Co mnie zaskoczyło? Albo kilka (kolejnych) impresji z lektury Lucy Maud Montgomery



A właściwie, jak się zapewne domyślacie, z mojej powtórki serii o Ani Shirley/Blythe. Nie, jeszcze nie nadrobiłam w dzikim pędzie „Błękitnego Zamku”, ale tak jak obiecałam – zamierzam. A tymczasem jeszcze kilka wrażeń, których nie ujęłam w poprzednim wpisie. Tym razem w punktach.


Znikające Zielone Wzgórze. Nie wiem, czy też tak macie, ale kiedy wracam do książek – zwłaszcza do serii – wychodzę z założenia, że przy wcześniejszych lekturach mogłam czegoś nie wychwycić. Jakieś smaczki, szczególiki, sympatyczne odniesienia, które kryją się gdzieś między wierszami, a których w wieku lat nastu mogłam nie widzieć – tego typu rzeczy. Przy re-lekturze „Ań” takimi detalami, na które polowałam, były odniesienia do Zielonego Wzgórza w częściach, w których Ania już na nim nie mieszka, a konkretnie w częściach od „Wymarzonego domu Ani” do „Rilli...”. Ten pierwszy z wymienionych jest wyjątkowo pod tym względem zasmucający, bo kiedy ferajna z Zielonego Wzgórza przyjeżdża na Boże Narodzenie do Glen St. Mary, autorka nie daje im właściwie żadnej roli do odegrania: pani Linde może tylko powiedzieć, że Ania trzyma porządek w szufladach, a Tadziowi pozwala się wygłosić jedno zdanie, cała jednak scena oparta jest na dialogu między panną Kornelią a kapitanem Jimem. Nowe postaci odsuwają w cień stare, które przecież z chęcią zobaczylibyśmy w akcji, jako przerywnik, wspomnienie, przypomnienie o tym, jak rozbudowany jest świat przedstawiony. Co prawda w kolejnych tomach dowiadujemy się, że Tadzio się ożenił i przejął gospodarowanie na Zielonym Wzgórzu, że Jim lubił spędzać tam wakacje i był ulubieńcem Maryli, a w „Dolinie Tęczy” Ania i Gilbert bardzo często jeżdżą do Avonlea na weekendy. To ostatnie jednak interpretuję w dość smutnym kluczu: z „Rilli ze Złotego Brzegu” wiemy, że Maryla umarła, kiedy Rilla była mała, wydaje mi się więc, że częste wizyty w Avonlea w „Dolnie Tęczy” związane były być może z chorobą Maryli. Szkoda, że nie dowiadujemy się nic o tym bezpośrednio – tak samo jak o dalszych losach pani Linde.
 
 
Dzisiejszy wpis ilustrują zdjęcia z ekranizacji "Ani z Zielonego Wzgórza" z 1919 roku. Właściwie dlatego, że są ciekawe, a nie że tak silnie są związane z tematem wpisu. Źródło.
 

Ania-snobka? Od czasu do czasu w trakcie lektury tomów od trzeciego wzwyż odnosiłam niemiłe wrażenie, że Ania momentami jest postacią strasznie snobistyczną. Na czym oparte jest to wrażenie? To, że Ania właściwie bardzo słabo zakomponowuje się w krajobraz Glen to jedna sprawa (jest tam też zresztą postrzegana jako „pani doktorowa”, ale to jest trochę inna sprawa: bo widzimy ją w pewnym momencie głównie oczami innych postaci – to kulminuje w „Dolnie Tęczy”, gdzie młodzi Meredithowie ciągle informują czytelnika, jak wspaniała i kochana jest Ania, tylko że my właściwie nie widzimy żadnych interakcji pomiędzy nią a nimi), inna to bardzo mocno zarysowywane kontrasty między nią a pozostałymi bohaterkami w podobnym wieku i w podobnej sytuacji. To, co w pierwszych dwóch tomach służyło pokazaniu odmienności bohaterki – specyficznego dziecka i specyficznej nastolatki – później, także poprzez to, że bohaterka uległa daleko idącej idealizacji – służy już do pokazywania tego, jak wspaniała jest Ania. Szkoda, że przestała popełniać gafy, które pokazywały, że każdy robi błędy, ale samo w sobie nie jest to jeszcze powodem, żeby nie być lubianym i dobrym.

