Historia niejedno ma imię albo o „Nocnym czuwaniu” S. Moss



Widzicie, strasznie lubię książki o pisaniu. A Anna Bennet (pytanie, czy nazwisko nawiązuje do „Dumy i uprzedzenia” można postawić, czemu by nie) akurat pisze książkę – coś, co w Polsce byłoby zapewne książką habilitacyjną, a w rodzimym, brytyjskim systemie uniwersyteckim Anny ma pozwolić jej na przejście z pozycji doktora na stypendium z umową na czas określony do profesora na etacie. Tyle że książka Anny powstaje długo, bo bohaterka zajmuje się dwójką małych dzieci, jej mąż woli znikać na całe dnie wśród maskonurów, które bada – tak, też jest naukowcem – a w dodatku spędzają teraz czas na wyspie z dala od świata, ze słabym zasięgiem i mikrym dostępem do internetu. Trudno w takich warunkach stworzyć wiekopomne naukowe dzieło.

Anna Bennet walczy więc, ale głównie ze sobą i to jest największa zaleta powieści Sarah Moss. Bo autorka lawiruje dość mocno, podsuwając nam przeróżne tropy: czy Anna jest złą matką? Czy aby nie należałoby zabrać jej dzieci? A może jest słabą naukowczynią? A może ciągnie się za nią jakiś bardzo mroczny sekret z przeszłości, pożerający jej sumienie? W dodatku na wszystkie te pytania można spokojnie, trzymając się tekstu, odpowiedzieć i „tak”, i „nie”, i „być może” – w zależności od tego, czy wolicie sprecyzowaną linię prowadzenia czytelnika przez tekst, czy raczej luźne wskazówki autora pod tytułem „hej, spójrz tutaj! albo tam!”, książka się Wam spodoba albo zdenerwuje. Ja uplasowałam się pod względem emocjonalnym gdzieś pośrodku. Dlaczego? Już mówię i postaram się nie spojlerować.

Otóż bohaterowie są w mniejszym lub większym stopniu antypatyczni. Właściwie wszyscy i właściwie, jak sądzę, takie też było autorskie zamierzenie. Narracja jest pierwszoosobowa, więc najprościej jest nam śledzić poczynania Anny, która jest na rozdrożu. Zmaga się sama ze sobą, czy opuścić bardzo dobrą uczelnię na rzecz może mniej dobrej, ale przyjemniejszej jako środowisko pracy, czy pisać książkę, która dla niej samej – historyczki zajmującej się dzieciństwem we wczesnej nowożytności – wydaje się mieć jakąś funkcję terapeutyczną (niezależnie od tego, czy chodzi o jej status jako naukowca, czy jako matki), czy zająć się inną pracą, która niemal na bieżąco sama wpada jej w ręce. Bo wyspa, na którą przeprowadzają się na lato Anna, jej mąż i synowie, wyspa stanowiąca od lat dziedzictwo rodu Cassinghamów, czyli rodziny męża bohaterki, kryje w sobie więcej mrocznych sekretów, niż to widać na pierwszy rzut oka.

Spójrzmy prawdzie w oczy, nieprędko zdarzy mi się ponowna okazja, by zilustrować wpis tak doskonale do niego pasującymi maskonurami, więc zamierzam ją wykorzystać. Źródło.
 

Co zatem otrzymujemy? „Nocne czuwanie” jest przede wszystkim, według mnie, powieścią obyczajową. Wątki kryminalne miejscami są nieco na wyrost (choć niektóre są naprawdę ładnie poprowadzone, jak choćby ten z niechętnym oficerem policji), ale ubarwiają i życie bohaterów, i fabułę. Bo życie bohaterów, tak jak je portretuje Moss, jest strasznie monotonne tą monotonią codzienności, którą wszyscy dobrze znamy, a równocześnie Annie ta monotonia wydaje się najprawdziwszą katastrofą. Przynajmniej do pewnego momentu i to w powieści podobało mi się najbardziej: powolne zdawanie sobie przez bohaterkę sprawy z pewnych kwestii, których wcześniej nie widziała, bombardowana przez rzeczywistość wszystkim, co nieznośne. I że częścią tej „nieznośności” była też ona sama.

