7 czytelniczych strachów albo czego boję się w książkach?



Strasznie dawno nie było żadnego wpisu okołoksiążkowego! Aż strach. Dlatego nieco przekornie postanowiłam napisać dzisiaj o tym, co mnie w książkach przeraża.


Że doskonała książka zepsuje się przed końcem. Większość osób, które miały okazję ze mną rozmawiać wie, że jestem dość zachowawcza relacjonując postępy z lektury. Nawet jeśli książka mnie absolutnie zachwyca, zastrzegam się, że nie chciałabym, żeby się zepsuła, co jest przecież możliwe. Niestety utrzymać równy poziom, nie wprowadzić zbyt wielu wątków, których rozwiązania będą – mówiąc najogólniej – „niefajne” czy nie przegadać powieści jest trudno. Także za każdym razem, kiedy powieść mi się spodoba trzęsę się ze strachu, czy aby gdzieś w środku się nie popsuje (albo na samym końcu nie wywinie jakiejś wolty, która sprawi, że z zachwytów wpadnę w rozpacz). Nie wiem, jak Wy, ale ja mam tak, że świat powieściowy może mnie oczarować na tyle i na tyle odpowiadać mojej danej czytelniczej potrzebie, że taki strach jest czymś jak najbardziej realnym.

Że wszystko skończy się dokładnie tak, jak myślę. I nie mam tutaj na myśli gorączkowego trzymania kciuków, żeby bohaterowie się zeszli, któryś z bohaterów przeżył, a inny z kolei zszedł z areny dziejów – o, takie zakończenia to chyba wszyscy lubią. Nie. Chodzi mi o zakończenia, które szykują się od początku książki, ale czytamy licząc, że e, niemożliwe, na pewno autor/ka jednak przeprowadził to wszystko jakoś inaczej. A tymczasem okazuje się, że przeczytaliśmy właśnie sześćset stron, żeby potwierdziła się wersja, na którą wpadliśmy mniej więcej na stronie piętnastej. W dodatku nie jest to wersja najlepsza z możliwych i zbyt prosta, i niesatysfakcjonująca.
 
 
W ramach ilustracji przerażający widok kotów, które ziewają lub szykują się do kichnięcia. Niewiele widoków równa się z ziewającym kotem. Źródło.
 

Że bohater/ka zacznie się zachowywać niezgodnie z charakterem. Na pewno trafił się Wam kiedyś taki delikwent. I wcale nie chodzi tu o radykalną przemianę psychologiczną bohatera, ale o jakiś dziwny mechanizm, który sprawia, że bohater/ka zaprojektowany w pewien sposób zupełnie zapomina kim jest i w napadzie narracyjnej amnezji wycina dzikie hołubce, zupełnie do niego nie pasujące. Trudno sobie z takim zjawiskiem poradzić, bo nie bardzo mamy, jako czytelnicy, po temu narzędzia. Pozostaje zapłakać cicho i czekać, a nuż autorowi przypomni się, że bohater jednak pisany był od początku inaczej…?

Że okaże się, że to wszystko tylko śniło się bohaterowi/bohaterce. Tudzież inne rozwiązania nazywane z angielska lazy writing, a które faktycznie potrafią być rozczarowujące. No bo jak tu zaufać w opowiadaną historię, jeśli na końcu takim posunięciem właściwie się ją wykreśla? Klasykom jeszcze od biedy można wybaczyć (ktoś musiał zacząć stosować takie rozwiązanie, żeby było wiadomo, że nie jest ono specjalnie wyrafinowanym chwytem), ale spotykane dzisiaj sprawia nie tylko wrażenie wyświechtanego chwytu, ale i potrafi nieźle zdenerwować. Natomiast nie mam nic przeciwko dobrze pisanym sekwencjom snu bohaterów, w końcu potrafią one nieźle namieszać i wywołać w bohaterach różne przypuszczenia co do natury świata, przygód i innych bohaterów.
 
