    2. Czy coś mi się spodobało? Cała powieść nie podobała mi się tak dalece, że obawiam się, że to wrażenie rozciąga się na wszystkie jej elementy. Chyba najbardziej podobały mi się kolorowe pończochy Gudrun ;) Nie, oczywiście mogłabym na pewno znaleźć sceny, które mi się podobały, np. scena z zapalaniem lampionów i pływaniem łódkami. Albo ta, w której Rupert "przegania" księżyc ze stawu kamieniami - to ładny obrazek. Ale one też są dla mnie zepsute albo przez dziwaczne, irytujące zachowanie bohaterów, albo przez ich męczące wywody.

      Myślę, że problem z "zakochanymi kobietami" w dużej mierze polega na tym, ze ta książka się po prostu zestarzała. Sto lat temu te wszystkie pomysły i postulaty mogły wydawać się świeże i odważne, dzisiaj są już tylko pretensjonalne. Może wtedy i ta teatralność nie była tak rażąca jak dzisiaj. Ale i tak jestem zdania, że "Zakochane..." to świetny przykład, jak nie powinno się pisać. Lawrence podejmuje tematy, które są przecież ponadczasowe, np. ciągle rozwodzi się nad wolnością, miłością, relacjami społecznymi itd., ale sposób, w jaki wkłada te treści w powieść automatycznie ośmiesza te wywody. W stylu: spotykasz kogoś przypadkiem, kogo ledwo znasz, na spacerze i zamiast "dzień dobry" zaczynasz rozwodzić się nad wolną wolą...

      Ach, właściwie to podobała mi się pierwsza scena, w której siostry rozmawiają o małżeństwie i macierzyństwie, ale jeszcze w taki "normalny" sposób. Ona zapowiadała całkiem ciekawą powieść ;)

      Usuń
    3. Niestety mam podobnie (zastanawiałam się w czasie lektury, czy może przynajmniej wyjdzie nam z tego płomienna dyskusja, ale widzę, że możemy chociaż wspólnie ponarzekać ;-)). Kolorowe pończochy też mi się podobały, ale zdenerwowało mnie przeprowadzenie tego wątku: od początku się podkreśla słabość Gudrun do nich, a w ostatnich rozdziałach dopiero narrator mówi nam coś w rodzaju "Gudrun miała słabość do kolorowych pończoch". No serio? Nie zauważyłam ;-).

      Myślę, że gdyby wywody ograniczyć do Birkina -- który jest postacią właściwie składającą się z tych wywodów -- jeszcze nie byłoby źle. Gorzej, że w pewnym momencie wszyscy chcą się z czytelnikiem dzielić swoimi rozważaniami, które są w gruncie rzeczy bardzo do siebie zbliżone, nie uważasz? Pod tym względem zastanawiam się na przykład jaką funkcję w powieści spełnia w końcu Ursula...?

      Nie będę bronić powieści, też mam wrażenie, że się zestarzała i to mocno. Ale pierwsza scena, zgadzam się, zacna -- w ogóle przez pierwszych 50 stron liczyłam na coś zupełnie innego ;-). Przede wszystkim szkoda mi wątku górniczego, który jakoś zupełnie się rozpłynął.

      Usuń
    4. W ogóle mam wrażenie, że tam się wiele wątków rozpływa i nie wiadomo właściwie po co autor wprowadzał pewne postaci. Być może to rezultat nieprzeczytania "Tęczy", mam wrażenie, że to jednak może przeszkadzać w zrozumieniu "Zakochanych kobiet". Bo np. Ursula, o która pytasz, w "Tęczy" jest chyba najważniejszą bohaterką i to zapewne jej watek "zapracował" na zakaz publikacji (m.in. była w związku lesbijskim). Tylko szczerze mówiąc, nie bardzo mi to pasuje do Ursuli z "Zakochanych...". Tutaj miałem wrażenie, że ona jest zaplanowana jako bardziej rozsądna przeciwwaga dla swojej szalonej, artystycznej i nieprzewidywalnej siostry. Ale to też się nie zgadza, bo w ogóle wszyscy bohaterowie są bardzo dalecy od rozsądku. Są niesamowicie rozchwiani, wiecznie w stanie albo udręki i rozpaczy, albo zachwytu i ekstazy, nic pomiędzy. I masz rację, właściwie można by wiele wywodów wygłaszanych przez bohaterów pozamieniać między postaciami i właściwie nie miałoby to wpływu na treść.

