Zima już przyszła albo o „Lewej ręce ciemności” U. Le Guin

Od razu na wstępie pozwólcie, że zaserwuję Wam taką oto anegdotkę. Przeczytałam „Lewą rękę...” kilka(naście) lat temu, ale że jedyny egzemplarz, jaki wtedy znalazłam, był po angielsku – a mój angielski nie był wówczas na tyle dobry, by swobodnie rozkoszować się powieściami – to na lata jedyną rzeczą, jaką wyniosłam z lektury, była znajomość słowa „blizzard”.

Tymczasem powrót po latach do tej akurat powieści Le Guin był bardzo powolny (czytałam ją w sumie cały marzec z dłuższymi przerwami), bo i taka to trochę jest powieść. Teoretycznie o bardzo ekstremalnych wydarzeniach – jest i brawurowa ucieczka przez samotną, lodową pustynię, i uczucia szarpiące wnętrzności, i polityczne spiski, i próba zrozumienia siebie i tego, co nie daje się ująć w prostych kategoriach – a praktycznie napisana tym chłodnym, wyważonym stylem, który pisarka wypróbowuje już wcześniej. I nic to, że tym razem mamy dwóch narratorów, którzy wymieniają się w próbie opowiedzenia nam o rzeczywistości tak, jak jest widziana, i nic, że przeplata się ta narracja fragmentami dzienników, legend, historii, które zmieniły się w podania. Nadal odbierałam to tak, jakby historię Le Guin serwowała nam z nieco za dużym dystansem. W krótszych formach na to nie narzekałam, ba, podobał mi się ten odstęp świadomie wykreowany między autorką a czytelnikiem. Tutaj – miałam problem, też zapewne przez wzgląd na to, że to nie żadna mini-powieść, jak trzy poprzednie, ale powieść z oddechem, rozpięta na trzystu stronach historia (nie)oswajania się i (nie)poznawania.

Le Guin porusza tutaj dwie kwestie, które wcześniej w cyklu Ekumena się nie pojawiły. Cykl dojrzał, historia postąpiła naprzód, wysłannicy docierają na coraz dalsze, peryferyjne planety. Już nie chodzi o rozpoznawanie ludów i ras rozumnych – te rasy i ludy tworzą bowiem swoje państwa. I co teraz? Czy wysłannik ma się zwracać do jednego państwa, licząc że pozostałe pójdą za jego przykładem? A jeśli do jednego – to do którego? Główny bohater „Lewej...”, Genly Ai (Le Guin pogrywa sobie z tym jego imieniem i nazwiskiem, pokazując jak bardzo jesteśmy przyzwyczajeni do naszego języka, nie zdając sobie sprawy, że może nie być ani ociupinę jasny dla innych – tak jak w scenie, w której Estraven konstatuje, że nazwisko wysłannika brzmi jak okrzyk bólu), dokonuje złego wyboru, bo sądzi po pozorach: tam, gdzie są wylewni, pewnie są dobrzy, tam, gdzie trzymają się formy – źli. Nie kończy się to dla niego tak, jakby sobie życzył, i na nic są tłumaczenia, że przecież robi to „dla misji”. Misja misją, a człowieczeństwo i związane z nim emocje to inna sprawa. Muszę przyznać, że pod tym względem, tej próby opisania binarnej opozycji dwóch państw, Karhidu i Orgoreynu, „Lewa ręka...” podobna jest do „Wizji lokalnej” i w podobny sposób mnie znużyła. Bo tak, Orgoreyn jest rodzajem państwa komunistycznego, ze wszystkimi jego wadami – ale wydała mi się ta aluzja zbyt mocno nakreślona. Gdyby pozostać tylko przy sugestii – owszem, ale mechanizm działania, jakiemu ulega naiwny Ai, nie ma w sobie aż takiej głębi, by nurtować.



