Traumatyczny kemping albo o „Wierzbach” i „The Tarn of Sacrifice” A. Blackwooda



To musiało się stać – sięgnęłam w końcu po opowiadania Algernona Blackwooda, które polecają tak gorąco i Olga, i Luka, i Beata. Poza tym chciałam się w końcu przekonać, jak pisał ktoś, kto miał imię i nazwisko wręcz idealne dla mistrza grozy (nie mówcie, że też nie myśleliście choć przez chwilę, że to pseudonim!).


Słowem wstępu


Najpierw krótko opowiem Wam, o co chodzi. „Wierzby”, jako absolutny klasyk, być może obiły się Wam o uszy – to takie opowiadanie, które, choć się go bałam, znałam z omówień innych (a które w czasie lektury własnej okazało się, jak zwykle, nieco inne) – generalnie jest to historia dwóch panów. Pierwszoosobowego narratora i jego bezimiennego kolegi, o którym mówi per Szwed. Panowie wybrali się na wyprawę czółnem (kajakiem? W każdym razie: kanoe) po Dunaju, od jego spokojnych źródeł przez bawarskie wioski, dumny Wiedeń aż na Słowiańszczyznę. Ta jest, jak wiemy dzięki Marii Janion, zupełnie niesamowita, więc tuż za Preszpurkiem, czyli jak mówimy dzisiaj: Bratysławą, zaczęło się robić dziwnie. Zapędzeni przez złą pogodę na wyspę pośrodku rzeki panowie rozbili więc namiot, narrator przywdział koszulę nocną (dżentelmen z Wysp nie będzie spał w ubraniu jak nasz czujny Szwed) i zaczęło się robić jeszcze dziwniej: bo czy te wierzby rosnące wokół namiotu się aby nie przybliżają? Czemu pozbawiony wyobraźni Szwed jest nieswój i wygaduje takie rzeczy? Kogo w nocy widzi narrator? I co to za brzęczenie? 

The Tarn of Sacrifice” jest mniej znanym opowiadaniem Blackwooda (i chyba nie doczekało się polskiego przekładu). John Holt, weteran spod Sommy, wędruje sobie po regionie nieopodal resztek Muru Hadriana. Chodzi, rozpamiętuje wojenne doświadczenia i próbuje samemu przed sobą nie przyznać się, że było w doświadczeniu wojennym coś, co bardzo mu się podobało… Straumatyzowany, jak wielu mu współczesnych, Holt szuka ukojenia w pieszej wędrówce i rozmyślaniu o rzymskich czasach Brytanii. Nie daje się odwieść od spaceru nad miejscowe jezioro, nad którym wznosi się ponura skała, skąd według legendy barbarzyńcy strącili w czasie odwrotu pojmanych Rzymian. Kiedy dociera w pobliże skały spotyka dziewczynę – i opada na niego dziwne wrażenie, że zna ją właściwie od zawsze. I teraz nie pozwoli sobie, by ponownie (ale czemu ponownie, pyta się Holt, skąd to uczucie) utracić.
 

Do (not) as Romans do


Oba opowiadania łączy podobny motyw: wpływu przyrody na ludzką psychikę oraz tego, że w przyrodzie właśnie zachowały się jakieś resztki – czasami bardzo potężne – dawnych wierzeń czy rytuałów. Postanowiłam jednak skonfrontować ze sobą te opowiadania, bo stoją one do siebie w arcyciekawym kontraście. To, co straszy nas w „Wierzbach” oparte jest na wierze podobnej do tej, jaką znamy u Celtów: że światy oddziela od siebie cienka zasłona, w niektórych miejscach zupełnie cieniutka i łatwo można się nie zorientować, że się ją przekroczyło. To, czym nas Blackwood z kolei straszy w „The Tarn...”, pochodzi natomiast z czasów rzymskich: ofiar składanych bogom podziemi, przebłagiwaniu ich za nieodpowiedni rodzaj śmierci. Autor więc nie zajmuje jakiejś jednej strony, ale czerpie pełnymi garściami z tego, czym da się czytelnika wystraszyć – i robi to skutecznie. 
 
 
Rudolf von Alt w 1843 tak namalował Bratysławę (wówczas Pressburg), koło którego mieli później przepływać bohaterowie Blackwoodowskich "Wierzb". Źródło obrazu.
 

