Pan Tadeusz zretellingowany albo o „Lokisie” P. Mériméego



Nie będę Wam pisała, jak też Mérimée doszedł do stworzenia tej noweli – ze swadą robi to w wydaniu PIW-u Andrzej Biernacki – ani o tym, że sporo inspiracji w tym opowiadaniu pochodzi właśnie z lektury Mickiewicza. Zamiast tego będzie o niebezpieczeństwach czyhających na językoznawców, niesamowitej Słowiańszczyźnie i Litwie wyobrażonej. Pasy zapięte? No to do Medintiltas! Weźcie też się poczęstujcie koniecznie, jak to uroczo przekłada Leopold Staff, anchovisem z Drontheimu.


Koloryt lokalny obfituje!!!
Mérimée w liście do Turgieniewa, 9 października 1868 roku

Słowo wstępu, czyli z czym mamy do czynienia? Fikcyjny rękopis profesora Wittenbacha to w gruncie rzeczy historia opowiadana młodszym domownikom przez starszego, szanowanego naukowca, parającego się rzadkimi językami. Wittenbach akurat zajmuje się litewskim i żmudzkim, tropi ich powiązania z sanskrytem (XIX-wieczna obsesja na punkcie litewskiego jako języka najbardziej zbliżonego do najstarszych języków jest tu trochę obśmiana, bo profesor rozmyśla sobie przy śniadaniu nad zawiłościami gramatyki, lekce sobie ważąc przynajmniej niektóre niezwykłe wydarzenia rozgrywające się wokół niego) i w tym celu – oraz aby utrzeć nosa zazdrosnym kolegom po fachu – udaje się na Litwę, do Medintiltas, sioła rodowego hrabiego Michała Szemiota. Szemiot mieszka w zamku nieopodal wielkiego boru, ale zamiast snującego się po zamczysku klucznika z wielkim mieczem zatrudnia lekarza, by dbał o jego matkę. Matka oszalała wkrótce po ślubie na skutek fatalnego (a jak można sądzić z listów Mériméego absolutnie przerażajacego) wypadku z niedźwiedziem (nie, żebym się jakoś usilnie dopatrywała, ale jednak i „Lokis” jest opowieścią o przemocy wobec kobiet!). A sam hrabia Szemiot też jakiś specjalnie idealnie plasujący się w ogólnoprzyjętej normie nie jest.
Niedźwiedź, mospanie! Czyli Michał Andriolli ilustruje "Pana Tadeusza" (źródło). Nie, nie mogłam się oprzeć.

Mérimée przygotowywał się do pisania i przeprowadzał kwerendę, chcąc się upewnić, że mniej więcej odda w swojej książce sprawiedliwość Litwie. Nie oddał co prawda, jak świadczą głosy krytyki, ale co to za wyborna wyprawa w wyobrażoną Słowiańszczyznę i niemniej wyobrażoną Litwę! Czego tu nie ma: bonmoty w stylu Bogaty czy biedny, szlachcic czy pan, Słowianin umie spać doskonale na desce są na porządku dziennym, Mickiewicz czytan wszerz i wzdłuż, baby jagi z oswojonymi wężami w rękawach (ale nie w kieszeniach), pijane chłopstwo w tradycyjnych strojach ślubnych, rękopisy oddawane za bezcen. Jest się tu czego chwycić, bo to jest co prawda Litwa inaczej wyobrażona niż w „Bohini” dajmy na to – i w innym, rzecz jasna, celu – ale jest równie intrygująco. Mérimée, nie wiem, na ile celowo, a na ile po prostu dlatego, że sam też Mickiewicza czytał, w centrum stawia zagadkę związaną z niedźwiedziem. Niedźwiedź, nie wiem, czy zwróciliście na to uwagę, to słowiańskie zwierzę-tabu, sama jego nazwa to przecież właściwie nie-nazwa, tylko oznaczenie na nie-zwierzę, tak by nie wymawiać jego imienia i go przypadkiem nie wywołać. Temu też służą wszystkie „misie”, „miszki” i tym podobne: i Mérimée z tym zabobonnym lękiem gra i tytułem, i fabułą.