Ale nie będę ukrywała, powieść ma pewne wady, które wynikają przede wszystkim z tego, że redaktor nie usiadł nad autorką i nie zapytał „a wiesz, może to nie jest tak do końca potrzebne? a może ten wątek przydałoby się wykończyć? a co powiesz na skrócenie tego wątku do, czy ja wiem, dwóch rozdziałów?”. Moss ma też problem z pisaniem wydarzeń przełomowych, takich zwrotów akcji, które w „Nocnym czuwaniu” często wyglądają jak „mam pomysł! i uwaga, wprowadzam go w życie!”. Ma również problem z trzymaniem nastrojów (choć gwoli ścisłości dodam, że bardzo dobrze wychodzi jej podrzucanie czytelnikowi skojarzeń z powieściami wiktoriańskimi). Przy czym muszę wspomnieć, że w wydaniu polskim jest jakaś nadspodziewanie duża częstotliwość literówek, co zazwyczaj jakoś bardzo mi w czytaniu nie przeszkadza, ale tutaj – gdzie druk jest duży, marginesy odpowiednie, a całość czyta się „przestrzennie” i poręcznie – bardzo je widać. No, ale to inna para kaloszy. Zastanawia mnie też sposób wprowadzania cytatów na początku rozdziałów (bardzo zręcznie komentujących to, co dzieje się w życiu Anny, a czego ona często zdaje się nie dostrzegać): niektóre są spisane bardzo dokładnie, z numerem strony, pierwszym wydaniem i tym podobnymi, inne zaś z datą jakiegoś przypadkowego wydania. Interpretuję to jako próbę oddania przez autorkę specyfiki naukowych notatek: czasem lepszych, czasem gorszych.

Źródło.
 

Czy zatem polecam „Nocne czuwanie”? Jasne, że polecam (ostatnio kilka osób już usłyszało ode mnie sakramentalne „muszę ci pożyczyć tę książkę”!), uważam, że to bardzo fajny powieściowy głos w dyskusji „czy da się łączyć macierzyństwo z pracą”, ubrany w ciekawą ramę odniesień, nie wspominając o tym, że stanowi intrygującą wariację na temat „naukowiec odkrywa tajemnice i pomaga prowadzić policji śledztwo”. Poza tym, co może dla polskiego czytelnika nie być aż takim łakomym kąskiem, powieść w dosadny sposób komentuje kwestie związane z silnym podziałem klasowym na Wyspach, zarówno w swojej warstwie, nazwijmy ją, domowej, co i tej dotyczącej uprawiania nauki, stosunków społecznych, czy przeszłości. W dodatku autorka zgrabnie wiąże różne małe wątki (na przykład to, czemu mąż Anny bada akurat spadek populacji maskonurów) z większymi (jak wygląda małżeństwo bohaterów), co zawsze odnotowuję na plus – i co pozwala jeszcze w dłuższy czas po lekturze powracać do niej i zastanawiać się „jak to działa”.

***

Książkę dostałam od Pauliny z Miasta Książek, która jest też tłumaczką tej powieści. Jeszcze raz dziękuję – także za jej polecenie, bo nie wiem, kiedy sama bym do niej dotarła, no a fabuł o naukowczyniach nigdy nie za wiele!

Weź dokładkę!

19 komentarze

  1. "Nocne czuwanie" mignęło mi gdzieś, ale nie zwróciłam na nie większej uwagi. Teraz, dzięki tobie, uległo to znacznej zmianie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to się cieszę w takim razie i czekam na Twoje wrażenia z lektury! :-)

      Usuń
  2. Musisz mi pozyczyct tę książkę. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma sprawy -- jak wróci z aktualnego koła pożyczek, odezwę się :-).

