Który tom losów Ani Shirley jest najlepszy albo ranking niezwykle subiektywny

 
Tytuł posta tytułem posta, absolutnie nie zamierzam wydawać w tej sprawie kategorycznych sądów. Ale pochłonąwszy całą serię na nowo, ze spojrzeniem jednak co nieco starszym (ostatnia lektura całości przypadła u mnie jakoś na czasy tuż przed liceum), postanowiłam się w ten sposób podzielić wrażeniami z tej wspomnieniowej literackiej podróży.


Co oczywiście oznacza, że jak najbardziej możecie mieć odmienne od mojego zdanie. Mnie samą zaskoczyło, że tomy, które wcześniej pamiętałam jako bardzo przyjemne teraz mnie nieco rozczarowały, a te z kolei, które uważałam za średnie okazały się być naprawdę niezłe. Co więcej, czasami zupełnie nie tylko nie pamiętałam jakichś rozwiązań fabularnych, ale i tego, jak zostały napisane. W ustalaniu „ulubionych” części przyświecała mi myśl: która z nich zachowuje w sobie magię opowieści o Ani – a równocześnie jest dobrze napisana? Bo widzicie, poszczególne tomy są pisane w sposób dość rozmaity (jeśli chodzi o technikę), w niektórych widać zmęczenie Montgomery materiałem, w innych powtarzające się rozwiązania. Czy to źle? Nie, bo generalnie wiemy, na co się piszemy. Ale w porównaniu wygląda to wszystko ciekawie. To co, zaczynamy?


Miejsce pierwsze: „Ania z Avonlea”

Moim zdaniem ten tom jest idealnie wypośrodkowany i – że tak to ujmę – należy do znających Józefa. Montgomery opisuje zdarzenia, które są udziałem jej postaci (a czego nie ma w „Ani z Zielonego Wzgórza”, gdzie większość rzeczy Ania zwyczajnie opowiada), zaczyna też od cudownej akcji z omyłkową sprzedażą jałówki pana Harrisona. Po tej scenie już wiemy, z kim mamy do czynienia, choćbyśmy o Ani Shirley nigdy wcześniej nie słyszeli, a taka szybka, celna charakterystyka to przecież rzecz niełatwa. Avonlea pozostaje krainą marzeń, ale dowiadujemy się więcej o jej nie zawsze idealnych mieszkańcach, także dzięki działaniom – nie zawsze udanym, a czasami dość zabawnym – Koła Miłośników Avonlea. Poza tym Ania pracuje, pomaga Maryli, zajmuje się prześladującymi ją przez całe życie bliźniętami (tutaj z kolei przyznam, że wątek Tadzia i Toli jest przedziwny: bohaterowie po kilka razy powtarzają, jak grzeczna jest Tola i że dużo bardziej kochają Tadzia, co w pewnym momencie robi się bolesne), układa sobie przyjaźnie i zaczyna pisać. Początek drogi pisarskiej jest bolesny – i Montgomery podśmiewuje się ze swojej bohaterki, ale czyni to delikatnie i nie wyśmiewa jej – ale pokazuje też, że Ania nie wyrosła jeszcze ze swojej pozy, chociaż tak twierdzi. Jej praca w szkole też dostarcza wielu tematów – bohaterka musi konfrontować się z nie zawsze łatwą rzeczywistością, jej ideały czasami upadają (bardzo przykry wątek bicia uczniów), a przy okazji Montgomery daje nam kilka portretów uczniowskiej gromadki i ich rodziców. Uczniowie Ani z Summerside nie mieli aż tyle szczęścia. No i to jest jeszcze wciąż to błogie, stare Avonlea. Zdecydowanie mój ulubiony tom.

Miejsce drugie: „Ania z Zielonego Wzgórza”

Trudno się było oprzeć, wszak tutaj poznajemy naszą bohaterkę, tutaj przeżywa ona wszystkie swoje klasyczne przygody, od spicia przyjaciółki winem porzeczkowym po podanie na stół ciasta z kroplami walerianowymi. Zdziwiło mnie, że właściwie Montgomery nie pokazuje nam tych wszystkich wydarzeń, kiedy się dzieją (a przecież widziałam je po wielekroć we własnej głowie, kiedy przypominałam sobie fabułę!), ale każe o nich – w pewnym odstępie czasu – opowiadać Ani. Oczywiście, Ania jest gadułą i często zamiast wykonywać obowiązki tak sumiennie, jak chciałaby tego Maryla, poświęca się właśnie opowiadaniu, ale jednak to wcale nie gra tak dobrze: aż chciałoby się zobaczyć bohaterów w akcji, przynajmniej raz na jakiś czas, a nie wciąż i wciąż bohaterów opowiadających sobie akcję. No, ale to też tom, w którym występuje Mateusz, jego pięknie rozwijająca się relacja z Anią, dzięki której stara się przełamywać swoją nieśmiałość – no i to tom, w którym ta kostyczna Maryla z początku uczy się żyć razem z Anią i w końcu kochać, i być dumną z dziewczynki. A to są piękne wątki, niezależnie od tego, czy są opowiedziane, czy pokazane. 
 
 
Źródło.
 

Miejsce trzecie: „Rilla ze Złotego Brzegu”

Ostatni tom cyklu (wiem, wiem, jest jeszcze „Ania z Wyspy Księcia Edwarda”, ale póki nie przeczytam, mogę uznawać „Rillę...” jednak za tom ostatni, prawda?) i właściwie tom nie tyle o Ani, co o jej najmłodszej córce – przez wielu uznawany jest za najlepszy tom serii. I literacko zgadzam się z tym: jest to powieść urozmaicona, mamy tutaj i narrację trzecioosobową, i pamiętnik Rilli, i wymianę listów. Mamy też wiele wątków bardzo trudnych: złą sytuację gospodarczą, niepokój o bliskich na froncie, śmierć najbliższych osób, a nawet nastoletnie macierzyństwo (a przynajmniej wątek, który najbardziej przypomina tego typu motyw w całym cyklu, czyli Rillę biorącą odpowiedzialność za niemal porzucone niemowlę). Montgomery właściwie nie podaje nam tutaj prostych rozwiązań, co we wcześniejszych częściach często się zdarza: Rilla nadal nie przepada za dziećmi, choć nauczyła się kochać Jasia, Walter pokonuje swój strach, ale musi za to zapłacić najwyższą cenę, Ania uświadamia sobie, że w gruncie rzeczy figurą matki dla Shirleya jest nie ona, a Zuzanna. Jasne, ten tom ma też swoje słabsze strony (zwróciliście uwagę, że „Księżycowy brodacz” jest figurą złego bohatera nie przez to, że sprzyja Niemcom, ale dlatego, że nie jest fanem powszechnej dumy z militaryzmu?), ale dobrze oddaje powojenne nastroje (bohaterowie lubią powtarzać, że wywalczyli lepszy świat i będą się starać żyć tak, by go w ten sposób utrzymać). Poza tym to jest literatura o wojnie, ale widzianej z zaplecza domowego, z oddali, co jest samo w sobie bardzo ciekawe.