      A jak Ci się wydaje, po co jest Hermione? To jest już całkowicie groteskowa i niemożliwa postać (ta scena, w której przeżywa ekstazę, bo zaraz rąbnie Ruperta w głowę... A jednak nikt nie wspomina o tym, że jest niezrównoważona psychicznie), przez co niemożliwy jest też Birkin, w końcu był z nią w związku. Zresztą natura tego związku nie jest dla mnie całkowicie jasna - rzeczywiście byli kochankami, czy tylko Hermione cały czas starała się go usidlić?

      Usuń
    5. Hm, nie wiedziałam tego o "Tęczy", ale faktycznie rzuca to światło na Ursulę z "Kobiet..." -- bo do tej pory miałam wrażenie, że to jest byt mocno zależny i mniej autora interesujący od Gudrun, a na pewno od chwili zejścia się z Birkinem. W końcówce powieści właściwie nie odgrywa już żadnej roli. Po co jest Hermione? Dobre pytanie! Czytałam ją jako przeciwwagę "klasową" dla sióstr: bo ona już zajmuje pewną pozycję w socjecie, z racji urodzenia, koneksji i wykształcenia, ale musi ustąpić pola, bo nie jest w stanie nic już ugrać: nawet Rupert jej się wymyka. Moim zdaniem z powieści wynika, że byli kochankami (stąd też te fizyczne ekstazy Hermione, kiedy na ślubie stoi blisko Birkina), natomiast właśnie tak od momentu zamachu przy użyciu lapis lazuli "Zakochane..." robią się książką mało wiarygodną. Przy czym nie chodzi mi tutaj o wiarygodność realiów czy psychiki bohaterów -- niechby i sobie byli rozchwiani, ale chociaż konsekwentni! Tymczasem po lekturze trudno powiedzieć i jacy są, i co się im przytrafia, i po co.

      Chyba jedyną postacią, która budziła moje żywsze uczucia, była siostra Geralda. A sam Gerald? Co o nim sądzisz?

      Usuń
    6. Tak, to jest nawet wprost napisane, że Hermione i Rupert byli kochankami, tylko znowu - to jest dla mnie niewiarygodne. Jestem w stanie uwierzyć w jednoczesne przyciąganie i odpychanie i różne dziwne stany emocjonalne, które mogą towarzyszyć atrakcyjności fizycznej. Ale właśnie jakoś w tę ich atrakcyjność dla siebie nie wierzę. Rupert jest dla mnie kompletnie niewiarygodny w roli kochanka (to jego rozmemłanie jest okropne), dlatego tez ie bardzo mogę uwierzyć również w jego związek z Ursulą.

      Co innego Gerald. On jest uosobieniem męskiej siły i witalności, więc musi być atrakcyjny z definicji. To jest zresztą podkreślane na każdym kroku, jak bardzo Gerald pociąga kobiety i że żadna nie jest w stanie mu się oprzeć. I niestety wydaje mi się, że to jest cała "głębia" tej postaci - uosobienie męskiej atrakcyjności. Bo znów - on niby coś przeżywa, ale trudno właściwie powiedzieć co.

      Usuń
    7. Tak sobie teraz myślę, że korzyść czytelnicza z pojawienia się Hermione jest taka, że znam wreszcie inną postać literacką noszącą to imię oprócz Hermione Granger :-D. Natomiast tak, wiem już, o co Ci chodzi: faktycznie trudno jest uwierzyć w taką relację mięzy bohaterami. W Birkina paradoksalnie uwierzyłam dopiero w scenie, w której go tak właściwie nie ma -- kiedy Gudrun słyszy, jak bohema odczytuje sobie na głos jego list. I wtedy zobaczyłam tę postać: walczącego z wiatrakami, ale jednak wyalienowanego, nierozumianego człowieka, którego jednak trochę mi żal. Ale to krótka scena ;-).