      Usuń
  3. Bardzo się nastawiłam na tę książkę, tak zachęcająco nią nęciła Paulina, zapisałam sobie tytuł i miałam nabyć w Warszawie na targach, ale wykupili zanim dotarłam w sobotę! Cóż za niesłychana granda.
    Czuję się uprzedzona, że nie wszystko do końca styka, ale i tak chcę ją dostać w swoje ręce:)
    PS Piękne maskonury!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jednak czasami dobrze wybrać się na Targi wcześniej, bo właśnie tam ją dostałam od Pauliny (więc jestem współwinowajczynią tego, że w sobotę już nie było egzemplarzy ;-)). Bardzo bym była ciekawa Twojego odbioru, bo myślę, że to jest lektura ciekawie komentująca meandry pracy naukowej :-).

      Maskonury -- zawsze! ;-)

      Usuń
  4. Mnie zahipnotyzowało i zafascynowało głównie historią wyspy St Kilda (bo to ważna inspiracja dla autorki była). Mam obsesję wyspiarską i obsesję polarną więc najpierw przeczytałam Nocne czuwanie a potem Cold Earth i wszystko inne też przeczytam. Po angielsku jakichś niedostatków nie widzę, styl jest własny, głos mocny, warto poznać.
    A jeśli o interpretację chodzi to mnie się generalnie wydaje, że naprawdę zasadniczym, podstawowym powodem w zasadzie wszystkich problemów Anny, jest rzecz tak straszliwie prozaiczna jak brak snu. Tytuł też jest dość wyraźną wskazówką. Oczywiście nie jest to powód jedyny, ale podstawowy i warunkujący wszystko inne. Dopóki nie urodziłam własnych dzieci nie zdawałam sobie sprawy jak to uderza w psychikę. Przecież to jest jedna z najprostszych i najbardziej efektywnych tortur, pozbawić kogoś snu. I czułam prawdziwą furię na męża Anny, że nie zdaje sobie sprawy z ogromu problemu i zrzuca to na nią, a w każdym razie pozwala, żeby się sama szarpała bo tak mu wygodniej. Długotrwały brak snu może powodować halucynacje, zmiany w psychice, człowiek może się stać wręcz zagrożeniem dla siebie i innych. I to u Anny widać. Serce mi pękało jak to czytałam. I oczywiście że Anna jest antypatyczna. Człowiek notorycznie pozbawiany snu będzie właśnie reagował niezbyt mile, jego próg frustracji znacznie się obniży, a tendencje paranoidalne wzrosną. Moim zdaniem to jest taka interpretacja, która nie przeszkadza i nie wyklucza żadnej innej wspomnianej przez ciebie ale to czynnik, który trzeba wziąć pod uwagę absolutnie zawsze. Szczególnie w przypadku pierwszoosobowej narracji bo postrzeganie rzeczywistości, w tym siebie jako matki, swojej kariery naukowej, wszystkiego - jest bardzo głęboko zaburzone.

    Natomiast już bodaj u Zacofanego w lekturze na IG się żołądkowałam, że chciałabym poznać proces myślowy grafika odpowiedzialnego za okładkę. Oto powieść o kobiecie odciętej w zasadzie od cywilizacji, uważającej (na równi z własnymi dziećmi) że sałata jest luksusem, notorycznie niewyspanej do poziomu niemal halucynogennego, kobiecie która ma dwójkę bardzo pochłaniających uwagę małych dzieci - a na okładce piękność z intensywnym makijażem i jakże idealną fryzurą. Naprawdę chciałabym wiedzieć, co osoba odpowiedzialna za projekt i zatwierdzenie okładki myślała. Jeśli już miało być pięknie, estetycznie ą, ę bułkę przez bibułkę to jakiś piękny wyspiarski krajobraz też by się nadał. I przynajmniej miałby jakiś związek z treścią.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, pomysł na wykorzystanie tej historii -- ale raczej jako komentarza w tle -- wypada dobrze (widziałam, że niektórzy mają zastrzeżenia do "antyklimatycznego" zakończenia, ale mnie się ono akurat bardzo podobało, brakowało mi może odrobinę większego nacisku na to, że dla Anny to była praca, chwytana "po godzinach", prawda, ale jednak przeprowadziła ona interpretację tych materiałów; Moss zaś daje nam to ciut za bardzo na tacy). Co do stylu nie mam uwag, raczej do kompozycji, czyli rzeczy językowo raczej niezależnej.