W obu opowiadaniach Rzymianie pojawiają się jako symbol opanowania świata. W „Wierzbach” narrator najpierw trochę z przekąsem, potem wręcz z tęsknotą rozmyśla o czasach, kiedy w tym regionie władali – a w każdym razie starali się władać – Rzymianie albo kiedy przynajmniej czuło się tutaj ich obecność: kulturalną, handlową, instytucjonalną. Teraz bez nich Słowiańszczyzna, u Blackwooda dość pozorna, wszak jego Słowację zaludniają głównie „przesądni Węgrzy”, jak mówią o nich bohaterowie opowiadania (inna sprawa, że oczywiście ta Słowacja w owym czasie jest licznie zamieszkana przez Węgrów, nie przeczę, chodzi mi jednak o pewne podstawowe, dość imperialne nie-rozpoznanie, jakie towarzyszy bohaterom) wraca do swoich korzeni, prastare ni to bóstwa, ni demony powracają na nią, kiedy nadarzy się im po temu okazja. W pewnym momencie nawet Szwed zaczyna wątpić we wszystko, co widzieli do tej pory: czy ten człowiek, który płynął na barce, był rzeczywisty? Żegnał się krzyżem? A może zaklinał? To w końcu taki świat, w którym wszystko należy czytać na odwrót. Natura nie jest kojąca, jest tylko zasłoną czegoś absolutnie strasznego. Nic dziwnego, że Blackwood wybrał akurat wierzby: jeśli próbowaliście się kiedyś schować pod osłoną opadających do ziemi, gęstych witek, wiecie, że to idealne drzewo-osłona. W opowiadaniu – dla nie wiadomo czego, czegoś nieludzkiego, żądającego ofiary. 
 
 
A tu z kolei resztki muru Hadriana, żeby drugie opowiadanie nie zostało bez ilustracji. Źródło.
 

Motyw ofiary to drugi motyw łączący oba opowiadania. Czym w końcu lepiej przywołać pogańszczyznę (w folk horrorze lubianą i często wykorzystywaną, jak zdążyliście już zapewne zauważyć) niż krwawą ofiarą z ludzi? Bo o ile bohaterowie „Wierzb” przypuszczają, że ta dziwna, niesamowita kraina chce od nich ofiary (i o tyleż straszniejsze – i literacko mistrzowskie – jest zakończenie opowiadania!), o tyle John Holt musi się na własnej skórze przekonać o tym, że dawni bogowie żądają ofiary jak za starych czasów. Blackwood pisze tutaj podobnie: wszystko rozgrywa się właściwie w umyśle bohatera, choć pojawiają się widoczne znaki, że coś jest nie tak z rzeczywistością. Spotkana dziewczyna, jej ojciec-kapłan, samotna chata na szczycie, to nagłe rozpoznanie, że o związanym czarnym ptaku nie ma nawet co wspominać. Ale Holta hamuje trochę wstyd przed samym sobą: chwilę przed przybyciem tutaj rozmyślał przecież, że było w wojnie coś, co go pociągało, ów rozlew krwi, i teraz jest mu najzwyczajniej w świecie głupio podejrzewać innych o niecne czyny. 
 

Ręka, noga, głowa…


Gdybym miała odpowiedzieć na moje ulubione pytanie „czym straszy” Blackwood, po pierwsze szukałabym odpowiedzi w konstrukcji opowiadań, a po drugie w tym, jak są napisane. Widzicie, autor nie tyle pokazuje nam zagrożenie, co każe nam uwierzyć, że je widzimy. Różnica wydaje się być mała, ale przecież właśnie to jest straszne: to coś niewiadomego, które może jest, może tylko nam się wydaje, którego wcale nie musimy czuć, ale wywiera na nas jakiś wpływ. W „Wierzbach” taka struktura strachu jest widoczna najlepiej: bohater stara sam sobie racjonalnie tłumaczyć dziejące się wokół dziwności, co jeszcze podkreśla niemal ironiczne zakończenie, w którym powraca niepewność, co właściwie widać – wydrę czy zwłoki? Zwłoki czy wydrę? Ale podobny sposób straszenia znajdziemy i w drugim opowiadaniu: bo czy aby wszystko nie zostaje przez Holta wywołane jego przebudzoną na nowo żądzą krwi? 
 
 
Tak, tak, hasło na kwiecień strasznie (wybaczcie, nie mogłam się powstrzymać) mi się spodobało.
 

