Nadludzka Madzia Brzeska albo o „Emancypantkach” B. Prusa


Co będę dużo mówić: to taka powieść, w której widać, jak rozwija się pesymizm Prusa. Już o „Lalce” mówi się, że to powieść o upadku – a co dopiero powiedzieć o „Emancypantkach”, w których tak naprawdę nic się nikomu nie udaje? A równocześnie jest to powieść nierówna, niekiedy doskonała, innym razem sprawiająca wrażenie niedbałej, wtórnej, jakby sam autor złościł się, że musi ją jeszcze pisać.


Taki duch czasu, że wszyscy młodzi mężczyźni są pozytywistami, a kobiety emancypantkami… 
B. Prus, „Emancypantki”

Zacznijmy może od tego, że nie uważam „Emancypantek” za powieść zupełnie dobrą. W tym znaczeniu, że widać, co Prusowi nie do końca wyszło i – jeszcze bardziej niż w przypadku „Lalki” – jak zmieniała się jego wizja całości, prowadzenia poszczególnych bohaterów i wydźwięku powieści. W „Lalce” właściwie sam koniec może sprawiać takie wrażenie – w „Emancypantkach” idzie już jednak właściwie o całą powieść. Czasami zastanawiam się, czemu Prus, największy pisarz polski XIX wieku, nie zrobił kariery za granicą. I tak sobie teraz myślę, że może właśnie ta nierówność byłaby tu odpowiedzią? Oczywiście gdybam, ale „Emancypantki” mają doskonałe fragmenty – mogłyby być w panteonie literatury gdzieś pomiędzy „Samotnią” Dickensa a „Miasteczkiem Middlemarch” Eliot, no ale nie są. Dlaczego? Oktawia Żeromska wspominała, że Prus pisząc kolejne odcinki powieści zamykał się na noc, wziąwszy ze sobą tylko ogórek kiszony i pajdę chleba, i rankiem wyłaniał się z pokoju z gotową częścią. Prawie nie skreślał, tylko pisał, oddawał do druku i pisał dalej. Widać to, niestety, bardzo (inna sprawa, że to był pisarz arcyzdolny, więc nawet w ten sposób wyszła mu powieść). 

Kręgosłup moralny z lekka rozchwierutany


Pozwólcie więc, że najpierw zajęłabym się konstrukcją powieści. Tak, będzie trochę spojlerów, ale chciałabym tu „Emancypantki” bardziej zanalizować niż zrecenzować, więc jeśli absolutnie nie chcecie wiedzieć niczego o fabule – muszę Was ostrzec. No więc do rzeczy. „Emancypantki” można z grubsza podzielić na cztery części, nieco inne w formie. Pierwsza część to dzieje pensji pani Karoliny Latter, którą poznajemy na progu bankructwa. Latterowa, jak mówią o niej na mieście, ma dwójkę dzieci żyjących ponad stan, męża gdzieś w świecie i pensję dla dziewcząt z dobrych domów. To część najbardziej realistyczna: Prusa zajmuje tu psychika pani Latter, coraz bardziej upadającej na duchu, zgnębionej, powoli wpadającej w alkoholizm, rozczarowanej sobą, swoimi osiągnięciami, a nade wszystko swoimi dziećmi, co do których spodziewała się samych wspaniałości, a dostała dwie rozchwiane istoty dbające głównie o pieniądze i zaszczyty, a mało o własną matkę. Tutaj poznajemy też Madzię Brzeską, w zasadzie główną bohaterkę powieści, póki co naiwne dziewczątko, niemal niechcący uwikłane w sprawy pani Latter.

Po tej mocno realistycznej części przychodzi druga: Madzia po śmierci pani Latter i przejęciu jej pensji przez pannę Malinowską wraca do rodziców na wieś. Daje o sobie znać satyryczne zacięcie Prusa, który jej rodzinną miejscowość o wiele mówiącej nazwie Iksinów zaludnia przerysowanymi postaciami w rodzaju udającej chromą pani Krukowskiej, zmiennej jak chorągiewka Femci podsędkówny, plotkarek na stanowiskach czy dającego się wodzić za nos aptekarza. Ta część przywodzi na myśl „Panią Bovary”, bo osadzona jest w podobnych okolicznościach, z tym że napisana jest nie tak kunsztownie jak w przypadku prozy Flauberta. Prus podkpiwa, wyżywa się, jak może, na ciasnocie tego, co nazywa prowincjonalizmem, przemeblowuje losy postaci z szybkością mknącej po Iksinowie plotki. W części trzeciej Madzia wraca do Warszawy najpierw jako guwernantka dzieci piwowarstwa Korkowiczów – tu mamy jeszcze echa ciętej satyry, ale chodzi o przeobrażenie Madzi z naiwnego dziewczątka w anioła w ludzkiej skórze o niemal nieograniczonych możliwościach oddziaływania na innych – a później jako współlokatorka magnatów Solskich. Kulminuje wątek miłosny, światopogląd Madzi rozpada się, przychodzi część czwarta. Ją najtrudniej mi określić. Składa się w dużej mierze z dywagacji filozoficznych, dla niepoznaki obleczonych w dialogi, żeby wejść płynnie w otwarte zakończenie. Tu można jeszcze nadmienić, że Prus miał zadatki na wielkiego pisarza science fiction (zobaczcie koniecznie opowieść o komecie!).


W czytaniu będą Was wspierały obrazy XIX-wiecznej Warszawy. Tu plac Grzybowski. Źródło.

Oj, lubił Prus otwarte zakończenia, lubił! Czemu? Zdaje się, że łagodziły one pesymistyczny ton wymowy jego powieści. Sami wszak możemy zdecydować: zginął Wokulski czy nie zginął? Madzia wstąpiła do klasztoru czy wystąpiła z niego, żeby wyjść za Solskiego? Tak jak w „Lalce”, tak i tutaj możemy spokojnie wyszukiwać argumenty za i przeciw na kartach powieści. Przecież siostra Apolonia mówi, że z zakonu się występuje i nikt tam nikogo nie trzyma, a sama zdaje się dbać głównie o nerwy Madzi, powtarzając, że najlepiej by dla niej było, gdyby wyszła za mąż. Tylko czy kandydat na męża jest na pewno tak akuratny, jak się zdaje? Całe miasto nie na darmo plotkuje o tym, że zabił psa w przystępie szału… Stronę w rozszyfrowaniu zakończenia możemy zająć dowolną, niewiele tracąc w przypadku jakiegokolwiek rozwiązania. 

O czym to, panie dzieju, jest?


No właśnie, więc powieść jest szalenie różnorodna jeśli chodzi o style i formy. Rzecz w tym, że nie jest to czymś samym w sobie nagannym. Problem w tym, że część jest znakomita (realizm), część przyjemna w czytaniu, acz wielką literaturą bym tego niestety nie nazwała (satyra), część zaś w ogóle trudno nazwać literaturą, a raczej wykładem przybranym w jej szaty (polemika z materializmem). W tej ostatniej części razi zbyt proste wykorzystanie pewnych chwytów (powrót brata ex machina i jego podobne zejście ze sceny), w pozostałych aż żal, że mało jest celnych społecznych obserwacji Prusa (a przecież sceny obiadów u Korkowiczów, zebrań społeczności kobiet, obrazu relacji na pensji pani Latter, nawet seansu spirytystycznego u Arnoldów – to są doskonale napisane rzeczy! Tylko czemu jest ich tak mało?). Mam wrażenie, że powieść wiele traci z dwóch powodów: tego, jak napisani są bohaterowie i tego, że w gruncie rzeczy nie ma w niej stałej myśli przewodniej.

