Pamięć, która powraca albo o "W stronę Swanna" M. Prousta (Nabokoviada #5)


Gdyby chcieć jakoś krótko nazwać ten wykład Nabokova myślę, że „Rosyjscy pisarze i znaczna ilość wielopiętrowych cytatów” (no, to może nie krótko...) pasowałoby doskonale.


Jednak coś jest w tym, że człowiek dorasta, zmienia się i wraz z tym zaczyna inaczej patrzeć na książki, które czytał dawno temu. Pamiętam, jak pierwszy raz czytałam „W stronę Swanna”, w wakacje przed klasą maturalną: było upalne lato i wieczory spędzaliśmy nad jeziorem, dnie na długich spacerach, a najgorętsze godziny dnia zaszyci w fotelach, czytając książki – u mnie wypadło akurat na Prousta, bo też i było to lato i jesień, kiedy w ogóle przeczytałam z ogromnym zapałem „W poszukiwaniu straconego czasu”. To w ogóle chyba taki dobry moment na czytanie klasyki, inna sprawa, że dzisiaj na tę książkę patrzę zupełnie inaczej.

Są takie książki, którym przypina się łatkę wybitnych, wielkich, milowych kamieni w rozwoju gatunku (bądź tego gatunku morderców) i jedną z nich jest niewątpliwie dzieło Prousta, a – moim zdaniem – szkoda, bo to zapewne wiele osób od niego odstrasza. A przecież to jest powieść tak cudownie się czytająca, nawet jeśli piętrowe metafory to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej. Nabokov ma rację, że część pierwsza, poświęcona Wielkanocom i urlopom spędzanym przez narratora i jego rodziców w Combray czyta się najgładziej – inna sprawa, że nie mam wcale wrażenia, żeby była ona dużo „prostsza” od dwóch pozostałych części. Owszem, „Miłość Swanna” to ciekawe lustro, które sam sobie nadstawia narrator – i nie sposób się nie zgodzić z Nabokovem, że Proust zyskuje czytany w kółko, czy też z perspektywy końca odczytywany od początku. Potwierdzam, że drugie podejście do „W stronę Swanna”, kiedy znałam już zakończenie wszystkich tomów, staje się dużo ciekawsze, bo dostrzega się, że dzikie zainteresowanie narratora Swannem nie jest tylko czczą dziecięcą fantazją, zafrapowaniem starszym, nieco tajemniczym przez swą „zakazaną” czy raczej może „niewskazaną” miłość sąsiadem, zainteresowaniem trochę rodzinnym, a trochę przypominającym to, z jakim samemu podglądało się niegdyś rozprawiających o czymś dorosłych. W losach Swanna, w samej jego postaci, odbija się narrator, przegląda się w niej, sam się dziwi, sam stara się siebie w ten sposób zrozumieć i to czyni tę drugą lekturę nawet ciekawszą od pierwszej, kiedy jeszcze nie wiemy, jak potoczą się losy bohaterów i co nam przyniesie kolejna strona. A to, trzeba przyznać, ogromna zaleta.

No tak, ale zaczęłam od Combray i ugrzęzłam w dygresji. Otóż: Combray to cudowny obrazek, świat nieidealny (nie zapominajmy o służącej, którą mdliło od szparagów i o krwiożerczych skłonnościach Franciszki, nie da się też wyprzeć z pamięci Vinteuila i jego córki), ale zdający się trochę snem, trochę fantazją, miłym wspomnieniem ożywającym w momencie, kiedy się go oczekuje albo nie oczekuje. Przychodzi w zależności od tego, jak akurat działa nasza pamięć i trudno się mu oprzeć – czy się jest, jak narrator, wspominaczem, czy tylko przygląda się tym wspomnieniom tak jak my, czytelnicy. Proust jest w tej części szalenie dowcipny, a to kolejna sprawa, o której łatwo zapomnieć (albo ją przeoczyć), kiedy podchodzi się do „W stronę...” jako do Wielkiego Dzieła tylko i wyłącznie. Te kąśliwe obserwacyjki, ironiczne spostrzeżenia, złośliwe detale rzucane jakby od niechcenia, ale bez paternalizującego tonu, bez poczucia wyższości wobec mieszczaństwa staczającego się ku zagładzie z nudów – to absolutnie najlepsze, moim zdaniem, sceny z pierwszej i drugiej części powieści. Czy obserwujemy zaambarasowanego stanem barometru ojca narratora, ciotki tak przekonane o tym, że mówią prosto w twarz i niemal niegrzecznie, podczas gdy oprócz nich samych nikt nie ma pojęcia, do czego piją, tajemniczy związek cioci Leoni i Franciszki, oparty na fascynacji, niechęci i podejrzeniach, wreszcie „salon” Verdurinów, z całym tym przepychem drobnego mieszczaństwa bawiącego się w zbawców kultury – to wszystko są obrazy celne, świetnie napisane i wywołujące i śmiech, i podziw. 
 