Ile dzieci miała pani Linde. To tak na zupełnym marginesie, ale nie mogłam tego nie odnotować i zastanawiam się, czy to pomyłka autorki, czy coś gdzieś po drodze wypadło w tłumaczeniu. W „Ani z Zielonego Wzgórza” pani Linde deklaruje, że wychowała dziesięcioro dzieci, a dwoje pochowała. Nieco później – w „Wymarzonym domu...”, o ile się nie mylę, przy kwestii omawiania potrzebności katalogów wysyłkowych – mówi już tylko o szóstce.

Po co nam Shirley. Gdybyście mieli opisać dzieci Blythe’ów, to jaką rolę w takim opisie pełniłby Shirley? Ta postać zastanawia mnie od lat. Bo widzicie, on oczywiście pełni pewną funkcję w całości: po pierwsze, w „Ani ze Złotego Brzegu” przypomina się nam, że ten poród Ani był wyjątkowo trudny i długo dochodziła po nim do siebie, więc przed urodzeniem Rilli wszyscy się o nią martwią. Z tego też powodu Shirley jest głównie pieszczoszkiem Zuzanny, która zajmowała się nim, kiedy Ania nie mogła. I to też dochodzi do głosu w „Rilli...”, gdzie Shirley nazywa Zuzannę matką Zuzanną. Ale z drugiej strony nie można nie zauważyć, że to taka postać traktowana przez samą autorkę po macoszemu. Jakby dopiero w „Rilli...” właśnie zdecydowała się nadać mu jakieś cechy charakteru! Shirley występuje w trzech tomach: w „Ani ze Złotego Brzegu”, w przeciwieństwie do pozostałych dzieci, nie ma swojej własnej przygody i ani razu się nie odzywa. W „Dolinie...” jest podobnie, ale odzywa się – raz. W „Rilli...” dopiero mówi się o nim, że jest małomówny, a Gilbert nadmienia, że przypomina bardzo jego ojca. I właściwie tyle.
 
 
Źródło.
 

Postaci nieheteroseksualne. Uderzyło mnie to dopiero przy okazji tej lektury: Walter i Una nie byli parą, ba, Walter nie domyślał się uczucia Uny, bo w ogóle zdawał się nie patrzeć na nią w taki sposób. Benjamin Lefebvre (literaturoznawca niespecjalnie ceniony przez fanów Lucy Maud Montgomery w związku z zamieszaniem z wydaniem „Ani z Wyspy Księcia Edwarda”) argumentował, że Montgomery pisała Waltera jak klasyczną postać homoseksualną: Walter pisze poezje, co oburza Zuzannę, która wciąż życzy sobie, żeby chłopak zajął się czymś bardziej „chłopięcym”, jest delikatny, częściej przestaje z dziewczętami i tym podobne. Lefebvre twierdzi też, że Dolina Tęczy byłaby dla Waltera kryjówką, rodzajem szafy, więc dopiero po opuszczeniu domu mógłby on dokonać rodzaju coming outu. Nie wiem jednak, czy to jest argumentacja do końca trafiona, bo wpada w koleiny stereotypizacji. Niemniej można by się w Walterze doszukiwać postaci aseksualnej: właśnie przez to, jak opisywana jest jego relacja z Uną (często kanonicznie jednak uważa się ich za parę, takie odnoszę wrażenie). Innym przykładem postaci, którą można odczytywać jako nieheteroseksualną jest Joanna Brooke z „Szumiących Topoli”, jedna z nielicznych młodych dziewcząt w sadze o Ani, która deklaruje, że absolutnie nie chce wyjść za mąż, ale chce podróżować (co umożliwia jej dopiero dostanie pracy jako sekretarka). Przed pójściem dalej w tej interpretacji powstrzymuje mnie mocno zaznaczony wątek niechęci Joanny do mężczyzn, a stąd już tylko krok do takiego prostego stereotypizowania – a la Lefebvre – od czego chciałabym się jednak powstrzymać.

Koty. Wątek koci zdominował naszą dyskusję pod poprzednim „Aninym” wpisem, ale obiecałam jeszcze go poruszyć. Ania w „Ani na uniwersytecie” jest opisywana jako osoba nie przepadająca za kotami. Właściwie lubi Mruczka, który się do niej przyplątał, ze względu na to, że w jakiś sposób sprawia jej przyjemność to, że kot tak za nią przepada i wyróżnia ją spośród innych. A jednak potem oddaje go ciotce Jakubinie i nigdy więcej o nim nie słyszymy (dużo bardziej Ania zdaje się być przywiązana do porcelanowych psów z Ustronia Patty). Później okazuje się, w kolejnych tomach, że Ania jest bardzo „kocią” osobą, co zdaje się być rodzajem wytrycha fabularnego, bo przecież nie widzieliśmy jej specjalnej admiracji względem tych zwierzaków, co więcej wprost się nas informowało, że ona za nimi – z wyjątkami – nie przepada.
 
