Pamiętać nie znaczy zawsze to samo albo o „Uroczych wakacjach” N. Rolleczek


Kiedyś napiszę wpis o tym, jakie polskie powieści uważam za najlepsze, a wśród tych powieści będą na pewno „Urocze wakacje”. Przeczytane kilka lat temu z zachwytem, powtórzone teraz nie tracą, a nawet zyskują w moich oczach.


To jest teoretycznie dość prosta powieść. Rolleczek, po raz kolejny sięgając po fakty ze swojego życia, opisuje, jak razem z mężem i synami wybrała się na wakacje autem do Bułgarii. Tylko że życie samo w sobie nie jest takie proste – i tu zaczyna się najciekawszy aspekt tej powieści. Bo w gruncie rzeczy to jest historia o tym, jak różne pamięci w sobie gromadzimy i w jak dziwaczny, czasami absurdalny, czasami powodujący wyrzut rozpaczy, sposób one do nas powracają. A zaczyna się zawsze tak samo, niewinnie. Narratorka chce przed wyjazdem odwiedzić ojczyma, w którego domu stoi komoda – ta sama, obok której stały razem ze starszą siostrą, kiedy w czasie wojny przyszła wiadomość, że niedługo w ich domu będzie rewizja gestapo. Bohaterom psuje się samochód, muszą szukać serwisu, narratorka siada więc na murku i czeka, a tymczasem chłopcu idącemu ulicą rozwiązuje się worek – wraca do niej wspomnienie z lat spędzonych w sierocińcu, kiedy razem z zakonnicami musiały żebrać o jedzenie. 
 
 
 

Ale nie zawsze to jest pamięć własna, czasami do narratorki przychodzą wspomnienia pożyczone. Czy to większej grupy – jak wtedy, kiedy dociera do niej, że jadą na urlop tą samą drogą, którą uciekali jesienią 1939 roku uchodzący przed wojną do Rumunii mieszkańcy Polski. Czy cudze, zasłyszane, rekonstruowane ze strzępów wspomnień innych: z nich składa się cały wątek ojca narratorki, który zmarł na hiszpankę przed jej urodzeniem się. Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że ta powieść służy autorce trochę jako wehikuł czasu, trochę próba powołania do życia cieni, który pierzchły zanim zdążyła je w rzeczywistości uchwycić. Przy czym to jest świetnie opowiedziane – to, co łatwo mogłoby przejść w patos, jest rozbijane przez przywołanie jakiejś zabawnej obserwacji z „teraz”, które rodzina narratorki spędza na wakacjach. Dobrym zabiegiem jest tutaj też pojawienie się w „Uroczych wakacjach” synów narratorki – czasami odbiorców jej opowiadań, kiedy indziej kontrapunktujących jej przerażające i smutne losy w czasie Wielkiego Kryzysu i II wojny światowej. Przy czym to wszystko pozostaje bardzo naturalne, nie przesadzone, nie ma się wrażenia „wrzucenia żartu dla efektu”.

Strasznie trudno pisze się o książkach, które zachwycają, a „Urocze wakacje” mnie autentycznie zachwycają. Owszem, nie są tak skoncentrowane w formie jak „Drewniany różaniec”, ale są dziełem dojrzalszym i obliczonym na inny efekt. Przede wszystkim bowiem są powieścią obrazującą cały złożony mechanizm działania pamięci – która wraca nieproszona, uruchomiona przez rzecz z przeszłości, skojarzenie, własną wyobraźnię. Sporą rolę w powieści, będącej też czymś na kształt osobistej powieści rozliczeniowej autorki, pełni nawiedzająca ją mara siostry. Ten duch czy to zmyślenie powraca w kółko chcąc wałkować jeden i ten sam temat: co by było gdyby, czyja jest wina, jaki kamyk w lawinie wydarzeń spowodował tak straszliwe następstwa. Rolleczek pomału odsłania zakamarki tego wątku, który przy pierwszej mojej lekturze dominował nad innymi (no bo: co tak właściwie się stało?), a podczas tej drugiej harmonijnie zgrał się z innymi. 
 
