Na kłopoty – Judyta albo w trójpaku o przygodach Judyty N. Rolleczek



Poznajcie Judytę Jelonek. Jak sama o sobie mówi: wścibska, kłótliwa, łakoma. Często ma więcej szczęścia niż rozumu. Na pewno zaś ma babkę, włodarczynię rodzinnej pamięci (nieco podkoloryzowanej), matkę, roztargnioną nauczycielkę historii, siostrę Paulę, ironiczną dwudziestolatkę lubiącą wiedzieć więcej niż inni, no i przyszywanego wuja Juliana, człowieka zawsze na właściwym miejscu. W dwóch słowach: rodzinne kłopoty.

Szantaż to niezawodna droga dla osiągnięcia szlachetnych celów.

Powiem Wam, że mam sama pewien (nie rodzinny) kłopot z pisaniem o tej serii. Czemu? Teoretycznie bowiem jest w niej wszystko, co powinno mi się podobać, a jednak wyczuwałam w trakcie lektury pewne – jak by je też nazwać? – tąpnięcia. Wiecie, coś w rodzaju tego przeżycia, które ma się, spacerując po teoretycznie równej nawierzchni, która okazuje się być przy bliższym poznaniu żwirem. A o czym to jest, zapytacie? Na trylogię składają się „Kochana rodzinka i ja”, „Rodzinka Szkaradków i ja” oraz „Rodzinne kłopoty i ja”. W części pierwszej Judyta usiłuje rozwiązać rodzinną zagadkę pod tytułem „czy tatuś naprawdę poległ pod Monte Cassino?”. W części drugiej dość przypadkowo przyjmuje pod swój dach – pod nieobecność innych domowników – dawną uczennicę swojej matki, obecnie studentkę pielęgniarstwa z dwójką dzieci i mężem marnotrawnym (otóż i Szkaradkowie z tytułu), w trzeciej części zaś powtarza klasę maturalną i usiłuje radzić sobie z życiem w Krakowie.

Judyta to właściwie bardziej antybohaterka niż bohaterka, a sprawy nie ułatwia fakt, że jest też narratorką. Bardzo mało wiarygodną. Rolleczek zresztą średnio dba o detale – chronologia serii jest dość umowna, a szczegóły w rodzaju „gołąbków w sosie grzybowym” w tomie jednym, zmieniają się w „gołąbki w sosie pomidorowym” w tomie drugim. Można zrzucić to na karb specyficznej narracji, jaką uprawia Judyta, choć wydaje mi się, że to może być kwestia rozrastania się serii w czasie. W związku z tym bez szkody dla siebie można czytać wszystkie części osobno. Pomysł autorki zasadniczo jest bardzo podobny we wszystkich awanturach, w jakie wplątuje się Judyta: bohaterka usłyszy coś, zinterpretuje po swojemu, dając się ponieść emocjom, zaczyna działać – i okazuje się, że chodziło o coś zupełnie innego. Czasami ten pomysł jest ciekawy (wątek zagubionego wózka złomiarskiego), czasami zaś – średni, zwłaszcza kiedy czytelnik może szybciej domyślić się, że chodziło o coś innego. Najgorzej, jeśli akurat to miało być kołem zamachowym fabuły (jak w tomie pierwszym i wątku ojca Judyty i Pauli). 
 
 
Ilustracja Barbary Dutkowskiej. Obcość i polskość w jednym ujęciu.
Myślicie, że to Mimbla, a to Judyta w pełnej krasie. Il. Barbara Dutkowska.


Niepokojąco wypadają również wątki damsko-męskie. Wychodzi bowiem na to, że wszyscy panowie, których, choćby przelotnie, spotyka Judyta, zaczynają pałać do niej ogromnym uczuciem. Ale pal licho, gdyby nie to, że każdy chce się z nią żenić – wyczekując, kiedy wreszcie zda maturę. Sama Judyta zaś w poczet swych wielbicieli zalicza także swego przyszywanego wuja (ich relacja jest zresztą dość niejasna), co miejscami sprawia dość osobliwe wrażenie. Jest trochę tak, jakby autorka co jakiś czas zapominała, że pisze bohaterkę w wieku lat szesnastu-siedemnastu, i przydawała jej cech (i skazywała na przygody) osoby nieco starszej, ot, choćby siostry Pauli. Być może realia życia w latach pięćdziesiątych są mi z autopsji nieznane, więc nie rozumiem jakiegoś kontekstu – z chęcią o tym porozmawiam – i nikogo wówczas nie dziwiły te zastępy adoratorów nastoletniej Judyty pod trzydziestkę, nie wiem.

