Korona już na horyzoncie albo o „Płomiennej koronie” E. Cherezińskiej

 
Jak wspominałam na Instagramie, zrobiłam sobie małą przerwę w czytaniu powieści Natalii Rolleczek, ukazało się bowiem zamknięcie trylogii „Odrodzone Królestwo” Elżbiety Cherezińskiej. Jak wrażenia z lektury, zapytacie? Ano, odpowiem, mieszane.


Może najpierw dwa słowa o tym, że „Korona śniegu i krwi”, pierwszy tom trylogii, podobała mi się bardzo (a sięgnęłam po nią zachęcona recenzją Rbita). Ba, do tego stopnia, że wciągnęłam kilka osób w świat dążącego do zjednoczenia Królestwa Przemysła II, którego ze wszystkich stron otaczają wrogowie. „Niewidzialna korona”, która przyszła jako tom drugi, mnie dość mocno rozczarowała: akcja rozciągnięta na wiele lat, bohaterowie, których zapamiętałam z części pierwszej, dość mocno się zmienili, choć nie wiadomo kiedy i jak (kiedyś ty się tak postarzał, Jakubie Świnko?) – generalnie, owszem, przeczytałam, ale zachwytów już nie było (i zgadzam się z recenzją Tarniny, choć byłabym nawet surowsza w ocenie). No, ale Wy tu zapewne nie chcecie czytać wspominek, ale dowiedzieć się, jak wypada tom trzeci, prawda? Ponieważ uczucia mam mieszane, ujmę je w punkty, żeby jakoś je uporządkować. I chociaż tekst dotyczy zasadniczo „Płomiennej korony”, to odnoszę się i do dwóch poprzedzających ją „koron”, bo trochę trudno pisać o trzecim tomie, nie przywołując poprzednich dwóch.

Ci straszni Czesi. Ten trend zaczął się już w „Niewidzialnej...”, ale w „Płomiennej...” jest cały czas obecny i cały czas straszy. Mimo że w ostatnio udzielonym Michałowi Nogasiowi wywiadzie Elżbieta Cherezińska podkreśla, że ważne jest dla niej, by nawet czarne charaktery mogły przedstawić swój punkt widzenia, by nie stać się jednowymiarowymi i po prostu złymi, bo wroga trzeba szanować, to nie mogłam nie zauważyć, że Przemyślidzi we wszystkich trzech częściach trylogii są bandą degeneratów. Owszem, zdarza się czasem jakiś okropny Piast, ale u Przemyślidów w trylogii to norma: dewianci, okrutnicy, niezrównoważeni psychicznie, można by tak wymieniać i wymieniać. Matka przyszłego króla i cesarza, Karola IV, Eliška, jest postacią absolutnie odpychającą, jej siostry zresztą podobnie. Sam Karol IV, który ma na zakończenie powieści lat dwa, już wydaje się dzielnie kroczyć w tym kierunku (choć to tylko półkrwi Przemyślida, liczę, że to go ocali). Rozumiem, że w fabule trzeba kogoś nie lubić, a komuś kibicować, a w sporze królowych (jak się na to czasem mówi w czeskiej historiografii, czyli okresie konfliktu między królową wdową po Wacławie II i Rudolfie I, Rikissą, i panującą królową, Elišką właśnie) sympatia autorki jest po stronie Rikissy, ale czemu od razu Eliška musi być tak paskudną postacią? Mechtylda Askańska była okropna, demoniczna i można się jej było bać, a jednak nie była karykaturalna – ale widać Przemyślidom nie było to na kartach wszystkich koron pisane.

I ich straszny język. Bardzo mi się podobało, że autorka postanowiła nazywać postaci w ich oryginalnych językach – ale jakoś na wysokości drugiego tomu coś zaczęło szwankować. Tam tylko przy imieniu pazia, służącego Wacława II, w „Płomiennej koronie” zaś w ogóle wszystkim zaczęło urywać od diakrytów. Widzicie, może to nie przeszkadzać, ale mnie strasznie denerwuje, kiedy zamiast „Přemysl“ mamy „Premysl” (pierwsze czyta się bliżej naszego „Przemysł”, ale z wibrującym „rz”, drugie, sami wiecie), kiedy czeskich nazw miast się nie odmienia (rozumiem, że redakcję mógł przerazić Týřov, ale Mělník? Mamy w Polsce również miasto Mielnik i nikt chyba nie powie, że właśnie wjechał do Mielnik?). No i ta niekonsekwencja, którą rozumiem najmniej: wszyscy nazwani „ze swojego”, a Jindřich z Lipé przez całą powieść nazywany jest Henrykiem z Lipy.
 
 
Tak sobie Łokietka wyobrażał Wojciech Gerson, a minę jego Łokietek ma chmurną jak ja przy czytaniu niektórych partii powieści. Źródło.
 

