Weźmij garść z Frazera… Albo o „Panu żniw” T. Tryona



Kiedy dowiedziałam się dzięki Beacie o istnieniu tej książki popędziłam do biblioteki, gdzie szczęśliwie ją mieli, zawiadomiłam wszystkich, że zaczynam czytać i będę się strasznie bała, więc niechże ktoś będzie wieczorem w domu, zakopałam się wygodnie w fotelu i… Przeżyłam gorzkie rozczarowanie.


Co to za historia? Nowojorskie małżeństwo Constantine’ów, Ned i Beth, razem z nastoletnią córką Kate przeprowadza się na wieś. Szukają odpowiedniego lokum i przez przypadek trafiają do położonego na uboczu Cornwall Coombe, gdzie akurat stoi wprost idealny XVIII-wieczny dom. Co prawda na początku wszystko wskazuje na to, że nie jest na sprzedaż, a mieszkańcy są raczej wrodzy wobec samej idei, no ale od czegóż są trzęsące wsią pobożne wdowy spotykane przypadkiem na schodach kościoła? Ned i Beth kupują więc dom, urządzają się w nim i zaczynają pomału wsiąkać w wiejsku krajobraz. To znaczy Beth wsiąka, chadzając na spotkania kobiet, podczas których wyszywa się patchworkowe kapy, a Ned, z zawodu malarz, też chciałby wsiąknąć, więc chodzi po wsi i maluje krajobrazy i mieszkańców. Tylko że coś w tej całej sielance go niepokoi. Kim jest Grace Everdeen pochowana w niepoświęconej ziemi, przywoływana w rozmowach jako symbol wszelkiego zła? Dlaczego Worthy, złota rączka pomagająca w remoncie domu, za wszelką cenę chce się wyrwać ze wsi? I co to za dziwny kalendarz świąt, jakie obchodzą miejscowi?

Jaka ona jest? Chociaż zapowiada się bardzo obiecująco, „Pan żniw” niestety nie należy, według mnie, ani do strasznych, ani nieprzewidywalnych opowieści. W każdym razie ja z oboma tymi elementami miałam problem. Dlaczego? Jeśli czytaliście kiedyś „Złotą gałąź” (a jako fanka „Mgieł Avalonu” przeczytałam ją kilka razy, za każdym razem znajdując w historyjkach Frazera nowe, ciekawe elementy) cała historia zawarta w „Panu żniw” będzie dla Was od początku oczywista. Tryon niespecjalnie cokolwiek tutaj zmienił – mamy króla uosabiającego dostatek ziemi i królową-matkę-ziemię, rytuały płodnościowe, poniekąd krwawe, aluzje do misteriów w Eleuzis rzucane zupełnie wprost, przenosiny spektaklu na rzeczywistość i wiele innych elementów. Niektóre są lepiej, inne gorzej zamontowane w powieściowym świecie. Tryon lubi zostawiać drobne elementy, z których można wywnioskować, co się stanie: czasem podpuszcza, żeby uwierzyć w coś, co okazuje się nieprawdą, ale podstawowy szkielet konstrukcyjny jest jasny i jeśli znacie mit o podglądanej w kąpieli Artemidzie, niespecjalnie Was zdziwi, co dzieje się z bohaterami.
 
 
Ponieważ wylewam żale, żeby uniknąć frustracji popatrzy na piękne widoki Kornwalii. Bo oczywiście nie ma porządnego pogańskiego kultu bez maczających w tym palce Celtów, a Cornwall Coombe nazywa się tak nie tylko w związku z kukurydzą.
 