Jak to, zakrzykniecie, przecież Prus bardzo konsekwentnie krytykuje „emancypację kobiet”! Ano, nie bez kozery biorę to sformułowanie w cudzysłów. Jasne, Prus krytykuje pewne zjawiska z pozycji konserwatywnego, starszego pana, którego światopogląd (co wiemy już od końcówki „Lalki”) zaczyna się rozsypywać, bo i świat nie wygląda tak, jak się nasz autor spodziewał, że będzie wyglądać. Jednym z takich zjawisk jest zarobkowa praca kobiet odciągająca je od życia domowego, więc bohaterowie będą sarkać na to, że kobiety zamiast wychodzić za mąż i rodzić dzieci (znajdzie się tu kilka monologów pokazujących, że najlepszym, co może zrobić kobieta, jest rodzenie dzieci – monologi te nie są bynajmniej czysto dydaktyczne, ale zdają się płynąć ze szczerego przekonania autora) pracują i zarabiają. Ale Prus włoży też w usta swojego powieściowego alter ego, profesora matematyki Dębickiego, długą tyradę o tym, że kobietom nie byłoby tak źle, gdyby mężczyźni nie myśleli wyłącznie o własnej wygodzie i zstąpili z wyższego miejsca, jakie zajęli i się na to nawet nie oglądają. Pokazuje, co dobrego może zrobić „emancypacja” (która służy jako słowo-wytrych i dla różnych celów może raz być zjawiskiem pozytywnym, a raz negatywnym) i jakie szkody może wyrządzić tam, gdzie służy do robienia kariery i wywyższania się nad innych (i bez znaczenia będzie tu płeć takiego wywyższającego się: na „emancypacji” karierę chce robić i hałaśliwa panna Papuzińska, i człowiek idealnie obły, czyli Kazimierz Norski). 

Bo to zła matka była


Jest w powieści zawarta bardziej niż krytyka „emancypacji” jako takiej, krytyka złego wychowywania dzieci (nie wiem, jak to inaczej nazwać, ale „negatywne macierzyństwo” też by się może nadało). Prawdę o powołaniu kobiety, jak ją chcą widzieć „Emancypantki” wyłuszcza brat Madzi Zdzisław, mówiąc: Każdej [dzisiejszej pannie] zdaje się, że jest powołaną do wielkich rzeczy, a nie wiedzą o tym, że największą sztuką jest wychować – zdrowie dzieci. I faktycznie, przegląd złych matek jest w powieści szeroki. Począwszy od chłodnej matki Madzi, z którą dziewczyna nie potrafi nawiązać serdecznych stosunków, przez rozpieszczającą dzieci panią Latter, a które to dzieci odpłacają jej niewdzięcznością, przez ganiącą Solskiego matkę wpędzającą chłopaka w manię wyższości, przez Stellę rodzącą nieślubne dziecko, skazane na śmierć z powodu złych warunków, przez panią Korkowiczową rozmijającą się z rzeczywistością w jakiej kształtuje własne potomstwo, po całą gamę postaci pragnących dzieci, ale nie mogących ich z jakiegoś powodu mieć i – jak to przedstawia powieść – sublimujących to niespełnione uczucie na inne czynności (panna Malinowska na pensję, służąca Marta na zainteresowanie życiem innych, Ada Solska na studia botaniczne; swoją drogą narzekałam na to przy „Lalce”, ale o co chodzi z tym Prusem i niską jego oceną kobiet-naukowczyń?). Dla równowagi ojcowie są w „Emancypantkach” serdeczni i przykładni: Brzeski to człowiek wysoko ceniony, uczciwy, dogadujący się z dziećmi, Korkowicz trochę choleryk, ale o dobrym sercu, ojciec Norskich, Solskich, a nawet nieślubnego dziecka Stelli zostaje przez autora skrzętnie usunięty szybciej, niż moglibyśmy mniemać. A jak już pojawia się na horyzoncie ojczym, odsądzany od czci i wiary, okazuje się bohaterem wojennym. Ta nierównowaga jest przykra, bo pozostawia po sobie za dużo dydaktycznego zapaszku.


Rynek Starego Miasta. Źródło.

Ale gdyby się zastanowić, to przecież nie to wcale jest myślą przewodnią całej powieści. A co mogłoby nią być? Tragedia nadzwyczajnej jednostki, która jest niezrozumiana przez ogół? Siła plotki, chętniej powtarzanej niż pochwały? Niestałość ludzi w relacjach wobec siebie? Niszcząca siła konwenansu, poza którą trudno jest wyjść? Wszystko to da się przecież udowodnić. Tą nadzwyczajną (czy nawet, jak pisze Prus, „nadludzką”) jednostką jest Madzia – o niej zaraz – i to, co ją spotyka, opiera się na niezrozumieniu i złym odczytywaniu jej intencji. Wszystko, czego tknie się Madzia, obraca się bowiem nie tylko przeciwko niej, ale często i przeciwko tym, którym chciała pomóc. Plotki – o tym chyba nie muszę pisać, plotki są częścią życia wszystkich bohaterów, a ich obieg symbolizuje specyficzny sposób poruszania się ich największego siewcy, Zgierskiego, o którym Prus nie tylko dla obśmiania go pisze, że się „toczy”. Niestałość – i tej nie brakuje. Przyjaźnie i miłości trwają tu krócej niż gdzie indziej: można by się pokusić o bilans zerwanych narzeczeństw i zmienionych sojuszy w całej powieści i uzbierałoby się tego na ładną wiązankę. Siła konwenansu? Wszak odcisnęła ona swoje piętno na wychowaniu Solskiego i jego dzikim charakterze, na życiu Madzi, społeczności Iksinowa, gdzie bodaj tylko major i ojciec Brzeski jakoś się jej opierają.

I pewnie lektura dostarczyłaby mi więcej wrażeń, gdyby nie to, że całość napisana jest nierówno. Tematy przeplatają się niekiedy na chybił trafił, niekiedy tłukąc czytelnika w czoło (Madzia i klasztor), niekiedy całe partie powieści zastępują wypisy z lektur Madzi albo wykłady Dębickiego… Tutaj się na chwilę zatrzymam, bo co, czepiałam się wykładów Geista w „Lalce”? A gdzież tam, nie czepiałam się. No to o co mi chodzi? Głównie o to, że idea metalu lżejszego od powietrza była w całość powieści zakomponowana, współgrała z tym, co od początku do końca wiedzieliśmy o Wokulskim. Tutaj polemika Dębickiego z filozofią materializmu wyskakuje trochę jak diabeł z pudełka, ma wywrzeć wrażenie przede wszystkim na bohaterze, który też wyskakuje znienacka i szybko znika, a ledwo muska Madzię, na podparcie której Prus musi jeszcze wytoczyć cięższe działa i skierować ją na ścieżki klasztornej kontemplacji. Nie wiem, z czego to wynika: goniących terminów, zmian koncepcji, zbyt wielu wątków, które niekoniecznie musiały się ze sobą zgrywać? Zapewne historycy literatury mieliby w tej sprawie coś do powiedzenia, ja sobie tylko tak gdybam na własny użytek. 