 
Tak, ja też nie do końca wiem, co się dzieje na tym zdjęciu. Lekcja wuefu? Źródło.
 

Figury. Lucy Maud Montgomery wypracowała w serii pewne typy postaci, pełniące określone role w fabule, które co prawda różnią się w szczegółach, ale wypełniają zaplanowane kontury. Może też z tego względu postaci z Zielonego Wzgórza w pewnym momencie zostają odsunięte na dalszy plan: bo mają już swoich następców, robiących, co do nich należy, a dublowanie tak bezpośrednie nie leżało w zamiarach autorki? Chodzi na przykład o figurę bezpośredniej starszej kobiety, trzęsącej okolicą (pani Linde – Rebeka Dew – panna Kornelia), figurę delikatnego, marzycielskiego dziecka pozbawionego matki i ze zdystansowanym ojcem (Jaś Irving – mała Elżbieta), „dziewczynę, której wszyscy lubimy nienawidzić”, jak nazwała to Margaret Atwood (Józia Pye – Janka Pringle – liczne koleżanki Nan i Di – Irena Howard).

A Wy co myślicie? Bardzo jestem ciekawa Waszego zdania!

Weź dokładkę!

30 komentarze

  1. Ania snobka? Chyba trochę tak, chociaż największą snobką w całym cyklu jest Zuzanna :D O ile w Dolinie tęczy panią doktorową wszyscy się zachwycają, to w Ani z Wyspy już się jej trochę obrywa, choć głównie od postaci określanych jako złośliwe zawistnice. Ale przynajmniej Ania nabiera bardziej ludzkiego wymiaru, bo jednak w końcowych tomach to jest rodzaj kukiełki. Jedyne bardziej poruszające miejsce, to sceny zazdrości o dawną sympatię Gilberta :D
    Shirley nam po nic, klasyczny wypełniacz, zresztą spokojnie LMM nie musiała robić z Ani matki aż tak wielodzietnej, Kim, Walter i Rilla spokojnie by wystarczyli. Nie trawię bliźniaczek :D
    Nie wiem, czy dopisywanie Walterowi homoseksualizmu nie idzie za daleko. W patriarchalnym świecie faktycznie był niemęski ze swoimi loczkami i poezjami, ale chyba nie powinniśmy za daleko się posuwać w domniemaniach. Co do panny Brooke, to nie sądzę, żeby kobieta tłamszona całe życie przez tyrańskiego stryja miała ochotę wiązać się z jakimkolwiek mężczyzną, mogła się obawiać powtórki. Ale znowu dopisywanie jej homoseksualizmu to chyba za dużo.
    A figury owszem, są. Ale to chyba cecha każdego cyklu literackiego, że autor zaczyna popadać w szablon. Wiadomo, że musi być jakaś stara panna, jakaś lokalna plotkara trzęsąca okolicą etc.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och tak, Zuzanna to jest w ogóle ciekawa postać, jakby tak popatrzeć, jak jest pisana przez wszystkie tomy. Kiedy się pojawia, służy właściwie za postać komiczną z tą swoją przesadną tytulaturą względem Ani i marzeniami o zamążpójściu, snutymi w różnych kierunkach (Owen Ford chociażby), potem staje się podporą domostwa Blythe'ów, wzorem patriotyzmu i prowadzenia domu. Chociaż, jak wiemy, garnka na ziemniaki nie myje ;-).

      No właśnie, tylko że od biedy wszystkich potomków Ani i Gilberta da się jakoś określić -- niechby nie grali większej roli w fabułach, jak bliźniaczki -- ale ten Shirley to jest zupełnie dopisany właściwie nie wiadomo do końca po co. Jakby pomysł się skończył w połowie wymyślania postaci.

      Moim zdaniem gdyby interpretować Waltera jako postać homoseksualną, trzeba by się zgodzić na całą gamę ustępstw względem rozplanowania tekstu, przede wszystkim zaś na to, że LMM napisała go bardzo stereotypowo. Stąd mój pomysł na niego jako na postać aseksualną (niżej się odnoszę do tego, co napisałeś w tej sprawie :-)). Przyznam też, że pomysł z Joanną podsunął mi serial (ten najnowszy), gdzie scenarzyści zdecydowali się dopisać pannie Józefinie Barry taki wątek, moim zdaniem dość słabo, ale postanowiłam poszukać, czy w cyklu dałoby się znaleźć coś do interpretacji pod tym kątem.