Miejsce czwarte: „Dolina Tęczy”

Przyznaję, kiedyś to był mój najmniej lubiany tom. Co się zmieniło? Widzicie, mam wrażenie, że wraz z przybyciem do Glen St. Mary młodych Meredithów seria ponownie zyskała: dzieci Blythów są bowiem nieco… Hm, nieco przygrzeczne? Właściwie nie popełniają gaf? A już na pewno nie takich, jakie były udziałem ich matki i które tak bardzo pozwalały się czytelnikowi zżyć z tą postacią. A młodzi Meredithowie są właśnie tacy, że można ich polubić za to, że nie są idealni. Przoduje w tym Flora, która zresztą chyba najbardziej przypomina Anię: impulsywna, czasami szalona, ale o bardzo dobrym sercu i oddana swojej rodzinie. Przyznaję, główny wątek miłosny w tej części nadal mnie drażni (cały czas miałam wrażenie, że pan Meredith chce się ożenić, żeby wreszcie ktoś zajął się jego dziećmi – owszem, z miłości również, ale czemu w każdej scenie, gdzie myśli o ożenku, załamuje ręce i prosi, by ktoś zdjął z jego barków ciężar myślenia o dzieciach?), o wiele prościej było mi kibicować zalotom Normana Douglasa. Plus to jest część, kiedy na scenę wchodzi Mary Vance, kolejne „odbicie” Ani, sierota, która trafia do domu, gdzie się ją szanuje, po bardzo trudnych przejściach. Nie ma kryształowego charakteru, ale jest bezpretensjonalna, no a scena ze sztokfiszem jest po prostu (nie bijcie!) zabawna. 
 
 
Źródło.
 

Miejsce piąte: „Ania z Szumiących Topoli”

W gruncie rzeczy to jest coś w rodzaju zbioru opowiadań, gdzie Ania pełni raz mniejszą, raz większą rolę, spiętego przewodnim wątkiem zamieszkania w Summerside. Sama lokalizacja zawsze budziła moją sympatię i tak pozostało: Szumiące Topole są odpowiednio romantyczne, a zarazem chowają w sobie mnóstwo cudnych drobnych niezwykłości (tajemnica maseczki ze śmietanki, sąsiedztwo z Klonowym Wzgórzem, gdzie mieszka Elżbieta chcąca nadejścia Jutra, kot Marcin, no i oczywiście Rebeka Dew!). Szkoda, że życie szkolne Ani właściwie się tu nie pojawia – uczniowie nie mają zbyt wiele indywidualności, czegoś więcej dowiadujemy się zaledwie o trójce z nich – i szkoda, że początkowy pomysł na „prześladującą” Anię rodzinę Pringle’ów szybko się wyczerpuje (czy to dobry motyw, to inna sprawa, no ale skoro już jest, to mógłby pobyć nieco dłużej, a nie znaleźć dość szybkie rozwiązanie). Montgomery napisała ten tom po latach, więc może taka forma pozwalała nie nabruździć w chronologii cyklu?

Miejsce szóste: Ania ze Złotego Brzegu”

I to właściwie jest bardziej zbiór opowiadań niż powieść. Ale Montgomery porusza tutaj sporo ważnych tematów (kryzys małżeński chociażby), w dodatku pozwala nam lepiej poznać wszystkie – z wyłączeniem Shirleya – dzieci Blythe’ów, co dla tych, którzy się w ten świat wkręcili (jak ja) zawsze jest czymś niezwykle miłym. Przyznam, że nie jestem fanką kilku posunięć autorki: Ania wydaje się tutaj całkowicie rezygnować z kariery pisarskiej (co zostaje zasugerowane w rozmowie z Krystyną Stuart, choć z „Doliny Tęczy” wynikałoby, że nigdy nie porzuciła tego zajęcia), a myśląc o przyszłości dzieci zastanawia się, jaki ciekawy zawód obiorą synowie i… jak będą wyglądały śluby córek. Szczerze mówiąc nie spodziewałabym się po Ani – zawsze tak aktywnej w marzeniu o różnych ścieżkach kariery – akurat takich przemyśleń, ale z drugiej strony jestem daleka od potępiania tego tomu za to. Dlaczego? Bo wszystko wskazuje na to, że to ma być tom o życiu Ani-matki, o stabilnej pozycji w wiejskiej społeczności, kobiety, która osiągnęła w życiu sporo z tego, co chciała – a zdała sobie sprawę, że do niektórych rzeczy nie ma aż tyle samozaparcia albo talentu (tak sobie tłumaczę wątek dotyczący pisania). To jednak sprawia, że pod tym względem to bardzo smutna część. Przyznam też, że wadzi mi zupełny brak osobowości, który przejawia tutaj Gilbert. 
 
 
Źródło.
 

Miejsce siódme: „Wymarzony dom Ani”

A który to brak zaczyna on wykazywać w tym tomie. Pod tym względem „Wymarzony…” jest rozczarowujący: nie jest to bowiem właściwie historia o małżonkach, Gilbert tylko od czasu do czasu odezwie się, żeby popchnąć akcję do przodu znajdzie rozwiązanie sprawy nierozwiązywalnej (wątek Moore’ów), ale nie widzimy zbyt wiele interakcji między nim i Anią. W ogóle to jest taki tom nastrojem odbiegający od pozostałych – Ania zachowuje się w nim dość dziwnie (raz jak ta osoba, którą już znamy, vide taniec nad brzegiem morza, kiedy indziej zaś autorka coś zbytnio nam ją chwali, vide wątek „Ania ma tak czysto i poukładane absolutnie wszędzie”), wątek Ewy jest aż za bardzo gotycki, a motyw jej przyjaźni z Anią trochę się rozmywa, a żarty ze staropanieństwa Zuzanny nie są, no cóż, napisałabym, że zabawne, ale one w ogóle nie są specjalnie dobre, po prostu, ani potrzebne. Postaci starsze zostają odsunięte na dalszy plan, a nowsze nie zawsze rekompensują nam ich brak (panna Kornelia jednak nie jest tak ciekawym punktem odniesienia jak pani Linde). Generalnie zaś wszyscy strasznie dużo mówią, zwierzając się sobie nawzajem ze wszystkiego – oprócz wspomnianego już Gilberta. Za to jest w tym tomie wątek utraty dziecka, który Montgomery napisała bardzo przejmująco i choćby z tego powodu warto tę część przeczytać.