O Madzi Brzeskiej to piosenka


Pozostaje wreszcie kwestia bohaterów. Zapewne części z Was towarzyszyło podobne do mojego poczucie, że byłoby miło, gdyby Madzia Brzeska się opamiętała i przestała zachowywać się tak, jak się zachowuje mniej więcej przez ¾ powieści. Nie jest tak, że ta bohaterka stoi w miejscu – ewoluuje, chociaż smutna konkluzja jest taka, że najciekawsza z niej postać albo wtedy, kiedy jest pijana (okazuje się, że ma nawet wtedy kąśliwe poczucie humoru), albo kiedy przydarza jej się coś naprawdę okropnego. I jak sobie z taką postacią radzić? Zastanawiałam się, z czego wynika to, że Madzią najchętniej by się potrząsnęło i tu znowu daje o sobie znać sposób, w jaki powieść jest napisana. Wiele jej partii można streścić następująco: ktoś robi coś nie tak – Madzia obwinia się, że to na pewno ona źle to odczytała / jest głupia / zrobiła coś niewłaściwego / generalnie to jej wina. Dobry przykład wynotowany z tekstu:

[Madzia] widziała go [tj. Zgierskiego] na pensji pani Latter po jej ucieczce i nieszczególne zrobił na niej wrażenie. Coś niezbyt pochlebnego słyszała o nim, zdaje się, że od gospodyni, panny Marty; dziś znowu obaj Korkowicze mówią o nim z przekąsem… „Widocznie dobry człowiek – myślała – tylko ma nieprzyjaciół.”

Bohaterka sama więc zaprzecza swoim spostrzeżeniom, żeby jeszcze bardziej siebie umartwić. Przechodzi jej to w pewnym momencie i czytelnik może odetchnąć z ulgą, no ale też nie na długo, bo pozostaje to dręczące poczucie „po co to jest tak napisane” i niesmak po ostatniej scenie, w której Madzia z właściwą sobie (dawnej sobie, przed przemianą) naiwnością podaje absurdalne powody swojego odsunięcia się od życia. Tak jakby nie pamiętała swoich rozpamiętywań po każdorazowym pobycie z majorem sam na sam. No, ale o to mniejsza, znęcanie się nad Madzią nie ma wielkiego sensu.

Co z pozostałymi bohaterami? Mamy wspomniane alter ego Prusa, czyli Dębickiego – wszystko w nim jest pewne, uporządkowane i oparte na kilku pewnikach, jak o nim mówią inni bohaterowie i faktycznie, nie wiem jak Was, ale mnie dręczyło, że to postać zbudowana wokół tezy bardziej niż wokół czegokolwiek innego. Owszem, to też kolejna postać z Prusowskiego uniwersum, która udowadnia (wiem, powtarzam się), że Prus pisałby świetne science fiction, gdyby dokończył swoje próby w tym gatunku, ale poza tym Dębicki udowadnia tezy potrzebne bohaterom do szczęścia, sam mając niewiele do powiedzenia o sobie. Można szukać w nim odpowiednika Rzeckiego (też przecież doradcy i bliskiego człowieka, analogicznie, w „Lalce”), ale Rzecki ma znacznie więcej charakteru niż Dębicki.


I plac Zamkowy, nieco później, bo w początkach wieku XX. Źródło.

W ogóle szukanie odpowiedników między „Lalką” a „Emancypantkami” nie jest od rzeczy, bo Prus wypróbowuje podobny schemat niektórych historii, a zwłaszcza kształtowania bohaterów, zmieniając go nieco w szczegółach. Solski i Wokulski – dwóch ludzi kapitału, którzy wychodzą od innych warunków i inaczej kończą. Rzecki i Dębicki – jako się rzekło już wyżej. Helena Norska i Izabela Łęcka – panny żyjące ponad stan i łaknące wielbicieli (wobec Norskiej Prus zdaje się jednak być bardziej wyrozumiały niż wobec Łęckiej, co ciekawe!). Podobnie ze smaczkami kompozycyjnymi: cóż zrobili Prusowi Kazimierze, że w „Lalce” życie postaciom zatruwa niejaki Starski, a w „Emancypantkach” Norski? A może to po prostu imię znaczące, wszak „kazi mir”, czyli „niszczy pokój”? Mamy nawet komiczny pojedynek (z doskonałą partią o odczuciach Kazimierza Norskiego). „Emancypantki” nie mają jednak tego rozmachu i tych widoków, które ma „Lalka”, na swoją – niestety – niekorzyść. 

Słowo na zakończenie


Na koniec (bo jednak pięć bitych stron o „Emancypantkach” to sporo i jeśli dotrwaliście aż tutaj, jestem pełna podziwu!) chciałam jeszcze napisać o kwestii nieślubnych dzieci. To wątek przewijający się przez całą powieść. Od artykułu panny Howard, przez plotki o Joasi, po Madziną wyprawę do przybytku pani Turkawiec, gdzie umiera Stella. Serce zawsze ciągnęło ją [Madzię] do biednych i opuszczonych, ale ten rodzaj niedoli, jaki spotkała u pani Turkawiec, obudził nieopisaną odrazę. Ta nędza położenia zawstydza Madzię, przeraża ją bardziej niż wywołuje litość – jak na naszego anioła i postać nadludzką, dość przewrotne to wrażenie, prawda? Jest w tym, zdaje się, sporo strachu, a mniej zastanowienia. W końcu na Madzię po śmierci Stelli i jej córki spływa spokój, nie zaś zmartwienie. Co ciekawe późniejsza powieść pokazująca to samo piekło kobiet, ale z innej przecież perspektywy – „Dziewczęta z Nowolipek” – wykorzystywała „Lalkę”, żeby pokazać naiwność jednej z bohaterek marzącej o Wokulskim wyciągającym ją z nędzy. A przecież jest jakieś podobieństwo „Dziewcząt...” do „Emancypantek”, co widać też w kompozycji niektórych scen: gdy, dla przykładu, Madzię napastuje facet w Ogrodzie Saskim. A jednak Gojawiczyńska do tej akurat powieści bezpośrednio nie nawiązuje. Jednak co „Lalka”, to „Lalka”, że tak zakończę sentencjonalnie.

***

„Emancypantki” czytałyśmy razem z Martą i Karo – zachęcam Was do zajrzenia na ich blogi, gdzie pojawią się ich wrażenia z lektury! Do akcji włączyła się też Efka. Zapraszam też do dyskusji, jestem ciekawa Waszego zdania o powieści. A na koniec rzucę jeszcze propozycję: skoro w tym roku w pierwszym kwartale czytaliśmy wspólnie „Lalkę”, a w drugim „Emancypantki”, może znajdzie się tu ktoś, kto chciałby mi dotrzymać towarzystwa i skusić się na wspólne czytanie „Placówki”, jakoś jesienią?

Weź dokładkę!