 
 

Urocze wakacje” to też taka powieść, którą można nazwać the best of autorki. Zbiera wątki obecne w innych jej książkach – trochę dlatego, że Rolleczek garściami czerpie z własnego doświadczenia, więc znajdą się tutaj odniesienia do życia w prowadzonym przez zakonnice sierocińcu, a trochę dlatego, że rodzina dostarcza dla niej sporej inspiracji, stąd pewnymi echami powracają też postaci chłopięce z trylogii o Kubie. Ale nie zrozumcie mnie źle, to, że wracają, nie znaczy, że są takie same czy że autorka się powtarza – przetwarza je, dopełnia, wykorzystuje w nowych układach. Więc jeśli pozostać przy porównaniu do the best of, to nie jako szpuli znanych przebojów, ale odświeżonych, nowych nagraniach w odmiennych aranżacjach.

Co Wam jeszcze mogę powiedzieć? Czytajcie „Urocze wakacje”, bo bardzo warto!

___
Na wycieczkę z Natalią Rolleczek udało mi się kilka osób namówić – na razie swoje wrażenia opisały również autorki blogów Przeczytałam książkę i Literackie skarby świata całego.

Weź dokładkę!

29 komentarze

  1. Ja się zastanawiam, czy w pisaniu Rolleczek można mówić o zamierzonym efekcie. Większość jej książek robi jednak wrażenie pisanych dość spontanicznie i bez jakiegoś ścisłego planu (vide Teodora i Judyta). Ale czy zamierzony, czy nie - na pewno efekt jest bardzo dobry. Ale aktualnie jestem zakochany w trylogii o Kubie i Urocze wakacje muszą ustąpić pola :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Generalnie zgadzam się, jeśli chodzi cykl o Judycie i o Teodorę, dorzuciłabym jeszcze "Oblubienice". Ale pozostałe powieści są rozplanowane i pisane z namysłem -- "Drewniany różaniec", bo efekty są tam poobliczane, podobnie jest z "Uroczymi...".

      Och, trylogia o Kubie jest cudowna! A listonosz się już pojawił? Jestem ogromną fanką listonosza ;-).

      Usuń
    2. W Kubie trudno mówić o planie, to znowu zbiór epizodów :) Listonosz dawno był. Łyknąłem zbiorowe wydanie w dwa dni. Zastanawiam się, czemu mnie ta książka nie urzekła w dzieciństwie, ale chyba była zbyt zwyczajna. A teraz - kopalnia smaczków!

      Usuń
    3. Kuba jeszcze przede mną, tak jak Judyta. Teodory nie udało mi się zdobyć. Ciekawa jestem, jak wypadną. Mnie na razie z wszystkich przeczytanych też "Urocze wakacje" podobały się najbardziej.

      Usuń
    4. @Zacofany.w.lekturze, ale mimo wszystko kręgosłup każdej z tych trzech części jest solidniejszy niż w przypadku Judyty czy Teodory. W "Kubie..." mamy wątek ogrodu, w "Wyspie..." wakacje i tajemnicę leśnika, a "Choinka..." to ładne zwieńczenie trylogii, gdzie dowiadujemy się więcej o każdym domowniku. Coś jak ukłon w stronę fanów dwóch pierwszych części :-). Mnie się strasznie podobało, że można się dzięki tym książkom przenieść do dzieciństwa, ale może czytając to w dzieciństwie wcale bym się aż tak nie zachwyciła. Trudno stwierdzić ;-).

      @Anna, bardzo jestem ciekawa, czy też Cię tak urzeknie :-). Gdybyś chciała przeczytać "Teodorę..." mam własny egzemplarz ostatecznie i mogę Ci wysłać, daj znać! Natomiast mimo ogromnej miłości, jaką zapałałam do trylogii o Kubie, jednak "Urocze wakacje" są moją ukochaną książką Rolleczek póki co. Ciekawa jestem tych historycznych, ale i na nie przyjdzie czas! :-)

      Usuń
    5. Oczywiście, aczkolwiek poza Wyspą żadna z książek o Kubie nie jest klasyczną powieścią z fabułą. Mimo wszystko to są bardzo udane rzeczy. Zastanawiam się, na ile Kuba to starszy syn pisarki i w ogóle na ile to autobiograficzne. Choć podejrzewam, że raczej inspirowane.

      Usuń
    6. Zapewne inspirowane, ale zabieg, by wykończyć rodziców Kuby (choć na różny sposób) już na początku całej historii jest w tym kontekście zabarwiony dość czarnym humorem ;-).

      Usuń
    7. Fakt. I dziadkowie jakby z innej bajki. Czyli co najwyżej jej syn był gadułą i fantastą :D

      Usuń
    8. Ale jak fajnie się po lekturze "Kuby..." zastanawiać nad Kubą z "Uroczych wakacji" i jest aż pokusa doszukiwać się jakichś odniesień ;-).

