Tutejszy Avatar albo o „Słowo las znaczy świat” U. Le Guin


Wychodzi mi jakoś czytanie Le Guin „w paczkach”, więc za jednym zamachem postanowiłam przeczytać od razu również „Słowo las znaczy świat”. Dzielę się więc garścią przemyśleń. Jak widzicie po tytule – lektura wzbudziła pewne skojarzenia.


Ponieważ zarówno Rusty, jak i Ziuta, którzy napisali o tej części haińskiego cyklu przede mną, nie wyrażali przesadnie ciepłych uczuć w stosunku do „Słowo...”, postanowiłam, że postaram się wygrzebać z tej powieści tyle, ile się da, na plus. Nie zrozumcie mnie źle, podobnie jak przedmówcy (przedpiścy?) uważam, że nie jest to najlepsze dzieło Le Guin i zasadniczo zestarzało się, bijąc czytelnika po oczach mało subtelnymi metaforami. Mimo to, jak sądzę, da się w nim wciąż znaleźć pewne ciekawe elementy, zwłaszcza jeśli czyta się je jako część cyklu o Ekumenie. A o czym to jest, spytacie? Na planecie, nazywanej Nową Tahiti, pnie się w górę ludzka kolonia. Naukowcy nie mają w niej wiele do powiedzenia, prym wiodą żołnierze i drwale – zalesiona planeta staje się dla zrujnowanej ekologicznie Ziemi źródłem dobrej jakości drzewa, a zamieszkujące ją humanoidy, porośnięte zielonym futrem i obdarzone zdolnością świadomego śnienia, zmieniane są powoli w niewolników. Tylko antropolog Raj Ljubow stara się jeszcze zapobiec niszczeniu tutejszej cywilizacji, ale dla obu stron jest już w gruncie rzeczy za późno.

Słowo las znaczy świat” to z jednej strony rozprawa na temat tego, że niszczenie przyrody jest złe, a wykorzystywanie tubylców jako taniej siły roboczej może doprowadzić tylko do wzajemnej agresji. I to jest ta mniej ciekawa, bo dzisiaj aż nazbyt oczywista, strona powieści. Natomiast Le Guin bardzo ciekawie porusza w niej, od innej niż dotąd strony, temat zaangażowania antropologa w badany teren, pokazując jego (owego badacza) rozliczne zobowiązania wynikające z przynależności instytucjonalnej. Ljubow może stawać na głowie, pisać skargi i raporty, ale pozostanie ziemskim antropologiem, którego wyrzuty sumienia gryzą – i popychają do pracy naukowej, ale niekoniecznie do porywania się na barykady. Widzi, że coś (wiele rzeczy) jest nie tak, ale nie ma innych narzędzi niż opisać to i liczyć, że historia rozliczy zwycięzców. Le Guin rzecz jasna miała przykłady takich wplecionych w siatki zobowiązań badaczy – choćby Ruth Benedict pracującej nad materiałami japońskimi – ale podjęła temat, który do refleksji naukowej trafi jednak dopiero później. Nie jest więc tak, że wszystko, co przynosi „Słowo...” jest zupełną ramotką. Owszem, autorka już wcześniej zastanawiała się nad tym, jak nawzajem wpływają na siebie badacze i badani – tutaj jednak dochodzi ten trzeci czynnik, instytucji umożliwiającej badanie, i jest on najistotniejszą składową.
 
 
Nic na to nie poradzę, w trakcie lektury cały czas widziałam Ewoki. Źródło.
 
To opowieść, która nieźle pokazuje równoległość czasów, w jakich rozgrywają się haińskie opowieści. Można ją bowiem czytać jako coś z czasów przed powstaniem Ligi Światów, ja wybieram jednak trochę inną opcję. Bo widzicie, sposób postępowania Ziemian jest karygodny – okazuje się jednak, że postępują oni zgodnie z otrzymanymi na swojej rodzimej planecie instrukcjami. Ponieważ jednak podróże kosmiczne trwają bardzo długo, przelatujący opodal statek informuje ich, że polityka się zmieniła, przekazuje też ansibl, urządzenie do natychmiastowej komunikacji. Teraz nie ma już wymówek, działa Liga, trzeba się dostosować. Nie wszyscy to uczynią – karykaturalny czarny charakter, przywodzący na myśl złego wojskowego z „Avatara”, tego oczywiście nie zrobi, gdyż jest złym a czarnym najczarniejszą czernią bohaterem i właściwie tyle – ale fakt faktem, że ansibl zmienia funkcjonowanie kolonii. „Słowo...” jest więc rodzajem takiej równoległej historii, toczącej się w czasie, gdy my jako czytelnicy przebywaliśmy już na innych planetach, znamy zasady działania Ekumeny. Teoretycznie jesteśmy nowocześni i oświeceni, zdaje się mówić Le Guin, ale w głębi ducha jest w nas coś niepokojącego.