Widać, że seria z czasem się polepsza, a pióro autorki zaczyna poczynać sobie śmielej. Obrazki Krakowa zaczynają być cudnie ironiczne – choć już na początku dostajemy świetny obrazek, kiedy to Judyta idzie do fotografa kupić ramkę do zdjęć i obserwuje, że w zakładzie najwięcej wywołuje się zdjęć Lenina i fotografii pierwszokomunijnych – a nastawienie Judyty zarówno do buntowniczych artystów, jak i do drobnomieszczańskich sfer otaczających ją właściwie zewsząd, zaczyna być podszyte coraz mocniejszą satyrą. Oczywiście, cała seria jest dość mocno groteskowa, a postaci sprawiają wrażenie oderwanych od rzeczywistości. Podejrzewam, że taki zabieg pozwolił autorce na obejście tych sfer życia, o których niekoniecznie chciała pisać. W pierwszym tomie kilka razy pada, że autorki są niewierzące, o kilka razy za dużo, żeby nie pomyśleć, czy przypadkiem nie jest to konieczny hołd złożony epoce – później to wrażenie znika, bo też i przygody Judyty przestają mieć podobne ograniczenia. Nie wiem, czy wiecie, o co mi chodzi: ta groteska i satyra sprawiają, że bohaterowie Rolleczek w siermiężnym PRL-u zamiast stać w kolejkach po mięso, siadują sobie w lodziarniach na Plantach, roztrząsając problemy mało przyziemne.

Ano właśnie, tu dochodzimy do jeszcze jednej kwestii, która mnie w tej serii zdumiała. A mianowicie: za bohaterami ciągnie się jakieś echo ich życia w trakcie wojny, ale zostaje ono potraktowane dość pretekstowo. Julian okazuje się być wdowcem – jego żona była Żydówką i zginęła w trakcie wojny – wątek ten jednak zostaje wprowadzony w taki sposób, że zamiast się tym przejąć i spojrzeć na bohatera z nowej perspektywy, czytelnik widzi raczej, że w ten sposób łatany jest jakiś fabularny szew. No, ale ja tak narzekam, narzekam, a czy warto się za tę trylogię zabierać? Moim zdaniem – warto, chociaż przyznam: część pomysłów szybko się wyczerpuje, nie wszystkie są równie zabawne bądź interesujące, inne mogą budzić mieszane uczucia. Nie będę wierną fanką Judyty, choć jej co poniektóre pomysły (jestem fanką śledzia jako dania wysokozwitaminizowanego oraz sposobu na ograniczenie konsumpcji w barze mlecznym w Nowej Hucie – zgadzam się z Zacofanym w Lekturze, że to doskonała scena) dostarczyły mi sporo rozrywki. No i język, jakim napisana jest seria, też ma swoje plusy (z ulubionych sformułowań wymienię choćby małe, kochane, niewinne FBI domowego chowu). Wspaniałe są, też rozkręcające się z tomu na tom, ilustracje Barbary Dutkowskiej. Ale gdyby miała to być Wasza jedyna książka Rolleczek – poleciłabym jednak inne.

Weź dokładkę!

32 komentarze

  1. No właśnie. Judyta raz zachowuje się jak dziecko (to dośpiewywanie sobie własnych wersji do rzeczy, których się nie rozumie), raz jak dwudziestka. Można to zrzucić na karb huśtawki hormonalnej i okresu dojrzewania, ale chyba mimo wszystko przydałoby się więcej konsekwencji. Natomiast rozmaite obrazki krakowskie (matrony kulturalne obsadzające komitety i robiące frekwencję na koncertach! Krypta św. Leonarda!) są rozkoszne.
    Co do wielbicieli, to Judyta najwyraźniej ma syndrom Nałkowskiej :D Być może to pozostałość tego starego zwyczaju, że szesnastki wydawano jak najprędzej za pięćdziesięciolatków, żeby pozbyć się ich z domu i nikogo to nie dziwiło i nie oburzało. Plus należało aktywnie łapać się każdego faceta, żeby nie osiąść pod ścianą w charakterze starej panny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie sie wydaje ze wtedy generalnie duzo dziewczat wychodzilo za maz zaraz po maturze. I to jest ten dziwny wiek, jak to ktos ujal szesnastolatka nie jest jeszcze kobieta, ale czasami nia bywa. To strasznie konfundujace ze tak powiem staroswiecko. Ponoc Wajda przykazal, ze Zosia w Panu Tadeuszu to ma byc i to i to. Naiwnosc i zaskakujaca czasami dojrzalosc. Bo juz sie zdarzaja jej przeblyski.

