Strachy na lachy albo o pięciu polskich opowiadaniach grozy


Ponieważ przeczytałam w trakcie tego miesiąca kilka opowiadań, postanowiłam zebrać refleksje o nich w jednym wpisie. Tyle tytułem nie za długiego tym razem wstępu.


Nie ufaj dziwnym staruszkom albo o „Włosach krzyczących na głowie” J. Barszczewskiego

Chyba moje ulubione spośród pięciu przeczytanych opowiadanie. Barszczewski wykorzystuje tutaj prosty zabieg: jego bohater w gospodzie spotyka dziwnego człowieka, mamroczącego coś o żywych włosach, które nie dają mu spokoju. Zaintrygowany, wyciąga więc z ponuraka historię jego życia (bohaterowi towarzyszy lekarz, który sugeruje, że może mógłby jakoś pomóc). Sama historia okazuje się zupełnie szalona, bo oto nasz nieszczęśnik po szczęśliwym ożenku spotyka na spacerze dziwnego starca z koszem. W koszu są rzekomo czarne króliki, których hodowlę mężczyzna planuje założyć, tylko że nikt poza bohaterem tych królików nie widzi. Żona, na przykład, krzyczy przerażona, skąd wzięły się te wszystkie nietoperze. A to dopiero początek, bo chociaż wszyscy odradzają szlachcicowi jakikolwiek kontakt ze staruszkiem, ten idzie w zaparte: pozwala mu się osiedlić na swoim terenie, wierzy w każde jego słowa i szuka u niego rad. Jak nietrudno się domyślić, z kiepskim skutkiem. Barszewski garściami korzysta z różnego rodzaju legend i przesądów (wiedzieliście, że lepiej nie sadzić dębów?), ale umie przy tym stworzyć niesamowity klimat i jest zdecydowanie ciarkogennie. Można się też na koniec całej historii zastanawiać, czy aby cała historia nie jest tylko usprawiedliwieniem, zmyśleniem nieszczęśliwego człowieka, który tak wiele w życiu stracił, że oszalał z żalu. A taka podwójna możliwość odczytania w klasyce grozy to coś, co cenię bardzo wysoko.

Kiedy w ścianie ktoś zamieszka albo o „Zachariaszku” J. Barszczewskiego

Nie zdziwi Was więc, że od razu zabrałam się za drugie opowiadanie tego samego autora. Tym razem jest króciutko, ledwie trzy strony. Otóż w ponurą zawieję wieczorem kobieta siedząca w domu odkrywa, że w jej ścianie najwyraźniej siedzi pokutująca dusza. Trochę płacze, trochę się żali, ale generalnie jest całkiem sympatyczna – do tego stopnia, że jak trzeba, to i dobrej rady udzieli. Zaczynają więc do ściany pielgrzymować ludzie z okolicy, żeby się poradzić i pieszczotliwie nazywają tę duszę w ścianie pokutującą nazywać Zachariaszkiem. I pewnie taka dziwna duchowo-człowiecza idylla trwałaby jakiś czas, gdyby nie fakt, że pewnego dnia przed domem zatrzymuje się czarna karoca zaprzężona w czarne konie… Barszczewski znowu hojnie szafuje takimi najprostszymi wyznacznikami grozy (czerń, czerń wszędzie!), ale przez niedopowiedzenia, które zostawia (bo wrzuca nas już w pewien stan „dziania się” i nic nie wyjaśnia) zostajemy z całkiem ciekawym pytaniem na koniec. Bo kto też przyjechał w karocy? Komu służył? Czy Zachariaszek dostąpił zbawienia, czy może wręcz przeciwnie? Choć opowiadanie jest naprawdę krótkie, można spokojnie zadygotać ze zgrozy. 
 

Narkotykowy trip ze Śmiercią albo o „Narożnej kamienicy” J. Korzeniowskiego

Szczerze mówiąc sięgnęłam po opowiadanie stryja Josepha Conrada licząc na coś podobnego do praskiej legendy o domu pod Czarną Matką Boską. Nie jego to jednak wina, że napisał coś innego, a ja spodziewałam się mrocznej historii tajemniczego domostwa. Zamiast tego dostajemy więc (uwaga, spojleruję!) relację z podróży po mieście odbytej pod wpływem narkotyków w towarzystwie dziwnego jegomościa, który okazuje się być ni mniej, ni więcej, ale samym Śmiercią, w dodatku w żółtych rękawiczkach i okularach. Steampunkowy Śmierć oprowadza więc naszego odurzonego laudanum narratora po różnych zakamarkach owej narożnej kamienicy, pokazując mu, kto ma zginąć, a kto przeżyć – historia przywodzi trochę na myśl wariację legendy o Bartku doktorze. Nie przekonuje mnie do końca cel, któremu ma służyć (a zdaje się, że przede wszystkim chodzi o to, by przekonać czytelnika o trwałej traumie, jakiej nabawił się narrator), ale za opis dość nonszalancko zachowującego się Śmierci – postaci dużo ciekawszej od narratora – można to utworowi wybaczyć.
 