Le Guin podejmuje tutaj również zestaw swoich stałych tematów. Kto jest człowiekiem? Co świadczy o tej mitycznej przynależności do wspólnej rasy, wywodzącej się gdzieś z Hain: wygląd? Zachowanie? Kultura? Zdolności umysłowe? A co jeśli to wszystko wygląda inaczej i ludzkość łączy szybka zdolność do wytwarzania w sobie negatywnych emocji i zjawisk takich jak morderstwo? Bywało już w cyklu ponuro, w „Słowie...” ponurość jest jeszcze bardziej dojmująca, bo przysłonięta kontekstem, w jakim dzieło powstało: wojną w Wietnamie. Nasz zły pułkownik nie bez kozery oblewa wszystko, co napotka, napalmem. Inne pytanie to: co jest normą? Czy to, co znamy my, czy może to, co znają oni? A może żadna z tych rzeczy? W tej akurat części zwróciło na siebie moją uwagę jeszcze jedno: sposób prowadzenia narracji. Chyba najmniej jednoznaczny ze wszystkich części: mamy aż trzy postaci, których narrator się trzyma (Ljubowa, złego pułkownika i Selvera, jednego z mieszkańców planety), zagląda im do głów i tylko czasem wtrąca coś ze znanej nam z pozostałych części cyklu perspektywy badacza-etnografa. Wychodzi to różnie, zwłaszcza że w tłumaczeniu to i owo wydaje się dość specyficznie przełożone (moją uwagę zwróciło słowo „wycyganić”, które u wyczulonej na kwestie sygnalizowania odmienności w języku Le Guin pasuje, delikatnie mówiąc, średnio). 
 
 
 
 
Nie powiem zatem, że zmęczyłam się przy czytaniu. Nie – tropienie tego wszystkiego było bardzo ciekawym zajęciem i z ciekawością przystępuję do lektury ostatniej książki z wyzwania, „Wydziedziczonych”. A jak Wam się czytało „Słowo...”?

Weź dokładkę!

10 komentarze

  1. "Słowo" należy chyba do jednych z mniej lubianych przeze mnie utworów Le Guin. Chyba właśnie z powodu zużycia tego tematu: popkultura przedawkowała liczbę złych ziemskich wojskowych na wiele lat i mocno psuje to odbiór powieści :( Nawet to cudowne "antropologiczne" podejście Le Guin niespecjalnie mi pomogło.

    Na marginesie mam jeszcze pytanie: zamierzasz czytać i pisać również o "Rybaku znad Morza Wewnętrznego"?

    PS. Kto nie widział w mieszkańcach Nowego Tahiti Ewoków, niech pierwszy rzuci kamień.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, chociaż Le Guin chyba była tutaj jedną z pierwszych eksplorujących temat: ciekawe, że nawet jeśli pisarka była pionierką, to temat odpowiednio zużyty pozostaje, no cóż, zużyty. Myślę, że postać Davidsona zyskałaby pewnie w dłuższej formie, a tak wyszła dość karykaturalna i czarno-biała.

      Póki co nie, ale w przyszłości -- kto wie :-). Na razie skoncentrowałam się na sześciu "Hainach", które zresztą kiedyś przypadkiem mój Domownik przyniósł z półki "ubytkowane" w bibliotece i czekały na swoją kolejkę. A polecasz "Rybaka..."?

      Uff! ;-)

      Usuń
    2. Bardzo :) Jeśli miałabym nawet porównywać oba zbiorki (choć nie powinnam, bo zupełnie inne), to wolę "Rybaka". Teksty w większości są późniejsze i zazwyczaj nie wydają się tak zużyte. A w opowiadaniach, mam wrażenie, Le Guin sprawdza się dużo lepiej :D

      Usuń
    3. Zorientuję się w takim razie, przede wszystkim jak zasobna w "Rybaka..." jest moja biblioteka, i kto wie, w przyszłości pewnie po ten zbiór sięgnę. Zwłaszcza że teraz, w trakcie lektury "Wydziedziczonych", głównie wydaję okrzyki zachwytu :-).

      Usuń
    4. "Wydziedziczeni" wbijają w fotel. Nie wiem nawet, czy nie są lepsi od dużo bardziej zachwalanej "Lewej ręki ciemności" :)

      Usuń
    5. Na razie muszę skończyć, więc nie będę chwaliła dnia przed zachodem słońca, ale kto wie, kto wie ;-).

      Usuń
  2. Na swój sposób to smutne, że odpowiednia ilość marnych dzieł potrafi wypaczyć odbiór dzieła dobrego. Choć jednocześnie zastanawiam się, czy odpowiednio dobre dzieło nie oparłoby się tym wpływom.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, myślę, że jednak to drugie (chociaż może niekoniecznie?) -- to znaczy dobrze zrealizowany motyw, choćby nie wiem jak oklepany, pozostaje motywem dobrze zrealizowanym. Pytanie, czy jakiś wpływ ma tu pierwszeństwo (kiedy orientujemy się, że motyw może i oklepany, ale przecież mamy do czynienia z Jednym-z-pierwszych-użyć), czy inne faktory?

      Usuń
  3. Swoim rozważaniem na temat roli naukowca przypomniałaś mi o jeszcze jednej radości, jaką miałam z czytania "Słowo >las<..." - o tym, jak fajnym typem naukowca był IMO Ljubow. W dekadzie, w której stereotypowy naukowiec najbardziej kojarzy mi się z jakimś Dawkinsem albo Pinkerem - grantowym wymiataczem, celebrytą i agresywnym krzewicielem jedynie słusznych prawd, fajnie było poczytać o zajmującym się nauką wrażliwcu, outsiderze i idealiście.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O nie, cały czas mamy wielu przyzwoitych naukowców: i humanistów, i ścisłych z zacięciem humanistycznym (bo Ljubow to w gruncie rzeczy kolejna odmiana Leguinowskiego antropologa, jednak taki typowy etnograf światów Hain w nim siedzi). Idealistów na szczęście trochę jeszcze jest ;-).

      Usuń