      Inna rzecz ze czytalam Judyte (te srodkowa) kiedy bylam mlodsza od bohaterki a i tak wydawala mi sie beznadziejnie glupia i irytujaca. I za bardzo kreowano Daniele na te nudna, poukladana, porzadna. Oczywiscie to narracja Judyty, ale mimo wszystko. No i to cudowne nawrocenie, pozwalamy mezowi dymic w twarz niemowletom i malzenstwo uratowane.

      Usuń
    2. PS Syndrom Nalkowskiej :D

      Usuń
    3. No właśnie pamiętając Twoje uwagi o tej środkowej części nastawiałam się dość ostrożnie, ale moim zdaniem to jest jednak część dość udana (owszem, Judyta na koniec wykrzykuje, żeby mężowi zamiast warzyw dawać kotlet, ale generalnie Judyty narracja narracją, a to, jak zaczynają się wobec siebie zachowywać Szkaradkowie, to inna kwestia). Przy czym podobała mi się ta konfrontacja Judyty z Danielą, nie miałam wrażenia, że Daniela jest tą nudną -- przeciwnie, nieźle to pokazywało na przykład pewną, hm, niechęć Judyty do ablucji ;-).

      Usuń
    4. Trochę zdrowej dyscypliny i ostrzeżeń przed staniem się "obierkiem ludzkości" dobrze Judycie zrobiły. :)

      Usuń
    5. Też mam takie wrażenie ;-). Przy czym oczywiście, wszelkie akcje podejmowane przez Danielę musiały w pewnym momencie skręcić w stronę przejaskrawienia (ot, taka poetyka tej serii).

      Usuń
  2. Aha, plus warto zwrócić uwagę na zderzanie się starego, tradycyjnego Krakowa z nowościami ustrojowo-obyczajowymi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obrazki krakowskie są przepyszne. Cudownie wypada zwłaszcza ewolucja babci i tego, jak wygląda jej mieszkanie (czy właściwie: jak ona ocenia znajdujące się w nim przedmioty i jaką one pełnią funkcję -- od cennych pamiątek rodzinnych po źródło rozczarowania). Matrony są świetne, cytat ich dotyczący to jedna z lepszych rzeczy w całej trylogii :-).

      Co do samej Judyty: na nią rzucają się nawet ci bohaterowie, którzy wcześniej albo w ogóle nie wyrażali nią zainteresowania (Antoś Omlet), albo których dopiero co zobaczyła (milicjant ze Starego Sącza). Nie wspominając o relacji do Juliana. Myślę, że sam ten pęd do żeniaczki jest jakoś w duchu epoki, ale już zagęszczenie pędzących sprawia, że Judyta właściwie nie ma żadnego znajomego płci męskiej, który by się do niej nie zalecał albo przynajmniej nie wydawało się, że się zaleca(może oprócz doktora Mrowca, bo i malarzowi nie zostało oszczędzone!).

      Usuń
    2. Zrzuć to na karb bujnej wyobraźni panienki oraz jej chęci dowartościowywania się w oczach własnych i ewentualnie wszystkich, którzy ją mogliby w męskim towarzystwie oglądać :)

      Usuń
    3. Zrzucam, ale i tak coś mi co jakiś czas zgrzytało ;-).

      Usuń
  3. Chętnie bym przeczytała, bo Kraków i PRL. To mieszanka wybuchowa bardzo w moim stylu, zresztą mam ambicje przeczytać wszystko, co napisano o Krakowie (i nie jest szmirą). Z drugiej strony - nie, na pewno nie zniosłabym narracji rozchwianej emocjonalnie 16-latki. Jestem za blisko okresu, kiedy sama nią byłam i wspominam to z przerażeniem.
    Z kolei te ilustracje coś mi mówią, na pewno widziałam ten styl w innych książkach. Jakoś podświadomie kojarzy mi się własnie z książkami z PRL-u, których sporo czytałam i widziałam jako dziecko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli chciałabyś czytać dla Krakowa, to bardzo, bardzo warto, bo to są akurat doskonałe obrazki rodzajowe i świetny, a dość -- mam wrażenie -- rzadki portret miasta (tak jak wspomniał Zacofany w Lekturze, to zderzenie Krakowa, ostoi mieszczaństwa, z nowoczesnością w wydaniu często dość specyficznym, jest u Rolleczek świetne).

      Usuń
  4. Przeczytałam ponownie i choć z zastrzeżeniami, była to przyjemna lektura.

