Ania w otchłani rozpaczy albo o serialu „Anne with an e” (2017)


Rzadko, bo rzadko piszę o ekranizacjach lub dziełach powstałych na podstawie książek – ale czasem mi się zdarza. A już w przypadku reinterpretowania dzieła bardzo klasycznego aż szkoda mi było nie zabrać głosu, więc dzisiaj kilka słów o nowym serialu dystrybuowanym przez Netflix, czyli o „Anne with an e”, luźno bazującym na „Ani z Zielonego Wzgórza” Lucy Maud Montgomery.

Jeszcze przed premierą natknęłam się na kilka recenzji wybrzydzających, że co to za mroczne podejście do uwielbianej przez wielu, słodkiej historii o sierocie przygarniętej przez starsze rodzeństwo z Wyspy Księcia Edwarda. I widzicie, tutaj leży już pierwszy mój problem: nie mam nic przeciwko mrocznym reinterpretacjom (w wielu klasycznych historiach, co często wychodzi choćby na Piknikach z Klasyką, czai się całe morze mroku), w ogóle uwielbiam reinterpretacje, jeśli są pomyślane z głową i wcale nie oczekuję ekranizacji słowa po słowie (jasne, miło jest zobaczyć na ekranie sceny wcześniej wielokrotnie odtwarzane we własnej głowie, ale jeśli się tak nie stanie – trudno, nie ma co płakać, można je sobie po raz kolejny wyświetlić samemu w tejże głowie właśnie; rozumiem też technikę skrótu, więc choć szkoda mi sceny wskakiwania do łóżka ciotki Józefiny jest dla mnie jasne, czemu wprowadzono ją w taki a nie inny sposób w serialu), ale ani nie uważam, że trzeba się silić na mrok na siłę (jak było w przypadku „Dworku Longbourn” jako mrocznej reinterpretacji „Dumy i uprzedzenia”), ani nie uważam, że historia opisana w książce LMM jest przesadnie słodka. Ba, tam drzemią całe pokłady inspiracji do tego, by powyciągać to, co niewygodne, ukryte, dziwaczne, proszące się o kapeczkę światła dziennego. Czy serial Moiry Beckett-Walley to robi? I tak, i nie.

Po pierwszych odcinkach byłam pozytywnie zaskoczona i czekałam, aż wreszcie wyjdę z pracy, żeby usiąść i oglądać. Bo filmowcy wydobyli z książki LMM dużo rzeczy cennych, a drzemiących pod pokrywką z napisem „słodka klasyka dla dziewcząt”. Czy Ania, z historią przebywania w dwóch niespecjalnie dbających o nią rodzinach, nie powinna mieć traumy? Bać się odrzucenia? Rozpamiętywać bolesnych wydarzeń? Owszem, może to robić – w powieści autorka daje nam znać o tym krótko, w dialogu Ani i Maryli, gdzie dziewczynka nie chcąc oskarżać swoich poprzednich rodzin mówi, że zapewne miały dobre intencje, ale narrator dodaje zaraz, że Maryla wiedziała, co może wyczytać pomiędzy wierszami. I to jest kluczowe, moim zdaniem, przy robieniu reinterpretacji: czytanie między wierszami, gdzie autor upchnął rzeczy, których nie mógł, nie chciał, nie wiedział może jak powiedzieć albo które nie trafiłyby w danym czasie tam, gdzie trafiają dzisiaj. Stąd sądzę, że „Ania...” jest powieścią z wieloma takimi niteczkami do powyciągania. Ale autorzy serialu idą na łatwiznę. Po co wyciągać, skoro można całe partie dość dowolnie dopisywać. 