 
 

Lubię Prousta za te małe szczegóły, wyłaniające się z zakamarków pamięci. Za tę porzeczkę rosnącą opodal okna do łazienki i za babkę wyrywającą podpórki roślin (jeśli ktoś tu rozsadza mieszczańskość od środka, to w tej części jest to zdecydowanie babcia bohatera). Nie jest oczywiście tak, że do wszystkiego w tej prozie podchodzę bez żadnego „ale” (na przykład postaci kobiece są często dalece pretekstowe, jak dla narratora, tak i dla jego odbicia, Swanna: ach, te wszystkie ładnie siedzące cicho kobiety nieświatowe). Ale z drugiej strony nic nie poradzę, Proust tak ciekawie te postaci owija w owe spostrzeżenia i refleksje, że przechodzę nad tym do porządku. Natomiast sam wykład Nabokova mnie nieco rozczarował, bo poza główną myślą dotyczącą kolistości cyklu i próbą refleksji nad pracą pamięci w dziele Prousta nie wydał mi się tak intrygujący jak poprzednie (z wyjątkiem wykładu o Stevensonie: tam myślałam o tym, że powodem była może książka, której dotyczył, tutaj z kolei próba uchwycenia całości w części, jak sądzę, nieco rozmywa główną linię). Chociaż znajduje się w nim cudowne zestawienie Prousta z Gogolem, gdzie Nabokov chce pokazać, jak daną scenę opisałby jeden, a jak drugi pisarz i och, zdecydowanie pyszny to fragment.

Ale wracając jeszcze do Prousta – wpis zrobił się meandrujący, ale niech pomeandruje jeszcze chwilę – podoba mi się jego myśl o tym, że zawsze znajdujemy się bardziej w tych przypomnianych krainach niż tych rzeczywistych. Te rzeczywiste są tylko wokół nas, a na nich opiera się cała konstrukcja złożona ze wspomnień, przypominajek, refleksji, spóźnionych ripost i spostrzeżeń, które wcześniej nie przyszły nam na myśl. Ciekawie się o tym myśli w kontekście narratora, który zabiera nas w podróż do swojego dzieciństwa. Podobnie jak uwaga o tym, że to, co zapamiętane zawsze będzie nam się wydawało lepsze, żywsze i smaczniejsze od tego, jakim rzeczywiście było. I może tu leży magia Combray? Że możemy do niego włożyć nasze własne dziecięce krainy, ciotki, niskie domki i małe miasteczka, a ono pozostając Combray staje się równocześnie bodźcem dla naszej własnej pamięci?

***

Ileż osób włączyło się w nasze majowe czytanie Prousta! Czytałyśmy tym razem nie tylko we dwie z Naią, ale przyłączyli się do nas też Wielki Buk, Lolanta Czyta, Zacofany w Lekturze i Niekoniecznie Papierowa. Sprawdźcie, czy podzielili się swoimi wrażeniami, ja sprawdzę na pewno. Szykuje się weekend pełen dyskusji o Prouście, no ale czy jest lepszy czas? Przygotowujcie swoje napary z lipy! A tymczasem dla tych, których Proust nie skusił: równo za miesiąc idziemy z Naią za ciosem i zabieramy się do kolejnej lektury omawianej przez Nabokova: niepozornej objętościowo „Przemiany” Franza Kafki. Chętni?

Weź dokładkę!

55 komentarze

  1. Szczegóły u Prousta są fascynujące, do odkrywania przy kolejnych lekturach, bo nie udawajmy - w życiu warto Prousta przeczytać kilkakrotnie. ;)
    Sama uwielbiam w nim umiejętność uchwycenia jednej postaci z kilku stron, widzianej oczami wszystkich i nikogo. To takie odbicia, wizualizacje, które niekoniecznie mają potwierdzenie w rzeczywistości. Plotka u Prousta zawsze jest górą.
    Piękny wpis! A że Gregora Samsę uwielbiam, to o "Metamorfozie" tym bardziej napiszę z radością.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zwłaszcza że zwraca się uwagę na coraz to inne szczegóły (czytając "W stronę..." w liceum mam wrażenie, że nie zauważyłam całej masy tych detali -- może przez ich natłok, a może ze względu na to, że one są często poowijane tak, że można się nie domyślić, jaką odgrywają funkcję).

      Tak, to prawda -- że nie wiemy tak właściwie, jaka jest dana postać, wiemy za to, jak się innym jawi (i dlatego zresztą salon Verdurinów jest tak ciekawym środowiskiem w powieści, podczas gdy to przecież, gdyby odstąpić od tego sposobu opisu, jakieś koszmarne towarzystwo!).

      Dziękuję :-). Też mam nadzieję, że wyjdzie pysznie, choć może w kontekście biednego Samsy to nie jest ten najlepszy przymiotnik ;-).

      Usuń
  2. No ja się nie podzieliłem :) Zdaje się, że umknęła mi konwencja Waszych czytelniczych spotkań. Ale mogę podyskutować.
    U Próusta (na pewno w pierwszym tomie, który właśnie przeczytałem po raz trzeci :P) najwyżej cenię to samo co u Jane Austen: te wszystkie miniaturowe portreciki, drobne szpileczki, rzucane mimochodem określenia, które wystarczają za całe akapity opisów, tę cudowną ironię w opisach choćby salonu pani Verdurin - przecież Proust ani raz nie użył sformułowania "gromada snobujących się prostaków", a przecież dokładnie takie odczucia wzbudził u mnie :D
    I podoba mi się to, co napisałaś o nudzie: przecież oni wszyscy, poza Franciszką i dziewczyną od szparagów, potwornie się nudzą i zabijają czas czymkolwiek, co ma choćby lekki odblask nowości (ale to samo jest przecież i w Lalce, i w Nad Niemnem). Ten świat musiał upaść.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ nic nie szkodzi, dzielić się wrażeniami można nie tylko za pomocą wpisów :-).

      No właśnie, ale mi towarzyszyło też nieodparte wrażenie, że on się tym tonem wcale nie wywyższa, nie unosi się nam oto nad mieszczaństwem, wskazując nam, jaka to okropna sfera. Jest w tym kąśliwość, właśnie te szpileczki, ale jednak towarzyszy temu też takie "ale ja jednak z nich" (zresztą odbicie narratora -- Swann -- też chyba nie tylko przez wzgląd na Odetę nie może się do końca uwolnić od salonu Verdurinów), pewna czułość w opisie ginącego świata.