    Zgadzam się, że pomysł autorki jest zasadniczo podobny w prawie wszystkich przygodach Judyty, co przy czytaniu trzech tomów ciurkiem może u czytelnika wywoływać poczucie powtarzalności. Podobnie z nadmiarem amantów. W gruncie rzeczy wychodzi jeden na jedną książkę, co pozwala pisarce odhaczyć wątek romansowy. Pęd do żeniaczki wydaję mi się zgodny z realiami lat pięćdziesiątych.

    Moim zdaniem dobrze, że wojna została potraktowana pobieżnie, inaczej być chyba nie mogła w humorystycznej w zamierzeniu książce dla młodzieży. Lepiej tak, niż gdyby autorka miała coś naginać. Już przy czytaniu wątku emigracyjnego, z perspektywy mojej dzisiejszej wiedzy, wyczuwałam fałszywe tony w opisie powodów braku chęci do powrotu z emigracji i wyjazdu z kraju.

    Dla obrazków Krakowa z czasów, gdy "Piwnica pod Baranami" była młodym, awangardowym kabaretem, warto tę powieść przeczytać. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, myślę, że seria czytana z przerwami raczej na tym zyskuje niż traci (nie przeszkadza też pewnie wówczas manewrowanie szczegółami, chociaż może to ja jestem tylko takim czepliwym czytelnikiem ;-)).

      Co do wątków wojennych: moim zdaniem potraktowanie humorystycznie motywu ojca i bitwy pod Monte Cassino gra bardzo dobrze -- to zderzenie takiego wpychanego wnuczkom do gardeł patriotyzmu a la babcia Szerocka daje autorce spore pole do popisu i jest źródłem komicznych nieporozumień (a ta cudowna kolacja ze znajomymi przekonanymi o Monte Cassino jako chlubnej karcie z przeszłości Franciszka? Cudna!). Ale już wątek Juliana jest dość "siłowy", stąd moje zastrzeżenie. Zgadzam się też, że trudno było tak naprawdę opisać Rolleczek niechęć do powrotu ojca z emigracji, nie poruszając pewnych tematów -- ale już jego zderzenie z peerelowską codziennością wyszło pięknie ;-).

      Usuń
    2. A tam zaraz czepliwym. Uważnym :)

      Opis zderzania się z peerelowską rzeczywistością bardzo doceniam teraz. Jako wczesna nastolatka uważałam, ktoś tu kaprysi i szuka tylko pretekstu do wyjazdu.

      Usuń
  5. Na pewno te książki czytałam w okresie młodzieńczym, a jednak kompletnie nic z nich nie pamiętam! Czy to możliwe, żebym była aż taką sklerotyczką?
    Owszem, coś tam kojarzę o Krakowie, który wydawał mi się kompletnie oderwany od tego mnie współczesnego, ale poza tym kompletnie nic.

    Jednocześnie bardzo mnie ciekawi, czy teraz polubiłabym bohaterkę. Nie tak dawno przypominałam sobie książkę "Oto jest Kasia", bo wydawała mi się kultową z mego dzieciństwa. W dodatku na mnie mówiono kiedyś Kasia (tak mam na drugie imię i cała rodzina uważała, że ono lepiej do mnie pasuje) i identyfikowałam się zawsze mocno z tytułową Kasią. A tu okazało się, że ta bohaterka jest potworna :D Złośliwa, głupiutka, naiwna. Masakra. Ciekawe jak to będzie z Judytą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O pardą, Kasia nie jest potworna, złośliwa, głupiutka i naiwna (no to ostatnie być może, ale w końcu ma 8 lat chyba). Jest ofiarą nieodpowiedzialnych rodziców, z której zrobiono kozła ofiarnego.

      Usuń
    2. Nie chce sie powtarzac wiec tylko podlinkuje tutaj:

      http://polaherbaciane.blogspot.co.uk/2017/03/oto-jest-kasia-czyli-pinokio-w.html

      Usuń
    3. Zgadzam się z Wami, Królowa Matka świetnie pokazała ten rozdźwięk między zachowaniem bohaterki a narracją. Sama pamiętam, że przy lekturze "Oto jest Kasia" miałam głębokie poczucie niesprawiedliwości, ale szczerze mówiąc bardzo mało z tej książki pamiętam, a coś chyba nie zanosi się u mnie na jej rychłą powtórkę ;-).

      @Claudette, dodam może, że Judyta daje się lubić, mimo wszystko, przede wszystkim dlatego, że ona zawsze chce dobrze -- to "dobrze" może być przez nią rozmaicie rozumiane, ale można dać się uwieść jej specyficznej narracji ;-).