      Nie tylko kobiety, ale też mężczyzn i to chyba w nim jest najciekawsze, jak na realia epoki. Ale faktycznie głębi w Geraldzie jest niewiele, nawet w scenach z ojcem (w zamierzeniu kontrastowych przecież) jakoś tak za wiele nie ma do powiedzenia, tylko daje sobą targać emocjami, podobnymi zresztą do pozostałej trójki, niestety.

      Usuń
    8. Tak, ja też zwróciłam uwagę na tę scenę z listem i miałam podobne odczucia. Zabawne, że my dyskutując o "Zakochanych kobietach" w pewnym sensie odtwarzamy tę scenę, wchodzimy w rolę profanek wyśmiewających się z czegoś, czego wielkości i znaczenia nie są w stanie pojąć, zupełnie jak to towarzystwo w kawiarni. Czy myślisz, że po to autor tam umieścił tę scenę? Że to jest takie już zawczasu odpieranie ataku krytyków?

      Usuń
    9. Nie pomyślałam o tym, a coś tu może być na rzeczy, taka obrona przez uprzedzenie ciosu -- zresztą temu mogą też służyć tyrady bohaterów, wyłuszczających właściwie poglądy autora na różne sprawy, w tym powołanie słowa pisanego. Nie zdziwiłabym się, gdyby tak było. Przy czym towarzystwo kawiarniane zmienia trochę front, bo na początku powieści jest raczej przychylne dziwactwom Ruperta, potem dopiero zaczyna się z niego natrząsać -- w każdym razie ja tak ich odebrałam.

      Usuń
  2. Uwielbiam czytać tak na prawdę każdy rodzaj literatury, jeśli tylko historia jest dobrze przedstawiona. Opis tej książki nie jest nawet taki zły i recenzja mi się podoba pod względem tego, że dobrze mi się ją czytało, ale po powieść raczej nie sięgnę. Pozdrawiam i zapraszam do siebie. ;) http://prostoprzezksiazki.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też jakoś specjalnie nie miałam zamiaru zachęcać do lektury "Zakochanych kobiet", ale oczywiście najlepiej zawsze sprawdzić samemu, a nuż taka a nie inna poetyka autora do nas przemówi? Również pozdrawiam :-).

      Usuń
  3. Jestem zupełną ignorantką, bo Lawrence (przed przeczytaniem tekstów Twojego i Tarniny) kojarzył mi się co najwyżej z Lawrencem z Arabii, ewentualnie z nazwiskiem jednej z popularnych ostatnio amerykańskich aktorek! Co więcej, mam nagrany od jakiegoś czasu na dysku dekodera film „Kochanek lady Chatterley” i nie miałam pojęcia, że został on nakręcony na podstawie książki...

    Natomiast pobuszowałam troszkę po sieci i ładnie sobie poczynał pan David Herbert. Walka z pruderią to w tamtych czasach, jak walka z wielkim wiatrakiem, który w dodatku niebezpiecznie się przechyla i w każdej chwili może runąć na atakującego.

    Ciekawi mnie od dawna takie zjawisko starzenia się literatury. Bo dlaczego niektóre powieści tak po prostu się starzeją, a inne opierają się mocno temu procesowi? Ot choćby powieści Jane Austen czyta się wyśmienicie, chociaż są o 100 lat starsze od książek Lawrence'a.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do starzenia się książek, to na pewno ma znaczenie kunszt pisarza, jak się poczyta trochę literatury, która nie zachowała się w ogólnej świadomości czytelniczej, to od razu staje się jasne, dlaczego to właśnie po Austen czy Dickensa sięgamy z przyjemnością do dzisiaj, a tak wielu ich współczesnych pogrążyło się w mrokach dziejów ;) A z drugiej strony, chyba pewne prądy literackie - czy szerzej kulturowe - gorzej znoszą próbę czasu. Po pewnym czasie okazuje się, że awangarda zapędziła się w jakiś ślepy zaułek. I tu wracam do Lawrence'a - całe to roztrząsanie kwestii wolności jednostki, buntowanie się i wyzwalanie z konwenansów dziś wydaje się niczym innym, jak tylko kolejnym konwenansem właściwym pewnej epoce.