Miejsce ósme: „Ania na uniwersytecie”

To nie jest najlepszy tom, no nie jest, przyznaję. A zaczyna się obiecująco: młodzież avonlejska wyjeżdża na studia, leje deszcz, towarzyszy im tęsknota za domem i niepewność co do tego, czy odnajdą się na uczelni. Ale potem robi się coraz gorzej: cudowne rozwiązania gonią cudowne, Iza Gordon zdaje się być najbardziej denerwującą postacią cyklu (na szczęście do czasu!), w dodatku właściwie nie widzimy Ani na studiach. Ba, wątki uczelniane zajmują w powieści mało miejsca (nic dziwnego, że tytuł oryginału to „Ania z Wyspy”, polski nie oddaje tu tak dobrze charakteru powieści), więc trudno się tak do końca wżyć w tę opowieść jako historię dojrzewania bohaterów na studiach. Romansowy aspekt sprawy też jest, mówiąc oględnie, średni, do dzisiaj nie bardzo wiem, co łączyło Anię i Roberta, a wątek „ucieknę ci, to może nie zdążysz mi nic powiedzieć” również działał mi na nerwy. No i wątek koci… Ale o tym będzie osobny wpis, nie martwcie się. 


***


A jak Wy się na to zapatrujecie? Który tom przygód Ani lubicie, a który nie wzbudza w Was wielkiego entuzjazmu? Jestem bardzo ciekawa Waszego zdania!

Weź dokładkę!

48 komentarze

  1. Na razie się nie wypowiem, bo będę powtarzać sobie niebawem lekturę, jak tylko skończę powtórkę Jeżycjady lub po prostu przeprowadzę do mnie książki. Na razie są niestety 3 tys km ode mnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To faktycznie jest spora odległość ;-). Sama już jakiś czas temu przywiozłam sobie te książki z domu rodzinnego, więc kiedy -- pod wpływem serialu -- naszła mnie ochota na powtórkę, były jak znalazł, na miejscu :-).

      Usuń
  2. Teraz widzę, ile ja już zapomniałam! Może warto byłoby też zrobić taką powtórkę z Ani? Myślę, że na wiele rzeczy mogłabym patrzeć teraz inaczej. Na przykład, gdy byłam mała, bardzo lubiłam "Anię na uniwersytecie", ale chyba rozumiem Twoje zarzuty... Wydaje mi się, że najmniej byłam przywiązana do tych części "opowiadaniowych", do dopisanych później "Ani z Szumiących Topoli" i "Ani ze Złotego Brzegu".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z doświadczenia już mogę mówić, że warto :-). Muszę przyznać, że z samej "Ani na uniwersytecie" pamiętałam bardzo mało, więc ta powtórka była odświeżająca, ale nadal nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Ania jest w tej części mało "aniowa". Te opowiadaniowe części z kolei bardzo lubiłam jako dziecko (chyba najbardziej -- ale też najprościej się do nich wraca, bo nie są właściwie zwartymi fabułami i może to dlatego), nawet nie widziałam wtedy tej ich struktury ;-).

      Usuń
  3. Och, a ja właśnie "Anię na uniwersytecie" i "Wymarzony dom Ani" lubię najbardziej! Muszę przyznać, że wątek kota zupełnie nie utkwił mi w pamięci (trafiłam niedawno na zbulwersowane nim opinie i aż nie dowierzam, że na coś takiego nigdy nie zwróciłam uwagi...). No i masz rację, studiów to tam za dużo nie ma; wszystko jest tam takie ciepłe, urocze, trochę rustykalne - tylko że ja właśnie za to tę książkę lubię. Chociaż znów muszę przyznać - wyrobiłam sobie przez nią bardzo nierealistyczne wyobrażenie o tym, jak wygląda studiowanie, a zderzenie z rzeczywistością było nieco... rozczarowujące ;). Jak to, żadnego "Ustronia Patty"? Zbierania dzwonków? Zamiast tego kucie po nocach przy niedziałających grzejnikach? Nie tego się spodziewałam ;).

    Jesteś już którąś z rzędu osobą, od której słyszę, że Iza strasznie ją denerwowała. Dlaczego? Ja akurat zawsze miałam do niej słabość: nie jest idealna, a jednocześnie nie daje się łatwo zaszufladkować i łamie stereotyp słodkiej idiotki.

    Zgadzam się w pełni co do "Rilli" - klimatem mocno odbiega od pozostałych części i zawsze przed przeczytaniem mam wrażenie, że "to nie to co reszta cyklu", po czym czytam w zachwycie i oderwać się nie mogę :).

    Ja za to nie przepadam za "Anią ze Złotego Brzegu" ani "Anią z Avonley". Ta druga wydaje mi się zawsze trochę nijaka, przykrótka, brakuje jej - jak na mnie, oczywiście - tak wyraźnej myśli przewodniej, jak pozostałym częściom. Traktuję ją trochę jako taki zapychacz między latami szkolnymi Ani a jej studiami. Za to "Ania ze Złotego Brzegu" wydaje mi się właśnie dość wtórna: wykorzystuje parę rozwiązań fabularnych z poprzednich części, nawet w tej jednej książce powtarzają się te same motywy (tyle, że przeżywane przez inne z dzieci Blythów). Do dziś nie wiem - a czytuję całą serię od lat, regularnie - które z tych przygód przeżywała Nan, a które Di. Mam zresztą wrażenie, że charaktery dzieci Ani są tu dość słabo zarysowane, może poza jednym Walterem (który też jest zresztą nakreślony dość grubą kreską: wrażliwy chłopiec, przyszły poeta). Niby coś kojarzę, że Nan oskarżano o wyniosłość i miała być zewnętrznie podobna do ojca, a wewnętrznie do matki, za to Di na odwrót, ale pamiętam to tylko z opisów, absolutnie nie z fabuły... Z całej tej powieści najbardziej lubię początek i koniec: ciotkę Blythe i "idealne małżeństwo". Tylko że ten wątek kłopotów małżeńskich to raptem jeden rozdział, a i historia zrzędzącej ciotki kończy się dość szybko...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama nie pamiętałam, że tam taki wątek jest, więc nie wiem, czy zrobiłam się wrażliwsza na kocie losy, czy to jest taki wątek, który w natłoku innych może łatwiej wypaść z pamięci. Niemniej: nie chodzi mi nawet o to, że dziewczęta dość beztrosko (bo już nie ciotka Jakubina) postanawiają się kota pozbyć, ale o jakiś dziwny rodzaj przetargów czynionych nad uczuciami tegoż kota przez Anię. Ania zresztą jest opisywana (i jest to jedyny taki tom) jako nie-fanka kotów, Mruczek właściwie wchodzi jej tam na ambicję ;-). Co do klimatu: no właśnie on nie jest wcale taki ciepły, mam wrażenie, że LMM prześlizguje się raczej po nim, stawiając takie wyznaczniki (uroczy domek, starsze panie, sąsiedztwo milionerów zakochanych w kapach pani Linde, rauty z przyjaciółmi), ale to są raczej dekoracje. Stąd też moje rozczarowanie ;-).

      Iza na początku mnie denerwowała, ale tak jak piszę, do czasu: podoba mi się jej ewolucja, podoba mi się postać pana Blake'a i fajnie, że LMM na niej wypróbowała inną wariację na temat "żona pastora". Ale na początku nawet bohaterki nie były pewne, co myśleć o Izie, więc można chyba i mi wybaczyć, że nie bardzo wiedziałam, co z tą postacią począć ;-)?