[dalej można się natknąć na pewne, niewielkie, spojlery, lojalnie ostrzegam]

Dopisywanie wychodzi im różnie. Widzicie, ponownie powtórzę: nie mam nic przeciwko przetwarzaniu powieściowej materii, a niech idzie na zdrowie. Ale niech będzie umiejętne. Co zaś dostajemy? Wielki pożar w domu Gillisów – pominę milczeniem, że te sekwencje akcji średnio w serialu wyszły – który kompozycyjnie dubluje się ze znanym z książki wątkiem uratowania siostry Diany od śmierci na krup: w obu przypadkach Ania staje się bohaterką i oba wydarzenia mają służyć temu, by została zaakceptowana przez grupę rówieśniczą i miejscową społeczność. W takim razie po co dopisywać cały wątek z pożarem? Nie wiem. Autorzy serialu dopisują, bo szukają dla postaci głębszych motywacji – rozumiem to postępowanie, w końcu trzeba aktorom co nieco o tych postać opowiedzieć, odświeżyć je, tchnąć w nie życie. I tu znowu zaczynają się schody. O ile Maryla (w ogóle mogę się rozpłynąć w serialu nad dwiema rzeczami: castingiem, który jest świetny, i zdjęciami – wyłączając te nieszczęsne sceny akcji – po których widać, że operator odrobił lekcje z oglądania obrazów prerafaelitów) dostaje wyciągnięty z książki na światło dzienne wątek nieszczęśliwej miłości, to po co go dublować (och, jak autorzy serialu uwielbiają powtórzenia!) i dawać taki sam Mateuszowi? 


Wspominałam, że jestem fanką tego castingu? Ruby Gillis jest idealna/Zdjęcia pochodzą z oficjalnej strony serialu w serwisie Netflix.

Tutaj w ogóle zaczyna się dramat na wysokiej stopie, bo wszyscy kogoś widać muszą w świecie serialowego Avonlea nieszczęśliwie kochać. Mateusz książkowy, starszy dziwak z awersją do płci pięknej, dostaje swoją wielką miłość z dzieciństwa. Maryla sama wynurza się przed Gilbertem po śmierci jego ojca (trup również ściele się w serialu dość gęsto), że chciał, by kiedyś z nim wyjechała, Ania szybko odkrywa, że lubi Gilberta bardziej niż kolegę… No, tego mi chyba szkoda najbardziej, bo gdzie ten związek oparty na wzajemnej fascynacji, naukowych aspiracjach i cierpliwym czekaniu, jaki nam daje LMM? No, nie ma go. Miłość ponad wszystko, zdają się sugerować autorzy serialu, jakby sami czytali wypracowania książkowej Ani, lubującej się w tragicznych romansach w nie najlepszym stylu. A przecież w samej powieści jest tyle do wydobywania i część z tego udało się pokazać na ekranie. Choćby taka dość marginalna pozycja Cuthbertów we wsi, gdzie uważa się ich za dziwaków (od pokoleń), stroniących od innych – w książce pani Linde otwarcie tak o nich nawet myśli i w serialu bardzo dobrze to wyszło. Czy dziwność Ani, która naprawdę jest specyficznym dzieckiem i pięknie to w serialu wychodzi. Ale właśnie: tam, gdzie się ją zderza ze spokojnym, sennym Avonlea, a nie tam, gdzie każe się jej ruszać w dramatyczne pościgi, ucieczki i nurzać w otchłani rozpaczy całkiem dosłownie.

Zastanawia mnie, czemu nie wydobyto tego, co w książce całkiem jasno jest, a co jak najbardziej daje podstawy do „umraczniania” tej historii, równocześnie pozostając na poziomie reinterpretacji, a nie dopisywania całych wątków (raz lepiej, raz gorzej). Choćby parobek Cuthbertów, Jerry, w serialu zaakceptowany i lubiany, w powieści jest przecież jednym z tych, którzy bohaterowie nazywają „głupimi francuskimi parobkami”, a ta niechęć do francuskojęzycznych Kanadyjczyków mogłaby dać niezły asumpt do szperania w tych niesłodkich, niesympatycznych i niemiłych rejonach twórczości LMM. Czy Diana – która w książce jest postacią w pewnym momencie potraktowaną bardzo smutno, z rodzicami zabraniającymi jej się uczyć, z obciętymi aspiracjami, z wyznaczeniem jej kręgu w postaci dbania o dom i szukania męża. W serialu dopisuje się jej wątek „matka chce mnie wysłać do Francji dla dokończenia edukacji”. I po mroczności. Można by się zastanowić, czy oryginalny wątek Maryli – zrywającej z Blythem seniorem przez głupi upór, a nie w związku z zawirowaniami rodzinnymi – nie był tragiczny sam w sobie (tragizmem zresztą bardzo charakterystycznym dla LMM, podobne wątki wszak znajdziemy choćby w „Dzbanie ciotki Becky”), ale może w sposób niewystarczający.