32 komentarze

  1. Przyjmę strategię "od ogółu do szczegółu", czyli zacznę od końca. Przede wszystkim, będę "Emancypantek" bronić, bo uważam, że mamy w tej powieści wszystkie elementy, za które zwyczajowo ceni się "Lalkę" - a nawet więcej: dojrzewanie bohatera (tam - Wokulski, tu - Madzia), manewry miłosne, szczegółowa panorama społeczności miejskiej i wiejskiej, no i duch czasu, tytułowa emancypacja i inne "modne" prądy epoki, podane iście po mistrzowsku.
    Nie odniosłam wrażenia, żeby była to powieść nierówna - tym bardziej, że jest wtórna i niedbała. Wręcz przeciwnie: jej konstrukcja, moim zdaniem, przemyślana w najdrobniejszym szczególe, świetnie oddaje drogę, jaką przebywa Madzia - od naiwnego dziewczątka po młodą kobietę, która pozbywa się złudzeń i zaczyna dostrzegać różne - że tak to ujmę - odcienie życiowej szarości. Prus pisał książkę nocami, zagryzając ogórkiem i nie robiąc skreśleń? No dobrze, ale czy można traktować to jako dowód jej niedopracowania? Nie skreślał, bo dobrze mu praca szła, i tyle. A kiszonki są zdrowe, wiadomo! :D
    Nie mogę zgodzić się również z tezą, jakoby w "Emancypantkach" brakowało myśli przewodniej. Dojrzewanie, pozbywanie się złudzeń, szukanie swojej życiowej drogi - sens tej książki zdaje się być bardzo podobny do przedmiotu zainteresowania pisarza w "Lalce". Z jedną różnicą na korzyść "Emancypantek": perspektywa młodej kobiety, nawet z całym jej, często irytującym idealizmem i anielską dobrocią, jest dla mnie dużo bardziej interesująca niż miłosna obsesja faceta po przejściach (Wokulski) ;-) Jedynym mankamentem jest dla mnie otwarte zakończenie, ale to akurat moja osobista preferencja, o której już wiesz - wolę, żeby to pisarz stawiał ostatnią kropkę, wtedy można z tą kropką dyskutować, a teraz - jedynie gdybać. Ale mogę się zgodzić - typowy "happy end" (Madzia wychodzi z klasztoru i wychodzi za Solskiego) to zupełnie nie w Prusa stylu.
    Ja też nie mogłam uniknąć porównań postaci z "Emancypantek" do tych z "Lalki" :-) Dębicki-Rzecki, Norska-Łęcka, Solski-Wokulski (? tylko na odwrót, bo zakochany w pannie skromnej i biednej). A co do wyrozumiałości Prusa wobec Heleny Norskiej: córka Latterowej ma w sobie, wbrew pozorom, sporo życiowej mądrości. Może taki właśnie kobiecy rozsądek, na miarę ówczesnych czasów, pisarz cenił najbardziej?
    Zastanawia mnie natomiast nie tyle mnogość wzorców powieściowych "złych" matek, co dysproporcja w stosunku kobiet i mężczyzn do kwestii emancypacji. Ojciec Madzi broni racji kobiet, które nie chcą wychodzić za mąż bez uczucia, dla pieniędzy; matka Brzeskiej, podobnie zresztą jak Latterowa, jest odmiennego zdania.


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja się bardzo cieszę, że ich bronisz, zapowiada się ciekawa rozmowa w takim razie :-). Ale już na początek się nie zgodzę w jednym: w tym, że "Emancypantki" mają te elementy, które tak cenimy w "Lalce" -- owszem, one tam występują, ale jednak poziom ich wykonania jest, według mnie, słabszy. Choćby obraz Warszawy (dużo skromniejszy i bardziej sprowadzony do "z okna widziała dachy Pragi" niż tętniący życiem opis miasta) czy Iksinowa (od nazwy począwszy a na mieszkańcach skończywszy satyryczny obrazek). Natomiast co do emancypacji -- wydaje mi się, że to jednak nie jest o emancypacji, że tak prowokacyjnie zarzucę temat ;-).

      Tak jak pisałam, to wyraźne rozpadanie się powieści na części (a nie da się zaprzeczyć chyba, że jest wyraźne ;-)?) to nie jest według mnie plan z góry przemyślany -- zwłaszcza zaś część ostatnia, gdzie literatura zmienia się w wykład (jak to ładnie w swoim szkicu o "Emancypantkach" ujął mój niezawodny przewodnik po Prusie, czyli prof. Markiewicz ;-)). Anegdota z ogórkiem to nie jest dla mnie koronny dowód, ale pokazuje warunki, w jakich Prus pisał :-).

      A jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Wokulski jest bohaterem od Madzi lepiej napisanym (zaślepionym w podobnym stopniu, ale w mniej irytującej manierze i mniej się chciało wejść do książki i nim potrząsnąć, mnie przynajmniej :-)).

      Podoba mi się Twoja interpretacja panny Norskiej, bo faktycznie, ona mimo wszystko jest praktyczna. Tak jak zmieniała się Izabela w "Lalce" i traciła swoje interesujące cechy, tak Norska jest napisana o kawałeczek dalej (choćby i to, że do klasztoru nie chroni się na koniec, a w połowie powieści, to taka lepiej rozwinięta wariacja na podobny temat).

      No właśnie: ale czy to jest kwestia emancypacji? Jak możemy ją rozumieć? Bo wydaje mi się, że od tego zależą dalsze punkty wyjścia ;-).

      Usuń
    2. Nie przemawia do mnie "teoria ogórka" ;-) Jestem pewna, że można jadać wykwintne potrawy ze srebrnych półmisków, sypiać na łożu z baldachimem, a w międzyczasie, piórem ze złotą stalówką, pisać wybitne gnioty :D Na szczęście przypadek "Emancypantek" jest zupełnie odmienny.
      Owszem, nie ma tutaj tak szczegółowo podanej Warszawy jak w "Lalce", ale nie o to też chodzi. Czy sielsko-anielski Iksinów nie przypomina Zasławia? Znów z punktem na korzyść tego pierwszego: w Zasławiu wykwintne towarzystwo stara się "bawić", z czego niewiele w sumie wynika, podczas gdy w Iksinowie dzieją się poważne dramaty, których tłem jest równie poważna (!) satyra.
      Powieściowe części składają się, w mojej opinii, w przekonującą całość. Nawet jeśli zamysł rodził się w trakcie pisania, to efekt (a ten się liczy) jest więcej niż zadowalający. Madzia z bohaterki pobocznej (część I, pensja pani Latter) wybija się na powieściową niezależność (część II), a pozostałe partie są dopełnieniem jej przemiany i dojrzewania. I właśnie: również jestem zdania, że "Emancypantki" to nie jest powieść o emancypacji, o czym wspomniałam już zresztą powyżej. To jest rzecz o znajdywaniu swojego celu i miejsca w świecie, a że ten świat był akurat owładnięty manią wyzwolenia kobiet, stąd przewrotny, w pewnym sensie tytuł. Zobacz, jak kończą wszystkie apostołki emancypacji u Prusa, z panną Howard na czele - stają się szczęśliwymi mężatkami :-) Czy to mrugnięcie oka do czytelnika? Czy wyraz konserwatywnego stosunku autora do kwestii kobiecej? Nie ukrywam, ta sprawa bardzo mnie nurtuje. Podobnie zresztą jak kolejne otwarte zakończenie: czy Prus nie miał zamiaru kontynuować losów Madzi (podobnie zresztą jak Łęckiej i spółki)? Nie znam zbyt dobrze kulis powstawania tych powieści, ale brzmi to prawdopodobnie: niejednoznaczny finał zostawia otwartą drogę nie tylko dowolnej interpretacji, ale i kontynuacji losów bohaterów.

      Usuń
    3. Ależ nie o to przecież chodzi :-P. "Teoria ogórka" pokazuje, że Prus pisał szybko, na bieżąco, nie było tak, że miał całość, którą potem przerabiał czy dostosowywał, więc można w ten sposób prześledzić jak mu się zmieniała koncepcja :-).