Inna sprawa to właśnie zakończenia. Nie, nie bójcie się, nie będę spojlerowała. Chciałam tylko zwrócić uwagę na to, że zakończenia u Blackwooda dopiero każą nam się bać. Teoretycznie dają nadzieję i szybko ją zabierają. Czy bohaterowie pozostali przy zdrowych zmysłach, czy – mówiąc kolokwialnie – zupełnie już odlecieli? Czy to samotne wyprawy w tereny nietknięte ludzką stopą sprawiły, że coś się im stało? W końcu Holt mierzy się z dość fizycznym zagrożeniem, ale bohaterowie „Wierzb” najbardziej lękają się właśnie o swoje rozumy. Blackwood świetnie gra z motywem racjonalnego człowieka, którego najbardziej przeraża to, co niewytłumaczalne, nieracjonalne, zagrażające jego uporządkowanym, stabilnym poglądom na świat. I może dlatego właśnie każe się swoim bohaterom konfrontować też z lękami geograficznymi: z krainami, które wydają się czystym chaosem lub legły w gruzach, by nigdy już się z nich nie podnieść, mimo że historia była teoretycznie po ich stronie?

***

I jeszcze małe pytanie do tych, którzy czytali: jak myślicie, co stało się na końcu z bohaterami „Wierzb”? Strasznie jestem ciekawa Waszych interpretacji! 

_____________________

Jutro pozostaniemy w klimacie nieco zmyślonej Słowiańszczyzny, ale wybierzemy się na wycieczkę nieco dalej niż na Słowację.

Weź dokładkę!

12 komentarze

  1. Łaaa, opowiadania Blackwooda brzmią prześwietnie! Muszę w końcu zapoznać się z autorem, z wyzwaniem czy bez :) Szczególnie mnie jakoś poruszył (w sensie: nastraszył) Twój opis "Wierzb"...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniecznie! To są świetne opowiadania (chociaż krytycy podobno narzekali, że Blackwood pisze stylistycznie słabiej niż James czy Machen, ale przyznaję, że ja nie zauważyłam: w dodatku nastraszyć czytelnika kompozycją utworu -- to nie takie łatwe! A Blackwood umiał ;-)). I faktycznie nie można narzekać, że nie straszne!

      Usuń
    2. Zdecydowanie bardziej lubię takie strachy ukryte i "niepewne" niż jakieś ganianie z piłą czy siekierą :D

      Usuń
    3. No ja też. Do tej pory niechętnie sięgałam po horrory, bo zawsze się bałam, że natrafię na coś, co sprawi, że będę miała mdłości przez tydzień ;-). A tu się okazuje, że jest cała masa takich opowiadań i powieści z dreszczykiem, bez ganiania z piłami ;-).

      Usuń
  2. Ej, no skąd wiedziałaś, że dopiero co czytałam The Tarn of Sacrifice!??! :D
    Co do Wierzb, to czytałam je ze dwa lata temu, też "z polecenia Olgi" ;) Przyznam jednak, że na początku opowiadania Algernona zrobiły na mnie większe wrażenie. To był chyba ten powiew świeżości ;) Ale i teraz od czasu do czasu lubię sobie przepleść grubsze książki jego opowiadaniami. Ze swojej strony polecam Glamour of the Snow i drugi Secret Worship.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam wyczucie! :-D

      W jakim sensie? Czy potem zaczyna się jakaś powtarzalność, bo już wiemy, czym i jak autor lubi straszyć? Oba polecone opowiadania na pewno przeczytam (w ogóle czuję, że czeka mnie dłuższa posiadówka z dziełami Blackwooda!). A co myślisz o zakończeniu "Wierzb"?

      Usuń
  3. Coś czuję, że i ja będę musiała się niedługo zabrać za twórczość tego pana. Za dużo pozytywnych recenzji widuję, żeby jego utwory zignorować. Poza tym coś mi mówi, że sposób strasznie Blackwooda przypadnie mi do gustu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo możliwe, bo to jest sugestywne straszenie (jeśli lubisz, kiedy potwora nie widać, ale słychać i czuć ;-), to jest to sposób idealny i lepiej jest nie czytać po zmroku w pustym domu) :-).

      Usuń
    2. Lubię :)Dla mnie najstraszniejsze horrory to te, które straszą niepewnością, a nie scenami gore. Z czytaniem po zmroku ciekawe, jak na razie nie zdarzyło mi się, żeby książka była tak przerażająca, że nie dałabym rady kontynuować lektury po zmroku i w sumie w końcu chciałabym na taką historię trafić :)

      Usuń
    3. Mnie łatwo nastraszyć, także często mi się to zdarza -- "Wierzby" na przykład należą do tego typu historii :-). Ale jeśli masz większą odporność, nie musisz się obawiać!

      Usuń
  4. Po tak zachęcającej recenzji, po prostu trzeba się zapoznać z owym panem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo polecam! Wszystkie bodaj opowiadania są dostępne na stronie http://algernonblackwood.org/, w Projekcie Gutenberg, jest też polskie wydanie C&T pod tytułem "Wendigo i inne upiory". Także jest w czym wybierać :-).

      Usuń