      Usuń
    2. Myślę, że co do starzenia się książek, rolę odgrywa też styl pisarza: nawet nie winiłabym tu awangardy (bo ta zestarzała się i starzeje bardzo różnie), ale pewne kanony pisania -- zwłaszcza o przeżyciach bohaterów -- które od zawsze balansowały na cienkiej linii "czy to literatura, czy jednak już trochę grafomania?".

      Natomiast życiorys Lawrence'a jest arcyciekawy! Z tego też względu spodziewałam się dużo więcej po "Zakochanych kobietach". A tu już nawet te opisy "momentów" są bardzo mało skandalizujące -- i mocno przywodzą na myśl (przynajmniej mnie) Żeromskiego ;-).

      Usuń
    3. O, Żeromski, tak, zgadzam się, jak najbardziej. (Dobrze chociaż, że przynajmniej kaktusa nie było ;)). Zauważyłam też, że obaj używają języka męskiej dominacji i przemocy - jako figury retorycznej. Może to styl epoki po prostu, ale... cytuję:
      "Od jej spustoszonego spojrzenia zgwałconej niewolnicy, która zaspokojenie znaleźć może jedynie w coraz nowych gwałtach (...)". Przepraszam, ale co to ma być?

      Usuń
    4. Tak się zastanawiam, czy nie dałoby się znaleźć u Lawrence'a jakiegoś odpowiednika kaktusa, ale oddałam już książkę do biblioteki, a nic nie wynotowałam ;-).

      O, to, to! Masz rację, też mnie to uderzyło. Powieść ma w teorii czwórkę równorzędnych bohaterów, ale narrator traktuje bohaterki bardzo z góry -- przypisując im cechy, których u nich nie widać (albo widać je równie dobrze u bohaterów płci męskiej), językiem wskazującym na ich negatywne wartościowanie. Cytat chyba był o -- jakże się ta bohaterka nazywała? -- Minnie?

      Usuń
    5. Minette. Tak, to o niej. Tylko zastanawiam się teraz, czy to jest uwaga obiektywnego wszystkowiedzącego narratora, czy też narrator wyraża tutaj spostrzeżenia Geralda, bo to jemu "nerwy przeszył ostry, rozkoszny dreszcz żądzy" od tego "spustoszonego spojrzenia".

      Kaktusy mogły też zostać nieco uładzone w przekładzie ;)

      Usuń
    6. Ten cytat, o dziwo, zachęcił mnie do samodzielnego poznania prozy Lawrence'a. Lubię takie troszkę "grafomańskie" ciekawostki z klasyki literatury. To pokazuje, że ta nam współczesna "literatura kobieca" (specjalnie ujmuję ją w cudzysłów, aby nikt nie miał wątpliwości, o jakąż to literaturę mi chodzi) ma jakiś swój pierwowzór, a na pewno nie jest znakiem tylko naszych czasów.

      Natomiast traktowanie bohaterek z góry jest czymś co mnie mocno oburza. Zwłaszcza, że niby ten Lawrence ma być taki bezpruderyjny, odważny i wyzwolony, więc kompletnie mi to nie pasuje.

      Usuń
    7. @Tarnina, ale narrator trzyma się blisko bohaterów w gruncie rzeczy, przez cały czas referując nam, co sądzą i o czym myślą. I taki język się pojawia w przypadku bohaterek jednak, nie bohaterów.

      @Claudette, myślę, że Lawrence by się oburzył ;-). Właściwie jako opus magnum "Zakochane kobiety" miały pokazywać jego poglądy na świat, ludzkość, związki i pisanie.