      Usuń
    2. Uwielbiam Zuzannę, podobnie jak Rebekę Dew - pamiętasz tę scenę, kiedy obie panie się poznają i smakowicie spędzają razem czas? No cudo po prostu.
      Moim zdaniem Shirleyem LMM chciała jakoś zapchać lukę czasową i potem jej się chłopak do niczego nie przydał, trochę szkoda, że miał ledwie jedną scenę w Rilli.
      Ale aseksualizm to też przesada. Są chłopcy, którzy późno odkrywają fizyczność, a Walter jest właśnie pisany jako taki typowy marzyciel z głową w chmurach. Myślę, że gdyby miał czas, to jednak w zetknięciu z brutalną rzeczywistością trochę mocniej by stanął na ziemi, dostrzegł uczucie Uny i potoczyłoby się samo :D

      Usuń
    3. Oczywiście, to połączenie i spotkanie tych dwóch postaci w "Złotym Brzegu" uważam za jedno z fajniejszych posunięć LMM ;-). Zwłaszcza, że i "Złoty...", i "Szumiące Topole" to dwa późne tomy.

      Przydał jej się do pokazania związku Shirleya z Zuzanną i w gruncie rzeczy niewielkiego związku z Blythe'ami (ratowanego przez Gilberta i jego "przypomina mi mojego ojca" ;-)).

      To już tu się odniosę, żeby nie lawirować pomiędzy komentarzami. Wydaje mi się, że tu trzeba odróżnić dwie rzeczy: to, co mamy w tekście i to, co mogłoby się w nim znaleźć, gdyby postać literacka przeżyła (a wiemy, że nie przeżyła). Na poziomie tego, co mamy w tekście otrzymujemy pobożne życzenia Rilli, żeby Walter zainteresował się Uną, miłość Uny do Waltera i kompletny brak zainteresowania romantycznego Waltera Uną. Wiemy natomiast, że za muzę służyła mu Flora (opublikował tom wierszy o niej). Wiemy, że jest skłonny do romantycznych uniesień, ale nie wygląda na to, żeby odnajdywał się w kwestii związku czy deklaracji uczucia do danej osoby.

      Usuń
    4. Cykl obyłby się bez tych drobiazgów z Shirleyem, może LMM zawiodła kalkulacja.
      Jako adwokat Waltera dołożę, że tacy młodzieńcy nie zwracają uwagi na zakochane w nich szare myszki i wiersze piszą dla ich efektowniejszych sióstr. Ale ostatecznie to te dziewczątka ich zdobywają, gdy bardziej przebojowe panny znudzą się poetycznymi wzdychulcami :) I tak, nie ma o czym gdybać, więc dopisywanie bohaterom etykietek dotyczących ich seksualności w tym wypadku uważam za zbędne. Tym bardziej że to był cykl dla grzecznych panienek i pewnie podczas pisania myśl, czy Walter ma być gejem, czy aseksualnym, LMM nie przeszła przez głowę. Zresztą gdyby pisała dla dorosłych, też by jej to pewnie nie przeszło przez głowę :)
      A czy kapitana Jima też nazwałabyś aseksualnym? W końcu spędził życie wierny marzeniu o ideale.

      Usuń
    5. Określenie adwokat nasuwa myśl, że ja Waltera o coś oskarżam, podczas gdy tylko usiłuję dociec, czy nie jest to postać podatna na odczytania w innym kluczu, niż ten, jaki przyjmowałam sama wobec niej kiedyś :-). Na przykład jego potencjalny związek z Uną nie ulegał dla mnie wątpliwości, podczas gdy w trakcie tej lektury zwróciłam uwagę, że nie ma ku niemu wielkich przesłanek w samym tekście. Natomiast kapitan Jim miał jak najbardziej realną kandydatkę na żonę (chyba że uznamy jego opowieść o Małgorzacie za rodzaj mitu założycielskiego? właściwie można, chociaż to akurat nie moje odczytanie, choć nie powiem, wydaje się ciekawe ;-)), podczas gdy -- na co zwracam uwagę -- w tekście nie mamy jakichś wskazówek "garnięcia się" Waltera ku Unie. I na to najbardziej chciałam zwrócić uwagę.

      Nie wiem, czy ten cykl nie wyewoluował po drodze w coś nieco innego niż seria dla grzecznych panienek? Taka "Rilla..." to w gruncie rzeczy powieść wojenna i dlatego odstaje od reszty. Poza tym, chociaż nie sposób powiedzieć, co autor myślał bądź czego nie myślał podczas pisania, niewątpliwie LMM stworzyła postaci podatne na reinterpretacje; popularność "Ań" nie byłaby taka duża, gdyby nie to :-).