      Usuń
    4. Pozwolę się z Wami nie do końca zgodzić w kwestii Kasi :)

      Owszem, ogromny wpływ na zachowanie Kasi ma jej wychowanie przez rodziców, którzy popełniają mniejsze lub większe błędy wychowawcze, ale zauważmy, że rzecz dzieje się w takich czasach, gdy wychowanie dziecka w ten sposób nie było niczym nadzwyczajnym, a powiedzieć można nawet, że było to typowe - dziecko miało być posłuszne, grzeczne, ciche, nierzucające się w oczy, przynoszące wspaniałe oceny i nie było jakiś bardziej wymyślnych metod wychowawczych.

      Natomiast moim zdaniem absolutnie nie można sprowadzać ośmioletniego dziecka tylko i wyłącznie do skutków sumy zachowań rodziców wobec niego. Ośmiolatek jest już małym człowiekiem, który posiada pewien własny rozum, jest spostrzegawczy, potrafi wyciągać wnioski z podstawowych sytuacji i co najważniejsze - odróżnia dobro od zła. I taka jest też Kasia.

      A jednak ta Kasia, która zostaje z młodszą siostrą w domu (nie była to "kara", tylko raczej odpowiedzialne zadanie, które mama jej powierzyła, jako jeden z jej obowiązków - obowiązek opieki nad młodszym rodzeństwem zresztą przypadał w udziale większej rzeszy dzieciaków, oczywiście abstrahując od tego jak bardzo to było odpowiedzialne) z jakiegoś powodu postanawia nie reagować na płacz młodszej siostry, czym omal nie doprowadza do tragedii. I co więcej, Kasia doskonale wie, że to było złe i nieodpowiedzialne, a nawet boi się, że siostra przez nią umrze. Ma wyrzuty sumienia i nawet nie dlatego, że dostanie od rodziców reprymendę, czy karę, ale właśnie z takiego bardzo ludzkiego poczucia przyzwoitości. Naprawdę trudno mi uwierzyć, że Kasia nie zdawała sobie sprawy z tego, co może się stać z jej siostrą. Ale w tamtej chwili rządził nią niestety upór oraz złośliwość wobec młodszej siostry, które w żaden sposób nie zostały "wywołane" przez metody wychowawcze jej rodziców (chociaż bez wątpienia oni sprowokowali wybuch tego uporu), tylko są jej prywatną cechą charakteru (takiż sam upór i złośliwość wykazuje np. wobec koleżanek z klasy). Oczywiście z czasem zrozumiała , że taki ośli upór nie był niczym dobrym, ale wydaje mi się, że absolutnie z niego nie zrezygnowała całkowicie i pewnie gdybyśmy mieli możliwość wejrzenia w jej dalszą historię to takie sytuacje jeszcze by się pojawiały.

      Nawiązując też do zachowania rodziców to mnie ono wcale nie dziwiło. Co więcej, mogłabym wśród znajomych, czy w mej rodzinie znaleźć podobne przypadki. Przede wszystkim chodzi mi tutaj o zachowanie ojca (nawiązuję do tekstu Królowej Matki). Mogłabym tę sytuację z garnkami, z brakiem pojęcia o miejscu przechowywania jajek przenieść do kilku domów i pasowałyby tam jak ulał. Po prostu są różne rodziny, różne małżeństwa, różne sposoby wychowywania. I naprawdę są domy, w których mężczyzna nie ma pojęcia jak ugotować mleko, więc to mnie wcale nie wzrusza. Myślę, że nie możemy dziwić się, że gdzieś coś jest inaczej niż u nas. Takie życie.

      A jeśli chodzi o to, co ośmiolatek czytający "Oto jest Kasia" zrozumie. Wydaje mi się, że nie ma tutaj żadnego zagrożenia. Jak sami zauważyliście wychowanie dziecka przez rodziców ma największy wpływ na jego sposób myślenia i postrzeganie świata - zatem płynące z tej lektury wizje ojca-niedojdy oraz tej matki robiącej w domu wszystko co najwyżej wywoła w dziecku ciekawość i pytania "dlaczego tak się dzieje?". I nie widzę w tym nic złego. Ale ja osobiście, czytając tę książkę w szkole kompletnie nie zwróciłam na to dziwne rodzicielstwo uwagi. Wiedziałam już wtedy, że są różne domy, różni rodzice i nie wywołało to we mnie jakiegoś szoku.