Romas. A jak już przy Henryku z Lipy jesteśmy: królowa Rikissa w drugim tomie dała się poznać jako postać bez skazy, wspaniała i od razu budząca ciepłe uczucia we wszystkich, nawet w mordercach czyhających na jej życie. W trzecim tomie nadal taka jest. Autorka wybrała tę wersję historii, w której Rikissa i Henryk są postaciami pozytywnymi (oczywiście jest i historia przeciwna, nawet bardzo, ale autorka ma prawo wybrać taką, jaka pasuje do jej wizji – i rozumiem, że robi to przez wzgląd na czynniki fabularne i sympatię do bohaterów), ale i tutaj coś mi nie grało. Przez pierwszą część książki Rikissa bowiem widzi, że z Henrykiem nie wszystko jest do końca tak wspaniale i że może ambicje szlachcica są zbyt duże, a intencje nie do końca czyste. Potem jednak ten wątek znika. Rikissa sama w sobie jest znacznie mniej denerwująca, bo w końcu nie tylko wszyscy nas zapewniają, że jest wspaniała, ale i sama bohaterka coś robi, by nas o tym przekonać. No dobrze, zostawmy już tę parę. Nie wyczerpuje to jednak wątków romansowych: przede wszystkim wątku smoka, który mnie nieco, delikatnie mówiąc, zdziwił w „Niewidzialnej...”, a w „Płomiennej...” dziwił może jeszcze bardziej, także dlatego, że właściwie nie doczekał się zakończenia. Autorka w posłowiu zapowiedziała kontynuację, więc może co nieco się wyjaśni – a jednak Michał Zaremba wydawał się być integralną częścią tej trylogii i szkoda, że koniec końców nic się tu nie wyjaśniło. Wątki fantastyczno-pogańskie, jak nazwała je Tarnina, w ogóle nieszczególnie tu grają, bo zamiast służyć materii powieściowej w „Płomiennej...”, są rodzajem otwarcia do innej opowieści, gdzie pierwsze skrzypce grają Krzyżacy, a może już i Litwini.

Zagłada mieszczaństwa. Można by czytać „Płomienną...” jako powieść o końcu pewnej epoki: o końcu rozwijania się „stanu średniego” i o rosnących przywilejach dla rycerstwa. Generalnie bunt wójta Alberta zostaje tu wpisany w nieco inną narrację (przywracania przez Łokietka jedności w Królestwie), ale w zestawieniu z tym, co dzieje się w Czechach (dostajemy dość paskudną scenę, w której Henryk z Lipy z towarzyszami naigrawa się z więżących ich mieszczan), zaczyna to wyglądać dość dziwnie. Jakby tylko i wyłącznie jedna warstwa społeczna była odpowiedzialna za to, że dzieje się dobrze lub że dzieje się źle. Cherezińska wybrała tę wersję historii, w której wspomniany bunt nie jest rozumiany na podłożu narodowościowym, a rycerze Łokietka nie każą wszystkim mieszczanom powtarzać „soczewica, koło, miele, młyn” i to, przyznam, było ciekawe posunięcie. Brakowało mi jednak jakiejś refleksji nad pozycją mieszczan: dostajemy właściwie wyłącznie spojrzenie „szlachetnie urodzonych”, którzy widzą w mieszczanach zagrożenie, bogacących się wrogów, których nie szanują i uważają za coś o wiele niższego od siebie. „Dobrzy” mieszczanie na kartach powieści to jakieś anonimowe przekupki – szkoda mi tego, oj, szkoda.

Gorszy nadmiar niż niedobór. W „Płomiennej koronie” to hasło pasuje i do redakcji (sprawdźcie, ile razy na pierwszych stronach pojawia się przymiotnik „upiorny”), i do pewnych wątków. Otóż: skrytobójcy. Niby nie ma ich aż tak dużo, przez całą trylogię grasuje ich ze trzech, ale w „Płomiennej...” jakaś szalona ilość postaci ginie z ich ręki, a jak nie ginie, to przynajmniej umiera na ich oczach. Zastanawiam się, z czego to wynika. Autorka wspomina w wywiadach, że w sumie wie, jak wszystko ma się skończyć, no bo to historia – a że postaci nie zawsze dożywały właściwego momentu (można sobie wyobrazić, że jednak fabularnie lepiej wyglądałoby, gdyby Jakub Świnka dożył koronacji Łokietka), to trzeba było to i owo jakoś wytłumaczyć. Ale, kurczę, taka ilość skrytobójstw? Na mój gust ciut za dużo i tak jak jeden z bohaterów aż się dziwiłam na wieść, że któraś postać umarła zwyczajnie ze starości.

A co ci się właściwie podobało, narzekająca Pyzo? Podobały mi się ukłony w stronę pierwszej części, których brakowało mi w drugiej (wiem, że ciągle powtarza mi się w tej notce Jakub Świnka, no ale: Jakub Świnka). Podobało mi się, że tak po pięćsetnej stronie akcja ruszyła z kopyta i aż trudno mi się było oderwać od powieści. Podobało mi się kilka nowych postaci, wprowadzonych do powieściowego świata, choć aż żal, że niektóre pojawiły się dopiero teraz (Borutka! Gerward Leszczyc!). Generalnie lubię wątki templariuszowskie, więc nawet się ucieszyłam, że są obecne w „Płomiennej...”. Czy jestem więc rozczarowana? Nieco. „Korona śniegu i krwi” obiecywała jednak więcej, niż dała cała trylogia. Co dalej? Zamierzam zabrać się za powieści Cherezińskiej o początkach Piastów, bo już czekają na półce.

A czy Wy już czytaliście? Z chęcią porozmawiam o wrażeniach!

Weź dokładkę!