      To jeszcze się robi ciekawsze przez kontrast -- bo sam narrator, kiedy opisuje swoje pobyty w Combray jako dziecko nie budzi przecież takich uczuć. Robi to, co robi dziecko, czyta, spaceruje, marzy, przeżywa wyśnione miłostki i podgląda sąsiadów. Ta jego nuda nie burzy -- z nudą cioci Leoni można polemizować, jest chora, nie wychodzi, co ma robić. No ale właśnie cała reszta -- to już jest nuda niemal zawodowa ;-).

      Usuń
    2. Nie napisałem chyba, że się wywyższa? Teraz mi przyszło do głowy, że w zasadzie to Proust napisał nekrolog czy epitafium tamtemu światu, w końcu wojna światowa zmiotła to wszystko, zburzyła ten nudny spokój.
      Dla mnie fascynacja Swanna światkiem Verdurinów to przykład tego, co zauroczenie robi z człowieka i ile potrafimy sobie wmówić na to konto.
      Co do nudy dziecka, to ona jednak burzy: samego Marcela, ona go wręcz demoluje - on jest jest "dzieckiem salonu", w typie opisywanym przez Korczaka: może czytać, spacerować pod opieką i marzyć. Kropka. I czasem pograć w klasy z grzecznymi dziewczynkami w parku. Nic dziwnego, że był wątły i nerwowy; zresztą dokładał się do tego ten zimny chów, któremu go poddawano.

      Usuń
    3. To ja tak wracam do tego wywyższania się, bo to myśl, która mi teraz towarzyszyła przy lekturze, a po obejrzeniu "Francuzów" Krzysztofa Warlikowskiego, gdzie ten ton wobec bohaterów kieruje się, jak to odebrałam, właśnie w taką stronę.

      Ano właśnie, zresztą miał problem, że pierwszy tom wyszedł przecież tuż przed wojną, a potem wszystko się zmieniło. I zamiast odczytywania "swojego" świata czytelnik dostał podzwonne po czymś, co nie miało już racji bytu (albo akurat odchodziło w cień, bo wszyscy myśleli już nie tylko o czym innym, ale i inaczej).

      O tak, Swann doskonale sobie wmawia, że warto bywać u Verdurinów ;-). A z drugiej strony to jest taka postać wiecznie nie doceniana przez tych naszych bohaterów, wszyscy przecież myślą, że wcale nie jest taki interesujący, że pewnie nie ma takich to a takich kontaktów. Ciekawe, prawda?

      No nie wiem, w końcu marzenia Marcela-dziecka bywają dość odważne (a i to "zażywanie rozkoszy" w łazience nieopodal porzeczki pokazuje, że to nie jest taki sobie grzeczny chłopczyk tylko i wyłącznie). Zgodzę się, że możliwości działania ma mikre, a postać ojca dominuje nad nim.

      Usuń
    4. Nie, ja chyba nie widzę żadnych oznak wywyższania się przez kogokolwiek. No, może przez panią Verdurin, ale umówmy się, że to gęś. No i może trochę rodzina Marcela darła nosa (jak wtedy, gdy dowiedzieli się, że Swann ma stosunki z księżną i to zamiast wywyższych w ich oczach Karola, obniżyło pozycję księżnej, swoją drogą cudna jest ta analiza pozycji Swanna).
      Zawsze miałem wrażenie, że Swanna bawiło takie odgrywanie kilku różnych postaci: bon viveur w jockey-clubie i poczciwy Karol na salonach Proustów; trochę frajer u Verdurinów. Zdaje się, że tylko bycie rogaczem go nie bawiło :P
      Odważne, nad wiek marzenia to też skutek tej salonowości wychowania, zamiast się wybiegać i wykrzyczeć, chłopak musiał sterczeć w salonach, chłonąć aluzje i plotki ("bo co takie dziecko rozumie"), a potem mu wyobraźnia ruszała.
      Zwróć uwagę, że ojciec Marcela dominuje, ale równocześnie poświęca mu się mało miejsca, a to, co się o nim mówi, nie stawia go w jakimś szczególnie pochlebnym świetle. On chyba był tyrankiem tylko w stosunku do syna, i też nie do końca.

      Usuń
    5. Ach, pani Verdurin musi się być we wszystkim najlepsza (te bitwy na śmiech to jest wspaniały wątek, to dopracowanie się przez pana Verdurina do czegoś, co wreszcie pozwalało mu dorównać małżonce). Mnie raczej chodzi o relację narrator--bohaterowie i tam tego wywyższania się nie ma, nawet w stosunku do Verdurinów (a przecież, no właśnie, nic łatwiejszego w teorii).

      Zastanawiało mnie, jaką właściwie pozycję zajmuje rodzina Marcela, bo faktycznie wobec Swanna zadzierają często nosa (choć otwarcie głównie ciocia, reszta nieco się tego wstydzi aż do czasu tego "degradującego" małżeństwa Swanna), zdają się sytuować dość wysoko. Masz rację, że sam ojciec zajmuje bardzo mało miejsca (głównie w tej części biega przecież za barometrem i mamy jeszcze tę scenę w korytarzu, gdzie "zezwala" matce uśpić Marcela), a jednak trudno się go pozbyć z narracji. Ale tak sobie dumam, że może nie chodzi (tylko/w ogóle) o tyranizowanie (Marcela/żony/rodziny?), ale o to, że ojciec to konkurent Marcela do czasu matki wieczorem? Stąd wieczorem ojciec napawa go większym strachem niż dajmy na to przy śniadaniu czy herbacie pitej w ogrodzie, gdzie właśnie głównie zajmuje się pogodą.