 
Źródło.
 

Że zrobi się obrzydliwie. To coś, przez co przez wiele lat unikałam czytania grozy, wydawało mi się bowiem, że horror jako gatunek najczęściej polega na tym, że za bohaterami biega zamaskowany stwór z piłą mechaniczną i rżnie ich na cętki, z opisami lejącej się posoki i bryzgającymi na wszystkie strony wnętrznościami. Na szczęście okazało się, że – choć istnieją i takie horrory (i absolutnie nie mam nic przeciwko, bo wiem, że mają swoich odbiorców, chociaż sama się do nich, jak się zorientowaliście, nie zaliczam) – jest cała masa opowiadań i powieści grozy, która nie musi się dla mnie skończyć tygodniowym napadem mdłości. Bo widzicie, niestety dość fizycznie reaguję na takie książki i z tej też racji staram się ich unikać. Czasami kusi mnie, żeby sięgnąć po coś, co jest bardzo chwalone, ale jeśli tylko pojawi się cień „obrzydliwości” gdzieś w fabule, ze smutkiem rezygnuję z lektury.

Że autor/ka trzaśnie językowo lub wątkowo coś niesympatycznego. Nabywacie w trakcie lektury sympatii do autora, aż tu nagle „trzask!” autor/ka rzuca porównanie, które Was porusza jako z jakiegoś powodu obraźliwe. Albo nagle coś takiego dzieje się bohaterowi/bohaterce, co porusza Was do głębi, ale w sposób negatywny – i nie zaplanowany przez autora, ba, zdaje się, że nie miał on świadomości, że napisał coś, co może kogoś urazić. Wliczają się w to rasistowskie czy mizoginistyczne uwagi, często obecne też w języku.
 
 
Źródło.
 

Że zabraknie stron. Czasami całkiem dosłownie (uroki zaopatrywania się w stare i używane książki), co zdarzyło mi się kilka razy (moje pierwsze czytanie „Idy sierpniowej” nie miało jakiejś połowy stron, ale mam to wydanie do dzisiaj przez sentyment), a czasami metaforycznie. Na pewno znacie to uczucie, kiedy zbliżacie się do końca książki, stron jest niewiele i co to będzie, co to będzie, wszak jeszcze tyle wątków do pozamykania…? I nagle okazuje się, że na ostatniej stronie zamiast „koniec” dostajemy bez uprzedzenia napis „koniec tomu I”, „bohater powróci w...”, „to be continued” czy cokolwiek w tym guście. A przecież nikt nas wcześniej nie ostrzegł. I co teraz? Groza!

A czy Was straszą w książkach takie rzeczy? A może coś zupełnie innego? Albo należycie do tych czytelników, którzy do lektury podchodzą z zimną krwią i nic im nie jest straszne?

Weź dokładkę!

18 komentarze

  1. Co do pierwszego podpunktu mam to samo. Do dziś pamiętam "Trawę", która miała wybitny początek, a potem stawała się tylko coraz gorsza i gorsza... Poza tym w trakcie lektury mam wstrętny nawyk wstępnego redagowania recenzji w głowie i jeśli książka jest nierówna, to powstaje n wersji tekstu ;P

    Natomiast akapit o "lazy writing" (ciekawa nazwa swoją drogą) przypomniał mi cytat z niedawno czytanego "Slade House" Davida Mitchella: "Pani Todds, moja nauczycielka angielskiego, z miejsca stawia niedostateczny, kiedy ktoś na końcu pisze "Obudziłem się i to był tylko sen". Mówi, że to złamanie umowy między czytelnikiem i pisarzem, że to tania sztuczka, nadużycie zaufania. Ale codziennie rano naprawdę się budzimy i to naprawdę był tylko sen".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest naprawdę mój wielki strach, zresztą ulegając sile przesądów wciąż w takich wypadkach odpukuję w niemalowane drewno, żeby powieść pozostała tak dobra jak początek (albo środek). A bywa faktycznie różnie. Na to nakłada się jeszcze taka chęć znalezienia sobie kolejnej ulubionej książki do powrotów, więc zanurzamy się z rozkoszą w świat przedstawiony i wtedy strach, że autor wytnie nam jakiś numer, jeszcze się może zwiększyć ;-).