Wizyta na cmentarzu albo o „Grobowcu bez napisu nad Niemnem” T. Tripplina

Skusił mnie tytuł, natomiast samo opowiadanie… Przywodzi nieco na myśl „Lokis”, nie tylko dlatego, że dzieje się, a jakże, na Żmudzi, mocno zresztą podkolorowanej (wszyscy się znają i są jak jedna rodzina, a Niemien to lepsza wersja Renu), ale też ze względu na dość naiwnego narratora. Otóż na cmentarzu spotyka on płaczącego szlachcica, stojącego nad grobem bez napisu (no, tego się już pewnie po tytule spodziewaliście). Puenta jest kąśliwa, ale nim do niej dojdzie wysłuchamy rzewnej historii nieszczęśliwej Zofii, w którą zaplątane są siły nadnaturalne, nieszczęśliwa miłość i hazard. Autorowi przędza historii się nieco rwie, więc łapie ją na oczka w dość dziwny sposób, każąc bohaterowi dopytywać szlachcica o to i owo, najczęściej w związku z wyskakującymi ni stąd, ni zowąd nazwiskami nowych bohaterów, których opowiadacz zresztą szybko kładzie trupem. Sprawia to dość zabawne wrażenie – myślę, że całkiem celowo – ale i osłabia atmosferę grozy i tajemniczości.


Magnetyzer Leonard albo o „Sile woli” J. B. Dziekońskiego

Na koniec nie mogłam się oprzeć, by nie przeczytać „Siły woli”, która dzieje się w pobliżu Szczawna Zdroju, a ja mam słabość do fabuł rozgrywających się w uzdrowiskach. Narrator spotyka u wód swojego dawnego kolegę i odkrywa, że dostał się on pod wpływ tajemniczego i najwyraźniej dość niecnego magnetyzera Leonarda (tak, w opowiadaniu pada zdanie „Jestem magnetyzer Leonard!” i już wiedziałam, że muszę je przeczytać). Sprawa dotyczy rzecz jasna pieniędzy i miłości, pełno w niej zawiedzionych nadziei i dobrej wiary w to, że nadprzyrodzone zdolności pomagają w chorobie lepiej niż medycyna – co się ostatecznie bohaterom nie opłaca, ale jeden z nich lubuje się nawet w potępianiu uzdrowisk twierdząc, że najlepszym sposobem na chorobę jest żyć tak, jak się żyło. W tle Dziekoński krytykuje szlachtę zapożyczającą się u Żydów, samych Żydów żyjących z lichwy, ponownie szlachtę za przekonanie o swojej własnej wartości i widać, że to wszystko zajmuje go znacznie bardziej niż fabuła. Całkiem, muszę przyznać, ciekawa jestem, czy autor w innych swoich opowiadaniach postępuje podobnie.

Była to więc ciekawa wycieczka w poszukiwaniu polskich autorów straszących krótką formą. A za kolejnymi utworami Jana Barszczewskiego rozejrzę się z pewnością! 
 
 
 
_______________
Portrety autorów:
Jan Barszczewski (źródło)
Jóżef Korzeniowski (źródło)
Teodor Tripplin, obraz Józefa Simmlera, 1852 (źródło)
Józef Bohdan Dziekoński (źródło

Weź dokładkę!

7 komentarze

  1. Oj, ja znowu nie zdążyłam w maju nic do wyzwania przeczytać (a tak się zarzekałam z tym Grabińskim!), ale z nieustającą ciekawością śledzę smaczki, które Ty powyciągałaś :) Szczególnie jakoś ten Barszczewski mnie zaintrygował.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale nie odpuszczaj z Grabińskim, bo bardzo warto! :-) Mam zamiar przeczytać wszystkie opowiadania i jeszcze napisać może po nich jakiś przewodnik, więc będę przypominała, że warto się zaznajomić z jego twórczością. Natomiast Barszczewski to moje nowe odkrycie i naprawdę jest intrygujący: akurat opowiadanie o włosach znalazłam w "Polskiej noweli fantastycznej".

      Usuń
    2. Nie, nie, nie odpuszczę, jestem bardzo ciekawa jego twórczości i miałam ją już dawno czytać (jeszcze zanim zapisałam się do wyzwania Luki), więc na pewno w końcu się skuszę :)

      Usuń
  2. Barszczewski brzmi świetnie. Sama dołączyłam do wyzwania bardziej stereotypowo, z "Wampirem" Reymonta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno zdam relację z dalszych przygód z prozą Barszczewskiego, jak już ją odszukam :-).

      Usuń
  3. Ukradnę coś i sama przeczytam ;-)

    Pozdrawiam,
    forumniemieckiego.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A proszę bardzo, będę się cieszyła, jeśli moje literackie wykopki posłużą za interpretację! Gdybyś chciała potem pogadać o wrażeniach z lektury, zawsze bardzo chętnie porozmawiam :-).

      Usuń