      Usuń
    6. Moim zdaniem to nie jest typ literatury z drugim dnem, w końcu większość postaci jest szablonowa, nawet główni bohaterowie. To współczesna przypadłość, że próbujemy nicować takie w sumie proste opowiastki - chyba tylko po to, żeby mieć podkładkę, że nie czytamy rozrywkowych lektur, tylko coś bardziej wysublimowanego :D
      Rilla odstaje od reszty dzięki temu, że LMM mogła wprowadzić taką dawkę dramatyzmu, jakiej nie dałoby jej i 50 lat życia w Avonlea i okolicach, gdzie za skandal uchodziła kłótnia narzeczonych. Ale w gruncie rzeczy literacko nie jest to dużo głębsze niż cała reszta, poczynając od wątki dziecka w wazie i wiernego psa.

      Usuń
    7. A na marginesie, chyba normalną rzeczą jest, że czytelnik zaangażowany w losy bohaterów, dopowiada sobie to, czego nie napisał autor, ale to raczej nie podpada pod kategorię reinterpretacji :)

      Usuń
    8. Czy ja wiem? W sensie, mogę się tu wypowiadać za siebie: nie mam problemu z czysto rozrywkową funkcją cyklu o Ani (ani z takim rodzajem jej lektury), natomiast w moim czytelniczym charakterze leży wyszukiwanie takich elementów, które są po prostu podatne na reinterpretacje :-). Uważam zresztą, że tekst może posiadać wiele interpretacji, byleby się tego tekstu trzymać. A, oczywiście, dopowiadanie sobie dalszych/bocznych losów bohaterów to inna kwestia :-).

      Usuń
    9. Ania (podobnie jak Harry Potter) moim zdaniem na reinterpretacje podatne nie są, co innego Jeżycjada, ale ja jestem chyba skrajnym przykładem czytelnika, który nie lubi, jak się za głęboko sięga w teksty o charakterze rozrywkowym. Można sobie je wtedy co najwyżej obrzydzić :D

      Usuń
    10. Patrząc na ilość reinterpretacji, dopowiedzeń, rozważań na tematy okołopotterowe chyba nie mogę się zgodzić ;-). Pojawiające się co rusz nowe interpretacje filmowo-serialowe Ani też pokazują, że dość spory popyt na takie ponowne, często nowe odczytania tej serii, też jest. Przy czym rozumiem Twój punkt widzenia, choć sama bardzo lubię grzebać w książkach, niezależnie od ich statusu, żeby wynajdywać w nich rozmaite rzeczy :-).

      Usuń
    11. No wiesz, reintepretować można nawet przygody Reksia, pytanie tylko, czy to cokolwiek wnosi, czy pomaga lepiej zrozumieć oryginał. Moim zdaniem nie, więc mnie takie rzeczy nie bawią. Do najgorszych dni w mojej czytelniczej karierze zaliczam ten, kiedy gromada takich analizatorów wytknęła dziury w fabule Pottera, których ja starałem się usilnie nie widzieć, i czar prysł :D Od tamtej pory nurtuje mnie pytanie, kto uczył małych czarodziejów pisać i liczyć, zanim trafili do Hogwartu :D

      Usuń
    12. A moim zdaniem tak, tutaj mam inne zdanie :-). Wszystko zależy też, jak sądzę, od tego, jak taka reinterpretacja jest skonstruowana, pod jakim kątem się ją robi, jak blisko jest tekstu i tym podobne rzeczy. Nie wspominając po prostu o frajdzie, jaką może sprawić reinterpretującemu (kiedy robiona jest dla siebie czy dla grupy innych fanów, ot, chociażby żeby przedstawić nowy temat do dyskusji na, zdałoby się, od lat przegadane tematy ;-)).

      Usuń
    13. Niestety zwykle te reinterpretacje polegają na uczepieniu się jakiegoś drobiazgu i analizowaniu go pod kątem freudyzmu/genderu/teorii Wegenera/kodeksu o ruchu drogowym, a potem rozciąganiu wyników na całość :P Czyli Murzynek Bambo a teorie postkolonialne oraz potępianie Dzieci z Bullerbyn za niedobory genderu (bo chłopcy mówią dziewczynkom, że są głupie).

      Usuń
    14. Ba, "zwykła" interpretacja często też schodzi na ścieżki, na których jej noga miała nie postać :-P. A to, że powstają nowe narzędzia teoretyczne w ramach literaturoznawstwa na przykład to inna para kaloszy. Przy czym rozumowanie od szczegółu do ogółu, jeśli jest oparte na jednym przykładzie, faktycznie sprzyja wyciąganiu wniosków z trudem na tej całości się trzymających.