      No tak, Swann w ogóle w pewnym momencie dopiero zauważa, że to nie on już się bawi, ale nim się bawią -- przy czym we "W stronę Swanna" pozostaje mu ta wiara w barona Charlusa, który jest tylko wspomniany, a któremu Swann przecież wierzy. Albo twierdzi, że wierzy ;-).

      Usuń
    6. No toteż mówię, Proust opisuje wywyższanie, ale sam jako narrator/autor tego nie robi. W sumie to on się z taką czułością czasem pochyla nad tymi swoimi bohaterami, nawet nad Verdurinami. Wydaje mi się, że tylko Odety nie lubi. (Czytając o Odecie, nie mogłem, tak na marginesie, pozbyć się myśli o Nanie; nie wiem, czy w dalszych tomach dowiemy się o niej więcej, ale jeśli nawet nie, toja już i tak mam całą biografię gotową dzięki Zoli :P ).
      Z tym konkurentem do czasu matki to możesz mieć rację, bo faktycznie przez resztę czasu nie widać szczególnego napięcia między ojcem a synem, który zresztą robi się coraz bardziej nerwowy im bliżej wieczoru.
      Nie zauważał czy nie chciał zauważyć? W sumie przejmowanie się gierkami i opiniami Verdurinów było poniżej jego godności, dopóki nie wchodziła w grę Odeta. Verdurinowie mogli mu zaszkodzić tylko w jeden sposób, nastawiając ją przeciwko niemu, i Swann dopiero wtedy się przejął.

      Usuń
    7. Miałam podobnie z Odetą, też przyszło mi w trakcie tej lektury na myśl porównanie z Naną (zresztą jest tu jeszcze takie przypadkowe "historyczne" podobieństwo: tak jak koniec "Nany" spływa się z końcem II Cesarstwa, tak koniec "W stronę..." z początkiem I wojny światowej). Ale jej dalsze losy jednak wyglądają nieco inaczej (nie będę spojlerowała) ;-). Ale czy Proust nie lubi Odety...? W końcu jest matką Gilberty i wydaje mi się, że jest nią zafascynowany, jako tą "różową damą" spotkaną u stryja, jako matką ukochanej, no i wreszcie też jako nieszczęściem Swanna, gdzie los Swanna i Marcela się splata.

      Zapewne nie chciał zauważyć na początku -- przecież salon Verdurinów go odpychał na początku, zmuszał się, żeby postrzegać go jako coś wartościowego ze względu na fascynację Odetą. A potem chciał uzyskać jakąś przewagę nad nimi, co się nie mogło udać, bo mieli właśnie Odetę i mogli ją nie tylko nastawić przeciw niemu, ale i "wyswatać" z kimś innym tak, jak "swatali" ją z nim.

      Usuń
    8. Ale rózróżnijmy Prousta-bohatera od Prousta-autora, pierwszego Odeta fascynuje, drugi raczej nie pokazuje jej w korzystnym świetle.
      Ale a propos bohatera, czy też miałaś wrażenie, że czytamy o ośmioletnim chłopczyku, podczas gdy w rzeczywistości on musiał mieć sporo więcej lat?

      Usuń
    9. Oczywiście masz rację: czyli mówiąc o niechęci wobec Odety Ty masz na myśli Marcela-autora, prawda? Bo ja skręciłam od razu w stronę Marcela-narratora. A jeśli mowa o autorze, w czym widziałbyś jego niechęć wobec tej postaci?

      Tak, złapałam się na tym, że przecież on nam o tym opowiada z perspektywy lat, a jednak przywołuje to dzieciństwo tak intensywnie, że dajemy się uwieść sugestii, że historię opowiada nam ten chłopczyk. Ale tam są takie momenty "otrzeźwiające", kiedy narrator dopowiada coś w rodzaju "dużo później zrozumiałem, że...", "wtedy tego nie wiedziałem, ale po latach...".

      Usuń
    10. Nic, czego dowiadujemy się o Odecie, nie działa na jej korzyść, nawet zakochany Swann chyba nie potrafi tak do końca ulec jej czarowi i widzi jej wady, chociaż wzorem zakochanych tłumaczy je na korzyść Odety.
      Nie chodzi mi wrażenie, że historię opowiada chłopczyk, tylko o to, że nawet w tej opowieści on mi się jawił jako ośmiolatek, chociaż jego zainteresowania literackie wskazywałyby na co najmniej 14-latka. Być może jednak to wrażenie wynika z przenikania się epizodów z różnych okresów, bo o ile pamiętam, nigdzie nie ma mowy o wieku bohatera. Mimo wszystko ta sugestia małego chłopca w ciemnej sypialni rzutuje na cały odbiór postaci :)

      Usuń
    11. Ale Swann te wady jednak zaczyna dostrzegać nieco później. Na początku Odeta nie wydaje mu się tak interesująca (stadium pierwsze, jeszcze się wozi z gryzetkami), potem zostaje jej wielbicielem, opętuje go myśl o niej (stadium drugie), a dopiero potem zaczyna widzieć, że Odeta się starzeje, jej uroda się zmienia, charakter nie jest doskonały (stadium trzecie). Tak w każdym razie bym to widziała -- przy czym nawet jak już je w stadium trzecim widzi, to i tak nic na to nie może poradzić. No a obraz "różowej damy" u stryja? Czy on nie jest jednak pozytywny? Urocza osoba, trudno zrozumieć, o co rodzina miała pretensje, i tak dalej.