20 komentarze

  1. Ja nie czytałam, ale mam wrażenie, że moja mama czytała :D Wszyscy podsuwają jej książki ,,historyczne" które jej, jako historykowi z zawodu, tylko ciśnienie podnoszą.
    Bardzo ciekawy wydaje mi się pomysł oryginalnej pisowni nazwisk, chociaż współczuję człowiekowi, który musiał tam wpychać te wszystkie znaki. Do tego wybitnie łatwo pomylić się przy tej robocie, a już w ogóle nie wiem, jak dochodzili odmian imion. Albo czytanie tej książki na głos - to też musi być wyższa szkoła jazdy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, tak naprawdę poza czeskimi znakami diakrytycznymi to właściwie nie ma tam za wiele innych podstępów, część imion zostaje w jakiś sposób spolszczona, choć brzmi "z obca" (tak się dzieje, mam wrażenie, z Rikissą, czyli Elżbietą Rychezą). Z odmianą imion w związku z tym nie jest źle (choć niektóre czeskie imiona w ogóle są zapisywane tak, że jakiś czas mi zajęło odcyfrowanie, co to są za imiona tak właściwie), gorzej z odmianą nazw miejscowości.

      Usuń
  2. allegra walker3 sierpnia 2017 15:56

    @ czemu od razu Eliška musi być tak paskudną postacią? Mechtylda Askańska była okropna, demoniczna i można się jej było bać, a jednak nie była karykaturalna

    O, a mnie właśnie bardzo się podobało, jak autorka stworzyła tę postać, jednoznacznie negatywną, a przy tym pozbawioną wszelkich demoniczności, niezwykłości i supermocy (wydaje mi się, że łatwiej jest stworzyć demoniczny czarny charakter). Taka sobie zwyczajna kobietka, u której dominującą emocją jest niechęć do wszystkich. Bardzo przekonująca, i moim zdaniem nie karykaturalna - poza tym, że wredna, to nieszczęśliwa, bo sama się dusi tą swoją niechęcią. Znamy takich ludzi?... Mam nadzieję, że nie znamy, ale wydaje mi się, że jednak istnieją.

    A co do samej książki, to na pewno podobała mi się bardziej niż "Niewidzialna korona", nad którą najpierw wisi cień zabójstwa Przemysła, a potem dominują ponure postacie obu Wacławów (a dodatkowo Krzyżaków i skrytobójców). Były wzruszenia i radości (Rikissa! i Władek, którego wcześniej nie cierpiałam, a tutaj tak ładnie dorósł do korony), a jednak po skończeniu czułam lekkie rozczarowanie. Może dlatego, że pierwszy tom był taką rewelacją? Może z powodu wątków krzyżackiego i smoczego, tak kompletnie dla mnie nieinteresujących, że główną myślą podczas ich czytania było "niech to się już skończy". Może też dlatego, że autorka chciała zawrzeć w książce WSZYSTKO i przez to wyszedł trochę jakby konspekt, w którym ciężko się rozsmakować czy zatrzymać na dłużej nad jakimś fragmentem, bo ciągle dzieje się coś nowego.

    Ale, żeby nie kończyć smętną nutą: ona naprawdę ich kocha. Wszystkich. Cieszy mnie i wzrusza, że ktoś z takim zachwytem opowiada o naszych książętach.

    Oraz: wielbicielka Jakuba Świnki pozdrawia wielbicielkę Jakuba Świnki! :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem Ci, że zapewne mniej by mnie to uwierało, gdyby nie to, że Eliška to kolejna z cyklu "paskudnych Przemyślidów" (nie wiem, czemu akurat im się tak dostało, bo moim zdaniem to bardzo wykrzywia sposób pokazywania czeskiej historii -- już pominę tego Henryka z Lipy jako bohatera nad bohaterami).

      Mam podobnie: pierwszy tom mnie na tyle pozytywnie zaskoczył, że kolejne przyniosły mniejsze lub większe rozczarowania. Wątki krzyżackie były w większości faktycznie słabe (autorka miała ciekawy pomysł, ale z realizacją jest tu różnie: w większości te rozmowy toczone między Krzyżakami nie porywają), a smoczy nie doczekał się finału, co moim zdaniem jest błędem. Bo albo stanowi część tej historii, albo nie -- a tu właściwie okazuje się, że jest po nic.

      O, z tym konspektem to dobrze nazwane. Zgadzam się. Dobrze, że choć Jakub Świnka w tej części ożył, bo w drugim tomie było mi żal, że tak jakoś spapierowiał ;-).

      Usuń
  3. Jestem przed lekturą "Płomiennej...", więc nie jestem teraz dobrym partnerem do rozmowy, niemniej jednak mam nadzieję, że nie zawiodę się tą częścią. Pierwsza podobała mi się bardzo, druga nieco mniej, ale nie była zła. Poza tym, na okładce trzeciej jest Władek! No to przecież jeden ogromny plus :) (Władka polubiłam już w pierwszym tomie, świetny był! :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie Władek z pierwszego tomu jest świetny -- ale już w drugim tomie ta postać się rozpływa, rozdrabnia, niby przechodzi ewolucję, a jednak znika tutaj to, za co się lubiło ją w pierwszym tomie. W trzecim jest ciut lepiej, ale i to nie za bardzo, niestety. Także ja na przykład wcale nie miałam przy czytaniu specjalnej uciechy w trakcie koronacji, a przecież chyba nie o takie wrażenie chodziło.