      Usuń
    15. Zawsze podejrzewam, że literaturoznawcy po prostu boją się bezrobocia, więc kombinują, żeby jakoś uzasadnić swoje istnienie i wymyślają te narzędzia, coraz to bardziej egzotyczne, aż wreszcie prosty czytelnik przestaje poznawać książkę, którą czytał :D

      Usuń
  2. Aha, stwierdzanie aseksualności Waltera na podstawie związku z Uną też mi się nie podoba. Oboje byli marzycielami, raczej skrytymi, moim zdaniem potrzebowali naprawdę dużo czasu, żeby sobie pewne rzeczy uświadomić, o ich zwerbalizowaniu nie wspominając. Śmierć Waltera odebrała im szansę na wyznania i na trwalszy związek.

    OdpowiedzUsuń
  3. W ktoryms tomie mowa o przygotowaniach do spotkania czegos w rodzaju Kola Gospodyn i Ania jako osoba goszczaca ma prawo zaprosic kogos spoza kregu. Zaprasza dwie nowe kobiety i Zuzanna sie straszliwie gorszy pod haslem "one sa NOWE! Dopiero co sie wprowadzily do Glen" co Ania kwituje po prostu "My tez bylismy kiedys nowi" i wbrew presji udaje jej sie te osoby zaprosic. Wydaje mi sie ze Ania nie jest snobka, ma po prostu bardzo wysoka pozycje w spolecznosci, zwiazana glownie z byciem zona lekarza i jest w zwiazku z tym postrzegana w okreslony sposob.

    Montgomery zdecydowanie lepiej pisala o dzieciach niz o doroslych, wiec w naturalny sposob stara sie ich odsunac w cien i pojawiaja sie nowe dzieci. (Byla to tez swoista cenzura wydawcy, ktory ksiazki zamierzal dla okreslonej grupy czytelnikow wiec takie prawdziwie dorosle problemy pojawiaja sie rzadko - i wtedy robia ogromne wrazenie. Utrata Joyce na przyklad. (Ktos w ogole sugerowal, ze to jest bardzo autobiograficzny watek, rodzaj terapii dla Montgomery, oczywiscie nie wiemy na ile to prawda). Albo ten kryzys malzenski, opisany bardzo wiarygodnie jak na ksiazke mlodziezowa. Ale do pewnego stopnia Ania znikajaca w tle tlumaczy sie wlasnie wymiana pokolen - tym stadium, kiedy matki sa jak tapeta, po prostu niezauwazalne.

    I coz to w ogole za cuda z aseksualnoscia Waltera. Niektorzy krytycy to maja pomysly. Jego marzycielska natura i tesknota za romantyczna miloscia nie jest tozsama z aseksualnoscia. Mozliwe ze potrzebowal po prostu wiecej czasu. Mozliwe ze doswiadczenie wojny pozwoliloby mu otworzyc oczy wlasnie na wszelkie rodzaje is sposoby odczuwania i okazywania milosci, pozwoliloby mu docenic fizyczny aspekt takiej relacji, bo to jest jedna z najsilniejszych afirmacji zycia. Szkoda ze tej szansy nie dostal w sumie. Jesli chodzi o Julianne Brooke to ona ma nie tyle niechec do mezczyzn co niechec do ZALEZNOSCI, teskni za wolnoscia (takze na finansowym poziomie)

    Zuzanna, och Zuzanna. Garnek na ziemniaki to wredne pomowienie przeciez bylo! Zuzannie az mowe odebralo, kiedy o tym uslyszala. Ale jej relacja z Shirleyem jest czyms w sumie dosc czestym wtedy. Dzieci byly wychowywane przez nianie, bony, opiekunki, bylo pewnym zalozeniem, ze skoro dzieli sie obowiazki macierzynstwa to naturalna rzeczy koleja nianie dostaja czesc przywiazania takiego "macierzynskiego". Antropolodzy chyba ukuli na to termin co-mothering, choc oni uzywaja tego w innym kontekscie i znaczeniu wspolczesnie. Jest symptomatyczne, kiedy Zuzanna placze do Ani ze "Shirley jest moj" to Ania wcale nie jest oburzona, tylko spokojnie to uznaje. To czesc rzeczywistosci owczesnej. To mnie bardzo ciekawilo w postaci Shirleya.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba chodzi o to zebranie szyjące kołdry, zdaje się w "Złotym Brzegu", prawda? Ale tam też, co ciekawe, Ania nie uczestniczy w zebraniu, obserwujemy je dzięki Walterowi ukrytemu na werandzie. Ten potencjalnie snobistyczny charakter Ani najlepiej moim zdaniem widać w części uniwersyteckiej, to, co dzieje się dalej, to tylko pewne tego pokłosie. Przy czym postawiłam tam znak zapytania także dlatego, że z Ani nie znika ta potrzeba przygarniania do siebie ludzi, ona w końcu wskazuje na potrzebę akceptacji Meredithów na przykład.