      Moim zdaniem Iksinów przypomina Zasław, owszem, ale nie jest tak dobrym portretem, bo tam nie ma "pisania z natury", jest satyra, która niektóra rzeczy uwypukla, inne chowa, obrazków prawdziwie dramatycznych nie ma tam znowu aż tak wiele. Przy czym pisząc "dramatycznych" mam na myśli nie te, w których krew się leje i pękają złamane serca ;-), ale te, gdzie mamy do czynienia z wizerunkami życia ludzi z Iksinowa. Tutaj zaliczyłabym obrazek z wiejskim nauczycielem, z bardzo dobrą postacią babki.

      A nie masz wrażenia, że w części IV Madzia już specjalnie nie dojrzewa? Prus odsuwa ją na dalszy plan (widać to choćby w rozmowach Dębickiego ze Zdzisławem, gdzie Madzia głównie wzdycha z boku), potem żeby wysłać ją do klasztoru splata intrygę, każąc na koniec bohaterce cofnąć się w rozwoju -- mnie cały czas uwiera, że dużo miejsca poświęca rozmyślaniom Madzi, że nie lubi "czułości" majora, a potem każąc jej o tym zapomnieć.

      Hm, nie zgadzam się, że to jest świat owładnięty manią wyzwolenia kobiet. Przede wszystkim dla mnie te faktyczne "emancypantki" pozostają w tle: ani panna Howard, ani Madzia, ani Ada Solska, ani panna Papuzińska to nie są emancypantki, to są "emancypantki" takie, jak w tym cytacie, który wyłowiłam na początek wpisu: ot, taka jest epoka, że każdy może zostać w ten sposób nazwany, jeśli ma tyle a tyle lat i wypowiada takie a takie zdania. Natomiast te wszystkie ubogie, pracujące kobiety w tle, które nie mają wielkich szans na szczęście w życiu, wykorzystywane i biedne -- czy aby one nie są tutaj nie tylko tłem, ale podkreślaczem (no, nie mam lepszego słowa ;-)) tego, co chce pokazać Prus?

      Usuń
    4. O cokolwiek chodzi z tą nieszczęsną "teorią ogórka", dla mnie liczy się efekt: intrygująca, arcyciekawa powieść, która ma moim zdaniem zdecydowanie więcej zalet niż wad. Można pisać szybko i mieć koncept przemyślany, i vice versa. Skąd właściwie "wiadomo", że wyeksponowanie postaci pani Latter w I części powieści, oraz późniejsze umieszczenie w świetle jupitera panny Brzeskiej, nie było takim celowym zamiarem? Może Prus chciał pokazać przegląd kobiecej doli, począwszy od "bizneswoman", skończywszy na kobietach - teoretycznie - mniej uprzywilejowanych?
      Madzia pod koniec, jeśli nie jest w pełni psychicznie ukształtowana, to z pewnością nie jest już anielskim, pełnym ufności i wiary dziewczątkiem. Czy nie na tym polega, jeśli nie dojrzewanie, to jego istotny etap - na pozbyciu się złudzeń i różowych okularów? Wstąpienie do klasztoru - cofaniem się w rozwoju? Brzeska, zanim zamieszkuje tam "na dobre", traktuje to miejsce jako oazę spokoju i wytchnienia. Tam czyta, rozmyśla, szuka dalszej drogi - to chyba odwrotność regresu?
      "(...) w Warszawie, obok demokracji i pozytywizmu, wybuchła nowa epidemia zwana emancypacją kobiet" (strona 42) - jest więc jakiś "trend", "umysłowa moda", są jej wyznawczynie, są kółka wyzwolonych pań (Madzia i Ada biorą w jednym z nich czynny udział). Zgoda: emancypacja to tutaj słowo-wytrych, o definicję którego można się spierać, podobnie jak i oto, kogo tym słowem nazwać (w dzisiejszym jego rozumieniu, które nie jest chyba tak odmienne od ówczesnego?). Ciekawe słowa wypowiada w tej kwestii pani Latter: twierdzi, że kobieca samodzielność znana jest od wieków. Kobiety "od zawsze" walczyły z życiem, dbały o przetrwanie własne i dzieci, pracowały, ba! chodziły na wojnę. Latterową irytuje, że ówczesne piewczynie niezależności poczytują sobie za ideowy wynalazek coś, co kobiety w każdym pokoleniu robią i robiły od lat. Zdecydowanie, Prus traktuje całe zjawisko w bardzo przewrotny sposób. I chyba jest w tym sposobie, wbrew pozorom, najbliższy poglądom właścicielki pensji. I właśnie, te wszystkie damy klasowe, panny służące, gospodynie, właścicielki i rezydentki takich przybytków, jak ten pani Turkawiec, są chyba najbardziej świadome potrzeby nie tylko emancypacji, ale i kobiecej równości.

      Usuń
    5. Pytanie, na ile możemy sięgając po fakty pokazać coś (ergo: sposób pisania tej powieści), a na ile nie (ergo: przemyślana struktura nieewoluująca wraz z pisaniem -- a tutaj wiemy, że Prus lubił tak pisać, stało się tak przecież i w "Lalce") :-).

      Regres tkwi, moim zdaniem, w tym, że Prus każe Madzi zupełnie zapomnieć o swoich rozterkach z "zalotów" majora (o których Madzia przecież przemyśliwuje -- a nie rzuca się za klasztorną furtę; czyni tak dopiero po całym spektaklu z Norskim, a czy to nie jest jednak niekonsekwencja? Tak jakby bohaterka zapomniała o tym, co działo się z majorem -- czemu? Bo w międzyczasie postać majora się zmieniła i urosła do roli "rozsądnego matuzalema wskazującego drogę" ;-)).

      Usuń
  2. Madzię Brzeską zapamiętam jako tę postać, która na zajęciach z PMP (literatura pozytywizmu i Młodej Polski) wywołała najwięcej emocji. Jedna z koleżanek aż wstała i zaczęła wołać do broniących jej osób "co wy mówicie, przecież to jest głupia idiotka, ktoś ją pocałował i ona już idzie do klasztoru!" Ja z kolei uwielbiałam pierwszą część - tak zwyczajnie, literacko do mnie trafiła, jako do fanki tych wszystkich powieści o pensjach dla panienek. Portrety bohaterów, opisane z takim pazurem, strasznie mi się podobały. Kojarzę też oburzenie, jakie Małgorzata Musierowicz we "Frywolitkach" wyraziła a propos eseju "Neurotyczni bohaterowie Prusa" Jana Tomkowskiego. Sama po przeczytaniu stwierdziłam, że facet miał jednak trochę racji ;)

    Ale tak czy siak będę Madzi bronić jako bohaterki literackiej - to jest postać nieco irytująca, ale jak fajnie irytująca! Można ją analizować, dyskutować o niej, rozważać jej postępowanie, poglądy, zmiany poglądów, zaprzeczanie samej sobie - i wcale nie trzeba jej w tym celu lubić. Aczkolwiek ten ogórek kiszony też sporo tłumaczy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie przeczę, że Madzia może budzić nadal żywe emocje -- przez to, jak została napisana, również -- i że w związku z tym jest świetnym obiektem do dyskusji :-). Inna sprawa, że nie zmienia to poziomu irytacji (mojej) tą bohaterką -- i choć tak w 3/4 powieści odetchnęłam z ulgą, bo widać zmianę, jaka się w Madzi dokonała, to końcówka znowu wpycha czytelnikowi tę Madzię z pierwszych trzech ćwiartek "Emancypantek" i wtedy już się głęboko zasmuciłam ;-).