      O, bardzo mi trafia do przekonania ten cytat z Mitchella. Bo pokazuje, jak potężnym narzędziem może być "to tylko sen" i jak łatwo go nadużyć.

      Usuń
    2. Podłączę się tu, bo nie dość, że zgadzam się z Mitchellem, to jeszcze niedługo będę czytał "Slade House". Taki motyw można rozegrać sprawnie, ale na pewno nie ujawniając go na samym końcu i nie dając czytelnikowi żadnych wskazówek.

      Znam jeden przykład świetnego wykorzystania takiego motywu w opowiadaniu grozy Ambrose'a Bierce'a, ale nie chcę tu nazbyt spoilerować.

      Usuń
    3. Którym opowiadaniu, którym? :-)

      Usuń
  2. Straszenie to za mocne słowo: to wszystko, co wymieniłaś należy raczej do zbioru rzeczy, które mnie rozczarowują i utwierdzają w przekonaniu, że wcale nie trzeba czytać, żeby pisać, co jest najgorszym objawem, jaki może wystąpić u pisarza, i analogicznie - u innych twórców. Chyba to mnie autentycznie smuci. Bylejakość. Boję się natomiast książek, które powodują u czytelników bezkrytyczne i radykalne osądy, ale przyznaję, że mało takich czytałam - nie lubię propagandy, nawet jeśli jest tylko ukryta czy przemycana ukradkiem w beletrystyce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że te kwestie mogą budzić inne niż strach uczucia, ale we mnie akurat powodują odruch "boję się, że coś tu się zepsuje". Bylejakość mnie nie przeraża, raczej właśnie smuci i drażni -- natomiast to, co piszesz o książkach radykalizujących jest ciekawe, zastanawiam się, czy powieść ma jeszcze taką siłę dzisiaj?

      Usuń
  3. Z większością twoich strachów bym się zgodziła, jednak ja lubię, kiedy historia okazuje się tylko snem bohatera, jego chorobową wizją itd. Takie fabuły należą do moich ulubionych, nie będę spojlerować, które to książki, powiem tylko, że często u G. Musso takie się zdarzają :). A do Twojej listy dołożę jeszcze jeden - nienawidzę błędów językowych, literówek itd. - to już działka redaktora, ale doprowadza mnie to do szału. Pozdrawiam ;)
    Marta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to może być dobrze zrealizowane, nie przeczę, ale kiedy jest królikiem z kapelusza i autor pomału, pomału prowadzi nas w kierunku takiego zakończenia, to jednak mój strach się wzmaga ;-). Szczerze mówiąc chciałam od razu napisać, gdzie takie zakończenie mnie nie wystraszyło (czy właściwie lepiej by było powiedzieć: perspektywa takiego zakończenia, bo to jej przecież się boję, a nie samego zakończenia), ale teraz nic nie przychodzi mi na myśl :-).