      Usuń
  4. Mnie też z nim ewidentnie nie po drodze. Mam po prostu uraz do ideologów w literaturze a Lawrence na takiego wygląda. I choćby tą ideologią były jakieś dzieci kwiaty sto lat wcześniej po prostu mnie odrzuca. Rozumiem czy próbuję zrozumieć, że ten szok jakim była pierwsza wojna światowa wywołał że tak uproszczę gwałtowną burzę, potrzebę totalnej rewizji ideologii, wrażenie, że potrzebne jest jakieś nowe społeczeństwo, nowy człowiek i tak dalej, że przecież nie da się wrócić do tego co było i nawet nie powinno się chcieć. Ale jakoś Lawrence wydaje mi się zbyt fanatyczny właśnie. Właściwie najlepiej go kojarzę z listów i biografii Katherine Mansfield. I już wtedy wydawał mi się trudny, najdelikatniej rzecz ujmując. Może dlatego przymierzałam się do "Kobiet" bo wiem że Gudrun jest wzorowana na Katherine ale z tego co tu piszecie to jest wzorowana raczej na idei Lawrence'a niż na jej rzeczywistych zachowaniach i w dodatku odsunięta w tło. Czyli raczej bliższej znajomości nie będzie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O! A ja właśnie od dawna przymierzam się do Katherine Mansfield i po lekturze "Zakochanych..." mój zapał nieco ostygł -- ale z tego, co piszesz, nie ma się co sugerować tym, jak ją sportretował Lawrence?

      Natomiast co do rewizji społeczeństwa: i tego jest w powieści bardzo mało. Temat górników ledwie się przewija, problemy wyznaniowe takoż, nawet walka o wolność w sztuce niespecjalnie się wybija. No właśnie, trudno powiedzieć, co się tam pojawia, może oprócz dużej ilości zapadania się bohaterów w nicość ;-).

      Usuń
  5. Mam wrażenie że dla niego to całe odrzucenie konwenansów to właśnie rewizja społeczeństwa jest do pewnego stopnia. Społeczeństwo to sieć konwenansów więżąca* jednostki niepotrzebnie.

    Natomiast opowiadania i listy Katherine Mansfield są mi bardzo bliskie, takie nieuchwytne a bardzo konkretnie rzeczywiste. To tak jak Bojarska mówiła - sprzedawanie porcjowanej mgły - po pięć deko, opakowanie zastępcze.

    * (czy jest takie słowo? Chyba tylko w polszczyźnie mogłoby być, z jej szaleństwem imiesłowowym)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Możliwe, tylko że bohaterowie nieustająco walczą w ogóle w duszach swych o odrzucenie ludzkości jako takiej -- w każdym przejawie. Można by jednak uchwycić to odrzucenie konwenansów w formie (tutaj na plus dodam Lawrence'owi scenę zapasów, naprawdę dobrze napisaną i ciekawą w wymowie: bo bohaterowie w gruncie rzeczy sublimują w niej swoje uczucia, szukają jakiegoś wyjścia z sytuacji, z której nie umieją wyjść tak odważnie, jakby chcieli). Gdyby więcej było takich scen, a mniej dialogów wewnętrznych bohaterów... :-)

      Od czego radziłabyś zacząć przygodę z Mansfield?

      (Ja bym chyba powiedziała "wiążąca", ale to od "wiązania", nie od "więzienia", więc nie wiem, to jednak inne słowo ;-))

      Usuń
    2. A to odrzucenie ludzkości jako takiej totalnie to też przynajmniej po części pokłosie wojny wydaje mi się. Nie bez powodu nazywa się ją w angielszczyźnie Wielką Wojną.

      Jeśli o Mansfield chodzi to mam do niej bardzo osobisty stosunek, w tym sensie że widzę jej rzeczy słabsze ale nic mnie to nie obchodzi że są słabsze bo są jej. Zbiory opowiadań tym się generalnie charakteryzują że nie są na tym samym poziomie. W jedne wejść trudniej, drugie pasują jak rękawiczka. Lubię Garden Party bo było pierwsze po listach. Listy są świetne. I Dziennik, chociaż trudny, bo hermetyczny bardzo i jedno z najlepszych opowiadań - albo zalążek opowiadania - jest w Dzienniku właśnie. Upojenie znam najsłabiej więc chyba wywarło najmniejsze wrażenie. Ale nadal było to wrażenie.
      W ogóle jak teraz myślę, to zaczęłam Mansfield trochę za wcześnie i był w tym taki trochę zachwyt czternastolatki nad dorosłą kobiecością i dużo niezrozumienia. Ale nadal piękne to było bardzo. Zaczęłam od Listów i bardzo mnie poruszyło zdanie ze Wstępu - autorowi wstępu mianowicie listy towarzyszyły w obozie jenieckim jako jedyna lektura. I były prawdziwą ucieczką. Myślę że to by bardzo ucieszyło Katherine z jej stosunkiem do wojny i podejściem do sztuki.