      Usuń
  4. Ja też już jestem po lekturze. Ufff! Ogólnie rzecz biorąc, lubię obszerne książki, ale tu muszę powiedzieć, że nie jestem wdzięczna autorce za dodatkowe 300 stron, którymi, jak napisała, wynagradza czytelnikom trzy lata czekania na ten tom. Kupiłam i przeczytałam "Płomienną..." głównie po to, żeby dokończyć serię. Dokończyłam z pewnym wysiłkiem, choć zgadzam się, że ostatnia część była lepsza od poprzedniej i niestety nie tak dobra jak pierwsza. Żałuję w ogóle, że autorka zdecydowała się na kontynuację pierwszej "Korony", bo rozbudziła w czytelnikach apetyt, którego nie była w stanie potem zaspokoić. Mimo wszystko uważam "Płomienną..." za powrót do lepszej formy Cherezińskiej, dwuksiąg o Świętosławie ledwo wymęczyłam i przecierałam oczy ze zdumienia, czytając na skrzydełku okładki "Płomiennej...", że to jej największe osiągnięcie. Może dla tych, którzy nie czytali wcześniejszych książek autorki.

    Cieszę się, że wspomniałaś o tych niuansach językowych, które - jako osobie nieznającej czeskiego - mi umknęły. Imię Henryk z Lipy wydało mi się naturalne, ale masz rację, nie da się obronić, jeśli przyjmujemy wersje imion postaci w ich ojczystych językach.

    Ale zupełnie mi nie przeszkadzało, że rzeczony Henryk był tak świetną i bez skazy postacią - w końcu po co jest literatura popularna, jeśli ie po to, żeby można było sobie poczytać o wspaniałych mężczyznach? Dodatkowo Henryk musiał być wspaniały, żeby zagrał wątek romansowy. Choć i tak twierdzę, że najciekawszą parą tego tomu byli Kuno/Koendert i Zyghard i żałuję, że autorka nie zdecydowała się na rozwinięcie ich wątku, a nawet, że go tak jakoś mało przekonująco wygasiła. Właściwie to kiedy oni przestali być kochankami i dlaczego?

    No i na koniec jeszcze dodam, że najlepszy w powieści, a nawet zachwycający, był prolog "Akka 1291", a najbardziej znużyły mnie rozdziały dotyczące wątku głównego całego cyklu, czyli jednoczenia Polski - w tej fazie przez Łokietka. Niestety. Władek był świetny jako dziecko, na Władysława Cherezińska nie znalazła dobrej formy.


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, miałam podobnie -- te 300 stron raczej mnie zmartwiło, a po lekturze widzę, że gdyby wyciąć cały wątek smoka i pogan spokojnie obyłoby się bez nich. A kręgosłup byłby zdrowszy ;-). I zgadzam się: gdyby "Korona śniegu..." została pojedyńczą powieścią, zachowałabym o niej dużo lepsze wspomnienia niż teraz po całej trylogii. No a ma być jeszcze ciąg dalszy...

      Zmartwiłaś mnie tym o "Hardej" i "Królowej", pożyczyłam obie od Mamy, żeby sobie poczytać w długie jesienne wieczory (bardzo lubię tę historię po "Sadze o jarlu Broniszu") i jeśli nie jest za dobrze, to smutek. No, ale spróbuję!

      Mnie wspaniałość Rikissy i Henryka jednak denerwowała, zwłaszcza że części ich posunięć (zaproszenie wojska jaworskiego) nie da się tak łatwo obronić. A co do romansu krzyżackiego: nie byłam wielką fanką (głównie ze względu na to, że on mi jakoś zupełnie nie wynikał z postaci i z ich rozwoju), ale masz rację, tutaj dodatkowo zniknął na dziwnych warunkach.

      Co do postaci Władka -- jak pisałam wyżej -- też uważam, że średnio wyszedł po pierwszym tomie, gdzie był świetną postacią. W sumie trudno mi natomiast powiedzieć, jaki wątek najbardziej mnie w "Płomiennej..." ujął, tak z perspektywy czasu. Hm.

      Usuń
  5. Ciągle sobie obiecuję, że nadrobię Cherezińską, ale wciąż odkładam to w czasie. W ogóle z literaturą historyczną jestem raczej na bakier, mało co znam. Na półce leżą "Królowie przeklęci" od pół roku i też jakoś nie mogę się za nich zabrać. Ale najpierw "Królowie", a później Cherezińska. Szkoda tylko, że kolejne tomy rozczarowują - przynajmniej się pierwszym zadowolę :D.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pierwszy tom polecam :-). Natomiast "Królowie..." są jeszcze cały czas przede mną, jakoś Druon mnie ominął, choć nie celowo ;-).

      Usuń
  6. Chyba za dużo się naczytałem krytycznych słów pod adresem twórczości Cherezińskiej, by się zabierać za tak obszerny cykl. Ale trafiły do mnie "Córki Wawelu" i już mnie ciągnie do lektury.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, "Córek Wawelu" już się mogę doczekać, zapowiadają się smakowicie!

      Usuń
  7. Cześć Pyzo!
    Trafiłam na Twojego arcyciekawego bloga przez dawniejszy wpis o powieściopisarzach historycznych i tak sobie już od paru dni czytam i czytam... Ale ślad muszę pozostawić tutaj, to może być długie (nie przepuściło w jednym komentarzu). ;-)