      (Notabene, bardzo ciekawą dyskusję wywołała ta dziecięca książka ;))

      Usuń
    5. Nikt nigdy nie mówił, że pozostawienie Kasi z Agnieszką było karą. Było owszem skrajnie nieodpowiedzialne (co by było gdyby ktoś zaprószył ogień?) ale nie było karą. Karą (odautorską) było że Kasia nie mogła po takim wypadku po prostu zrozumieć różnych rzeczy. Nie trzeba było złamać jej charakter, dowalić Agnieszce zapaleniem płuc i omal śmiercią, żeby wszystkie czytające dzieci zrozumiały że odczuwanie gniewu i zazdrości jest złe i jaka ta Kasia wredna była i podła. Nie była wredna i podła. O to właśnie Królowej Matce chodzi - Kasia nie jest wredna i podła. Odczuwa emocje z którymi sobie kompletnie nie radzi bo nikt jej na tę sytuację nie przygotował, a żaden dorosły nie poczuwa się do pomocy (poza pomocą w nauce szkolnej) - bo to wszystko przecież jej Kasi wina i trzeba Kasię wytresować jak należy, najlepiej szokowo. I z dyskusji pod postem wynikało wyraźnie, że nadal się Kasię w tym duchu przerabia, jaka to ona wredna i zła bo ośmieliła się odczuwać zazdrość i wyrażać swój strach i samotność przez napady furii bo nie wie jak inaczej. A fakt, że książka prezentująca taki a nie inny podział obowiązków jest lekturą szkolną we wczesnej podstawówce mnie co najmniej zaskakuje. Muszą prawdziwe betony w tym Ministerstwie Edukacji dobierać ten kanon. Z pewną niechęcią przyznajemy, że kobiety pracują, ale niech pamiętają, że obowiązki domowe należą do nich. Mam wrażenie że wielu tam odczuwa podobną nostalgię. Moja matka potrafiła zapieprzać na etacie i sprzątać, tym współczesnym feministkom to się w głowach przewraca. Żeby chłop musiał umieć mleko ugotować i wiedzieć gdzie jajka w domu są. I fakt, że tak bywa w różnych domach niczego nie zmienia. Wtedy właśnie obowiązkiem szkoły jest pokazywać, że może i powinno być inaczej.

      Usuń
    6. Ależ nie wszystkie dzieci nie radzące sobie z emocjami potrafią w tak wymyślny sposób odgrywać się na rodzicach przez swoją siostrę i to w dodatku wiedząc, że może ją skrzywdzić! Będę upierać się, że cechy charakteru Kasi to właśnie upór i złośliwość. Owszem, ta złośliwość jest wywoływana przez różne czynniki (zachowania rodziców, które ją wzbudzają, brak wytłumaczenia niektórych zdarzeń, brak jakiejś empatii i odpowiedniego podejścia do dziecka), ale absolutnie nie mogę się zgodzić, że dzieci są złośliwe tylko i wyłącznie przez rodziców i nie ma w tym żadnych rysów charakterologicznych (a przecież na nasz charakter wpływa też środowisko i wychowanie nas przez rodziców!). Zwłaszcza, że w moim środowisku szkolnym ciągle zdarzało się, że ktoś nie radził sobie z emocjami, a doskonale pamiętam jedną koleżankę, która zawsze była wyjątkowo złośliwa (i do dzisiaj jej to zostało i jako 30-latka nadal jest taka złośliwa wobec ludzi, nawet znajomych!).

      Mnie jak już wspomniałam nie przeszkadza przedstawienie takiej wizji domu - jestem przekonana w 100%, że takie książki nie robią nikomu krzywdy, bo przecież sama je też przerabiałam, a kompletnie do tego obrazu z książki moja rodzina nie pasowała (ja jedynaczka, tata za granicą, mama w pracy i wcale nie gotowała obiadów ani nie sprzątała!) i nadal nie pasuje! Zwłaszcza, że mój mąż lepiej ode mnie wie, co mamy w lodówce i co z tego można zrobić do jedzenia (ja nie mam cierpliwości do gotowania), od sprzątania mamy panią Basię, a koszule prasuje sobie sam :)

      Mnie (jako jedynaczkę) ta lektura dużo nauczyła. Bo tak naprawdę nie miałam nigdy pojęcia, jakie emocje wiążą się z posiadaniem rodzeństwa, z pojawieniem się młodszej siostry, z utratą uwagi rodziców (ja miałam zawsze pełną uwagę od rodziców i dziadków, jako jedyna córka i wnuczka). A dzięki przygodach Kasi mogłam się tego dowiedzieć. Myślę, że w dzisiejszym świecie jedynaków i taka lektura (chociaż przemyca skostniałe wzorce) jest potrzebna.