      No właśnie, muszę przeczytać ten esej, bo słyszałam o oburzeniu MM, ale samego punktu wyjścia do tego oburzenia nie znam, a wiadomo, że zawsze warto się przekonać samemu, w czym rzecz :-).

      I, podobnie jak Ty, miałam sporo radości z części powieści poświęconej pensji, właśnie przez wzgląd na upodobanie w tego typu tematach ;-). Aż mi było tej pensji za mało, z chęcią poczytałabym o niej więcej!

      Usuń
  3. Przede wszystkim – Dziewczyny – dziękuję Wam za to wyzwanie, bo znalazłam ponowną przyjemność w odświeżeniu lektury, która taki kiedyś przewrót w moim dziewczęctwie uczyniła;) Z przyjemnością swoimi spostrzeżeniami się również podzielę. Przede wszystkim odbieram „Emancypantki” jako zlepek dwóch idei. Najpierw musiała powstać część – ta dotycząca pensji pani Latter, aż do jej śmierci. To skończona całość i jej bohaterką jest Karolina Latter. Madzia jest jedną z bohaterek pobocznych i zapewne taką była w pierwszym zamyśle. Po skończeniu tego wątku – wydaje mi się, że autor zobaczył jeszcze potencjał w swoim pomyśle. Zapewne wówczas dodał kilka rzeczy, zrobił może nawet Madzię powiernicą przełożonej, bardziej ją zaakcentował, by później pociągnąć jej losy.
    Kimże jest Madzia? O ile pierwotna bohaterka (Latter) była kobietą z krwi i kości, to w jej drugiej bohaterce (ostatecznie: głównej) nie widzę prawdziwej kobiety, lecz ideę. To taki podstęp autora. W dodatku – kolosalny. Nawet rodzaj smutnego żartu. Eksperymentu? Madzia – to ideał. Po co taki ideał w powieści? To postać składająca się z samego dobra, nie rzucający nawet cienia, który nawet gdy płacze – to tylko prawdziwymi perłami. Prus ją wykorzystał, by tym jaskrawiej wydobyć wady z wszystkich pozostałych bohaterów powieści. Bo przecież na jej tle wszyscy (oprócz może Ady, chociaż Adzie przewrotnie odmówił chociaż urody) muszą wypaść bardziej ludzko – to znaczy: mają wady. Przerysowane, oczywiście. Ale dobroć Madzi też jest przerysowana. I całą powieść odbieram jako pesymistyczne osądzenie ludzkości. Prus nam mówi – widzicie? Ideał nie ma co szukać na tym łez padole, wśród ludzkich przywar i ludzkich namiętności, bo ludzie ten ideał zdepczą, nie pozwolą mu żyć spokojnie. Uwielbiam sposób, w jaki to wszystko opisał. Bo Prus wrzucił Madzię – jak spokojną rybkę akwariową w sam środek ławicy piranii. Wokół niej się kotłuje, woda wrze, a ona tego często nawet nie dostrzega, a jeśli dostrzega to nie pojmuje, bo przecież przemawia przez nią jedynie dobro, a dobro z definicji nie przyjmuje do siebie zła…
    I ja widzę paralele między powieściami - lustrzane odbicia w postaciach (Łęcka-Norska, Rzecki-Dębicki itp.) ale dla mnie parą do Wokulskiego jest nie Solski, a Madzia Brzeska właśnie. Obaj to idealiści, dla których nie ma miejsca w normalnym (pełnym wad) społeczeństwie. A imiona własne? Uwielbiam te gry słowne pisarza. „Kazi-mir” to nie jedyny symbol, bo jego siostra – Helena – to na wzór mitycznej Heleny – kobieta, która staje się przyczyną wojen i niepokoju. A Eufemia? (zdrobniale: Femcia) Czyż nie ma się nam kojarzyć i uosabiać z „femme fatale”? No i pozostają ci wszyscy nieistotni hrabiowie Abecadłowscy, albo z przekąsem mianowani: Przewracalscy i Gwizdalscy;)…

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Również się cieszę, bo sama zapewne jeszcze zwlekałabym z lekturą "Emancypantek", a tak w grupie zawsze raźniej i można się podzielić wrażeniami :-).

      Zgadzam się, ta część dotycząca pensji wygląda na wyjściową i tam Prusa zdecydowanie najbardziej zajmuje pani Latter -- jej portret jest też najlepiej nakreślony i najgłębszy, może dlatego, że nie ma w tej części pierwszej zbyt wielu konkurentów/konkurentek i Prus w pełni się na niej skupia, a może dlatego, że pomysł na nią jest prowadzony konsekwentnie od początku do końca (motyw wina!).

      Natomiast ta anielskość Madzi... Hm, nie wiem, czy to jest zaleta, czy wada ;-). Bo problem polega tu dla mnie na tym, że Prus nie może przestać pisać Madzi jako tego niewinnego ideału właśnie dlatego, że cały plan powieściowy by się wtedy zburzył -- stąd tylko te nikłe przebłyski świadomości u bohaterki, szybko pokrywane przez "nie, na pewno tylko mi się wydawało" i stąd, podejrzewam, sama końcówka z Madziną co najmniej niekonsekwentną (w świetle jej doświadczeń z majorem) decyzją.

      Nie myślałam w ten sposób o Femci -- raczej sądziłam, że chodzi o to, że ona jest taka, jakby to ująć... Nie mówiąca wszystkiego wprost, owijająca w bawełnę, żeby dopiero po czasie zdecydować, co właściwie znaczyły jej słowa i działania. Teraz sprawdziłam, że "Eufemia" znaczy "dobrze wróżąca", więc to chyba kolejny pomysł Prusa-ironisty ;-).

      Usuń
    2. Jestem tego pewna:)

      Usuń
  4. Olu, wydaje mi się podobnie: Madzia jest too good to be true! ;-) Za jej pomocą, z jednej strony widzimy, jak nędzny świat depcze wszelkie przejawy dobroci, a z drugiej, dostrzegamy tę samą, wyboistą drogę, jaką przechodzą ludzie szlachetni: od ideału do pozbywania się iluzji. To prawda, w pewnym sensie Madzia przypomina Wokulskiego. Można powiedzieć, że jest jego żeńskim wcieleniem - tyle, że bardziej naiwnym i prostodusznym. Inna też jest jej motywacja do zmiany: u Stacha to miłosna obsesja, świat Madzi zaczyna rozpadać się pod wpływem pewnego seansu spirytystycznego - i przekonań pięknego Kazia ;-)
    Dziewczyny, na marginesie: zadziwiająco dużo jest paraleli między "Lalką" i "Emancypantkami". W postaciach, które można połączyć w pary podobieństw, w ich losach (bolesne przemiany, stracone złudzenia, klasztory, samobójstwa - prawdziwe i domniemane, zagraniczne wyjazdy w poszukiwaniu odmiany życia), wreszcie, nawet w poszczególnych scenach - choćby honorowe pojedynki, konsekwentnie rozgrywane w Lasku Bielańskim :-) I, co najciekawsze, w tej powtarzalności, w tych powieściowych schematach, można znaleźć ogromną czytelniczą frajdę. Jak to się Prusowi-czarodziejowi udało - pisać wciąż o tym samym właściwie, a nie znudzić i nie zmęczyć?
    A na drugim marginesie dodam, że sam autor bardziej ponoć cenił "Emancypantki" niż "Lalkę". Czy dlatego, że "Emancypantki" napisał później, z późniejsze dzieła są z reguły dojrzalsze? Jakby nie było, podzielam jego zdanie :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też spotkałam się z tym, że autor bardziej cenił swoją późniejszą powieść. A może to właśnie chodzi o Madzię? Głośno dyskutuje się o tym, że autor nie bardzo lubił kobiety. A może w tym wypadku trochę poczuł się jak Pigmalion?;)

      Usuń
    2. Muszę przyznać, że mnie najbardziej podoba się fantazja Prusa przy opisywaniu tych nieszczęsnych pojedynków. One są przekomiczne, a każdy przecież przebiega i kończy się inaczej. A myślałam, że mistrzowska jest scena z zębem, ale po "Emancypantkach" zmieniłam zdanie ;-).