    Mniej więcej w tym samym czasie napisałam swoje trzy grosze o najnowszym wytworze Cherezińskiej (na LC, http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4632243/plomienna-korona/opinia/41195177#opinia41195177). Ostrzej nieco i bardziej krytycznie, ale cieszę się, że znalazłam u Ciebie podobne spostrzeżenia - wśród wszechobecnych zachwytów zaczynałam się zastanawiać, co się dzieje. Przykre jest dla mnie to zjawisko jako dla miłośniczki powieści historycznych, co się z tym gatunkiem dziś podziało. Cherezińska to dla mnie taka Bonda, tylko że kiedy ta druga ma spore grono konkurencji (i o tyle ma "łatwiej", że pisze jednak o współczesnych), tak pierwsza nie ma żadnej. Może zresztą tu tkwi powód - chcemy czytać o historii, a nikt inny tego nie oferuje? Niestety nie udało mi się jeszcze spojrzeć przychylnie na twórczość tej pani, zwłaszcza jeśli patrzę na nią całościowo i przez pryzmat wcześniejszych powieściopisarzy historycznych. Bardzo nie lubię też rozdźwięku między tym, co autor o swoich książkach mówi, a co w nich umieszcza. (Co nieco dodała do mojej niechęci sama autorka, parę lat temu zaszczyciwszy mnie publikacją mojego czytelniczego oburzenia na swoim fanpejdżu; nie omieszkała przy tym zalajkować paru obraźliwych komentarzy obrońców świętości - bardzo dojrzałe to zachowanie).

    Bardziej ad rem - chciałam pochylić się nad kwestią czeską, ale to w zasadzie jest kwestia ogólniejsza. Co najbardziej oburza mnie u Cherezińskiej - na boku zostawiam całkowitą anachroniczność i nieumiejętność budowy postaci - to wybielanie postaci historycznych i wykoślawianie historii w konkretną stronę. To się zresztą komponuje dość smutno z jej słowami o potrzebie tworzenia polityki historycznej (czyli, po prostu, propagandy) i ze ścisłą współpracą z działaczem politycznym (ona sama przecież nie ukrywa, że pisze te wszystkie powieści na zamówienie). Nie wiem, czy może być większy zarzut w stronę autora, w moich oczach przekreśla to już totalnie. Aby nie być gołosłowną - najbardziej to jest widoczne przy Chrobrym. Wiem, że nie czytałaś jeszcze o nim w jej wykonaniu, i jestem ciekawa, jakie byłyby Twoje spostrzeżenia (a patrzę tu w stronę Twoich wrażeń z Kazimierza Wielkiego w wykonaniu Kraszewskiego). Należy wykreować krystalicznego herosa, dlatego wszystkie czarne karty i dwuznaczności zostają przekute na plus. Ruska Przedsława wcale nie zostaje zgwałcona, ale od dawna ze wzajemnością marzy o wspaniałym Bolesławie, po czym razem z jego ślubną Odą łkają w objęciach nad jego trumną. Oczywiście są różne interpretacje zdarzenia z Przedsławą (Jacek Banaszkiewicz przekonuje, że gwałt to tylko motyw literacki podboju ziemi), ale w całym kontekście kreowania wizerunku Chrobrego - to kolejna cegiełka. Tak jak przerysowana Knedlica na tle pozostałych wynaturzonych Przemyślidów. I działa to też w pewnym innym kierunku, ale wciąż zgodnym z linią "polityczną" - ukazywania Węgrów w nader korzystnym świetle. Jestem z Węgrami związana, a niezwykle mnie to smuci, bo bezrefleksyjnie powiela mit odwiecznej przyjaźni. I tak to druga żona Chrobrego nie zostaje przez niego (lub przez Mieszka jeszcze) odesłana, kochał ją bardzo i po śmierci nawet zwłoki jej odwiózł do rodziny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co prowadzi mnie do zahaczenia o wątek Bezpryma, czyli o kolejną właściwość pisania Cherezińskiej - jej "współpracy" z historykami i podejścia do prac naukowych ze źródłami. To oczywiście aspekt widoczny w zasadzie tylko dla mediewistów (którzy często z zasady nie czytają powieści historycznych, uznając je za coś bezsensownego), ale ona w te książki nie wkłada niczego od siebie, nie zastanawia się nad białymi plamami w teoriach, nie szuka ciekawych rozwiązań, na jakie pozwala niejednoznaczność źródeł - przez co dodatkowo brak w tych książkach jakiejkolwiek głębi czy refleksji. Ona bierze gotowe i przepisuje. Wątek Bezpryma jest od A do Z wzięty z najnowszej pracy Błażeja Śliwińskiego na ten temat, podobnie jest z resztą. Dla kontrastu Bunsch, który też pisał powieści rozrywkowe, potrafił wrzucić w nie wiele od siebie (chociaż tam, gdzie tego najwięcej, to literacko najsłabiej).

      No dobrze, ja tak mogę długo i długo, bo nie mam kogo męczyć przemyśleniami na ten arcyistotny temat (znajomym tak bardzo obrzydziłam powieści Cherezińskiej, że z pistoletem u skroni ich nie przeczytają). Gdyby chciało Ci się do tego odnieść czy podyskutować, to z radością będę pastwić się dalej, ale jako że niczyim czasem i chęciami nie rozporządzam, to życzę wielu lektur jak najlepszych!
      (Nie należy do nich na pewno dylogia o Świętosławie, którą chyba zamierzasz czytać niedługo. Grabski jest bez porównania lepszy pod każdym względem, a linia fabularna dość podobna, na podstawie sag skandynawskich).

      Pozdrawiam :-)

      Usuń
    2. Cześć, bardzo mi przyjemnie i dziękuję za tego aryciekawego :-).