      Usuń
    7. A jeszcze odnosnie podzialu zajec domowych: prywatne doswiadczenia, jakkolwiek rozne od opisywanych w Kasi o niczym jeszcze nie swiadcza statystycznie. Obawiam sie ze tradycyjny model w wersji ekstremalnej opisywanej w tej ksiazce ma sie dobrze i wspieranie go takimi lekturami nie jest przemyslanym posunieciem. No chyba ze jest i wtedy zgroza czysta.

      Usuń
  6. Och nie wszystkie rzeczywiscie, ale Kasia ma swietny trening. I ten trening swiadczy o jej calkiem dobrym instynkcie spolecznym i znajomosci natury ludzkiej jak na osmiolatke. Krolowa Matka opowiada o tej scenie kiedy Kasia wygrywa tatusia przeciwko mamusi, tatus sie ZGADZA na to czego mama zabronila minute wczesniej. Nie watpie ze to nie pierwszy raz i Kasia miala wiele okazji aby sie nauczyc ze po pierwsze takie manipulacje sa skuteczne a po drugie - ze nie sa zle. Bo rodzice pozwalaja. Bez mrugniecia okiem. Na kopanie w drzwi. Na manipulacje, na wrzaski. Bezkrytycznie jej wierza. A potem sa strasznie zaskoczeni, ze Kasia nie jest aniolkiem na zawolanie poniewaz siostrzyczka. Owszem w przypadku osoby doroslej mozna by miec watpliwosci, ale osmiolatka nie ma jeszcze tego poziomu autorefleksji zeby zakwestionowac cos wyniesionego z domu, zwlaszcza jesli to cos jest skuteczne i wygodne. I wspierane doslownie przez wszystkich w rodzinie. Nawet jesli rodzicie nie sa wylacznie odpowiedzialni - w tej ksiazce W OGOLE nie biora odpowiedzialnosci. Problem dostrzega sie dopiero kiedy Kasia zaczyna przynosic dwoje, a i wtedy odpowiedzialnosc zrzuca sie na Jurka. I to jest bardzo zle. Zwalanie wszystkiego na Kasie, ze to jej wina, bo powinna przeciez wiedziec, choc nikt jej nie tlumaczy a wszyscy wspieraja jej destrukcyjne zachowania.

    Oto jest Kasia to hymn na czesc tego ze dzieci trzeba tresowac, niekiedy brutalnie, ale dopiero kiedy sytuacja zaczyna sie wymykac spod kontroli. Dopoki masz dobre oceny wszystko jest dobrze.

    I sa ksiazki, ktore pokazuja bycie starsza siostra w pelni blaskow i problemow zjawiska. I sa starsze niekiedy niz Kasia (na przyklad ksiazki o Madice Astrid Lindgren) a potrafia to pokazac w sposob o wiele bardziej przyjazny dziecku, zrozumialy dla niego i przede wszystkim bez tych czarno bialych podzialow i wpajania ze jest sie zlym kiedy odczuwa sie gniew i zazdrosc.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jestem przekonana, że Kasia nie kwestionuje tego, co wyniosła z domu, nie dlatego, że nie ma autorefleksji na odpowiednim poziomie, lecz po prostu takie myślenie jej jak najbardziej pasuje. Pasuje jej, że może manipulować tatusiem i myślę, że gdyby była dorosła czyniłaby to z taką samą przyjemnością, bo osiągnęłaby to czego chce.

      Z tą odpowiedzialnością rodziców jest tak, że z jednej strony Kasia nic im nie mówi i zauważają, że coś się dzieje tylko dlatego, iż przejawia złe zachowanie. Faktycznie nie pytają o nic, uważając, że jest po prostu niegrzeczna, albo nie wiedzą jak sobie z tym radzić, uważając po prostu, że to zwykła zazdrość o młodszą siostrę (a mają pewnie w tym względzie doświadczenie, bo przecież Kasia ma starszego brata). Wydaje mi się, że to jednak kwestia dawnych metod wychowawczych.

      Natomiast nadal wydaje mi się, że ta książka nie czyni żadnej szkody, tak jak i nie czyniła kiedyś, gdy ja chodziłam do szkoły i przez te wszystkie lata, gdy kolejne pokolenia ją czytały. Co więcej, wspominałam ją z prawdziwym sentymentem, aż do kolejnej lektury.

      A jeśli chcielibyśmy przyjrzeć się książkom dokładniej to pewnie na liście lektur znalazłoby się nawet gorsze pozycje. Ot chociażby takie "Dzieci z Bullerbyn", które biegają samopas, są w ogóle nie wychowywane, albo "Pippi Pończoszanka", która w ogóle mieszka zupełnie sama.