      Usuń
  4. Dzielimy kilka lęków związanych z książkami. Również obawiam się o zakończenia, bo niestety wiele razy spotkałam się z powieścią, którą zaczynała się świetnie, potem następowało dobre rozwinięcie, ale cóż z tego skoro finał wszystko zepsuł. Również drugi punkt rozumiem, ponieważ nie znoszę, kiedy najprostsze i najbardziej oczywiste rozwiązanie zostaje zastosowane przez autora, ponieważ lubię być zaskakiwana i wodzona przez pisarza za nos. Co do snów, ciągle boję się, że mój ukochany serial The Walking Dead zostanie w ten sposób rozwiązany, nie darowałabym twórcom. Zgadzam się też z przedostatnim punktem. Ostatnio miałam taką sytuację, w książce Urbanowicza pojawia się określenie "wieśniacy" na rolników pracujących w polu. Bardzo mi się to nie spodobało, mimo że być może autor nie miał nic obraźliwego na myśli.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W przypadku długo trwających serii (czy to telewizyjnych, czy książkowych) takie zakończenie faktycznie potrafi rozczarować. Inną kwestią pozostaje, czy jeśli bardzo długo z jakąś fabułą się zrastamy, to czy istnieje w ogóle taki finał, który by nas w pełni zadowolił. Czasami łapię się wtedy, że sprzyjam takiemu najprostszemu zakończeniu i pożądam happy endów w ilościach bardzo licznych, chociaż wiem, że konstrukcyjnie lepsze byłyby złe i mocno średnie zakończenia ;-).

      "Wieśniacy" -- właściwie to chyba obecnie tylko pejoratywne słowo w polszczyźnie, prawda? Podejrzewam, że chodziło o mieszkańców wsi, ale nie ma dzisiaj dobrego jednego słowa na nich, w każdym razie teraz tak sobie myślę: chłopi już nie, wieśniacy na pewno nie, mieszkańcy wsi po prostu?

      Usuń
    2. Podjęłaś bardzo ciekawą kwestię jeśli chodzi o zakończenia historii, do której przywiązujemy się jako odbiorcy. Wiem, że w takich przypadkach jestem rozdarta, tzn. z jednej strony chcę, żeby opowieść trwała dalej, ponieważ tak jestem w nią zaangażowana. Z drugiej jednak, wiem, że im dalej w las, tym trudniej o sensowne rozwijanie wątków i prowadzenie postaci, dlatego lepiej, jeśli serial/seria książek w pewnym momencie po prostu się skończą :) Też wielbię happy endy dla ulubionych postaci i nie przeszkadza mi, że np. są zbyt prostymi rozwiązaniami albo nie do końca logicznymi.

      "Wieśniacy" kojarzą mi się wyłącznie negatywnie. Jeszcze jestem w stanie zrozumieć to określenie, kiedy akcja dzieje się w przeszłości, kiedy mieszkańcy wsi byli określani jako chłopi, albo wieśniacy właśnie. Natomiast w innym kontekście to razi. U Urbanowicza jest jeszcze taka kwestia, że to określenie pada w narracji, nie jest żadnym stwierdzeniem bucowatego bohatera. Narrator opisuje jak pracujący w polu ludzie obserwowali samochód bohatera i pada coś w stylu "nagle wieśniacy oderwali się od pracy". Mieszkańcy byłoby lepsze, rolnicy, coś w tym stylu :)

      Usuń
    3. To prawda, chociaż decyzja o zakończeniu może być trudna nie tylko dla czytelnika, ale też dla odbiorcy. A przecież zdarzają się i autorzy, którzy wracają do raz zakończonej historii -- z różnym skutkiem (to jest swoją drogą dobry pomysł na wpis! ;-)).

      No właśnie, widocznie redakcja tutaj przymknęła oko, a faktycznie ci "wieśniacy" na użytek współczesnej sytuacji rażą, bo nie są po prostu synonimem do "mieszkańców wsi".