Twórcy odrobili też lekcję, jeśli chodzi o scenografię. Ujęło mnie to też w retrospekcjach z dzieciństwa Maryli i Mateusza, gdzie widać, że jednak znajdujemy się epokę wcześniej. Gdyby tak jeszcze było z fabułą...

Do tego dochodzi jeszcze uwspółcześnianie wątków. Nie wiem, czy pamiętacie, ale w „Ani...” jest cały wątek wyjazdu do miasta, by oglądać premiera. Nikt nie ekscytuje się tym tak bardzo jak pani Linde, która nie ma wszak praw wyborczych i myśli o nich z pewną zgrozą, ale pod tym gorsetem konwenansów jest rozpolitykowana jak mało kto. Tymczasem w serialu zamiast bawić się w subtelności dopisuje się całe wielkie wątki w postaci „nastolatki rozmawiają o menstruacji” (przy okazji jak na postępowość serialu dlaczego, do licha, miesiączkująca dziewczynka od razu jest niestabilna emocjonalnie? Nie wpadamy aby z kliszy w kliszę?), „feministyczny klub książki”, „rozmowy o seksie w kuchni nad konfiturami”. Z tym ostatnim wiąże się też przedstawienie relacji Maryli i pani Linde: w książce one są „przyjaciółkami z braku lepszego słowa” i to jest szalenie ciekawy związek. Po angielsku nazywa się to bardzo ładnie frenemy, przyjaciółki-wrogowie, w serialu zaś ich więź jest bliska, serdeczna i kojąca – i miło się ją ogląda, no ale skoro grzebiemy za mrokiem, czemu nie szukać czegoś tutaj? Chociażby w wątku utraty przez panią Linde dwójki dzieci (mówi wszak w powieści, że dwoje pochowała, a dziesięcioro wychowała – w serialu zaś rozmowy o jej dzieciach to radosne szczebiotanie; a wiemy przecież, jak silnie na bohaterach LMM odciskał się wątek utraty dziecka, chociażby po „Wymarzonym domu Ani”).

Jest mi zatem smutno ze względu na wszystkie te stracone szanse, jest mi smutno, bo chociaż z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy tego świetnie zagranego i nakręcanego, ale jednak dość pobieżnie i leniwie napisanego serialu, to widzę wszystkie zmarnowane przez twórców okazje. I zastanawiam się, z czego to wynika? Widać, że część lekcji z lektury drobili uważnie, nad innymi się przesmyknęli, z innych zaś – sama nie wiem. Nie zdawali sobie sprawy? Trudno uwierzyć. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo zabrałam się w końcu za powtórkę z lektury serii o Ani. Oczekujcie więc wrażeń z tego powrotu po latach!

Weź dokładkę!