      Usuń
    2. Nie moge sie nie rozesmiac. Jesli ktos sie martwi, ze dziecko sie zanadto zidentyfikuje z Pippi to wystarczy powiedziec po prostu alez dziecko drogie, mozesz sobie byc Pippi o ile znajdziesz gdzies kufer pelen prawdziwych pirackich dublonow i udowodnisz, ze potrafisz podniesc konia. Pippi jest tak oczywisty sposob zabawa fantasy, ze nawet bardzo male dzieci to rozumieja. (A starsze zauwazaja, jak bardzo jest samotna, nic dziwnego, ze stale zmysla o tacie kapitanie i mamie u aniolkow. Bo psychologicznie Pippi jest bardzo wiarygodna i nie osadza - w odroznieniu od narratora u Kasi, ktory Kasi stale zdaje sie miec za zle).
      Natomiast jesli w gre wchodza dzieci z Bullerbyn to charakterystyczne bardzo jest stwierdzenie pewnego chlopca, ktory mial ponoc powiedziec, ze najepsze w dzieciach z Bullerbyn jest to, ze rodzice sa tacy fajni. Bo oni sa fajni. Daja mnostwo swobody, ale nie puszczaja samopas. Wszystkie dzieci pomagaja w gospodarstwie na przyklad. Wszystkie sa nauczone, ze na Gwiazdke chodzi sie do Kristin do zagajnika, bo nie moze byc tak, ze zapominamy o sasiadach. Wszystkie z wlasnej inicjatywy spedzaja czas z dziadziusiem, przynoszac mu wiesci ze swiata. Bo ktos je wychowuje. Znacznie wczesniej niz Kasie, a stosujac zupelnie inne metody - bynajmniej nie przez pozwalanie na wszystko ale tez nie przez osadzanie. Wiec ten argument o innych metodach wychowawczych kupy sie nie trzyma.

      Usuń
  7. I teraz przez Was zaczynam obawiać się momentu, gdy me latorośle zaczną przerabiać te lektury. Wspomnienia na razie mam mgliście pozytywne, a tu szykuje się dla mnie szok niemały.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale skoro masz pozytywne wspomnienia, to Twoje dzieci również pewnie będą je miały. Wydaje mi się, że dzieci nie zwracają uwagi na niuanse, o których tu dyskutujemy, tak bardzo jak dorośli czytelnicy.
      Na swoim przykładzie mogę powiedzieć, że mnie ta książka w dzieciństwie naprawdę się podobała i przeczytałam ją kilka razy, a przy tym absolutnie nie powielałam z niej żadnych wzorców :)

      Usuń
    2. Mam wrażenie, że to nie do końca musi tak być: trudno z własnego przykładu jednoznacznie określić postawy innych czytelników (generalnie, nie tylko w tym przypadku, wiadomo) i wpływ lektury na nich.

      Myślę też, że w całej dyskusji chodzi też nie tylko o niuanse, ale o całe modele zachowań (dorosłych i dzieci), które są takim trzonem fabularnym i pokazują pewien określony świat przedstawiony. A to już się robi problematyczne -- nie umiem do końca jasno przedstawić argumentacji "za" i "przeciw", bo książki sobie nie odświeżałam, ale trudno konfrontować zachowanie rodziców z "Oto jest Kasi" z tym, jak wygląda proces wychowawczy w "Dzieciach z Bullerbyn".

      Usuń
    3. Faktycznie, trudno zbadać wpływ lektury na wszystkich czytelników, ake wszyscy, jak tu stoimy/ piszemy czytaliśmy Kasię w dzieciństwie i nikt nie wspomniał o tym, że uważa ją za straszną lekturę (raczej re-czytanie w dorosłości spowodowało takie wnioski), stąd taki mój ogólny pogląd, że ta książka wcale nie była zła. A wydaje mi się, że jednak model rodziny czy model wychowawczy to tylko dodatek do głównej bohaterki, na którą dzieci przede wszystkim zwracają uwagę i z którą się identyfikują. A to czy tata wie gdzie są jajka w domu lub ustawia brudne garnki na podłodze to są dla dziecka niuanse które chyba są bardziej humorystyczne niż poważne.

      Usuń
    4. No, ja nadmieniłam, że nie była to moja ulubiona lektura i czytałam ją z poczuciem niesprawiedliwości dziejącej się w niej (chociaż nie umiem dokładnie dziś przywołać wszystkich kontekstów, jednak wieeeele lat minęło ;-)).

      Usuń