      Tak, można całość przeczytać w taki sposób i bardzo dobrze się wtedy składa: począwszy od wyobrażeń i obsesji Anny (vide wątek z policjantem), przez tytuł, po rozwiązanie, kiedy okazuje się, że dzieci w pewnym momencie zaczynają spać i to jest zadziwiające, jak bardzo "mebluje" to życie. Co do postaci Gilesa -- myślę, że ona została tak napisana także po to, żeby pokazać też te tarcia klasowe (one są widoczne nawet w małżeństwie głównych bohaterów). Ale zgadzam się, ten to dopiero jest antypatyczny ;-).

      No nie mogę się nie zgodzić, że kobieta na okładce raczej nie jest Anną, chociaż podoba mi się zabieg z okienkiem i sierpem księżyca (oraz wkładka, wkładka jest bardzo ładna -- a na niej jest właśnie krajobraz: faktycznie może byłoby to najlepsze wyjście, żeby nie estetyzować też tego doświadczenia macierzyństwa, które opisuje Moss).

      Usuń
    2. Wrecz sie zastanawialam czy przezywanie Timothy'ego per Moth (czyli cma, motyl nocny) tez jest sygnalem. To nie jest typowe, to jest wrecz drastyczny przypadek. Moth ma bodaj dwa lata o ile dobrze pamietam. Dziecko w tym wieku jest juz w stanie przesypiac wiekszosc nocy wiec Moth naprawde ma jakies wyjatkowe leki, koszmary czy inne problemy i kiedy czlowiek sobie uswiadomi, ze Anna tak przez dwa lata (a poprzednio przez conajmniej rok z Raphem) nie przespala w calosci ani jednej nocy a w ciagu dnia nie miala szans na odespanie to naprawde ta interpretacja mi sie wrecz narzuca.

      Natomiast Giles mnie zdumial i zastanawialam sie czy to jest swiadome, czy po prostu autorska niekonsekwencja - Giles pod koniec powiesci wydaje sie zupelnie inna postacia i to zupelnie z kapelusza. Myslalam, ze moze fakt, ze Anna pod koniec moze przespac kilka godzin jednym ciagiem zmienia jej postrzeganie meza i daje wieksze poczucie kontroli nad wlasnym zyciem i umiejetnosc walki, czy Giles o wiele bardziej rozumial Anne jako naukowca niz jako matke czy po prostu bylo to totalne rozwiazanie z kapelusza wlasnie. Bo pod koniec pokazal sie z zupelnie innej strony.

      Usuń
    3. Moim zdaniem to jest znaczące, bo chyba nie jest to ogólnie spotykane zdrobnienie od "Timothy", prawda? Zresztą bardzo późno dowiadujemy się, jak chłopczyk się nazywa, wcześniej przez cały czas Anna mówi o nim właśnie per "Moth". Zobacz też, że przez dłuższy czas Moth i Raph wymieniają się jak gdyby koszmarami: kiedy jeden śpi, drugi się budzi -- sytuacja się klaruje jakoś tak mniej więcej przy wątku z ptakiem i listami.

      Ja to interpretuję tak, że Gilesa widzimy głównie przez Annę: stąd on może się zmienić, kiedy Anna wreszcie ma szansę się wyspać (i spojrzeć na niego inaczej), ale też z drugiej strony on nie bez kozery bada akurat spadek populacji maskonurów. W tym sensie, że musi dochodzić tam do jakiegoś wniosku dotyczącego też rozpadu własnego związku, tyko że te wnioski przychodzą dość późno i stąd jego postępowanie zmienia się pod sam koniec. Przy czym i Anna, i Giles mają swoje własne wizje życia, które nie zawsze się zgrywają, stąd też napięcia pomiędzy nimi, które da się rozstrzygać na rzecz jednego, bądź drugiego (na przykład wątek potencjalnego przejścia Anny z Oxfordu do Glasgow czy zamieszkania na wyspie na stałe).