19 komentarze

  1. Wiesz, mnie też wzięła chętka na odkurzenie "Ani...", a końcu to lektura mojego dzieciństwa! Może nie wszystkie części od nowa, jak to robiłam w czasach nastolęctwa, ale choć pierwszą. I w oryginale! W tłumaczeniu pamiętam częste przypisy: "nieprzetłumaczalna gra słów"...
    Obejrzałam "Anne with an E" w ciągu ubiegłego weekendu niemal jednym cięgiem, popłakałam się jak głupia kilka razy, ale faktycznie szybko zaczęły uwierać te dopisane wątki, sceny, związki. Nie licząc pięknych, klimatycznych wnętrz, cały serial jest za bardzo "ahead by a century", jak leci w czołówce. Bardzo pięknie powyciągałaś te mroczne aspekty, które faktycznie potraktowano mocno po macoszemu, by dopisać za dużo zbyt otwarcie feministycznych akcentów. Czytałam w jakimś artykule, że generalnie serial traktuje widza trochę jak przygłupa i wszystko podaje z absolutnym brakiem subtelności.
    Ale aktorzy, zdjęcia, klimat - miodzio!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wzięłam z półki tłumaczenie Rozalii Bernsteinowej, które jest dalekie od ideału (i zawsze sobie obiecywałam, że zabiorę się za jakieś inne), ale na fali nostalgii uległam i stwierdziłam, że przeczytam w moich starych wydaniach :-). Ostatnim razem czytałam po angielsku dwie pierwsze części i one dużo wtedy zyskują, bo często ironiczny ton narratora w przekładzie ginie.

      Nie zaprzeczam, że miałam niekiedy łzy w oczach, ale, no właśnie, na takim ostatnim odcinku na przykład to już tylko pojękiwałam z cicha z rozpaczy (scena z pistoletem! na co ona komu była?). Dobry trop bardzo z tą czołówką, też zwróciłam na to uwagę, to jest takie informowanie widza, gdyby się nie zorientował... I faktycznie ten serial, niestety, nie jest subtelny, wcale. A szkoda, bo mógł spokojnie być -- realizacyjnie jest przecież świetny (prócz tych nieszczęsnych scen akcji). A przecież wszystkie egzaltowane historie wymyślane przez samą Anię działały, bo ona była jednak subtelna.

      Ja sobie dopiero dzięki temu serialowi uzmysłowiłam, jak blisko nad morze w gruncie rzeczy było z Avonlea. No i jak się robiło grzanki ;-).

      Usuń
    2. Wiesz co, chciałam Ci od razu odpisać na ten komentarz, ale najpierw chciałam sprawdzić czy na pewno te książki, które mam w domu rodzinnym i które tak sczytałam, to też Rozalia Bernsteinowa. I szybko zgooglowałam. Skończyło się zagłębieniem w szalenie ciekawy wpis o tłumaczce i niemalże teorii spiskowej na temat wielu osobowości: http://dom-echa.blogspot.com/2016/09/kim-bya-rozalia-bernsteinowa.html
      Nie wiem, czy dotarłaś do tego wcześniej, ale ja jestem pod wrażeniem wnikliwości tych blogerów!

      Tak, scena z pistoletem była zupełnie niepotrzebna, podobnie jak dublowanie heroizmu Ani i wątków miłosnych. Mogło być o wiele lepiej. Ale i tak jest dobrze, bo człowiek się wzruszył, przypomniał o Ani, tyle dyskusji się rozwinęło. I tak, widok pracy fizycznej, tego krzątania się, czajniczka nad ogniem, pompowania wody - dotkliwie uzmysławia, jak żyło się w tamtych czasach.

      Usuń
    3. Tak, czytałam ten wpis zaraz po tym, jak się ukazał i też mnie zaintrygowała tajemniczość postaci Bernsteinowej -- swoją drogą zaczęłam potem trafiać na jej nazwisko przy różnych okazjach i zawsze jest to dla mnie powód do zadumy nad tym, kim właściwie była ;-). Ciekawa jestem, czy uda się rozwikłać tę zagadkę. Natomiast zastanawiam się, na ile faktycznie to, kim była (lub nie była) wpłynęło na tłumaczenie, a na ile wpływ na nie miały inne, zewnętrzne, okoliczności (mowa zwłaszcza o zakończeniu "Ani z Zielonego Wzgórza").

      Prawda, za to należy być wdzięcznym serialowi, chociaż smutno mi nadal, że twórcy jakby nie wierzyli w widza i czuli się w obowiązku mu po kilka razy albo zupełnie wprost powtarzać różne rzeczy. Ale i tak jestem ciekawa, co będzie dalej! Obawiam się, że będzie to już miało dużo mniej wspólnego z uniwersum LMM, ale kto wie, może się miło rozczaruję ;-).