Czy jest, zapytacie, strasznie? Trudno powiedzieć. Autor wyposaża profesora w zacięcie etnograficzne, więc zamiast się straszyć, profesor dziwne staruszki zapytuje o miejscowe podania, dziwności hrabiego tłumaczy sobie chorobą w rodzinie, a jak jest zmęczony, to nie ma, że strachy – po prostu zasypia. Godna podziwu postawa u bohatera horroru, nie uważacie? Wittenbach jest nieco rozczarowany, że może powinno być dziwniej na tej Litwie, która jest dla niego nie do końca sprecyzowaną mieszanką słowiańsko-niesłowiańską, bo sam głównie przykłada wagę do dziwności gramatycznych litewskiego i języków słowiańskich. Ale taki zdroworozsądkowy narrator też daje ciekawy efekt, zwłaszcza w konfrontacji z finalną, makabryczną sceną, która przerywa dość sielankową jednak opowieść. I wtedy już jest się czego bać. Brr!

_______________

A jutro będzie o greckich wpływach, których strach się bać. Pojawią się też z wizytą poganie.

Weź dokładkę!

23 komentarze

  1. "Lokis" ciekawie straszy, prawda? Czy Ciebie przestraszył? Bo mi się podoba to budowanie napięcia, Merimee tak je budował, że ciągle tylko zagryzałam wargi, czekając, co to w końcu się stanie, bo że się stanie - to było pewne!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo ciekawie! Ale czy przestraszył...? To znaczy zakończenie jest makabryczne, z tym że najpierw przeczytałam wstęp i wiedziałam mniej więcej, co się wydarzy. Ale czytałam z ciężkim sercem, bo jednak było dość realistycznie i czyta się to jak historię miłosną między dwojgiem ludzi, dość swobodną, a tu nagle coś takiego. Także pod tym względem groza z pewnością jest, zgadzam się! I szkoda mi bohaterki -- jasne, Wittenbach opisuje ją jako płochą i zapatrzoną w siebie, ale to wcale nie wpłynęło na mój jej odbiór. A gdyby czytać to jako rodzaj "kary" w ogóle robi się nieciekawie...

      Usuń
    2. A może jakiejś rodzinnej klątwy? Matka została nastraszona przez niedźwiedzia, gdy była w ciąży, może owoc tego strachu, hrabia Szemiot, niczemu nie winien, bo to złe moce sprawiły, że stał się taki, jaki był? Pół-człowiek, pół-niedźwiedź? W końcu matka jego w dniu ślubu krzyczy, że niedźwiedź unosi niewiastę i każe do niego strzelać.

      Usuń
    3. Merimee pisał do Turgieniewa, że właściwie czytelnik może myśleć, że chodziło o zapatrzenie, on sam miał jednak intencję znacznie bardziej mroczną: ów niedźwiedź miałby być ojcem hrabiego (stąd też szaleństwo hrabiny). Tylko zastanawia mnie, czemu ofiarą pada akurat tak a nie inaczej opisywana dziewczyna? Jakby za jej rzekome "lekkoduchostwo" miała ją właśnie spotkać kara -- ją przede wszystkim, nie zaś hrabiego przecież!

      Usuń
    4. Tak, to prawda, dziewczyna zdaje się tu być niewinną ofiarą, bo, tak jak mówisz, poza tym, że jest płocha, niczemu w zasadzie nie zawiniła. Może karą dla hrabiego miała być sama zwierzęca strona jego natury? Właściwie nie wiemy, jak Szemiot się z tym czuł... A może ukarana za coś została jego matka (przez ten atak niedźwiedzia)? Też jednak nie jest wyjaśnione, czemu siły nieczyste się tak na biedaczkę uwzięły.

      Usuń
    5. Właściwie to to, co spotyka rodzinę hrabiego, jest jakby rodzajem fatum: nieuniknionego przeznaczenia, właściwie przez nich nie zawinionego. I tego się nawet nie czepiam (na czymś trzeba zawieszać niewiarę ;-)), bardziej idzie mi właśnie o to, co spotyka pannę Iwińską i dlaczego -- bo im dłużej nad tym myślę, tym bardziej przerażające mi się to wydaje: tak, jak jest zaprezentowane oczyma profesora Wittenbacha.

      Usuń
    6. Rzeczywiście, bo on opowiada o tym raczej spokojnie, a biedna dziewczyna zdawała się niczym sobie nie zasłużyć na ten straszny los.

      Usuń
    7. W ogóle -- tak w czasie naszej rozmowy dochodzę do wniosku -- że w "Lokisie" wszyscy, których dotknęła ta niedźwiedzia klątwa w ten czy inny sposób są bardzo źle traktowani i postrzegani przez otoczenie. Doktor chce matkę hrabiego bić "w celach leczniczych" (to też jest, swoją drogą, postać!), hrabiego uważa się za dziwaka, a Iwińską za trzpiotkę i wszyscy źle kończą. Można by z tego pewnie ukuć metaforę, na przykład że boimy się lub źle postrzegamy choroby, których nie rozumiemy.