      Moim zdaniem "Ania z Avonlea" to opowieść o dojrzewaniu, także do trudnych decyji, o przechodzeniu z formy "jeszcze-dziecko" do "już-kobieta", o próbie poukładania siebie na nowo w zmieniających się okolicznościach (nowe na Zielonym Wzgórzu, nowe u Barrych i tym podobne). Dlatego tak ją lubię :-). Co do "Ani ze Złotego Brzegu", zgadzam się, oprócz Waltera -- którego zresztą LMM chyba od początku planowała uśmiercić i konsekwentnie go tak pisała, a w powstałej po "Rilli..." "Ani ze Złotego Brzegu" już w ogóle -- i Jima, pozostali mali Blythe'owie nie są najbardziej wyrazistymi postaciami. Z ich przygód najbardziej lubię właśnie tę Walterową podróż w ciemności do domu.

      Usuń
  4. Ooo Ania z Zielonego Wzgórza :D Całkowicie sobie o niej zapomniałem :) Przy okazji pierwszy raz tu jestem, bardzo ciekawy i unikalny blog!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To cieszę się bardzo, że mogłam przypomnieć ;-). Dziękuję za miłe słowa! :-)

      Usuń
  5. Nie mogę się nie odezwać! :)
    Mam w domu takie samo wydanie, jakie pokazywałaś na instagramie, a które czytałam w dzieciństwie. Poza ostatnią częścią, bo byłam chyba za mała i nie rozumiałam w ogóle o co chodzi w Rilli :(
    Uwielbiałam Złoty Brzeg i Dolinę Tęczy, i te części czytałam wyrywkowo więcej niż raz, pewnie dlatego, że były o dzieciach, a sama nim byłam. Pamiętam, że lubiłam także Szumiące Topole, ale nie pamiętam, czy wracałam do nich.
    Mam nadzieję, że odnajdę stare książki w domu rodzinnym, bo zatęskniłam za Anią :) Ciekawa jestem jakie będą moje wrażenia po powtórnej lekturze i czy polubię klasyczny pierwszy tom! Bo przyznam, że mała Ania jest ode mnie tak różna, że niezbyt ją lubiłam w tej dziecięcej wersji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też "Rilla...", kiedy byłam mała, bardziej dziwiła niż zachwycała, ale bardzo warto do niej wrócić, bo to jest właściwie powieść wojenna, ale właśnie widziana od innej strony, tym bardziej niekiedy przejmująca. To jest dobre pytanie, z tym pierwszym tomem, mnie najbardziej zdziwił ten sposób pisania, o którym nie pamiętałam, i przyznam, że mnie trochę rozczarowało, jak mało "widzimy" akcji ;-).

      Trzymam kciuki za udaną powtórkę! :-)

      Usuń
  6. Rilla! Finałowa scena z psiakiem to odpowiednik śmierci Stefci Rudeckiej, tylko w lepszym stylu. Wzruszam się, jak nie wiem co.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie będę ukrywała: ja też ;-). Cały czas się zastanawiam, czemu Zawisza-Krasucka przełożyła imię psa na "Wtorek" (skoro nazywa się Monday), czy żeby było krócej? Czy może nikt nie nazwałby psa Poniedziałek (bo za długo albo nierytmicznie)? Dopiero zwróciłam na to uwagę teraz, tropiąc trzy rozdziały, których nie było w polskim przekładzie.

      Usuń
    2. To mnie też zastanawiało, nawet kiedyś miałem jakąś teorię, ale zapomniałem, niestety. Rilla w oryginale zyskuje, bo ja mam wrażenie, że polski przekład jest niepotrzebnie usentymentalniony.
      A Księżycowy Brodacz moim zdaniem powinien być Wąsaczem :D

      Usuń
    3. W przekładzie (przynajmniej Zawiszy-Krasuckiej, bo ten czytałam, o innych trudno mi się wypowiadać) jest strasznie dużo zwyczajnych błędów. Dziwi mnie to, że tłumaczka, która przełożyła przecież i poprzednią część, kiedy padają do niej odwołania, przekłada je nieprawidłowo (na przykład Flora mówi o tym, że kiedyś powiedziała, że świat jest światem śmiechu -- a w przekładzie dostajemy twierdzenie, że powiedziano jej tak). Faktycznie to usentymentalnienie widać: na przykład w skrócie z jednego rozdziału, gdzie bohaterowie podziwiają gwiazdy, a już wypadła informacja, że robią to z ogródka przekopanego, by w nim sadzić ziemniaki ;-).

      Wąsaczem, prawda. Chociaż w ogóle nie mam pomysłu, jak dobrze oddać to Whiskers-on-the-moon.

      Usuń
    4. Cofam wąsacza, on miał raczej bokobrody, ale Księżycowy Bokobrodziarz nie brzmi dobrze :D

      Usuń
    5. A ja byłam przekonana, że chodzi o takie rzadkie, sterczące wąsy ;-).

      Usuń
    6. Stare przekłady Ani w ogóle są straszne momentami. Niestety nowe też nie są lepsze, okrutnie się rozczarowałem Beręsewiczem na przykład.
      Ha, poczytałem i już wiem, co mi się nie podobało we Wtorku: "Dog Monday was named by Walter as a result of his reading Robinson Crusoe, because Dog Monday arrived at Ingleside on a Monday". Czyli w sumie powinien być Piątkiem/Piętaszkiem, skoro już dowolnie zmieniamy dni tygodnia :)

      Usuń
    7. Wąsy by pasowały - Kajzer nosił wąsy :D

      Usuń
    8. O, to ciekawe, bo do tej pory słyszałam raczej pozytywne opinie o tym przekładzie. Sama znam tylko te klasyczne tłumaczenia, ale następną powtórkę z całości to już chyba zrobię dla pewności w oryginale. Wcale nie jest prosto oddać styl LMM. Racja, faktycznie zwierzaki dostawały wtedy imiona z powodu fascynacji Waltera Stevensonem (bo jeszcze był kot Hyde/Jekyll ;-)).

      I to dokładnie takie wąsy, które (przynajmniej w moim odczuciu) spełniają doskonale kategorię "whiskers" ;-).