      Usuń
  2. Ach, czyli coś dla wielbicieli filmów kostiumowych. Jeśli są ładne zdjęcia, scenografia (kostiumy, jak mniemam, też?) i dobry casting, to pewnie można przed ekranem spędzić całkiem miło trochę czasu (i pewnie to zrobię). Ale rzeczywiście szkoda zmarnowanego potencjału.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kostiumy są bardzo skromne (a są i sceny, w których chyba jednak przesadzono, na przykład taka, w której Ania biega po dworze w samej bieliźnie), ale to do mnie na przykład przemawia. W ogóle pewna surowość zdjęć: przestrzeni, krajobrazów, ludzi też wydaje mi się bardzo na miejscu, bo niezależnie od malowniczości opisów LMM, to jednak było dość surowe miejsce chyba. I casting świetny! Bardzo bym była ciekawa Twojego zdania! :-)

      Usuń
  3. Czytam teraz Anie z moja corka i mialam szczerze mowiac nadzieje, ze ciekawie bedzie ogladac razem adaptacje Netflixa, ze to bedzie dobra okazja, zeby pokazac, jak adaptacja moze poglebic material albo wydobyc rzeczy, ktore zaciekawily, ze ludzie roznie odczytuja i to wplywa na to jak widza, i to moze byc bardzo ciekawe (Marta byla bardzo rozczarowana adaptacjami Harrego na przyklad, bo tutaj adaptacja ograniczala sie do wycinania). Wydawalo mi sie tez ze to bardzo dobry wybor podkreslic historie Ani, wydobyc przez to kontrast i uswiadomic, jak bardzo Ania miala szczescie. Pani Blewett na przyklad nadal potrzebuje bezplatnej sily roboczej i jakas inna dziewczynka nie bedzie miala tyle szczescia co Ania. (Naprawde, zawsze o tym mysle kiedy to czytam). Ale myslam ze to bedzie po prostu jako kontrapunkt do Zielonego Wzgorza a nie glowny motyw. Tak jak jest, to nie moge, nie moge tego pokazac mojej corce. I nie chodzi tylko o to, ze Marta nie jest gotowa na obraz dziecka z zimna krwia i ponura satysfakcja bitego szerokim skorzanym paskiem i bitego tak, ze nie ma juz nawet sily krzyczec, tylko wydaje takie rozpaczliwe piski (ja sama nie bylam na to gotowa. Warknelam tylko, ze dobrze mu tak, kiedy pana Hammonda dopadla karzaca reka sprawiedliwosci i warknelam takim glosem ze moj maz sie wzdrygnal. Siodmy krag piekla jest zarezerwowany dla sadystow bijacych dzieci). Juz bodaj u zwierza pisalam ze to podstawowe niezrozumienie. Ponure musi byc zrownowazone slonecznym bo adaptujemy Montgomery a nie jakas turpistyczno naturalistyczna powiesc.
    Ale Marilla jest super. To zawsze byla ksiazka o niej na rowni z Ania i ja Marille kochalam od poczatku prawie. Nie kazdy umialby znalezc taka odwage. I to glebokie poczucie sprawiedliwosci i ukryta serdecznosc. W ogole cala obsada jest super. Diana na ogol ginie w tle a tu jest bardzo ladnie obecna. I zdjecia sa po prostu swietne. I kiedy sie trzymaja materialu zrodlowego (Minnie May) to bardzo naprawde dobrze wychodzi. Po prostu bez skrupulow przewijam dodane watki. Sa do niczego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam podobną nadzieję: na wydobycie tego, co ukryte pod powierzchnią, na nowe odczytania znanych wątków, na pogłębienie niektórych motywów -- i też jestem rozczarowana. Bo w gruncie rzeczy teraz trudno ocenić, co twórcy wytną (ale że coś wytną, to chyba możemy obstawiać...?), a co pozostawią, a co zostanie zmienione -- koniec ostatniego odcinka nie napawa mnie przesadnymi nadziejami. W ogóle zrobiło się w tej serii bardzo sensacyjnie, tak jakby te życiowe dramaty, których w świecie Avonlea przecież jest mnóstwo (właśnie skończyłam czytać "Anię z Zielonego Wzgórza" i ta końcówka jest tak bardzo smutna mimo optymizmu bohaterki!) twórcom adaptacji nie wystarczały.