      Przeczytałam Twoją opinię na LC i w wielu miejscach się z Tobą zgadzam. Szczerze mówiąc myślałam, że ten dialog o wspaniałej budowie Rikissy tam jest, bo do czegoś prowadzi -- ale nie prowadzi do niczego. Mnie ona denerwowała zwłaszcza w drugiej części, tutaj już jakby to trochę okrzepło i nawet miejscami Rikissa wykazuje jakieś cechy charakteru inne niż cudowność (ba, zapowiadało się, że może zacznie podejrzewać Henryka z Lipy o interesowność, no ale... nie). Tak jak pisałam, mnie jest strasznie szkoda tego, jak jest pokazana czeska historia. Ale mam wrażenie, że zaszła tu jakaś ewolucja -- w "Koronie śniegu i krwi" (którą przyznaję lubię) i Wacław II, i Przemysł Ottokar II nie odbiegają specjalnie od tego, jak się ich zwykło przedstawiać. Wacław jest zagubionym, neurotycznym dzieckiem -- Przemysł w swojej wielkości przegapia pewne kwestie, co prowadzi go do klęski. Natomiast już w "Niewidzialnej koronie" Wacław jest okrutnikiem, jego syn pedofilem, generalnie poza Rikissą nie ma na dworze czeskim nikogo sensownego. I jak ta degeneracja nastąpiła, skąd?

      Wątek pogańsko-smoczy, no cóż, moim zdaniem też jest zupełnie zbędny (i po co są te nieustające porody? Może to jest próba "urealnienia" opowiadanej historii tego rodzaju szczegółami?).

      Muszę powiedzieć, że mnie też dziwi ilość pozytywnych głosów w sprawie "Płomiennej korony", bo to jednak nie jest najlepsza powieść i słabe zwieńczenie trylogii. To, co dobrze się zapowiadało (tak jak mówiłam, uważam "Koronę śniegu..." za całkiem ciekawe podejście do historii Przemysła, nawet ten wilkołak mi nie przeszkadza ;-)), okazało się rozpłynąć w powietrzu. Jest za długo, nie wszystko jest wykończone, tak jakby w połowie zdecydowano się na kolejne części. Nie do końca rozumiem, czemu tak książka jest tak obszerna, bo jest tak z niekorzyścią dla niej samej.

      Chrobry w wydaniu autorki jeszcze przede mną, więc wypowiem się dopiero po lekturze z czystym sumieniem :-). Bardzo jestem ciekawa, jak tam wygląda wątek czeski, bo Chrobry jednak z Czechami miał swoje za uszami.

      Co do Świętosławy -- mam ją na półce i przeczytam, chociaż, no właśnie, ja "Sagę o jarlu Broniszu" bardzo lubię i cenię (to jest odważna książka jak na czasy, w których powstała, a Olaf Trygvasson wyszedł autorowi rewelacyjnie, podobnie zresztą jak Otton III).

      Zastanawiam się jeszcze nad jednym wątkiem, który poruszyłaś: na ile powieści Cherezińskiej są powieściami historycznymi. Bo z jednej strony można zapytać: skoro są o historii, to chyba są historyczne? Z drugiej: czy nie decyduje o tym pewna garść detali, odwzorowanie tła i tym podobne. Bo że w powieściach historycznych najczęściej porusza się temat interesujący współcześnie, chcąc pokazać pewien pryzmat widzenia, powtarzalność, optykę, która miała czas się zakorzenić -- to inna, niemniej ciekawa, sprawa. Tak sobie ostatnio oglądałam wywiad z Cherezińską u Michała Nogasia i zastanawiałam się nad tą kwestią (ale nie mam tu żadnej jednoznacznej odpowiedzi).

      Usuń
  8. Ta degeneracja Przemyślidów to może po prostu efekt Mary Sue - albo żeby nie nadużywać tego pojęcia: nieumiejętności wykreowania postaci pozytywnej bez skontrastowania jej z czystym złem. Nie mogła nastąpić wcześniej, skoro Rikissy nie było w Czechach!
    W "Hardej" i "Królowej" wątek czeski jest raczej marginalny, tzn. przepraszam, za sprawą Śliwińskiego zostali Przemyślidzi ukazani jako ci źli, ale są też oczywiście Sławnikowice przyjaciele Chrobrego. Zaszczytna rola czarnego charakteru przypada - bez zaskoczenia - Odzie i Niemcom, którzy nie pojmują wspaniałości Bolesława. Jednak jest to dylogia znacznie bardziej skandynawska i na północy ma punkt ciężkości.
    Niezwykle reklamuję te książki. ;-)

    Myślę, że znacznie lepiej by też twórczość Cherezińskiej wypadała, gdyby poszła w stronę Sapkowskiego albo wręcz George'a Martina. Albo gdyby została przy bohaterach całkiem fikcyjnych. Albo gdyby zwyczajnie dłużej namyślała się nad powieścią, zamiast produkować konspekty a'la scenariusz teatralny. Zgodzę się, że "Korona śniegu i krwi" to najlepsze, co napisała (ale wciąż uważam to za bardzo złą powieść historyczną), na pewno każda z tych książek miała potencjał. I to mnie też bardzo denerwuje jako czytelnika, że mogłabym dostać coś porządnego, a jednak idzie autorka wciąż w ilość, a nie w jakość (vide wspomniane dodatkowe 300 stron "Płomiennej") i na żadną zmianę się nie zapowiada. Chociaż to może tak nie działać - w posłowiu do "Królowej" pisała, że bardzo długo przymierzała się do historii Świętosławy, pierwotnie powieść miała być jednogłosem i była już w planach rozpisana na konkretne sceny, ale wtem przyszło olśnienie, by napisać wielogłos, bo panorama tamtych czasów taka ciekawa. Sądząc po tym, że książka Śliwińskiego o Bezprymie była wtedy świeżynką - zrewolucjonizowana wersja książki była pisana w niesamowitym pośpiechu, a to raczej nie sprzyja przemyśleniu całości - co widać...