      To, co piszesz, mnie przekonuje, ale z drugiej strony nie chodzi wyłącznie o dzieci -- postaci zmieniają się, jeśli miejsce jednej figury zajmie inna (pani Linde zostaje wyparta przez pannę Kornelię, ta zaś finalnie przez Zuzannę, która zaczyna wykazywać podobne do nich cechy tak od "Doliny Tęczy" mniej więcej).

      Tylko że po przeczytaniu "Rilli..." jeszcze raz zwróciłam uwagę, że Walter otwarcie mówi, że on nie może wrócić z wojny, że świat nie byłby dla niego już do zaakceptowania, że nie ma żadnego "być może". Oczywiście można to odczytywać jako próbę osłodzenia przez LMM czytelnikowi gorzkiego losu postaci (pisze go zresztą od początku bardzo konsekwetnie jako tego, który zginie). Ale można też odczytywać jako właśnie taki kres dalszym możliwym ciągom -- ich po prostu nie ma i być nie może. O, co do Julianny się zgadzam, tę jej niechęć do zależności widać też na początku jej relacji z Anią jako kierowniczką szkoły.

      Też myślałam, że pomówienie, no ale to jej zatchnięcie się można odczytywać również jako "ach, co ja wam będę, profanom, tłumaczyła" ;-). I zgadzam się, pod tym względem postać Shirleya jest ciekawa -- ale nadal, wprowadza się równorzędną w teorii postać między inne, żeby dać jej jedną scenę na trzy tomy ;-)?

      Usuń
    2. Jesli chodzi o Waltera i jemu podobnych to to cale pokolenie przeciez bylo naznaczone wojna. Nie do konca umieli wrocic, ale przynajmniej dostali szanse zeby sprobowac. Typ Walterowy niewatpliwie mialby jakies objawy PTSD, shell shock, ale moglby cos zbudowac z Una, daloby sie w ogole zbudowac pozytywna narracje z tego, ale mozliwe ze to juz byloby zbyt dorosle. Jest symptomatyczne, ze w zasadzie nie porusza sie tematu wplywu wojny na Jima, jakby autorka chciala jak najszybciej sie po tym przesliznac, a najchetniej w ogole nie wspomniec. No i oczywiscie masz racje, pod wzgledem konstrukcji narracyjnej Walter jest bardzo silnie prowadzony jako ten, ktory zginie, taki troche nie z tego swiata. I to takie "nie umiem wrocic" to klasyczne zamkniecie na pocieche czytelnikowi. Ja w sumie jestem naprawde zla za poprowadzenie postaci Waltera, bo to takie naprawde bolesne uproszczenie w kwestiach, ktorych sie nie powinno upraszczac. Jak to "bal sie tylko imaginacji" i tak dalej. I ten list do Rilli, jakze cudownie na czasie, ze bylem wsrod tych, ktorych Kosiarz zabierze, nie martw sie o mnie, nie boje sie. Tak ze ja wiem ze to zamierzone narracyjnie ale nadal mnie wkurza.

      Natomiast w kwestii garnka na ziemniaki jestem po stronie Zuzanny :) Delila Green to taka wredna klamczucha byla ze absolutnie nie warto wierzyc w cokolwiek.

      Usuń
    3. To prawda, tylko że oni wszyscy są opisywani jako ci, którzy wracają -- w różnym stanie, Karol Meredith zostaje ciężko ranny -- i zgadzam się, LMM o traumie wojennej nie pisze, koncentrując się raczej na radości z powrotu niż czymś innym. W przypadku Waltera zaś jasno zostaje podkreślone, że z okopów nie ma dla niego powrotu, też dlatego, że wojna radykalnie ma zmienić jego spojrzenie na świat, więc nie chce z niej nawet wrócić. Przy czym, jeśli chodzi o relację Una-Walter, nie mogłam się w niej teraz dopatrzeć niczego więcej niż życzeń otoczenia. Sam Walter o Unie wspomina marginalnie, to Rilla bardzo chce, żeby była między tą dwójką jakaś więź, które tam de facto nie ma. Una jest jedną z koleżanek dla Waltera i tyle (jakkolwiek ze strony Uny jest zaangażowanie, to widać w tekście i temu nie zaprzeczam -- ale ze strony Waltera nie ma żadnych oznak uczucia czy zaangażowania).