      Usuń
    8. O, to na pewno (z tym, że szerzej - boimy się tego, czego nie rozumiemy), pytanie, czy sam Merimee zdawał sobie sprawę, że coś takiego opisuje ;)

      Usuń
    9. Myślę, że tu wyszłam już z interpretacją poza autorskie intencje ;-).

      Usuń
  2. Wydawało mi się, że czytałam, ale teraz zaczynam mieć wątpliwości, bo zakończenie z pewnością bym zapamiętała, chyba powinnam wyszperać książkę w bibliotece. :)
    Bookendorfina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tego zakończenia nie da się chyba zapomnieć ;-). Istnieje co najmniej jedno polskie wydanie, więc na pewno da się znaleźć w bibliotece! :-)

      Usuń
  3. Ciekawa sprawa z tym opowiadaniem, zaintrygował mnie głównie wątek przemocy wobec kobiet. Jak na razie wstrzymam się z lekturą, bo chciałabym trochę odpocząć od opowiadań, ale pewnie długo nie wytrzymam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest właściwie nowela nawet bardziej niż opowiadanie -- warto się skusić! :-) Przekonuję, bo ja z kolei wciągnęłam się w opowiadania: jakoś wcześniej nie czytałam ich aż tylu, a to kolejna rzecz, której się uczę przy tym wyzwaniu ;-).

      Usuń
    2. Nie przepadam za krótkimi formami, ale dla opowiadań czy nowel grozy robię wyjątek :)

      Usuń
    3. Takie zagęszczenie atmosfery, jakie jest w tych opowiadaniach, często bardzo dobrze robi klimatowi grozy właśnie :-).

      Usuń
  4. Nie czytałam, ale nie wiem, czy po Twoim wpisie się nie skuszę :) Jest też film Janusza Majewskiego z roku 1970 z Edmundem Fettingiem Małgorzatą Braunek. Można obejrzeć na kanale studia filmowego TOR, na YouTube (https://www.youtube.com/watch?v=HP-Ctpy9fQI) Jakoś nie mam zaufania do polskich horrorów z lat 70. (do współczesnych też zresztą nie), ale może w wolnej chwili... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyta się bardzo szybko i przyjemnie, a poza tym warto (a polskie wydanie, które czytałam -- i widziałam, że jest ono w ogóle dość popularne -- z serii z Jednorożcem jest do tego piękne i posiada ilustracje :-)). Dziękuję Ci za podrzucenie linku: już mi od przedwczoraj chodziła myśl, żeby obejrzeć, ale nie wiedziałam, że to taka prosta sprawa z dotarciem do materiału! A że żywię bardzo ciepłe uczucia do Edmunda Fettinga, to koniecznie, może nawet na dobry początek majówki... ;-)

      Usuń
    2. Obejrzałam! Strasznie się cieszyłam na wieczór z tym filmem, ale czuję się rozczarowana -- reinterpretacja sama w sobie ciekawa, tylko że generalnie film cierpi na brak napięcia, drętwe dialogi (miałam przez cały czas wrażenie, że jedynym aktorem, który faktycznie gra tam cokolwiek, jest Fetting i może jeszcze Lutkiewicz), a i plenery średnio mu posłużyły (Łańcut udający Litwę ;-)). Także z czystym sumieniem polecam książkę, film -- dla fanów ;-).

      Usuń
    3. No tak, jeśli chodzi o film, to niestety chyba to właśnie przewidywałam. Ciekawe, że film grozy to ten gatunek który się zupełnie nie udaje w polskim kinie. Ale książki poszukam przy najbliższej wizycie w bibliotece :)

      Usuń
    4. Tak, mnie też ciekawi ten problem: ale w przypadku "Lokisa" zastanawia mnie też, na ile film jest czytelny bez znajomości książki (bo część rzeczy znajduje się w filmie, ale bez związku -- w noweli motywy są ze sobą zręcznie powiązane). Bardzo jestem ciekawa, co powiesz po lekturze! :-)

      Usuń
  5. "Lokisa" wspominam bardzo dobrze. Słowiańszczyzna, niedzwiedzie, las... Czego chcieć więcej?;) Widzę, że ktoś tu wspominał o filmie...hm, jeśli będę miała trochę wolnego czasu (ale chyba o tym mogę tylko pomarzyć)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, "Lokis" jeszcze z czasem, mam wrażenie, zyskuje (natomiast film mnie rozczarował, jak pisałam wyżej :-( ). No i nie zapominajmy o wiedźmie z wężem, dopełniającej urocznego obrazu całości ;-).

      Usuń