    No i właśnie - co czyni powieść powieścią historyczną? Zgadzam się tu z Gołubiewem - jego cykl o Chrobrym to dla mnie najlepsza powieść o początkach państwowości ex aequo ze "Srebrnymi Orłami" Parnickiego (co może tłumaczyć całkowitą niestrawność Cherezińskiej dla mego czytelniczego żołądka). Nawet mam ten cytat na specjalne okazje. ;-)
    "Powieściopisarz historyczny chcąc uzyskać swój cel artystyczny musi stworzyć możliwie silną sugestię dawności. Nie wystarczy tylko umownie, tzn. fabularnie umiejscowić akcję o pięćset czy tysiąc lat wstecz, wziąć na kanwę powieściową wypadki odległej epoki, przytoczyć pewną ilość realiów historycznych, wybrać na bohaterów historycznie znane postaci - to wszystko iluzji dawności jeszcze nie wytworzy. Żeby ją uzyskać, należy wprowadzić czytelnika w atmosferę odrębności dawnych wieków".

    Dlatego wszystkie książki Cherezińskiej nie są dla mnie powieściami historycznymi, bo rekwizyty, daty, imiona postaci - to zbyt mało. Zachowania i przemyślenia ludzkie są u niej - ponoć z rozmysłem - anachroniczne, a to przebieranie współczesnych ludzi w stroje z epoki albo coś jak zabawa w skansenie w rekonstrukcję historyczną, kiedy mamy w kieszeni telefon komórkowy. Oczywiście przesadą byłoby jak Gołubiew dręczyć czytelnika autorską wizją archaizacji języka, ale język bardzo dużo tutaj robi, odzwierciedla przecież myślenie. Kiedy czytam np. że drużynnicy jedzą kolację, to z impetem wyrzuca mnie ze średniowiecza, a to tylko taki błahy przykład.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aha! Też oglądałam ten wywiad z Nogasiem, co przypomniało mi od razu pewien wywiad z mediewistą - na temat powieściowej Rikissy.
      http://wyborcza.pl/alehistoria/1,121681,18340349,piekna-polka.html
      Przypomniał mi się ten wywiad, bo Cherezińska posługiwała się identycznymi sformułowaniami (a jeśli mnie pamięć nie zawodzi, to i w posłowiu do książki zawarła coś podobnego). Wywiad jest z 2015 roku, w treści w zasadzie cały szkielet akcji czeskiej z "Płomiennej korony". To trochę dobijające pod względem mitycznego researchu. Przynajmniej dla mnie.

      Usuń
    2. Możliwe, chociaż w tej budowie też są rysy. W "Niewidzialnej..." powtarza się w końcu, jaki Wacław II jest piękny, po czym dostajemy scenę, w której gros miejsca poświęcone jest jego zepsutym zębom. Mam wrażenie, że możesz mieć rację: po prostu kiedy pojawia się Rikissa wszystko przy niej po prostu musi zblednąć. Co do Sławnikowiców -- no cóż, jeśli dokonuje się wyboru "to jest zły charakter -- to jest dobry" to musiało paść na nich, Przemyślidzi jawią się wtedy dość potwornie. Chociaż trochę szkoda, bo sprawa była przecież zniuansowana, nie same Libice w niej zaistniały (zresztą to też chyba kwestia patrzenia na państwo i dynastię nie jako na coś, co się dopiero formuje, ale na coś, co jest już zastane). Trochę dywaguję, jak przeczytam, będę umiała powiedzieć więcej :-). Może jak wrócę z podróży po historycznych powieściach Natalii Rolleczek to się za nie zabiorę wreszcie :-).

      Hm, a mnie z kolei wydaje się, że tam gdzie Cherezińska chce się zbliżyć do stylu pisania Martina, wychodzi to gorzej -- pojawiają się takie jakby dekoracje w stylu GRRM, ale nie idzie za tym jakaś reinterpretacja jego pomysłów. Z kolei na przykład trylogia husycka Sapkowskiego (niezależnie już, co o niej sądzę) jest zbudowana na mnóstwie detali, fabuła fabułą, ale jaki to jest szczególarski świat przedstawiony. U Cherezińskiej znowu: tego nie ma. Sądzę, że to świadoma decyzja -- tak a propos Gołubiewa, o którym piszesz. W tym sensie, że ona pisze takie powieści, które mają historyczny sztafaż ze współczesnymi bohaterami. To nie są właśnie ludzie inni od nas (jakimi byli), ale tacy sami i stąd, myślę, sukces. Łatwiej się przyswaja historię porównaną do czegoś, co się zna.

      Co do języka: mnie to zasadniczo aż tak nie przeszkadza (do dzisiaj pamiętam recenzję profesora Tazbira z "Nowych książek", gdzie pisał, że "parking" pojawiający się w "Narrenturmie" zbił go z tropu zupełnie :-)), bo uznaję to za świadomie osiąganą formę. Czasami natomiast szkoda mi, że to nie jest zredagowane do lepszej postaci.

      Co się tyczy researchu: no właśnie ja się nad tym -- zwłaszcza w kontekście tych nieszczęsnych czeskich nazw -- cały czas zastanawiam i nie wiem, co odrzuca autorka, a co już wydawnictwo.