      Usuń
    9. Bo zasadniczo jest do przekład wierny, natomiast tłumacz, nie wiem czemu, nie podjął jakichś radykalnych decyzji np. w kwestii imion, o ile pamiętam, i jest jakaś mieszanina. Poza tym zmienił nazwy farm i miejsc na dużo bardziej przyziemne i pozbawione wdzięku.
      LMM nie jest prosta do tłumaczenia, umęczyłem się kiedyś treningowo nad bardzo prostym opowiadankiem. Mam wrażenie, że ten zły odbiór nowych tłumaczeń bierze się z tego, że stare znam partiami niemal na pamięć, więc co zmiana nazwy/imienia, to zgrzyt. Lepiej je czytać, nie będąc obciążonym klasycznymi tłumaczeniami :D

      Usuń
    10. To ciekawe, że klasyczne przekłady tak bardzo się "wżerają" w pamięć, nawet jeśli mają jakieś niedoskonałości ;-). Przy czym z tłumaczeniem imion w ogóle jest ambaras u LMM, ja się bez bicia przyznaję, że to spolszczanie imion dających się spolszczyć wymieszane z zachowaniem oryginalnych i zmianami-w-nie-do-końca-wiadomo-jakim kierunku w klasycznych tłumaczeniach "Ań" tak przy mnie zostało, że za każdy razem się dziwię, kiedy odkrywam, jak się kto w oryginale nazywał ;-) (już do pani Linde jako Rachel przywykłam, ale taka Ewa Moore na przykład, że o wszystkich Jamesach wspominała nie będę ;-)).

      Usuń
    11. Ja się niestety nie mogę opędzić od wrażenia, że te zmiany imion były zbyt dowolne i dokonywane bez jakiegokolwiek systemu (a Rachela Linde w ogóle poległa z powodów antysemickich). Anne jako Ania, Josiah jako Józia ok, ale imiona bliźniąt? Ewa Moore? Iza/Philippa? Zgroza i bałagan oraz dużo zaskoczeń przy sięgnięciu po oryginał.
      Wpadła mi w oko w którymś z komentarzy wzmianka o kotach: dwóch rzeczy nie mogę LMM wybaczyć - trucia kota w Ani na uniwersytecie (to jest tak absurdalne i niepotrzebne, że aż żal) i utopienia kociątka w Rilli w ramach ofiary - to z kolei przejmujące, ale też pokazujące stosunek aktualny do zwierząt jeszcze nie tak dawno (a w krajach barbarzyńskich aktualny do dziś, niestety).

      Usuń
    12. Zapewne bez systemu, to by tłumaczyło, czemu w "Wymarzonym domu" najstarszy syn Ani i Gilberta jest Jakubem, później staje się Jimem (choć w oryginale jest Jemem), a "wojenne dziecko" Rilli to z kolei Jims tłumaczony jako Jaś. Właśnie, a propos Rilli, z nią jest podobnie: umyka, że ma imię po Maryli, która jest Marylą, a nie Marillą. Zresztą w tłumaczeniu jest passus o tym, czemu Rilla nie ma na imię Berta (w oryginale: czemu nie mówią do niej per Berta, choć dostała takie imię również).

      Wątki kocie w "Ani na uniwersytecie" są w ogóle problematyczne (w świetle stosunku Ani do zwierząt w ogóle), natomiast scena z "Rilli..." była dla mnie problematyczna z nieco innych powodów. Ona dobrze oddaje tę specyficzną, neurotyczną religijność, która cechuje Bertiego Mereditha, natomiast zostaje skomentowana w dość dziwny sposób, wszyscy podziwiają czyn chłopca, nie martwiąc się tym, co zrobił i nie usiłując mu wytłumaczyć, co w tym było nie tak. Tylko ronią łzy wzruszenia nad jego wrażliwością.

      Usuń
    13. O tych imionach spokojnie można napisać magisterkę (jeśli ktoś potrzebuje tematu, niech korzysta na zdrowie :D)
      To trucie kota absolutnie mi nie pasuje do tego, co wiem o Ani, jej wrażliwości etc. Zgrzyt przy pierwszym czytaniu był ogłuszający. Natomiast w drugiej scenie bardziej jest właśnie szokująca reakcja otoczenia, przecież nie winię chłopca, i o tej reakcji pisałem, mówiąc o stosunku do zwierząt.

      Usuń
  7. "Anię z Wyspy Księcia Edwarda" sobie koniecznie daruj, chyba że chcesz cierpieć. Grube tomiszcze, które jest absolutnie mdłe i nigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego. A na dodatek poprzetykane jest jakimiś głupawymi rozmówkami rodzinnymi, które nie są wcale urocze, a raczej drętwe, nawet można poczytać wiersze Ani... i... nie.

    Klimat całości oddają "Opowieści..." i "Pożegnanie z Avonlea", ale pamiętam, że jako dziewczynka mocno się nudziłam momentami. Na pewno jednak też zdarzało mi się wzruszyć.

    Co do mojej listy - razem z mamą uwielbiałyśmy "Rillę...”, a wątek Waltera absolutnie złamał mi serce. Do tego Rilla chyba jak żadna inna postać przechodzi silną przemianę z rozpuszczonej dziewuchy wyglądającej adoratorów w odpowiedzialną, doświadczoną, konkretną babkę. Zdecydowanie miejsce w pierwszej trójce, razem z pierwszymi dwoma tomami. Tu będę zgodna.

    "Anię z Szumiących Topoli" z kolei razem z mamą zgodnie omijałyśmy przy powtórkach serii. Pamiętam, że wiała nudą i że były listy. I tych listów do Gilberta nie chciało mi się czytać drugi raz.

    Tomy o dzieciach Ani nieźle się czytało, ale zdecydowanie kochało się je dla Meredithów. Sama Ania bardzo rozczarowywała wycofaniem i porzuceniem pisarstwa. Dla mnie to było niezrozumiałe.

    Z tych bardziej lubianych tomów - z nostalgią wspominam "Wymarzony domek..." i "Anię na uniwersytecie". Bardzo podobało mi się mieszkanie w tym domku, dziewczęce pogaduszki i wątki miłosne, chociaż przypominam, to są odczucia z wczesnego nastolęctwa. "Wymarzony domek..." był mroczny i magiczny jednocześnie. Otwierał oczy na to, co dzieje się po zdobyciu swojego wyśnionego rycerza z bajki...

    Poprzestawiałabym Twoją listę, ale gdybym czytała jeszcze raz, pewnie jeszcze bardziej bym poprzestawiała. I dopisała jeszcze dwie powieści Montgomery, które uwielbiałam: "Błękitny zamek" i "Janę ze Wzgórza latarni". Tę ostatnią wspominam z ogromnym rozrzewnieniem. To dlatego, że jak dostałam ją na urodziny, tak bardzo nie mogłam się powstrzymać od czytania, że czytałam ją po nocy w łazience grubo po godzinie obowiązkowego pójścia spać. I mama mnie zdybała. Kara była straszna: zabrała mi książkę na trzy dni! Do tej pory pamiętam ten ból.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wiem, spodziewam się tego, więc jakoś nie palę się do szybkiej lektury, ale chciałabym się jednak przekonać na własnej skórze. Dokupiłam sobie do kolekcji te dwa ostatnie tomy opowiadań i też zamierzam się za nie zabrać, więc może pójdę za ciosem :-).

      Tak, postać Rilli faktycznie najbardziej ewoluuje (ale też okoliczności zewnętrzne temu towarzyszące są najbardziej drastyczne), ale też zwyczajnie ma z czego. W przypadku pozostałych dzieci Blythe'ów trochę o to trudniej, bo one właściwie nie mają wad, są mądre, grzeczne, dobrze wychowane i nie popełniają gaf. Owszem, zdarza się im czasem zostać "wkręconymi" przez otoczenie, ale to jednak nie to samo.