Druga kwestia, to właśnie owo przeplatanie mitu i historii, tego, co się wydarzyło z tym, co być może się wydarzyło, ale nie jesteśmy tego pewni. Te części narracji podobały mi się najbardziej. Bo skąd ta obupłciowość (czy, jak słusznie zaznacza Rusty, ambiseksualność) zamieszkujących planetę Zima osób? Czy to wynik eksperymentu, czy ewolucji? Zapiski z dziennika sondujących planetę wysłanników przychylają się do zdania numer jeden, ale zostaje ono poddane w wątpliwość. Le Guin podsuwa tropy i mówi „sprawdzam”, zanim namyślimy się, jakie jest nasze zdanie. I tutaj zdecydowanie „Lewa ręka...” zasługuje na wszystkie pochwały, jakie może zebrać. Autorka pogrywa też z historią Estravena, drugiego z narratorów, która jest rozpięta ponownie między to, co widzieliśmy i czego byliśmy świadkami, między zapiski, które czyni on zgodnie z tradycją, by móc przekazać do archiwów swojego rodu, między legendami, które zaczyna się o nim opowiadać. Samo zakończenie powieści też sugeruje, że historia łatwo osuwa się w mit, w legendę, kiedy wydaje się mało prawdopodobna, zbyt dziwna, nieosiągalna. Genly Ai i Ekumena są dla Zimian rodzajem legendy, baśni o odległych światach, której może nawet nie warto słuchać, bo czy ma jakieś znaczenie póki nie spłynie na ziemię z gwiazd statek pozwalający się pomiędzy nimi przemieszczać?

Ekumena wyszła więc z kryzysu, w jakim się znajdowała w „Mieście złudzeń” i trwa dalej. Jest ideą, za którą warto ponieść cenę, jak sam siebie przekonuje Genly Ai, choć na końcu i on będzie musiał zdać sobie sprawę z tego, o czym wiedział już dawno obrócony w proch Rocannon: że nie tylko oni zmieniają planety, na które przybyli. To te planety w dużym stopniu zmieniają ich – czy są na to gotowi, czy nie.

Weź dokładkę!

12 komentarze

  1. Powieści nie znam, lecz pod wpływem recezji zaczynam zastanawiać się nad taktyką grupowania ludzi, z którymi się stykamy poprzez kryterium nadmiernie eksponowanej życzliwości i zdystansowania, mającego stanowić o naturze człowieka. Ten sposób zwodzi wygodą, lecz niestety jest nieskuteczny i bywa zgubny. Kolejna zaszczepiona refleksja dotyczy tego, w jaki sposób uwarunkowani jesteśmy przez otoczenie - nawet jeżeli wydaje nam się, że doskonale wywiązujemy się z misji samozwańczych hegemonów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To powieść zdecydowanie polecam, jednym z pytań, jakie zadaje czytelnikowi -- poprzez losy Aiego -- autorka, jest właśnie to: jak to jest z pozorami (sympatii, zrozumienia, dystansu, mówienia prawdy, że o kwestiach takich jak wygląd czy fizjologia w ogóle nie wspomnę) i czy warto się na nich opierać. I kiedy my naprawdę kogoś "rozumiemy", a kiedy tylko nam się wydaje, bo pozwala wytłumaczyć sobie jego zachowania.

      Usuń
    2. Zagadnienie bycia nas wobec świata i naszego błędnego odbioru innych na podstawie zewnętrzności to kwestia niezmiernie mnie zaprzątająca. Często łamię sobie głowę nad tym przy okazji codziennych rozmów. Sama bywam winowajczynią osnuwania się pozorami - dobrej, otwartej słuchaczki ;). Innym razem z kolei zastanawiam się, na ile jestem w stanie zrozumieć adwersarza, przeniknąć jego zagadkę. A dzięki tak wartościowym pozycjom mogę uczyć się od najlepszych, najbardziej bacznych obserwatorów.

      Dziękuję :)

      Usuń
    3. O, wątek słuchania (i słyszenia) drugiego człowieka, jak również zagadki zdecydowanie są w "Lewej ręce..." obecne przez cały czas, więc pod tym względem również można tu znaleźć coś dla siebie :-).