Czy jest w niej coś strasznego? No właśnie, ale skoro nawet taki boidudek jak ja nie wystraszył się pogańskich harców Connecticut (notabene Cornwall Coombe leży w pobliżu Hartford, czyli w jednym ze zmyślonych uniwersów sąsiadowałby ze Stars Hollow, miasteczkiem z równie wielką liczbą dziwnych świąt i festiwali, choć bez tego dziwnego zamiłowania do kukurydzy), to czy jest w tej powieści coś strasznego? Otóż: tak. Niestety. I tym kimś jest narrator pierwszoosobowy, Ned Constantine. Co za straszliwy bubek! Myślę, że historia ta byłaby lepsza, gdyby nie została zaserwowana w takiej odsłonie. W dodatku, skoro mamy do czynienia z krwawymi kultystami Matki Ziemi, żyjącymi w matriarchacie (nie mam nic przeciwko pomysłowi osadzenia w latach 70. zapomnianej wsi ogarniętej wyłącznie żądzą zbiorów kukurydzy, mogę tu zawiesić niewiarę na kołku dość spokojnie), to czemu u licha główny bohater postanawia walczyć z nimi swoją męskością? Tak, tak, nie przewidzieliście się. Oto bohater, który wpada na doskonałe pomysły w rodzaju „mogę zabić tę wiedźmę, ale zamiast tego ją zgwałcę!” (i to jest nasz pozytywny bohater), niespecjalnie przejmuje się żoną, chociaż poinformuje nas o jej napadach depresyjnych, a w dodatku ląduje w worku pod tytułem „jestem w opresji z rąk krwawych, opętanych seksem i żądzą posiadania dzieci kobiet” (to, jak sadzę, miało czytelnikiem wstrząsnąć).

I co w związku z tym? Dobre pytanie. Tryon straszy nas w gruncie rzeczy takimi elementami, które nie są specjalnie straszne, bo nie są subtelne – a to nastolatka babrząca się w kurzęcych wnętrznościach, a to potwornie okaleczony mieszkaniec wsi, a to czaszka w lesie. Kulminacyjne sceny są właściwie toczka w toczkę takie, jak opisuje Frazer (plus seks), więc też jakoś specjalnie nie zaskakują. W trakcie lektury czułam się w gruncie rzeczy jak ktoś, kogo sąsiedzi na Halloween próbują nastraszyć tak, żeby się wreszcie przestraszył, więc wyciągają z pudełek z dekoracjami wszystko, co do tej pory straszyło. Tylko że a to czaszka jakaś taka papierowa, a to wycie wiatru słychać, że puszczane z magnetofonu… Tak mniej więcej wygląda to straszenie u Tryona. Ta część, która ma nas podejść psychologicznie, jest z kolei osadzona na mechanizmie, który całej złotogałęziowości tej historii dodaje szczypty „Żon ze Stepford” (tyle że na serio). Bo jakże to, te delikatne – uległe, jak lubi podkreślać nasz narrator – kobiety wcale takie nie są? Groza! No, owszem, nie są to sympatyczne postaci, ale może czułabym do nich większe obrzydzenie, gdyby nie były tak sztampowe i gdyby większości mojej niechęci nie wziął na siebie narrator. Zresztą o pozostałych bohaterach (a zwłaszcza bohaterkach) wiemy mało: o żonie Neda niewiele, o jego córce jeszcze mniej, kobiety generalnie charakteryzowane są przez pryzmat ciała (a Cornwall Coombe okazuje się wsią, gdzie chyba nikt nie nosi stanika) oprócz może wspomnianej przeze mnie na początku wdowy-staruszki. Że nie wspomnę o tym, ile razy narrator nam powtarza, że ludzie mieszkający na wsi są prości (używając najoględniejszego słowa z jego zasobów).
 
 
 

A jak wydanie? Właśnie, gdybyście jednak mieli ochotę przeczytać (czyta się szybko, dłużyzn właściwie nie ma, a jeśli dodatkowo lubicie – jak ja – motyw „ktoś przeprowadza się na wieś i odkrywa, że w niej straszy”, to można tę powieść dołączyć do swojej kolekcji przeczytanych), to chyba jednak polecałabym skonfrontować się z oryginałem. Polskie wydanie (czytałam wydanie wydawnictwa Alfa z 1996) jest bardzo ładnie wydane, ale tłumaczenie wprawiało mnie czasami w konfuzję. Opisy nastolatek („twarze bez wyrazu, o szerokich ustach, gapiowate oczy” – choć może i w oryginale opisy te mogą budzić zdziwienie), ciągłe pochrząkiwania bohaterów (chrząka tam naprawdę każdy) czy niekonsekwentny zapis imion i nazwisk to coś, co mnie zadziwiało najbardziej. Chociaż, no cóż, trudno powiedzieć, bo może tłumacz jest tu Bogu ducha winny i to inwencja autora?
 