      Przyznaję, lubię w "Szumiących Topolach" te listy, w których Ania cytuje babkę cioci Misi ;-). To dowcipne i ociepla związek Ani i Gilberta. No właśnie, bo ten Gilbert nadal nie ma dla mnie zbyt wiele charakteru w dalszych tomach: w "Szumiących..." nie widzimy, co on z kolei pisze do Ani, a potem zaczyna coraz bardziej cierpieć na zanik charakteru. Rilla nawet powie coś takiego, że "ojca nigdy właściwie nie ma w domu, jak coś się dzieje" i to dobrze podsumowuje losy tego bohatera.

      Tylko czy porzuciła to pisanie? Bo przecież Walter w "Dolnie Tęczy" pojedynkuje się, bo kolega obraził Anię, mówiąc do chłopca, że jego matka "pisze bzdury". To dopiero ta deklaracja z -- później napisanego! -- "Złotego Brzegu" wskazywałaby, że Ania już nie pisze. Będę się więc trzymać tego, że jednak pisywała od czasu do czasu chociaż :-).

      No właśnie "Wymarzony..." chyba przypadkiem pokazuje, że małżeństwo Blythe'ów nie było takie wspaniałe, bo na poziomie opisu nadal jest tak, że powinniśmy się zachwycać.

      No to faktycznie jest historia! :-D Współczuję, bo wyobrażam sobie, że to musiało być przejmujące: i nadrobię obie powieści, żeby móc się odnieść bardziej merytorycznie :-).

      Usuń
    2. Będę się bardzo cieszyła, jeśli mi przypomnisz te opowiadania w jakimś wpisie jak już przeczytasz, naprawdę pamiętam tylko atmosferę jak przez mgłę:)

      To prawda, dzieci Blythe'ów po wszystkich tych szalonych historiach samej Ani, Tadzia i reszty były aż zbyt idealne. Dopiero biedna Rilla dostaje szkołę życia...

      Musiałabym sobie przypomnieć te "Szumiące Topole". I ciekawe, jak wiele z życia samej Montgomery odzwierciedla się w doskonałym Gilbercie, który zanika do tego stopnia, że traci głos i nigdy go nie ma.

      Też cicho liczę na to, że Ania zawsze coś pisała do szuflady, ale czemu nie próbowała czegoś jeszcze zrobić z tym pisaniem? Czy coś w ogóle było po "Pokucie Averyli" i krótkich wzmianek na temat pisania?

      Obydwie te powieści są strasznie sentymentalne, "Błękitny zamek" wręcz do bólu, a "Jana..." o tyle lepsza, że to oczami dziecka, które zachwyca się tym tytułowym Wzgórzem Latarni. Jeśli faktycznie przeczytasz, bardzo chcę usłyszeć, co o nich sądzisz:)

      Usuń
    3. Przepraszam, że się wetnę, ale Błękitny zamek sentymentalny? Przecież to, tak do trzech czwartych, jest najbardziej życiowa z książek LMM, a Valancy to w ogóle jest świetna dziewczyna :D

      Usuń
    4. Toś mnie zaskoczył. Valancy! Aż musiałam zgooglować. Moje tłumaczenie miało Joannę!

      Co do sentymentalności: ależ te nieprawdopodobne zbiegi przypadków, jeden za drugim, to czysty sentymentalizm jak dla mnie. Ale tak, dziewczyna świetna, rzuciła wszystko i stwierdziła, że nie będzie się dalej tak dawać. I dlatego tak dobrze wspominam!:)

      Usuń
    5. Zbiegi okoliczności, no wiadomo, happy end musi być, inaczej rodzina by nie dostała nauczki :) Ale to jest powieść emancypacyjna dużej klasy, na dodatek odważna społecznie (Cesia! niechciana ciąża!)

      Usuń
    6. Coś czuję, że muszę sobie powtórzyć koniecznie! :)

      Usuń
    7. Ale koniecznie w pełnej wersji, nie w tej najstarszej z Naszej Księgarni.

      Usuń
    8. W oryginale najlepiej, żeby nie mieć takich niespodzianek jak z imieniem :)
      Właśnie takie staruteńskie z Naszej Księgarni mam w domu:
      http://faniani.blog.onet.pl/wp-content/blogs.dir/815831/files/blog_hs_5031216_7802046_tr_blekitny-zamek_2318.jpg

      Usuń
    9. @Rozkminy Hadyny, skoro już do mnie dotarły, żeby uzupełnić kolekcję, to się za nie zabiorę, zapewne niedługo (chociaż w moim słowniku to może też oznaczać "w tym roku" po prostu ;-)).

      Ciekawe, nawet bardzo (a propos LMM samej a postaci Gilberta), ale zastanawiam się, czy po prostu Gilbert nie zmienia się po prostu w postać "dobrego męża", bo wtedy znika z horyzontu. Trochę wraca w "Rilli", gdzie od czasu do czasu choć widzimy, jak rozmawia z Anią, ale generalnie z tej postaci, jaką znamy z trzech pierwszych tomów później mało zostaje.

      Wspomina się, że Ania publikuje drobne utwory w pismach, ale nie ma żadnej konkretnej informacji. W "Złotym Brzegu" mówi, że przestała pisać, bo teraz "tworzy w innym materiale" (chodzi o wychowywanie dzieci), ale nie ma poza tym nic więcej, więc trudno powiedzieć.

      @Zacofany.w.lekturze, wątek niechcianej ciąży? Szalenie jestem ciekawa, bo w "Rilli" jest trochę grania z tym wątkiem (ale niedosłownego, tylko za pośrednictwem "wojennego dziecka"), więc tym bardziej muszę sprawdzić, jak LMM pisała o tym wprost!

      Usuń
    10. @Rozkminy Hadyny: pełny tekst na pewno ma wydanie Novus Orbis, nie wiem, jaką wersję wydał niedawno Egmont. Tekst angielski jest dostępny na australijskim Gutenbergu, bo w innych krajach chyba wciąż chronią to prawa autorskie.
      @Pyza Wędrowniczka: LMM trochę się zatrzymała w pół drogi, bo niestety na biedną grzesznicę spadły liczne plagi :( Ale wątek podjęła, potępiła lekkomyślnego faceta również. Na dodatek dziewczyny nie wyrzekł się ojciec (duży postęp), chociaż całe miasteczko już tak.