      Usuń
    3. Olu, to są straszne dla mnie newsy! Czytałam opinię o nowej książce "Prus. Śledztwo biograficzne" - wynika z niej ponoć, że pisarz bardzo cenił uroki niewieście ;-) Jedno z pewnością nie wyklucza drugiego, ale stawia tę kwestię w niezwykle ciekawym świetle. Podobnie jak postać Łęckiej w "Lalce" - możliwe przecież, że jej pierwowzorem była realna znajomość pisarza z kobietą podobnie zimną i obojętną jak Bela?

      Usuń
    4. Hm, nie wiem, czy na podstawie "Emancypantek" można wnioskować o ewentualnej mizoginii czy filioginii (o ile takie słowo istnieje ;-)) Prusa. Jak zauważyła Niekoniecznie Papierowa, w "Emancypantkach" równie ostro obrywają i bohaterki, i bohaterowie. Swoją drogą bardzo jestem ciekawa tej biografii!

      Usuń
    5. @Leżę-i-czytam: Dobra ta biografia? Zastanawiam się nad nią, skoro tyle tego Prusa czytamy w 2017 r. :)

      @Pyza, wertowałam ostatnio "Gender dla średniozaawansowanych" i tam w rozdziale pt. "co daje mi czytanie genderowe" (czy jakoś tak) znalazłam wypowiedź słuchaczki, która dzięki Indze Iwasiów zrozumiała, że Prus był mizoginem! Chociaż faktycznie, głównym punktem odniesienia była dla niej "Lalka". ;)

      Usuń
    6. @Niekoniecznie Papierowa, a jaka była argumentacja? Bo owszem, pamiętam, że zgadzałyśmy się co do tego, że Prus opisał Łęcką niezbyt sprawiedliwie, ale z drugiej strony w "Lalce" są też inne postaci kobiece (nie wspominając o tym, że są takie i w "Emancypantkach" ;-)). No i zawsze jednak jakoś mnie zastanawia za łatwe utożsamianie autora z dziełem ;-).

      Usuń
    7. Argumentacji nie było żadnej. Słuchaczka uznała, że mizoginizm Prusa jest po prostu jawny. ;) (Był to fragment ankiety kończącej cykl wykładów, gdzie jedno z pytań brzmiało: Co daje mi genderowe czytanie). A tak na marginesie: to Iwasiów bardzo, ale to bardzo ceni "Lalkę" jako powieść.

      Usuń
    8. @Pyzo, mowa o zasłyszanym sądzie o antypatii pisarza wobec kobiet i, również zasłyszanych, wieściach o jego romansowym życiu z rzeczonej biografii. Której jeszcze nie czytałam, ale którą przeczytać muszę! Bo z "Emancypantek" trudno cokolwiek w tej kwestii wyrokować, mamy tu sporo postaci nie do końca kryształowych, bez względu na płeć.

      Usuń
    9. No właśnie, wydaje mi się, że na podstawie powieści, zwłaszcza z taką ilością postaci obu płci, sympatycznych i mniej sympatycznych, nie da się właściwie nic orzec. Bardzo jestem ciekawa tej biografii i tego, co się tam znalazło -- nie, żebym pożądała skandali o Prusie, ale chociażby jego metoda pisania bardzo mnie zajmuje ;-). No i którą ze swoich książek uważał za najlepszą, też.

      Usuń
  5. Och, Pyzo jak ja się z Tobą zgadzam! Ta powieść rozpada się na tak wyraźne części, z których pierwsza mogłaby spokojnie funkcjonować jako odrębna i skończona całość (swoją drogą bez otwartego zakończenia ;)) a ostatniej mogłoby zupełnie nie być. Po co Zdzichu wraca? Żeby wysłuchać nudnego wykładu Dębickiego? Bo żeby umrzeć i popchnąć Madzię do klasztoru spokojnie mógł zostać zagranicą. I te powracające jak sfatygowane echo motywy, po co na przykład Miętlewicz i jego małżeństwo z podsędkówną? Zresztą satyra na Iksinów i małomiasteczkowość z części drugiej jest momentami tak przerysowana, że człowiek ma ochotę zakrzyknąć "No nie, Bolek! Seriously?". Strasznie to niewyważone jak na Prusa.
    A do tego wszystkiego wciąż nie mogę dojść do przekonującej odpowiedzi o co tak naprawdę chodzi? Bo że nie o emancypantki, to chyba wszystkie się zgadzamy. Może musi minąć trochę więcej czasu od lektury, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że "Emancypantki" to trochę takie żale Prusa do całego świata.

    Zaciekawiłaś mnie tym porównaniem matek i ojców. Faktycznie, matki są złe i krytyka Prusa jest tu wyraźna. Ojcowie są lepsi, ale też jest ich mniej, może nie starczyłoby autorowi pomysłów na więcej niż trzy przykłady? ;) Arnold jest nie tylko bohaterem wojennym, ale koniec końców okazuje się też dobrym ojczymem, dając pieniądze i dach nad głową Norskim. Niweluje to złe wrażenie z pierwszej części, gdy okazuje się, że od lat ma drugą rodzinę zagranicą. To nie pachnie, to po prostu jest dydaktyzm.

    Najbardziej w lekturze "Emancypantek" podoba mi się to, że wielość wątków, postaci, oczywistych niespójności i niedociągnięć Prusa, daje szerokie pole do dyskusji i rozmyślań.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Postać Zdzisława faktycznie jest dla mnie tajemnicą, podejrzewam, że była potrzebna, żeby wrócić Madzi wiarę utraconą na skutek wywodów Norskiego. A któż nadałby się do tego bardziej niż "odczarowany" przez Dębickiego brat bohaterki, stojący nad grobem? Swoją drogą nie spodziewałam się, że taki spotka go koniec, bo z początku był pisany bardziej jak hipochondryk niż faktyczny chory.

      Zgadzam się co do wymiaru satyry w części o Iksinowie. A szkoda, bo tam są bardzo dobre części, ale nie mogę się oprzeć przed czytaniem tego jednak jako wielkiego, ironicznego obrazka.

      Z Arnoldem jeszcze jest taka sprawa, że jego żona-spirytystka jest postacią co najmniej dwuznaczną. Z jednej strony ma w sobie to "coś", co sprawia, że ani narrator, ani bohaterowie jej jednoznacznie nie potępiają, jakkolwiek dziwna by się im wydawała. Z drugiej jednak jest oszustką, co wyraźnie daje się nam odczuć. Ciągle się waham, jak to odczytywać i zastanawiam się, czy wszystko tutaj dostrzegam ;-).

      To prawda, dużo przyjemniej się dyskutuje o "Emancypantkach", bo sporo jest w nich ku temu materiału :-).