      Och tak, pani Blewett... W ogóle moim zdaniem to uwypuklenie losów Ani, ich urealnienie (LMM pisze, że Ania nie doznała żadnego poważnego zmartwienia aż do śmierci Mateusza) jest ciekawym posunięciem i wywołuje we mnie bardzo podobne do Twoich odczucia. Tym mniej jednak rozumiem inne posunięcia twórców: porywacza z dworca, zbirów z Carmody, to wszystko, co jest pasmem nieszczęść, dokładnie takich, jakich u LMM nie ma -- bo tam te nieszczęścia mają swoją skalę, świat potrafi być okrutny z samej swojej natury (i tym ciekawiej działa motyw z wyobraźnią Ani), a nie dlatego, że wszyscy na nim są do szczętu źli.

      Tak! Maryla jest świetnie zagrana, Diana też mi się ogromnie podoba, choć jest to inna Diana niż w książce, ale nie ginie w tle, zresztą wszystkie koleżanki Ani mają jakąś osobowość i są świetnie dobrane. Właśnie czytałam esej Margaret Atwood o "Ani...", gdzie pisze ona, że to powieść tak naprawdę o ewolucji Maryli -- i zgadzam się, chociaż może nie, że Ania nie ewoluuje w ogóle (widać w książce wyraźny przełom), ale Maryla, z tymi wieńczącymi wątek słowami pani Linde skierowanymi do męża, że "Maryla Cuthbert złagodniała", to równorzędna postać powieści.

      No a zdjęcia -- piękne. To jest naprawdę dobrze zrealizowany, ale niedobrze napisany serial (i to tylko potęguje smutek, że "mogło być tak dobrze", no ale nie jest).

      Usuń
    2. Bardzo proszę o tytuł eseju Atwood i czy można go gdzieś w sieci przeczytać.
      Serialu nie oglądałam, bo zawsze się waham, czy oglądać ekranizacje ulubionych książek. Opinie jakie czytam raczej mnie zniechęcają, choć zdjęcia są świetne i aktorzy dobrani rewelacyjnie.

      Usuń
    3. Zawsze warto obejrzeć, żeby się samemu przekonać -- ja się akurat w tym wypadku nie mogłam oprzeć, zwłaszcza że skoro już Netflix w domu jest, to czemu by nie ;-). A esej Atwood można przeczytać na stronie Guardiana, o tutaj. Atwood pisała go na setną rocznicę ukazania się "Ani z Zielonego Wzgórza" i zawiera sporo ciekawych uwag (i analizę fenomenu Ani w Japonii :-)). Z chęcią przegadam wrażenia z lektury, w razie czego :-).

      Usuń
    4. Artykuł jest ciekawy. Zgadzam się, że tworzenie fikcyjnych światów było dla L. M. M. ucieczką, sposobem pogodzenia się z głębokim smutkiem wynikającym z bycia niechcianym dzieckiem. Walką z wewnętrznym mrokiem. Kreacje Maryli i Mateusza są tym, czego pragnęła, gdy zamieszkała u dziadków a czego nie dostała. Wydaję mi się też, że opis relacji Emilki (początek "Emilki ze Srebrnego Nowiu") z ojcem powstał na podobnej zasadzie. Podoba mi potraktowanie "Ani.." jako powieści o przemianie Maryli, której Ania jest katalizatorem i która pozwala ostrej Maryli wyrazić miękkie i ludzkie emocje, obudzić uczucia macierzyńskie. Nie zgodzę się natomiast z Atwood, gdy pisze, że Mateusz się nie zmienia pod wpływem Ani. Zmiana nie jest tak zauważalna jak u Maryli, bo Mateusz jest osobą nieśmiałą i introwertyczną, ale kierując się słowami pani Linde: "Ten człowiek się obudził do życia po tylu latach" - jest spektakularna (cytat z pamięci, więc niedokładny).
      A propos fenomenu Ani w Japonii, którego jedną z możliwych przyczyn była duża liczba sierot w czasie wojny i zaraz po niej, jest smutny, animowany film na ten temat: "Grobowiec świetlików", jeśli nie widziałaś, bardzo polecam.
      Bardzo spóźnione te moje uwagi(przepraszam), ale lepiej późno niż wcale :).