      Usuń
  8. O, byłam ciekawa Twojego rankingu i mój zaczęłabym od... końca Twojego :D Moim ulubionym jest "Wymarzony dom Ani", drugi byłby tom "Ania na uniwersytecie", a trzeci - "Rilla ze Złotego Brzegu". Hmmm, może to dziwne, że aż w dwóch z nich umierają dzieci Ani, ale cóż... Nie mam morderczych instynktów wobec dzieciaków, absolutnie! Po prostu lubię czytać książki, w których życie bohaterów nie jest jednym pasmem szczęścia, bo uważam, że są trudniejsze do napisania i wówczas można przyjrzeć się warsztatowi pisarza i jakości jego dzieł. Książkę o szczęśliwym romansie to wg mnie każdy potrafiłby napisać i byłaby w miarę strawna. Cierpienie łatwo można spłycić albo sprawić, że stanie się komiczne wręcz.
    Ale się rozpisałam :D
    Marta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moim zdaniem wątek Joyce należy do jednego z najbardziej przejmujących w całym cyklu -- i jest przerażająco smutny w "Wymarzonym domku". Tom przez to bardzo dużo zyskuje, chociaż nie tak, bym nie widziała jego wad ;-). Zwłaszcza tego gotyckiego romansu -- nie mogę też cały czas wybaczyć LMM sceny Wigilii, na którą przyjeżdżają z Zielonego Wzgórza Maryla, pani Linde i bliźnięta, a nam się przez cały ten rozdział każe słuchać panny Kornelii, podczas gdy ci starzy bohaterowie nic nie mówią, no, jeden Tadzio dostaje linijkę (!) dialogu :-P.

      Usuń
  9. Szczerze mowiac rzadko zastanawiam sie, który tom lubię bardziej a który mniej. To się zmienia w czasie. Dużo tu zmieniło też przeczytanie książek w oryginale, bo w przekładzie tracą pewną potoczystość gawędy szczerze mówiąc. Tracą zresztą o wiele więcej. Uderza człowieka na przykład, że wszystkie starotestamentowe imiona zmieniono. Niby człowiek wiedział, ale nie zdawał sobie sprawy ze skali zjawiska i to naprawdę uderza boleśnie. Ale straciły też postacie. Dlatego zamierzam się wdać w obronę Izabeli znaczy tfu, Philippy Gordon (zdrobniale Phil). Szczerze mówiąc nie rozumiem dlaczego to imię zmieniono. Phil pasuje znacznie lepiej niż Iza Nie mówiąc już o fakcie, że uwaga "nazywajcie mnie Izą proszę" nie ma żadnego sensu. Dziewczyna natomiast która prosi aby zdrabniać ją jako Phil po angielsku brzmi znacznie ciekawiej, bo to nie jest typowe zdrobnienie. Prośba o używanie "chłopięcego" zdrobnienia może już być różnie interpretowana. I tu dochodzimy do znacznie ciekawszych wniosków. Ja zawsze myślałam, że Phil jest trochę jak młodziutka pani Allan. To jest częsty los naprawdę ślicznych dziewczynek w dzieciństwie, prawdziwy zły czar często - wszyscy się zachwycają ich wyglądem tak bardzo, że rzadko kto chwali je za intelekt czy inne atuty. Panuje powszechne, niepisane przekonanie, że taka jest śliczna, i to wystarczy w sumie żeby sobie poradzić. I taka śliczna, w sumie może być trochę głupiutka i powierzchowna. Wiele jej ujdzie na sucho za uśmiech. A z drugiej strony jest ten przeciwny przekaz, że jak śliczna to po prostu musi być powierzchowną, głupią lalą, czegóż się spodziewać. Możliwe, że Phil była pięknością osady, co jeszcze mogło umacniać ten mechanizm. Jej tęsknota za "męskim" zdrobnieniem w tym kontekście może nabierać dużo głębszego znaczenia. Phil wyczuwa że w życiu chodzi o więcej, chciałaby być traktowana inaczej, chciałaby się wyrwać z tej złotej klatki. W pewnym sensie sam fakt że postawiła na swoim i wyjechała na uniwersytet - że wytrwała w tym swoim zamiarze - świadczy o niej bardzo dobrze. Aż nazbyt łatwo byłoby jej po prostu wyjść za mąż, uznając te swoje tęsknoty za fanaberie (Alek czy Alonso, jakaż to różnica) ale na to ma zbyt wiele rozsądku. Phil jest świadoma, jak wielu ją postrzega, do pewnego stopnia ulega propagandzie i zachowuje się jak postrzelona, roztrzepana ślicznotka, ale z drugiej strony bardzo mnie uderzyło co pisała w liście do Ani tuż po poznaniu Jonah. "Zastanawiam się, czy on mógłby poznać prawdziwą Phil, tę, której nawet ty nigdy nie poznałaś". Mam wrażenie że Jonah jest pierwszym, który umiał nie poprzestać na zachwycie nad jej urodą i pobłażliwości. Że był pierwszym, który naprawdę docenił jej inteligencję, znajomość natury ludzkiej, (przecież to Phil pierwsza mówi Ani prosto w oczy, że popełnia straszliwy błąd odrzucając Gilberta i nawet potrafi jej - bardzo słusznie - wytłumaczyć dlaczego) docenił to, że jej pogoda ducha, radość i energia to nie jest coś oczywistego i powierzchownego tylko dar dla innych. Wszyscy przecież z tego czerpią, choć nikt się do tego nie przyznaje. Właśnie ze względu na Phil bardzo lubię Anię z Wyspy (bo tytuł Ania na uniwersytecie stwarza fałszywe oczekiwania. Kolejny błąd przekładu. Tematem tu nie są Ani studia, a w każdym razie one nie są na pierwszym planie). I jeszcze za wyprawę Ani do Bolingbroke i odnalezienie listów matki. Sieroctwo Ani jest czymś tak oczywistym od samego początku, że dopiero listy Berty uświadamiają, ile Ania straciła i ta strata zaczyna czytelnika boleć znacznie bardziej.

    OdpowiedzUsuń
  10. I przyznam szczerze, że epizod z kotem biorąc pod uwagę ówczesną mentalność zwłaszcza ludzi wychowanych na wsi oburza mnie znacznie mniej (w końcu kot nie ucierpiał, a jeszcze w dwudziestym wieku James Herriot pisał o zdumieniu farmerów, kiedy leczył kocięta. Po co? Tak szybko się mnożą...) no więc to oburza mnie znacznie mniej niż Ania stosująca wobec ucznia bicie i przyznająca pokornie że to zadziałało. Nawet wśród ówczesnej mentalności Ania ze swoją wrażliwością powinna reagować trochę inaczej na zadawanie dziecku bólu. Naprawdę prawie jak ta eugenika w "Ukochanym wrogu". Nie jestem w stanie przez to przeskoczyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, to jest bardzo piękna interpretacja postaci Izy/Phil (następny razem stanowczo czytam w oryginale, bo to jest coś, co trudno w ogóle wychwycić w przekładzie!). Też zresztą przyznałam we wpisie, że ta bohaterka irytowała mnie do czasu -- później stanowi ciekawą wariację na temat motywu żony pastora, zresztą tak sobie teraz jeszcze myślę, że spośród współlokatorek Ani LMM obeszła się z nią najlepiej, w tym sensie, że to faktycznie postać obdarzona charakterem, a nie jakąś jedną cechą, po której mamy ją ewentualnie odróżniać od innych (przyznaję, odróżnianie Stelli i Priscilli przychodzi mi z trudem, zwłaszcza że w późniejszych losach Ani są ledwo wzmiankowane). Wątek z podróżą do Bolingbroke i przydaniem rodzicom Ani własnej historii faktycznie jest wzruszający, i poszerza świat przedstawiony. Żal, że nie wraca później właściwie w żaden sposób (nawet w późnych "Szumiących Topolach").