      Usuń
  5. Ja zawsze obawiam się, że autor wrzuci do powieści jakąś totalnie niepotrzebna i źle napisaną scenę seksu. To moja choroba z teatru, w którym grano tylko i wyłącznie obsceniczne sztuki, przez co teraz jestem uczulona na nadużywanie erotyzmu i nagości. Podobnie obawiam się źle zrobionych wątków miłosnych, banalnych, głupich czy pozbawionych uczuć. Pisanie o miłości jest wymagające, a wielu pisarzy zachowuje się, jakby wiedzę o tym uczuciu czerpało z amerykańskich filmów.
    Czytam ostatnio mało książek, których musiałabym się obawiać, ale na przykład szalenie rozczarował mnie ,,Pan Jowialski" Fredry. Zaczął się moim ulubionym wątkiem poety i malarza a skończył płytko i byle jak, jakby autor sam znudził się swoja opowieścią i chciał ją jak najszybciej zakończyć.
    Boję się też, ze bohaterowie zaczną robić coś głupiego, tak durnego że nie będę w stanie tego przeczytać. Już jako dziecko omijałam rozdziały, w których bohater mojej ukochanej książki podróżniczej postanawiał np. sam iść zaznajamiać się z pobliskim plemieniem ludożerców. Na szczęście ów bohater potem dorósł i przestał robić głupoty.
    Ziewające koty są cudowne, zwłaszcza jak cię oplują.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, sceny seksu są trudne i nie bez kozery przyznaje się nagrody za najgorzej napisane ;-). Czasami już wolę klasyków, którzy tak piszą, że właściwie nie wiemy, co też się z bohaterami tak do końca dzieje, niż dosłowność, która często powoduje właśnie taki rodzaj przestrachu, że "nie, serio, tak tam jest napisane"? O, i zdecydowanie znam to poczucie, że bohater zaraz zrobi coś głupiego i totalnie przewidywalnego, zwykle więc cieszę się, kiedy okazuje się, że jest dokładnie odwrotnie. Od razu moja radość z lektury wzrasta ;-).

      Usuń
  6. piorunwrabarbar.wordpress.com4 maja 2017 22:02

    Oprócz niektórych strachów opisanych przez Ciebie, Pyzo, mam jeszcze jeden: że autor pod koniec książki znacznie przyśpieszy tempo. Oczywiście, nie ma w tym nic złego, gdy akcja się zagęszcza i jest dużo wątków do zamknięcia, ale czasami sprawia to wrażenie, że zbliża się termin złożenia książki do wydawnictwa i biedny autor zamiast spokojnie zakończyć wszystko według wcześniejszego planu np. na 100 stronach, musiał się streścić w 30, bo tylko tyle zdążył napisać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak! To trochę taka odmiana strachu "jak to, tylko 10 stron do końca? gdzie się to wszystko zmieści?", ale faktycznie, też mi towarzyszy, kiedy widać, że pod palcami kartek ubywa, a cała masa wątków otwarta jest w najlepsze ;-).

      Usuń
  7. Sama bardzo długo martwiłam się, że cierpię na jakiś nikomu nie znany rodzaj lęku, którego symptomy tak świetnie zostały wskazane powyżej :) Miło było przeczytać, iż nie tylko ja zamieram z niepokoju, kiedy jakaś powieść mnie oczaruje, że rwę włosy ze zgryzoty i dezorientacji, kiedy bohater nagle postąpi zupełnie nieprzewidywalnie i to bynajmniej nie z przyczyn leżących u podwalin jego charakteru... A już brak stron rozumiany tak metaforycznie, jak i zuepłnie przyziemnie - to lęk który wprawdzie uśmierzyc można w drugim wypadku, ale mentalny niedosyt jest nie do zaspokojenia. W jakimś stopniu ratunkiem wydają mi się opasłe tomiszcza, ale i te wszak niekiedy wydają się tak wątłymi... ;)

    Z kolei brutalizacja opisów czy fałszywy językowy krok, prócz tego, że budzi lęk - odstręcza i potrafi zaszczepić we mnie niezwalczone odium :) Przeklęta ta siódemka i obyśmy jak najrzadziej musieli się z nią mierzyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale trzeba przyznać, że żeby się tak bać, książka musi w nas wywołać jakieś emocje -- bo jeśli zostawia nas obojętnymi, to czasami nawet łatwo przegapić, że jakiejś strony brakowało albo bohater nagle zaczął się podejrzanie zachowywać ;-).

      Usuń