      No tak, ale Marcel to dziecko dojrzałe ponad swój wiek (tak a propos tego, o czym mówiliśmy wcześniej), więc w sumie nie dziwię się :-). Nie ma mowy o wieku, ale jest sugestia, że może babcia powinna mu wybierać mniej "dojrzałe" lektury niż George Sand ;-).

      Usuń
    12. Czekaj, czekaj, ale w pierwszym tomie to ja widzę dwie pierwsze fazy, chyba że coś mi umknęło. I chyba mieszasz opinie bohatera (dama u stryja) z obrazem tworzonym przez narratora.
      Nawet dojrzałe nad wiek dziecko nie ma kolegów nihilistów bez szacunku dla konwenansów, to jednak już musieli być nastolatkowie :)

      Usuń
    13. Nie, trzecie stadium też tam jest (kiedy Swann odkrywa, że kibić Odety już nie taka gibka, a twarz jej się zaokrągliła i że musi sam przed sobą przyznać, że zakochał się w kobiecie, która mu się nawet fizycznie aż tak nie podoba). Dama u stryja też jest częścią narracji o Odecie prowadzonej przez Marcela, on ją tam przecież poznaje :-). Bo mamy te dwie Odety: Odetę Marcela i Odetę Swanna.

      Bloch! No tak, ale zastanawiam się, czy Bloch, kiedy go po raz pierwszy poznajemy nie jest dzieckiem? Bo budzi tak dzikie zdumienie rodziny Marcela swoim zachowaniem, które nie licuje z jego wiekiem. To znaczy jako nastolatek też by mógł, więc się wcale nie upieram ;-).

      Usuń
    14. No jest, faktycznie. I mam wrażenie, że ciągle zbaczamy: bo mnie chodzi o to, że "obiektywnie" Odeta jest pokazywana bez sympatii, abstrahując od uczuć i wrażeń Swanna i Marcela, którzy obiektywni nie są. To jedna z niewielu postaci, która nie budzi sympatii.
      No Bloch. Moim zdaniem on musiał być 14-, 15-latkiem, może Marcel był od niego młodszy. Skandalizujący nastolatek musiał budzić zdumienie; poza tym dziecka nikt by samego nie puścił w odwiedziny, więc to musiała już być jednostka w miarę samodzielna.

      Usuń
    15. Ale przecież Odetę widzimy tak jak inne postaci, z tych wielu perspektyw (jako ukochaną Swanna, jako kokotę z salonu Verdurinów, jako towarzyszkę stryja, jako matkę Gilberty), zastanawiam się więc, jak to rozdzielić?

      Usuń
    16. Pewnie się tego nie da rozdzielić. A i tak w każdej z tych postaci jest niesympatyczna. Co jest dziwne, bo o takiej Franciszce też dowiadujemy się niemiłych rzeczy, a mimo to ją lubimy. No, ja ją lubię.

      Usuń
    17. Zastanawiam się, bo owszem, Odeta jako dama u stryja nie wydaje się być jakąś wyjątkowo miłą bohaterką, ale nie zrobiła na mnie też takiego strasznego wrażenia, podobnie Odeta w swoim wcieleniu matki Gilberty (z kolei Gilberta wydała mi się bardzo antypatyczna). Więc może dochodzi tu jeszcze osobiste postrzeganie bohaterów przez czytelników ;-). Mnie Franciszka jednak przeraża, ta jej niechęć wobec innych służących i abstrakcyjne cierpienie wzruszające, a faktyczne irytujące -- brr!

      Usuń
    18. Ale ile my jej widzimy w domu stryja? Dzieciak widzi ładnie ubraną i ładną osobę, która się do niego życzliwie zwraca. Koniec wrażeń. Jako matki Gilberty niewiele jej widzimy. Gilberta antypatyczna? Chyba też mamy za mało danych, ot, rozpieszczana jedynaczka.
      Co do Franciszki, to te jej wady mieszczą się w modelu służącej chłopskiego pochodzenia, nie wymagamy od nich za dużo pod względem moralnym. Ale służąca z niej dobra, kucharka jeszcze lepsza, lojalna wobec chlebodawców. NO i nie jest to postać papierowa.

      Usuń
    19. Chwilę, to prawda, ale jednak to jest ta chwila, która zaważyła na całym stosunku stryja i rodziny Marcela. Zresztą Odeta prezentuje się tam dość ogólnikowo, jest miła, ale czuć pod tym jakąś pretensjonalność. Jasne, zgadzam się co do Franciszki, to jest świetnie napisana postać, właśnie dlatego Combray nie jest cukierkowe, bo jest w nim i sielanka, i okrucieństwo.

      Usuń
    20. Ale w miejscu Odety u stryja mogłaby być dowolna kokota, zresztą szczerze mówiąc, w ogóle nie zakonotowałem że to ona konkretnie tam siedziała.
      Czy Ty aby nie demonizujesz Franciszki? Ona nie była jakąś sadystką, zwyczajnie broniła swojego terytorium tak, jak uważała za stosowne. A że mało subtelnie, no cóż, trudno od niej wymagać subtelności. Zresztą literatura pełna jest lokajów tyranizujących pokojówki, kucharek trzęsących służbą itepe. Na marginesie, serdecznie Ci polecam Herminię Lacerteux braci Goncourtów.