      Usuń
    5. Tak, do mnie to przemówiło na tyle, że teraz przy lekturze "Ań" tropiłam te podwójności: co LMM w pewien sposób w swoich książkach ze swojego życia "udoskonalała". Ponura to ścieżka czytelnicza, ale inspirująca. Swoją drogą przeczytałabym jakąś dobrą biografię pisarki!

      Zgadzam się, mnie się w ogóle wydaje, że i Ania się jednak zmienia -- patrząc z perspektywy kolejnych tomów, nawet dość znacznie. I w ogóle Avonlea, nawet na panią Linde Ania ma przecież wpływ (a na Mateusza zdecydowanie -- myślę, że Atwood chodziło o to, że tutaj to jest mniej uwypuklone w narracji: Mateusz od razu jest Anią oczarowany, nie przechodzi tak dramatycznej przemiany jak Maryla).

      "Grobowiec..." to taki mój film -- wyrzut sumienia. Bo wiem, że znakomity, ale bardzo boję się obejrzeć. Z animacji pokazujących powojenną Japonię oglądałam za to "Makowe wzgórze", nie tak dobre, jak zapewne "Grobowiec..." (bo kwestia rozliczenia z przeszłością jest tam specyficznie pokazana), ale pięknie narysowane.

      Ależ cały urok internetowych dyskusji polega na tym, że można do nich wrócić w dowolnym momencie :-)!

      Usuń
  4. Niedawno czytałam "Drogę do Zielonego Wzgórza" - prequel "Ani", autorstwa Budge Wilson. Całkiem, całkiem, mam zamiar o tym napisać...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to ciekawe -- bo swego czasu natrafiłam na kilka mało pozytywnych recenzji, więc bardzo jestem ciekawa, co powiesz :-).

      Usuń
  5. Nawet nie wiesz, jak mnie zachęciłaś do powrotu do historii o Ani. Chociaż wątpię czy znajdę na to czas, bo do ponownej lektury zabieram się już od dobrych kilku lat:/
    W każdym razie: ciekawi mnie ten serial. Chociaż szkoda pewnych pominiętych lub zmienionych wątków (nieszczęśliwa miłość Mateusza, serio?).
    Teraz tylko trzeba wymyślić, jak być jednocześnie w pracy i w domu (i zarabiać na życie, oglądając w tym samym czasie serial/czytając książki) i mogę zabierać się do porównywania i interpretacji:P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz co, chyba po prostu trzeba zacząć: ja już zaczynam "Anię na uniwersytecie", to się jednak błyskawicznie czyta ;-). Ale jak znajdziesz ten tajemniczy sposób na bilokację, to zdradź koniecznie, mnie też by się przydał :-D.

      Usuń
  6. Dzięki za recenzję! Własnie tego szukałam. Rzetelnej oceny kogos, komu moge pod tym względem zaufać. Skoro dopisano całe wątki do świetnej fabuły, to szkoda mojego czasu na oglądanie (no, może obejrzę jeden odcinek dla scenografii i castingu :) )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się :-). Ale dla scenografii i castingu warto obejrzeć nawet pięć (drugi jest słabszy, ale odcinki pierwszy, i trzy-pięć są ciekawe i nie ma w nich aż takich dramatów, żeby zgrzytać zębami w sposób powodujący uszkodzenia szczęki ;-)), dopiero sama końcówka sprawia, że włos się jeży na głowie (przynajmniej mi ;-)).

      Usuń