      Usuń
  2. Okej, poddaję się. Czytałam "Lewą rękę..." wiele lat temu, okazuje się, że zbyt dawno. Może powinnam kiedyś do niej wrócić? Naprawdę mało pamiętam. Głównie został mi w głowie ten intrygujący koncept płciowości, zmuszenie czytelnika do stawienia czoła stawiającej wszystko na głowie obcości i to, że całość bardzo mi zaimponowała. To niewiele...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam tak samo, utkwił mi w głowie koncept na samych ludzi zamieszkujących Zimę, no i oczywiście słowo "blizzard" ;-).

      Usuń
  3. Pierwszy akapit doskonale pokazuje, że Pyza nie przepada za grami komputerowymi ;)

    Ja "Lewą rękę..." czytałem dawno temu, ale nie bardzo dawno. Wrażenia mam mgliste, ale pozytywne. Podobały mi się pomysły, ale rzeczywiście momentami było nieco zbyt wiele dystansu. Co jest o tyle ciekawe, że mi styl Le Guin zawsze kojarzył się z "osobistym" podejściem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pyza gry bardzo lubi, ale w czasie, gdy nie znała słowa "blizzard" nie miała też aż tylu możliwości grania ;-).

      A to ciekawe: z czego wypływa to wrażenie o "osobistym" podejściu? Bo moim zdaniem tematy, które opisuje Le Guin można zakwalifikować jako "osobiste", czy "bliskie" (naturze ludzkiej jako takiej), natomiast ten styl (może za wyjątkiem "Wydziedziczonych"? Przynajmniej jeśli idzie o sześć tomów Ekumeny) jest dość chłodny, właśnie taki "przyglądający się", moim zdaniem.

      Usuń
  4. Zaciekawiła mnie Twoja (i potwierdzona też przez Qbusia) teza, że "Lewa ręka ciemności" jest pisana z dystansu... Coś w tym rzeczywiście jest, ale z drugiej strony - dziwna sprawa, że można pisać z dystansu, a jednocześnie mieć narratora pierwszoosobowego, który przecież transmituje z własnej głowy, opowiada o swoich uczuciach, jest subiektywny... Może to Genly jest po prostu takim chłodnym, zdystansowanym bohaterem, i dlatego, chociaż cała książka to jego zwierzenie, to i tak wydaje się chłodna? Jak bohaterowie Dukaja - niby ciągle rozkminiają uczucia, a i tak czytelnik ma wrażenie, że tyle w tym czułości, co w sekcji zwłok żaby w laboratorium ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest, ale jednak Genly pozostaje wysłannikiem Ekumeny, ubiera się w tę szatę i stara się z niej nie wychodzić -- może poza kilkoma momentami w trakcie wędrówki przez lodowiec -- i tak buduje ten dystans. Samego przecież dziwi go, że Zima wpływa na niego (kiedy widzi członków swojej wyprawy niemal boleśnie odbiera ich istnienie, ich płeć, wszystko, od czego na Gethen odwykł). Pytanie, na ile podobnie jest z Estravenem, bo narratorów mamy wszak dwóch?

      Usuń
    2. Skoro Genly'ego "wychładza" i dystansuje fakt bycia wysłannikiem,a zatem kolesiem, który jest w robocie i nie może pozwolić sobie na sentymenty, to u Estravena podobna rzecz dzieje się pewnie przez szifgrethor i getheńską kindersztubę dla dzieci z arystokratycznych rodzin.

      Usuń
    3. Też bym tak obstawiała -- i wtedy te sceny, kiedy siedzą razem, Estraven półnagi, w namiocie w trakcie wędrówki, robią (według mnie) jeszcze większe wrażenie. Bo ta bliskość (mała przestrzeń, ciało obok ciała) nie zmniejsza aż tak dystansu -- dopiero myślomowa poniekąd to robi. Zresztą tutaj widać też nawiązanie do sceny podróży Genly'ego kibitką do obozu pracy, choć to scena znacznie bardziej drastyczna, oczywiście.

      Usuń