      Usuń
    21. To, że akurat Odeta sprowadziła na stryja taki los wydaje mi się być świadomym zabiegiem narracyjnym, nie pierwszy to przecież i nie ostatni raz, kiedy tak się jej zdarzyło (a to była Odeta, jeśli się nie mylę, Nabokov też to potwierdza).

      Czy demonizuję? Nie, raczej nie, po prostu dostrzegam w niej taki prosty rys okrucieństwa, który wydaje mi się bardzo przerażający. Co, ponownie, sprawia, że to jest świetnie napisana postać, nie żadna królowa oazy dzieciństwa (choć też), ale właśnie taka postać mająca w sobie pewną dozę okrucieństwa, bez którego trudno było w tych warunkach żyć. O, braci Goncourtów nigdy jeszcze nie czytałam, muszę sprawdzić! No i zgadzam się, że Franciszka wpisuje się w pewien ciąg postaci określonego typu.

      Usuń
    22. Oczywiście, że została wprowadzona świadomie, ale niekonieczne ten epizod nam o niej cokolwiek mówi, a już na pewno nie wpływa na moją sympatię.
      Pytanie, czy to jest rys okrucieństwa, czy tylko nam, zniewieściałym mieszczuchom, to się wydaje okrucieństwem. Franciszka bez zmrużenia oka odcinała kurze głowę i bez zmrużenia oka eliminowała konkurencję, nie czerpała z tego przyjemności, ot, życiowe konieczności.

      Usuń
    23. Moim zdaniem to jest delikatna zapowiedź losu Swanna (jeśli traktujemy Swanna jako odbicie Marcela, to tym bardziej, bo wtedy są jeszcze powiązani przez stryja, do którego "rodzinnego upadku" przyczyniła się właśnie też Odeta).

      Nie, zabijanie kury to jest jedna strona tego okrucieństwa (nazwijmy ją "naturalną", wiemy, że ktoś tę kurę musiał zabić, żeby rodzina Marcela mogła ją potem zjeść, a sam Marcel zachwycać się pieczoną skórką), druga to ta Franciszka roniąca łzy nad opisem choroby, ale nie nad chorą, podczas gdy dla swojej rodziny zrobiłaby wszystko.

      Usuń
    24. No teraz to jak dla mnie weszłaś w zbyt subtelne subtelności :D
      Czy obojętność wobec chorej to koniecznie okrucieństwo? Brak empatii, nikt jej nie wychowywał do takich subtelności. Chłopka musiała być twarda i jak u Reymonta, pazurami wyrywać swoje, bez baczenia na innych, którzy też wyrywali. Darwinizm. Nas może to razić, ale wciąż nie uważam Franciszki za szczególnie okrutną. No ale to moja faworytka :)

      Usuń
    25. Ja też Cię absolutnie nie chcę do Franciszki zniechęcać :-P. Ale jednak narrator nam napomyka, że przy lekkim przeziębieniu kogoś z rodziny Franciszka biegła mile, żeby się upewnić, czy wszystko w porządku, a gdy cierpiał ktoś jej obcy, za kogo też była odpowiedzialna, nie chciała zbyt szybko przejść z pokoju do pokoju. Więc to baczenie na innych było, ale ograniczone przez konkretne więzy krwi ;-).

      Usuń
    26. No wiadomo, bliższa ciału koszula i o tym właśnie pisałem wyżej. Wszystko do siebie i swoich. A umówmy się, że ciocia cierpiała głównie z powodu fumów i Franciszka to doskonale wiedziała

      Usuń
    27. Ba, ciocia tak, ale biedna służąca w połogu już jednak miała faktyczne problemy.

      Usuń
    28. Bo jakby się krowa nie mogła ocielić, to byłby powód to paniki, rodzina mogłaby stratę ponieść. Ale podkuchenna? Franciszka stała od niej wyżej w hierarchii i nie mogła, bez straty dla swego wizerunku, lecieć do niej z pomocą. Nie wspominając, że problem konkurencji rozwiązałby się sam. Czysta kalkulacja, a nie jakieś sentymenty.
      Wychodzę na jakiegoś adwokata diabła :P

      Usuń
    29. No tak, ale jednak rodzinie musiało zależeć, skoro nie dość, że wezwali do niej doktora, to jeszcze kazali Franciszce opiekować się dziewczyną, gdyby stało się to, co opisano w książce z opisem możliwych skutków ubocznych. A że Franciszka faktycznie nie chciała nadszarpnąć swojej pozycji, to tu się zgodzę, ten mechanizm widzę podobnie.

      Usuń
    30. Rodzina posiadała uczucia wyższe (nie wspomnę o kwestii odpowiedzialności, gdyby dziewczyna zmarła bez pomocy), Franciszka na ten etap cywilizacyjny jeszcze nie weszła. Wydaje mi się, że wymagasz od niej rzeczy/uczuć, które po prostu jeszcze się u niej nie rozwinęły. Znaczy pewnie nigdy się u niej nie rozwinęły, bo nie miały jak.

      Usuń
    31. Ja się nadal z Tobą zgadzam ;-). Ale nie zmienia to faktu, że przy tych opisach jednak przebiegł mi po plecach dreszcz zgrozy :-).

      Usuń
    32. Jeśli chciałabyś przeżyć ten dreszcz w skali makro, to polecam Śniła się sowa Ewy Ostrowskiej.

      Usuń
    33. Nie wiem, czy to na moje nerwy (sądząc z recenzji, które znalazłam).

      Usuń
    34. A "Konopielkę" to akurat czytałam :-P.