      Ba, a propos pisania Waltera w okreslony sposób -- w "Złotym Brzegu" (późniejszym niż "Rilla...", ale jednak) Ania przecież widzi, jak cień ramy okiennej pada na łóżko chłopca i to już jest zapowiedź jego losu.

      Mnie ten garnek na ziemniaki od lat intryguje, chyba nie mam jasnej opinii w tej sprawie :-D.

      Usuń
  4. Czym było ciasto. Co za ciasto wrzuciła Rilla do rzeki, bojąc się, że z koszykiem wygląda śmiesznie? Jak smakowało złocistosrebrzyste ciasto?
    Całe dzieciństwo sądziłam, ze chodzi o budyniową szarlotkę na biszkopcie z przypiekanym kremem kokosowym.
    Ale czy na pewno? Owo ciasto jest ciężkie jak cholera, sześciolatka sama raczej nie uniesie. Nie jem, nie śpię, myślę o cieście. Internecie powiedz przecie...
    Biszkoptowe. Zwykłe biszkoptowe, jedno na białku, drugie na żółtku. I to ma być duma Złotego Brzegu?
    https://www.nps.gov/fols/planyourvisit/gold-and-silver-cakes.htm
    http://digital.lib.msu.edu/projects/cookbooks/coldfusion/display.cfm?TitleNo=72&PageNum=295

    Przynajmniej odkryłam kopalnię amerykańskich Ćwieczakiewiczowych...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest książka z przepisami z "Ani", chyba zresztą autorstwa wnuczki LMM. Mam ją nawet i chyba to ciasto było, ale nie pamiętam, o co chodziło. Poszukam jej w wolnej chwili :)

      http://lubimyczytac.pl/ksiazka/60254/ksiazka-kucharska-ani-z-zielonego-wzgorza

      Usuń
    2. A wiecie, że ja tę książkę nawet czytałam i spisałam sobie część przepisów, ale złocistosrebrzystego ciasta ni w ząb nie pamiętam :-D? Też widziałam oczyma wyobraźni jakieś zupełnie niesamowite ciasto, które miało godnie reprezentować Złoty Brzeg -- ale z drugiej strony pamiętam, że większość przepisów we wspomnianej przez Procellę książce miała dość zgrzebny charakter (nie żadne kwarty alkoholu u Ćwierczakiewiczowej ;-)), zapewne związany z warunkami życia na Wyspie.

      Usuń
    3. Pamiętam (jeszcze mnie odkopałam książki, ale naprawdę muszę to zrobić!) jakieś ciasto, którego się nie kroiło, a rozrywało dwoma widelcami. Nie było to własnie to?

      Usuń
    4. Przyznam, że samego przepisu nie pamiętam (jeśli chodzi o pieczenie ciast, zdecydowanie nie jestem prymusem). W powieści nie widzimy, jak się je zjada, bo Rilla wyrzuca je wcześniej do wody ;-).

      Usuń
  5. @ Tak, ja też nie do końca wiem, co się dzieje na tym zdjęciu. Lekcja wuefu?

    Rzeczywiście, to pewnie gimnastyka, którą panna Stacy (oprócz innych nowinek) wprowadziła w szkole w Avonlea! Jakoś nigdy nie zastanawiałam się, jak to mogło wyglądać :-)

    pozdrawiam
    allegra walker

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale robi wrażenie, prawda ;-)? Zwłaszcza, jak się to osadzi w strojach i krajobrazie. No i właśnie: toż to pewnie innowacja panny Stacy, oczywiście! Dzięki za dopowiedzenie :-)!

      Usuń
  6. Żeby się wypowiedzieć, musiałabym znowu przeczytać książki o Ani (jak wspominałam ostatnio, mam na to ogromną ochotę, ale zupełnie nie mam czasu). Teraz ciężko mi komentować, ale wpis przeczytałam z zainteresowaniem. Więcej takich poproszę!
    I czekam na "Błękitny zamek", bo ten czytałam ponownie kilka (a nie kilkanaście) lat temu i tutaj już mogę dyskutować!;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Planuję jeszcze jeden wpis związany z re-lekturą serii o Ani i chyba na razie wystarczy, ale o "Błękitnym Zamku" pamiętam, przeczytam, napiszę i z chęcią podyskutuję! :-)

      Usuń