      Usuń
    3. To jest bardzo dobre spostrzeżenie o Przemyślidach i nie tylko - ukazywanie państwa i dynastii jako coś już zastanego. To chyba główna odmiana anachronizmu, który mi przeszkadza w każdej książce Cherezińskiej - rzeczywistość dostajemy pokazaną nie od wewnątrz, a z zewnętrznej perspektywy podręcznikowej - chociaż z perspektywy postaci, które żyją tam i wtedy, ona nie mogła się tak przedstawiać. Po prostu autorka głębiej w to nie wchodzi i fabularyzuje podręcznik historyczny, a nie historię.
      Być może to, jak piszesz, świadoma decyzja - tylko takie komercyjne podejście nie dość, że nie jest w stanie niczym zaskoczyć, to jeszcze utrwala tabloidyzację historii, wcale nie pomaga w jej rozumieniu, a z wypowiedzi autorki czasami przebija się tego typu "poczucie misji", aby zainteresować głębiej. Za interesujące robi się sensacje rodem z Pudelka. Bo jak ludzie zawsze mieli do dyspozycji te same emocje, możliwości intelektualne, motywacje - tak powinny ograniczać to wszystko okoliczności, co się u Cherezińskiej nie dzieje. Wydaje mi się też, że sprawny pisarz potrafi napisać postać bliską współczesnym emocjonalnie, ale odległą w zapatrywaniu na rzeczywistość (w gruncie rzeczy czy to nie jest kwestia po prostu budowy postaci - niezależnie od czasu i miejsca jej życia?). Tak mnie jeszcze zastanawia, czy nie po to właśnie czyta się powieści historyczne (i fantastykę), aby dostać co nieco takiej "inności"?

      Z tym Martinem chodziło mi raczej o inspirowanie się prawdziwą historią i postaciami, przekuwanie tego w świat autorski. Oczywiście wtedy sens straciłby cały marketing o historii polskiej ;-) ale (mnie) nie raziłyby tak niewiarygodne dla epoki zachowania, postacie byłyby po prostu napisane źle albo dobrze - bez bagażu "narodowego". Bo też się kiedyś co do tych Czechów zastanawiałam - co by czytelnik czeski pomyślał, gdyby przeczytał o tych groteskowych Przemyślidach? Z kolei z Sapkowskim tak mi myśli wędrowały, że gdyby pozostać przy prawdziwej historii z elementami fantastycznymi, ale głównymi bohaterami zrobić postaci wymyślone, które stykają się z realnymi - to też byłoby co innego. Cherezińska idzie za bardzo na łatwiznę, nie daje praktycznie nic od siebie - o, i to jest chyba to, co w gruncie rzeczy najbardziej mi przeszkadza! Od pisarza historycznego oczekiwałabym własnego spojrzenia na sprawy, podręczniki znam.

      "Parking"... hehe. Wiesz, gdyby takie działa językowe wystrzeliwały u Cherezińskiej częściej, to może uznałabym to za świadomą formę, jak u Sapkowskiego. Ale wystrzeliwują nagle i w miejscach dziwnych, czasem w środku akapitu jakby dążącego do lekkiej archaizacji. Dlatego widzę tu raczej nieporadność językową, którą dobra redakcja powinna tępić. Jednak od świadomości języka w wykonaniu Sapkowskiego jest tu przepaść.
      (Są też nieszczęsne nazwy węgierskie - przez całą tragiczną "Niewidzialną..." Łokietek nazywany był przez Węgrów "Làszló", a w węgierskim nie ma w ogóle litery "à", o innych atrakcjach już nie wspominam).

      Usuń
    4. Myślę, że to jest też pokłosie tego rozpadu powieści na coraz mniejsze wątki. Bo na przykład coś, co mnie bardzo rozczarowało w "Niewidzialnej..." -- "godzinki piastowskie" -- to jest takie narzędzie, żeby mniej więcej zebrać razem wszystko, co się dzieje, i czytelnika przez to przeprowadzić. Tyle że to sposób trudny i bardzo wymagający, mnie te rozmówki przypominały bardziej właśnie wymienianie się uwagami przed egzaminem z historii rozbicia dzielnicowego niż wymianę informacji politycznych albo uwag społecznych, czy jakby to lepiej nazwać. Przy czym, no właśnie, mnie się wydaje, że powieści Cherezińskiej mogą zainteresować historią: jako taką, to znaczy pokazać, że coś było i że w tym wszystkim coś jest, ale czy do wejścia głębiej zachęcają same z siebie? Szczerze mówiąc, nie wiem. Co do postaci, hm, tu zapewne bywa różnie, bo taki na przykład "Faraon" Prusa niby jest, a nie jest powieścią historyczną, część powieści Kraszewskiego też jest przecież raczej po to, żeby zwrócić uwagę na współczesny pisarzowi, a nie jego bohaterom, problem. I to można zrobić i dobrze, i ciekawie, i nie odzierając historii z jej "inności".

      Co do własnego spojrzenia to tak jeszcze myślałam i przypomniałam sobie, co mnie przyciągnęło do "Korony śniegu..." -- wątek rywalizacji kultów Wojciecha i Stanisława. To był dobry pomysł, który potem, no właśnie, zupełnie niemal znikł. Stanisław pojawia się, jak się komuś przypomni o legendzie o zrastaniu się członków, Wojciech zaś na chorągwi, ale gdzieś cały pomysł skupiony wokół tego wyparował. Myślę, że to była akurat kwestia tego, że część postaci historycznych umarła w nieodpowiednim fabularnie momencie ;-).

      Usuń