      Usuń
    35. Nie wątpiłem w to ani przez chwilę :D Franciszka doskonale by się w Taplarach odnalazła.

      Usuń
  3. Czytała "W stronę Swanna" trzy lata temu, podczas urlopu, ale to był trudny psychicznie dla mnie czas i książkę wymazałam z pamięci (poza tym, że ogólnie mi się podobała i że chciałam sięgnąć po kolejny tom). Chyba skuszę się w odpowiednim momencie na powtórkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że dobrze jest z Proustem też trafić na dobry czas (wiosna i pora kwitnienia głogów, że o okolicach Wielkanocy nie wspomnę, bardzo sprzyjały mojej lekturze tym razem, bardziej niż lato :-)). Wiadomo, "W stronę..." się obroni, ale dodatkowe dobre bodźce też są nie od parady ;-).

      Usuń
  4. podziwiam że udało się wam zwycięsko wyjść z starcia z najsłynniejszą cegłą literatury ;P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze przed nami "Ulisses" jesienią ;-).

      Usuń
  5. Mam jedno bardzo intensywne wspomnienie związane z Proustem. Pociąg relacji Warszawa-Radom, rok 2006. Tłok, ścisk, ogólny smród. Cieszę się, że znalazłam miejsce - co prawda tuż przy WC, ale trudno. Naprzeciwko mnie siada starowinka z kebabem. I je ten kebab, ostry sos cieknie jej po rękach, baranina wypada z ciasta, brudzi sukienkę. Obok płacze jakieś dziecko. Co chwila ktoś wchodzi do WC wzbogacając mikroklimat przedziału. I w tym wszystkim ja, studentka polonistyki, wyjmuję książkę i zaczynam czytać - "W poszukiwaniu straconego czasu", W stronę Swanna właśnie ;) Intelektualista odnajdzie się w każdych warunkach, prawda? Zwłaszcza jak za chwilę ma kolokwium z literatury współczesnej :)

    Pamiętam, że mimo tego kibla, kebaba (u Prousta magdalenka, u mnie... cóż), płaczu i krzyków, strasznie się Proustem zachwyciłam. Tym rozwlekłym a zarazem przenikliwym opisem, tą atmosferą nudy i senności, tymi dygresjami. Nie powiem, że dużo we mnie z tej książki zostało po tym kolokwium, ale pamiętam że czytając, po prostu się rozkoszowałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że wizja kolokwium musiała działać skutecznie ;-). Ale wydaje mi się, że Twoja historia fajnie pokazuje, że intensywność wspomnień związana z ich zmysłowym (na przykład za pośrednictwem tego nieszczęsnego zapachu) odbieraniem działa na bardzo różne sposoby. Tu magdalenka, tam kebab :-). Jest to jakoś Proustowskie w duchu, niezależnie od tych czynników zewnętrznych, Nabokov zresztą wspomina o tym, że ta praca pamięci działa nie tylko na naszych własnych -- często słabych i nie dających rady wszystkiego z przeszłości wskrzesić -- wspomnieniach, ale i na tych bodźcach zewnętrznych. Pytanie, czy teraz podobne warunki przywodzą Ci zawsze na myśl Prousta ;-).

      Usuń
  6. Wcześnie znajmosc z Proustem zaczęłaś ;). No i przez to obaliłaś moja tezę, że Prousta przed trzydziestka się nie zaczyna, bo się go nie doceni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że w liceum człowiek miał taki pęd do zapoznania się z całą klasyką świata ;-). Chociaż może teraz idealizuję, bo to było dość dawno, ale pamiętam, że sporo klasyki-klasyki wtedy przeczytałam. Wiadomo, teraz często wracając do niej patrzę na nią inaczej, ale Prousta -- doceniłam już wtedy ;-).

      Usuń
  7. Och, ależ Wam piękna dyskusja z Zacofanym wyszła. :) Niestety albo stety zgadzam się ze wszystkim. Chociaż jestem mniej wrażliwa niż Ty, bo mnie okrucieństwo Franciszki nie przeraża. :)

    Rozkoszowałam się czytaniem tej powieści niesamowicie. Dawno mi się to nie zdarzyło. I kupuję wszystko, piętrowe metafory, nudy, nawet te postaci kobiece. Magdalenek nie miałam, głogów też nie, ale za to zajadałam się szparagami. Odpowiednia pora roku zdecydowanie sprzyja lekturze.

    Wracając jeszcze do wykładów Nabokova: jestem bardzo, bardzo zawiedziona. Tak jak przy Stevensonie, składają się głównie z cytatów z książki. Gdzie te porywające analizy jak przy Madame Bovary? Nudy, nudy i nudy. I tym razem ciężko zrzucić to na samą powieść. Na domiar złego sporo pisze (mówi) o całym cyklu, co jak czyta się "W stronę Swanna" po raz pierwszy trochę spojleruje. Zaczynam się bać co będzie o "Przemianie".

    Oczywiście zgłaszam akces do Kafki. I tym razem będzie i wpis, i na czas!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam wrażenie, że z wiekiem robię się na takie wątki w książkach coraz bardziej wyczulona: co nie zmienia faktu, że Franciszka jest doskonale napisana i gdyby nie było w niej tej dawki starannie podpatrzonego przez narratora okrucieństwa, postać by zasadniczo zbladła ;-).