      Usuń
    2. Mam problem z Madzią i całą tą jej ewolucją. Tak, z czasem zaczyna więcej dostrzegać, zdarzają się jej nawet cięte i ironiczne riposty (chociaż wspomagacze mają tu znaczenie ;)), ale ostatecznie idzie do klasztoru czyli nie schodzi ze ścieżki samoumartwiania się. No i czy Madzia nie przeżywa tutaj załamania nerwowego? Nie wiadomo jak to się skończy, bo może jednak pobyt w klasztorze jej nie uleczy. Albo nie będzie w stanie funkcjonować poza nim. Czy to naprawdę jest ewolucja bohaterki? Oczywiście, dzięki otwartemu zakończeniu możemy sobie gdybać i gdybać. ;)

      No właśnie, ta śmierć Zdzicha jest dziwna. On mi też wygląda na hipochondryka. A może to było samobójstwo?

      Usuń
    3. Byłabym skłonna Madzine usunięcie się do klasztoru interpretować raczej tak jak Marta: jako poszukiwanie cichej przestrzeni do życia z dala od zgiełku miasta i wszystkich, którzy bohaterkę zawiedli. Przy czym oczywiście załamanie nerwowe też wchodziłoby tutaj w grę. Prus dołożył zresztą starań, żeby pokazać klasztor nie tyle jako miejsce odosobnienia i zamknięcia się na świat -- tak jak początkowo za każdą o nim wzmianką widzi to Madzia -- ale jako miejsce ciche, przyjemne, pełne miłych ludzi i pożytecznej pracy.

      Zastanawiam się, ale z drugiej strony czy jego przemiana religijna wówczas miałaby sens...?

      Usuń
    4. Nie mogę się do Madzinego klasztoru przekonać... Jeszcze mogłabym zrozumieć wersję, że zdaje sobie sprawę, jak wszyscy naokoło ją zawiedli, ma tego dosyć i postanawia na jakiś czas schronić się w klasztorze. Ale ona nie mówi innym, że mają jej dać święty spokój, tylko za argument podaje ten nieszczęsny pocałunek z Norskim. Grzesznica. Nosz... pod tym względem bohaterka nie ewoluuję ani na jotę.

      Cała postać Zdzicha i jego pojawienie się są tak uszyte, że szwy trzeszczą. Nie wiem czemu, ale od momentu, gdy stanął w drzwiach i zaczął rozprawiać o chorobie, po głowie mi krążyło, że ma zamiar się zabić. Jego przemiana religijna nie miałaby wówczas sensu, jeżeli założymy, że była autentyczna, a nie tylko po to, żeby oszczędzić Madzię. Chyba jestem jak Solski, nieuczciwi wydają mi się Ci bohaterowie "Emancypantek". ;)

      Usuń
    5. A może argument pocałunku to tylko pretekst, użyty po to właśnie, żeby świat dał Madzi spokój? Mam wrażenie, że dużo bardziej niż incydent z Norskim zabolały ją plotki o wyprawach do akuszerki i podejrzanym bywaniu w hotelach. No i zajście na raucie u Arnoldów, od którego wszystko się zaczęło, a właściwie: zaczęła się zmiana w postrzeganiu świata przez Madzię.
      Ewolucja bohaterki jest, być może, nie dość wyraźna dlatego, że Prus przerywa relację w pół słowa. Ale to, że Madzia przejrzała na oczy, jest faktem z gatunku tych, za którymi idzie głęboka przemiana, widoczna np. w zachowaniu. Czytelnik jej nie widzi, bo Madzia chowa się u szarytek. Co jest, zwłaszcza w przypadku takiej bohaterki, konsekwentnym zabiegiem - klasztor, dla podobnie jak Madzia wrażliwych panienek, to jedyne ówczesne lekarstwo.
      Zbigniew ewidentnie został napisany po to, żeby zaprowadzić Madzię na Tamkę. Podobnie jak Pyza, uważałam go za hipochondryka; właściwie wolałabym, żeby Brzeska wyjechała pielęgnować brata, zamiast uciekać do klasztoru. Pozostawiałoby to nieco większą nadzieję na happy end (ten domniemany) niż klasztorna ostateczność. Ale właśnie tak kończą dobrzy ludzie - jedynie Madzia nie dostała za uczciwe życie nagrody.

      Usuń
    6. No tak, ale pretekst czy nie, nie możemy orzec trzymając się tekstu -- w tekście jasno daje nam się do zrozumienia (Madzia nie ucieka się do podstępu: ona naprawdę wierzy, że pocałunek z Norskim zniszczył jej kompletnie reputację), co jest powodem wstąpienia do klasztoru. Ciekawe, że Prus postanowił na koniec, nie dopełniając tej zupełnej przemiany Madzi, napisać to w ten sposób. Czy inne powody wydawały mu się za słabe? Po wszystkim, co Madzię spotkało, nie wydaje mi się, ale może tutaj znaczenie ma jeszcze kontekst epoki, coś, co umyka dzisiejszemu odbiorcy? Jak sądzicie?

      Co do Zdzisława jeszcze, to też jest postać, która najpierw długo jest w cieniu (wiemy o nim, że mu się powodzi i że na jego kształcenie poszła znaczna część Madzinej sumy odziedziczonej po babce), a potem, kiedy się pojawia, właściwie trudno coś powiedzieć o nim samym -- wiele zaś o jego poglądach, które stają się tarczą dla Dębickiego. Ciekawe, że niepokój w duszy Madzi zasiał Norski, ale jednak to Brzeskiego Dębicki tak mocno indaguje, Norski chyba wydawał mu się tego niegodzien (a może i po prostu sam w to nie wierzył, a jedynie powtarzał to, co modne, narrator coś podobnego sugeruje).

      No właśnie, a sam Solski? Bo on się nam tutaj w rozmowie właściwie jako główny temat nie pojawił ;-).

      Usuń
    7. Skoro Prus opisał Madzię jako świętą to pocałunek z Norskim mógł mu się wydawać wystarczającym powodem. Kontekst epoki to interesujący trop, ale przyznam szczerze, że nie mam pomysłu, co takiego nam umyka i nie pozwala lepiej zrozumieć takiego rozwiązania (albo przynajmniej mi). ;)

      I chyba muszę przeczytać "Frywolitki" bo w głowie mi się nie mieści, że można uznać Madzię Brzeską za dobrze opisaną postać kobiecą, "najmilszą nam i najbliższą".

      Usuń
    8. Tylko że ta Madzia, którą mamy na końcu to przecież jest już Madzia po przejściach, Madzia inaczej patrząca na rzeczywistość, z niej ta taka zupełna naiwność opadła, to mi strasznie nie licuje z tym dramatycznym wyznaniem o pocałunku Norskiego, który bohaterka najwidoczniej rozumie zupełnie inaczej, nie jako pocałunek tylko (przynajmniej ja to tak odczytywałam). Stąd moje rozkminy ;-).

      Myślę, że to ciekawe, bo zależy od kontekstu, w jakim to zostało napisane. Koniecznie daj znać, jak się dowiesz :-)!

      Usuń
  6. Ja zaś tylko nieśmiało dodam, że dziękuję pięknie za długi, dobrze napisany wpis, który wzbudził tak ciekawą dyskusję. Nie mogę się dołączyć, gdyż "Emancypantek" nie czytałem, ale przeczytałem za to całość dyskusji, a nie chciałem znikać bez słowa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę: i że wpis się spodobał, i że dyskusja, no i że dałeś znak :-). W razie czego, gdybyś miał ochotę, zapraszamy do wspólne lektury "Placówki" ;-).

      Usuń