      Usuń
  5. Jednocześnie mam ochotę to przeczytać i boję się. Zwłaszcza po przeczytaniu komentarzy :D Obawiam się, że część rzeczywistości opisanej w tej książce, czyli macierzyństwo łączone z pracą naukową stanie się moja rzeczywistością i chyba wolę nie zniechęcać się już teraz. Zwłaszcza że uwielbiam spać i bardzo boleśnie odczuwam trzytygodniowe już ograniczenie snu, nawet w tej chwili czuję, że zaraz nie będę w stanie otworzyć oczu. Zapewne dlatego ta książka jawi mi się jako zbyt realna i zbyt ciężka.
    Literówki świadczą o tym, że edytor też był niewyspany :D Albo zachciało mu się spać od samego czytania. Z zeznań moich starszych kolegów-edytorów wynika, ze pierwsza wersja jest całkiem prawdopodobna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Być może był niewyspany, chociaż jakby tak iść za tą linią interpretacyjną, to więcej literówek jest w drugiej części książki, kiedy sama bohaterka już zaczyna się wysypiać. "Ktoś nie śpi, żeby spać mógł ktoś"...? ;-)

      Usuń
  6. Zaczynam właśnie lekturę "Babel Tower" A.S. Byatt i jeden z wątków wyjściowych jest bardzo podobny, ale tu kobieta tymczasowo zrezygnowała z akademickich przygód i wpadła w pułapkę u boku zaborczego męża. Nie przeczytałem jeszcze wiele, ale już ładunek emocjonalny jest bardzo duży.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dodałam do listy "do przeczytania", bo brzmi jak coś, co chcę poznać :-). Dzięki za podrzucenie tego tropu!

      Usuń
  7. Jakim cudem w tej książce są maskonury i ja jej jeszcze nie przeczytałam?! D:

    A na poważnie - to brzmi bardzo zachęcająco. I jak miła odmiana po ostatnim miesiącu, gdzie trafiałam głównie na kiepskie lub mocno średniawe fantasy :c (No i cudowny Reverte, ale on mógłby mi przepisać książkę telefoniczną z Madrytu i i tak bym piszczała). Trochę obyczajowości z kryminałem nigdy nie zaszkodzi! Zwłaszcza, jeśli polane jest dawną brytyjskości i dzieje się na zapleczu świata (północne wyspy jakoś tak działają na wyobraźnię).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że ja sobie od dawna obiecuję przeczytać coś Revertego i wciąż tego nie zrobiłam? Ale powoli, powoli, a nadrobię to niedopatrzenie :-). Natomiast co do "Nocnego czuwania": jest wyspiarski klimat, jest brytyjskość w wydaniu lepszym i nieco gorszym (wspomniana klasowość społeczeństwa), są dawne waśnie i całkiem świeże konflikty, no i maskonury -- z czystym sumieniem mogę polecić :-).

      Usuń
    2. To ja z czystym sumieniem polecam "Szachownicę Flamandzką" i "Klub Dumas" <3 To drugie jest w moim personalnym rankingu jedną z najlepszych powieści jakie czytałam. "Misja Encyklopedia", czyli to najnowsze, też powinna się spodobać - jest to po części książka o pisaniu, a po części piękny płaszcz i szpada w najlepszym wydaniu :)

      Usuń
    3. "Klub Dumas" jest na mojej liście "do przeczytania" od tak dawna, że aż wstyd się przyznawać ;-). Ale nadrobię, zawsze w końcu nadrabiam, tylko dość wolnym tempem, niewspółmiernym do tego, w jakim przyrastają kolejne pozycje, które chcę przeczytać :-D.

      Usuń