      Ale mam też wrażenie, że tej nudy (to znaczy nudy odczuwanej przez czytelnika) tam zasadniczo wiele nie ma ;-). Inna sprawa, że jest właśnie ta nuda odczuwana przez postaci, no ale tu się zgadzamy, to jest nuda po prostu potrzebna, żeby to środowisko pokazać. Mnie pół maja towarzyszyła potrzeba poszukiwania głogów, a jak już znalazłam jeden i miałam przy sobie książkę, żeby zrobić zdjęcie, to był to głóg biały. Skandal! ;-)

      Uff, czyli nie tylko mnie ten wykład rozczarował? Zastanawiam się, czy już po prostu przywykliśmy do stylu Nabokova, czy faktycznie te dwa ostatnie wykłady o Stevensonie i Prouście to nie jest Nabokov w najlepszej formie? Przy czym zgadzam się, sama byłam rozczarowana też tym, że pisarz analizuje cały cykl, choć wykład miał być o pierwszym tomie -- a we "W stronę..." jest przecież co analizować. No, ale może nie on nadał temu wykładowi tytuł? Może to jednak miało być o całości...? Liczę, że wykład o Kafce będzie bardziej inspirujący :-).

      Super! Już się nie mogę doczekać :-D!

      Usuń
    2. Z wiekiem? Hm... tym bardziej ja jestem mniej wrażliwa. ;)

      Tak, tak. Nuda po stronie postaci, bo jako czytelniczka nie nudziłam się ani trochę. Przepiękny jest styl Prousta! Piętrowe metafory i porównania zapierają dech w piersiach i bardzo podoba mi się tu określenie Nabokova, że są one logiczne i poetyckie. Bardzo często zagłebiając się w kolejne piętra miałam ochotę krzyczeć nad książką "Tak!", bo każdy kolejny poziom wypływa całkiem naturalnie. Niesamowite!

      I do tego Proust ma świetne poczucie humoru. Uwielbiam takie dyskretne złośliwości czy drobne przytyki. No cóż, zakochałam się bez dwóch zdań. :)

      Nie przeczytałam wykładów o Austen i Dickensie, więc pewnie do nich zajrzę po "Ulyssesie". No i zobaczymy co z tym Kafką.

      Usuń
    3. Tutaj właściwie muszę oddać sprawiedliwość Boyowi Żeleńskiemu, bo jednak to tłumaczenie tutaj dużo robi i zwyczajnie jest znakomite. Jak on świetnie "czuje" styl, jakim posługują się postaci i oddaje go w polszczyźnie! Owszem, raz czy dwa miałam wrażenie, że jakieś słowo już wyszło z użycia, ale generalnie to jest cały czas bardzo żywy przekład -- no i doskonale dzieli te zdania, nie ograbiając Prousta z Prousta :-).

      No właśnie, a często się zapomina, że ta książka ma po prostu szalenie zabawne (nie w stylu "szalenie zabawne" a la pani Verdurin, ale serio ;-)) miejsca, a opisy postaci to często majstersztyk pod tym względem.

      Wykład o Austen był dla mnie bardzo inspirujący, więc polecam bardzo, choćby dlatego, że są tam miejsca, z którymi bardzo ciekawie można polemizować ;-).

      Usuń
  8. W moim przypadku wkroczenie w niesamowity poprzez drobiazgowość opisu świat Prousta nastąpiło na przełomie wiosny i lata, a piękno suegstywnych, wysmakowanych opisów, wznoszących przed oczyma rzeczywistość dotykalną urzekło mnie najzupełniej. W świecie, do którego mamy przyjemność zawitać ujmuje mnie nie tylko akrybia narratora, lecz właśnie fakt, że dzięki niej stajemy się częścią literackiego świata, możemy przyglądać się krytycznie całemu korowodomi postaci, smakować potraw i chłonąć kolory, rozpływać się ponad odurzającymi zapachami... To powieści absorbujące bez reszty poprzez swoją złożoność i kunsztowność języka - mi samej rozbudowane metafory jak najbardziej odpowiadają, choć nie przeczę, że dla docenienia pełni ich maestrii potrzebuję czystej głowy. Stąd też Proust jest dla mnie swego rodzaju autorem odświętnym :)

    Teraz dopiero uświadomiłam sobie, jak bardzo tęsknię do świata wspomnień, do Pana Swanna, do tych kołujących, irywujących skrawków impresji, nakładających się na siebie i jednosześnie wzajemnie się płoszących :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to trochę tak jest, że ta książka rozkwita (Nabokov sporą wagę przywiązuje do katlei, kwiatu, który nosi Odeta i który umożliwia jej początkowe zbliżenie ze Swannem, ważne są też przecież głogi, więc taka pora kwitnienia wszystkiego wokoło jest wręcz idealna na zapoznanie się lub powrót do Prousta :-)). Trochę się muszę przyznać, że jako czytelnik czytający niemal wszędzie, i z Proustem bywałam w różnych, nie zawsze spokojnych miejscach, a mimo to nie gubił mi się rytm tej prozy -- bo wciąga :-).

      Usuń
  9. Pora wrócić, najwyższa pora wrócić. Ja sam czytałem krótko po studiach, gdy "W stronę Swanna" pojawiło się w kolekcji Gazety Wyborczej. To idealna lektura do wolnego smakowania zdanie po zdaniu, tyle pamiętam na pewno. Wasze cudne dyskusje motywują mnie do ponownego sięgnięcia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pierwszy raz czytałam w tym właśnie wydaniu, ale przyznam, że nie przepadam za nim aż tak bardzo ze względu na bardzo mały druk -- pozostałe tomy czytałam już w wydaniu bibliotecznym, w żółtych płóciennych okładkach (zupełnie mi umknęło, kto je wydał!). Zapraszamy też do włączenia się, może skusisz się na czerwcową Nabokoviadę z Kafką? :-)

      Usuń