      Wiesz, epizod z kotem mnie zdumiał nie tyle nawet ze względu na próbę uśpienia zwierzaka, co na fakt, że Ania instrumentalnie do pupila podchodziła przez całą powieść, na końcu uznając, że ach, co prawda kot szalenie był do niej przywiązany, ale lepiej mu będzie z innymi -- i tyle o nim słyszymy. Natomiast wątek bicia uczniów: ale Ania czuje się jednak pokonana przez tę sytuację, nie wiem, czy to jest pokorne przyznanie, zwłaszcza że nie stosuje już tej metody nigdy później?

      Usuń
  11. Poprzeglądałam dyskusje i wychodzi na to, że powinnam czytać w oryginale. Pierwsze trzy tomy nawet mam, zakupione dla córki, która odrzuciła Anię jako nudę przebrzydłą. TYlko czy dam radę? "ANię z Wyspy Księcia Edwarda" też kiedyś kupiłam ale jeszcze nie przeczytałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam zamiar za jakiś czas, jak przybledną wspomnienia z tej lektury, złapać za oryginał (na czytnik można je znaleźć w zbiorach Gutenberga). Kiedyś czytałam już pierwszy tom i czyta się dobrze (inna sprawa to właśnie próbowanie przełożenia tego, ale to odrębna kwestia, na szczęście ;-)).

      Usuń
  12. Zaczęłam powtórkę jakiś czas temu, ale ją porzuciłam i teraz wychodzi na to, że będę musiała rozpocząć ją od nowa :) (Niestety nie robiłam notatek, a to co mnie zaskoczyło i ujęło już pozapominałam).
    Doszłam w każdym razie do "Ani z Szumiących Topoli". I faktycznie u mnie również doszło do zawirowań jeżeli chodzi o ulubione części. "Anię z Szumiących Topoli" kiedyś uwielbiałam, postrzegając ją jako wspaniałe studium zakochanej dziewczyny czekającej na ukochanego, natomiast teraz piekielnie mnie ta książka nudziła. Z drugiej strony "Ania z Avonlea", który wydawała mi się nudnym i jednostajnym obrazem codzienności (i w dodatku bez Mateusza, za to z irytującymi bliźniętami) teraz mnie niezwykle bawiła. Co ciekawe, mój stosunek do "Ani z Zielonego Wzgórza" oraz "Ani na uniwersytecie" nie uległ zmianie, ale zupełnie inaczej zapamiętałam obie te książki.

    Jestem niezwykle ciekawa mego odbioru kolejnych tomów - "Wymarzony dom Ani" uznałam niegdyś za najsłabszy, ale też pamiętam go najmniej, więc powtórne czytanie będzie fascynujące. Zaś "Anię ze Złotego Brzegu" oraz "Dolinę Tęczy" uwielbiałam i czytałam po kilka, jak nie kilkanaście razy. Ciekawa jestem też "Rilli", która mnie intrygowała (niestety nie do końca rozumiałam powagę tej książki, ale już wtedy wydawała mi się mocno trzymającą w napięciu). Mam też dwa tomy opowiadań, które chyba nie do końca doceniłam (byłam przygnębiona tym, że skończyła się moja przygoda z Anią i denerwowało mnie, że w opowiadaniach praktycznie nie ma nic więcej o głównej bohaterce).

    Na powtórkę czekają również inne książki Lucy Maud Montgomery, bo jako dziecko czytałam je wszystkie. Już nie wspomnę o Jeżycjadzie, która też czeka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za podzielenie się spostrzeżeniami! :-) Muszę przyznać, że w "Ani z Szumiących Topoli" jest jeden fragment, który mnie teraz rozbawił do łez i nic na to nie poradzę: opis rodzinnej kolacji z łatwo obrażającym się ojcem, podczas której do głosu dochodzą długo tłumione emocje. Nadal więc, mimo tej "opowiadaniowej" struktury, będę ten tom dobrze wspominać ;-).

      Bardzo jestem ciekawa Twojego odbioru kolejnych tomów!

      Usuń
    2. Już zaczęłam na nowo :) "Ania z Zielonego Wzgórza" mnie rozkłada na łopatki! Jak to możliwe, że nic z niej prawie nie pamiętam? Czytałam ją chyba z milion razy!

      Sama jestem ciekawa co będzie dalej..

      Usuń
    3. A jak Ci się widzi to, że większość historii przedstawionych w "Ani z Zielonego Wzgórza" się nie tyle dzieje przed naszymi oczami, co jest opowiadana post factum przez Anię? Mnie bardzo zaskoczyło, że tak jest, zupełnie tego nie pamiętałam!

      Usuń
  13. allegra walker14 czerwca 2017 09:22

    Sporo tu się mówi o porzuceniu przez Anię myśli o karierze pisarskiej, ale wydaje mi się, że Ania nigdy nie myślała na serio o takiej karierze, dla niej po prostu pisanie było tylko sposobem miłego spędzania czasu - jednym z wielu, takim, który bez żalu można porzucić. To może i rozczarowujące, ale realistyczne, bo LMM wie, że pisarzem nie da się być ot tak, od niechcenia. Wie o tym również inna jej bohaterka, Emilka ze Srebrnego Nowiu, dla której pisanie jest najważniejszą sprawą w życiu, rzemiosłem, w którym należy nieustannie się doskonalić, największą udręką i największą radością. Pyzo, jeśli nie czytałaś Emilki, to polecam OGROMNIE - i już z góry się cieszę na Twoje analityczne notki :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że w pewnym momencie myślała bardzo serio -- tak do porażki z "Pokutą Aweryli". Później raczej uznawała siebie za zręczną pisarkę o małych form (wspomina o tym w "Wymarzonym domu...", kiedy odmawia zajęcia się powieścią związaną z życiem kapitana Jima) i to jest bliskie temu, o czym piszesz: miłemu spędzaniu czasu, dostarczaniu innym radości swoją twórczością. Stąd późniejsze deklaracje o wycofaniu się z pisania są jednak trochę smutne, bo to trochę takie pogrzebanie marzeń jednak.

      Zasiądę do Emilki koniecznie, koniecznie, bo to jakieś moje niedopatrzenie (cały czas usiłuję dojść do tego, czy czytałam kiedyś dawno i jakoś nic nie pamiętam, czy nie czytałam -- no, ale na jedno właściwie wychodzi). I wtedy notki, oczywiście, będą! Może jesienią się uda :-).

      Usuń