 
 

________________

A jutro wracamy na Słowiańszczyznę, tym razem faktycznie słowiańską. Będzie dużo jeżdżenia na oklep, będą też pierogi!

Weź dokładkę!

12 komentarze

  1. Zmartwiłaś mnie swoją recenzją, bo po poście Beaty napaliłam się na tę książkę. Pewnie i tak sięgnę, ale skoro narrator jest takim seksistą to nie wiem czy zdzierżę te jego "mądrości". Szkoda też, że strachów nie ma za wiele.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najlepiej jest zawsze wyrobić sobie własne zdanie -- a książkę, abstrahując od mądrości narratora, czyta się naprawdę sprawnie i szybko, więc nie musisz się bać, że zabierze Ci dużo czasu, którego nikt Ci nie zwróci ;-). Opisy życia w Cornwall Coombe są całkiem przyjemne, postać wdowy intrygująca, trzeba się tylko uzbroić w cierpliwość do samego Neda, ale wydaje mi się, że książkę warto poznać, choćby dlatego, żeby zobaczyć, czym się zachwycano 40 lat temu (książka była bestsellerem i mówi się o niej jako o czymś, co poprzedziło Kinga, więc choćby dlatego warto).

      Ale nie będę ukrywała, narrator jest trudny do zdzierżenia, tak jak i przewodni konflikt, niestety, który wypada dość karykaturalnie.

      Usuń
    2. Uwaga o czasie rzeczywiście jest dość pocieszająca :) Zgadzam się, że najlepiej sięgnąć i na własnej skórze przetestować książkę, ale przynajmniej wiem, żeby nie nastawiać się na nie wiadomo jak wspaniały utwór. Powinnam poznać ten tytuł również ze względu na informację o Kingu, bo tego kontekstu sobie nie uświadamiałam.
      Myślę, że jakoś zniosę narratora, ale będę musiała się do tego przygotować.

      Usuń
    3. Myślę, że można "Pana żniw" traktować jako niezobowiązującą rozrywkę, no i właśnie takie zapoznanie się z kontekstem czasów, w jakich powstał i był popularny. Narrator i tak boli, mimo wszystko, ale da się wtedy znieść ;-). Z chęcią poczytam też i pogadam o Twoich wrażeniach z lektury :-)!

      Usuń
  2. Z Frazerem nie miałam chyba do czynienia. Ale i tak książka była dosyć przewidywalna, wiadomo.
    Jeśli chodzi o narratora... rozumiem Twoją niechęć. Też nie zrozumiałam wspaniałego pomysłu zgwałcenia "wiedzmy", poza tym Ned niby martwił się o żonę, niby wspominał o trudnej przeszłości... a koniec końców i tak się nią nie przejmował i włóczył się radośnie po lasach (jak on się tam nie zgubił??) Ciężko mi się wypowiedzieć odnośnie języka, bo czytałam w oryginale i przyznaję, że nie zrozumiałam wszystkiego;) Ale oryginał podobał mi się bardziej, a pomysł unieszkodliwienia tych, którzy za dużo widzieli i mogą coś wygadać, był moim zdaniem całkiem niezły.
    Podsumowując: podobało mi się bardziej niż Tobie, chociaż też dostrzegam niedoskonałości. Ale lubię takie klimaty, więc przymykam na większość oko i cieszę się lekturą;)
    PS. Uwaga o braku staników we wsi - jakże trafna!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właściwie jedyną rzeczą, na którą dałam się nabrać, był konflikt Jack-Soaksowie (to ichniejsze szycie kaczek mnie przekonało, ale w pewnym momencie się już domyśliłam, że musiało być inaczej). Poza tym faktycznie Frazer jako żywy (skądinąd polecam! :-)).

      No właśnie, Ned cały czas deklaruje, że martwi się o córkę i żonę, a widzimy, że ma to w gruncie rzeczy gdzieś. Zresztą cały wątek Kate jest dość po macoszemu traktowany (i z nim chyba miałam więcej problemów przy zawieszaniu niewiary niż przy mrocznym kulcie kukurydzy ;-) -- to pogotowie, co nie wpada na tracheotomię...).