      Usuń
    3. Zastanawiam się nad tym cały czas, bo powieść dzieje się przed wojną -- choć wyszła w 1920, czyli zaraz po niej. Przy czym mam wrażenie, że bohaterowie brzydzą się ludzkością raczej dlatego, że denerwują ich inni, "mniej wzniośli" według nich samych osobnicy. Tarnino, a jak Ty myślisz?

      Dziękuję za polecenie! Spróbuję w takim razie z Listami, muszę się rozejrzeć, co mają u nas w bibliotece, tudzież zapuścić się między antykwaryczne półki :-). Na pewno podzielę się wrażeniami!

      Usuń
    4. Wydaje mi się, że na "Zakochane kobiety" wojna nie miała wpływu. Fabuła jest umieszczona przed pierwszą wojną światową, oczywiście nie znaczy to, że powieść nie mogłaby się odnosić do wojny, sądzę jednak, że ona się w umyśle Lawrence'a ukształtowała w okresie przedwojennym. Że to "zapadanie się w nicość", jak to określa Pyza, nie wyraża reakcji autora na kataklizm, ale raczej znudzenie bohaterów bezpiecznym, monotonnym światem, który nie dostarcza im wystarczająco silnych emocji.

      A słowo "więżące" na pewno istnieje ;)

      Usuń
    5. Bo to są w ogóle tacy spóźnieni dekadenci, ci bohaterowie Lawrence'a, mam wrażenie.

      Usuń
    6. Tak, ja też tak ich odbieram.

      Usuń
  6. Sięgając po tę powieść raczej kierowałabym się tytułem i okazuje się, że mogłabym doznać lekkiego rozczarowania, skoro rola dam została tu potraktowana po macoszemu, wpisana gdzieś w mniej wyrazisty plan. Tarniny również Lawrence nie porwał, czyżby zatem groziła i mi ewentualna nuda i zniechęcenie megalomańską projekcją autora, sztucznością sztywnych, miałkich postaci oraz ich męczącymi wynurzeniami? :)
    Brak cieplejszych uczuć do bohaterów u mnie także nie przekreśla czytelniczego zaangażowania, "zasada pięćdziesięciu stron" budzi wyrzuty sumienia, lecz jest skuteczna. Klasyka mnie pociąga, ale nie zawsze bywa strawna i pożywna. Z kolei to rzeczywiście intrygujące, że zapewne choć motyw miłości jest nośny, tu szybko wyblakł za sprawą nieatrakcyjnej realizacji :) Z jednej strony jestem ciekawa mojej reakcji na grzęźnięcie bohaterów w nicość, z drugiej - obawiam się własnego ugrzęźnięcia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Megalomania to w ogóle jest dobre słowo do opisu i tego, co się w powieści dzieje, i samej powieści. Przy czym tak jak pisałam -- nie jest tak, że z czytania Lawrence'a nie można czerpać przyjemności (dlatego najlepiej przekonać się samemu), bo są tam sceny naprawdę świetnie napisane i takie, które zapadają w pamięć na długo. Gorzej, że -- no właśnie -- to są przede wszystkim sceny.

      Usuń
    2. Czym grozi czytanie Lawrence'a najlepiej przekonać się samemu. Bo mimo wszystko odczuwam pewną satysfakcję z tej lektury - możliwość wyrobienia sobie własnego zdania. Ale tak, zdecydowanie tytuł "Zakochane kobiety" nie jest adekwatny do treści. Jeśli autorowi wydawało się, że odkrywa tajniki kobiecej psychiki - to właśnie wydawało mu się.

      Usuń