      No właśnie ja klimaty też lubię -- podobało mi się samo, dość długie, opisywanie życia we wsi -- ale narrator i idea przewodnia mnie straszliwie denerwowały. Myślisz o przeczytaniu jeszcze którejś z powieści Tryona? Bo mnie nawet kusi... ;-)

      Usuń
    2. Faktycznie, Kate jest bardzo powierzchownie opisana, zdziwiło mnie też że pomimo jej ogromnej alergii, cała rodzina przeprowadziła się radośnie na wieś (rośliny, zwierzęta, własny konik...?)

      Tak, tutaj też dałam się zmylić - i długo myślałam, że Jacka urządzili tak Soaksowie. I dlatego ten wątek tak mi się spodobał;)

      Mi kult kukurydzy i podobne wątki (mała, dziwna społeczność, o której nikt nie wie lub na którą świat zewnętrzny nie zwraca uwagi) przypadły do gustu po "Dzieciach kukurydzy" i innych opowiadaniach Kinga i z chęcią daję się ponieść takim historiom;)

      A wiesz, że myślałam o przeczytaniu jeszcze czegoś tego autora? Na okładkach zagranicznych wydań "Harvest Home" Tryon jest reklamowany jako autor świetniej powieści "The Other" - więc chcę po nią sięgnąć. I przed chwilą znalazłam opis innej jego książki "The Night of the Moonbow" - tam jest kolejny mój ulubiony horrorowy motyw, czyli letni obóz nad jeziorem;) Może to nie jest horror najwyższych lotów, ale jakże mi się to wszystko podoba!;)

      Usuń
    3. Ba, nasz ulubiony narrator nawet zaznacza, że wieś dla alergika jest bardzo groźna, no ale "przecież jakoś to będzie". Tu już w ogóle westchnęłam głośno, bo co można przy takim podejściu zrobić. Swoją drogą Kate miała być nastolatką, a ciągle zachowywała się jak małe dziecko, nie mogłam jakoś sobie wyobrazić, że mamy do czynienia naprawdę z nastoletnią dziewczyną. W dodatku zawsze kiedy wygodnie było, żeby nie była w pobliżu, akcja o niej zupełnie zapominała ;-).

      Tak, ja też bym powiedziała, że to -- oprócz wątku Roberta -- był najlepszy wątek w książce! Zdecydowanie był najciekawszy i najmniej przewidywalny.

      No właśnie ja, jak wiesz, za bardzo boję się Kinga, ale po przeczytaniu tego i owego o "Dzieciach kukurydzy" wydaje mi się, że masz rację, że "Pan żniw" mógł tu być inspiracją. Zresztą mówi się, że Tryon przed Kingiem był pierwszym takim autorem rozwijającym obyczajową część swoich historii grozy. Szkoda tylko, że akurat w "Panu żniw" w taki sposób ;-).

      Też widziałam zachwyty nad "The Other", ale nie wiem, czy to ten rodzaj historii, które mnie pociągają. Muszę poczytać opisy innych jego książek, może znajdę tam coś, co mnie zachęci (letni obóz nad jeziorem brzmi nieźle! chociaż widzę, że jest tam też przemoc dziecka wobec dziecka, a to już nie do końca moje klimaty).

      Usuń
  3. Wydaje się, że autor po prostu przedobrzył ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, to nie kwestia przedobrzenia, ale raczej specyficznego rozplanowania całości, o głównym bohaterze nie wspominając ;-).

      Usuń
  4. Ja tradycyjnie nieco z marginesu. Ciekaw jestem, czy Pyza oglądała "Mojego sąsiada Totoro"? Co prawda tam okazuje się, że nie straszy, ale jest to jedna z mych ukochanym animacji i piękna, ciepła opowieść.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak! Jestem fanką produkcji Studia Ghibli w ogóle, a "Mój sąsiad Totoro" jest w mojej zdecydowanej czołówce (tuż obok "Szeptu serca" i "Ruchomego zamku...", który swoje wady ma, ale im więcej razy go widzę, tym bardziej mu je wybaczam). I za pomysł, że duchy można wystraszyć głośnym śmiechem też go tam umieszczam ;-).

      Usuń