      Usuń
    9. Serio? To mi do głowy nie przyszło, a i jakby punktów stycznych nie widzę :D

      Usuń
    10. A mnie jakoś kusiło, myślałam sobie, hm, to jest pierwowzór Tego Kuby -- i ta postać jakoś mi się tak wybiła z tła, na którym była, kiedy czytałam "Urocze..." po raz pierwszy :-).

      Usuń
    11. Mnie się wybijała tylko narratorka, reszta to wyłącznie tło. Natomiast jako ojciec nastolatki znam zachowania Kuby, chociaż był sporo starszy :D

      Usuń
    12. Podoba mi się w ogóle, jak narratorka opowiada o swoich synach: jest w tym dużo ciepła, a równocześnie jest to jednak z taką ironią podane, że nie ma "przeczulenia" ;-).

      Usuń
    13. Jakby brać fanaberie takiej młodzieży serio, to człowiek by wylądował w cichym azylu. Albo w cichej celi. Częsty mechanizm obronny :) To mi przypomina trochę Wojnę domową, gdzie metodą matki Pawła było przeczekiwanie kolejnych faz :D

      Usuń
  2. O, to wygląda na książkę, która powinna mi się spodobać. W poniedziałek zerknę w biblio, czy mamy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniecznie! I podziel się wrażeniami po lekturze, jestem bardzo ciekawa!

      Usuń
    2. Jak na złość - mamy dużo Rolleczek, ale nie to :/

      Usuń
    3. Straszna szkoda! Ale ja swój egzemplarz mam z antykwariatu, chyba za całe pięć złotych go wyszukałam, więc nie ma co tracić nadziei :-).

      Usuń
  3. Czekam na ten wpis o polskich powieściach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No muszę się zebrać, lista powoli powstaje, ale wiesz, ciągle mam takie wrażenie, że jeszcze jest potencjalnie tyle wspaniałości, których nie czytałam... Może to będzie taki wpis rozrastający się z dostawkami ;-).

      Usuń
  4. Jak tak sobie czytałam Twój wpis, zaczęłam się zastanawiać, czy aby okoliczności, w jakichś czytałam „Urocze wakacje”, nie wpłynęły na mój odbiór silniej, niż mi się wydawało. Słowem – czy słońce, plaża i wakacyjne lenistwo nie sprawiły, że w jakiś nie do końca świadomy sposób skupiłam się jednak na tym wątku wakacyjnym. Bo w Twoich wrażeniach z lektury on praktycznie nie istnieje, jest tylko punktem wyjścia do tych powrotów w przeszłość, a u mnie jakoś stale wysuwa się on jednak na pierwszy plan. Niby Wy wszyscy, Ty, Zacofany, Ania, czytaliście ją też teraz, w wakacje, a mimo to potrafiliście się wczuć w ten nastrój mrocznej przeszłości, ale może ja po prostu jestem bardziej wrażliwa na warunki, w jakich czytam? Aż mam ochotę przeprowadzić na sobie psychologiczny eksperyment – przeczytać po raz drugi, ale w jakichś diametralnie innych okolicznościach, na przykład w jakiś ponury, listopadowy wieczór, będąc w nastroju wybitnie niewakacyjnym ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałem na plaży, chyba akurat w najbardziej upalny dzień i klimaty wakacyjne to miałem dokoła w nadmiarze :) Te mroczne momenty w tych okolicznościach przyrody robiły większe wrażenie na zasadzie kontrastu. Nie wykluczam, że z kolei w listopadzie skupiłbym się na opisach urlopowych :)

      Usuń
    2. To jest całkiem możliwe, ale myślę, że tych składowych może być więcej: nastrój, moment w życiu, sytuacja, w jakiej się znajdujemy, czy wakacje pogodne, czy deszczowe, czy nad morzem, czy w górach i tak dalej :-). I czy w ogóle oddziałuje na nas otoczenie i okoliczności, bo przecież nie musi. A "Urocze wakacje" da się, okazuje się, czytać wielokrotnie i odkrywać w nich nowe rzeczy. Ja na przykład dopiero teraz załapałam aluzję do "Popiołów", bo akurat je przeczytałam między jedną a drugą lekturą "Uroczych..." ;-).

      Usuń
  5. No proszę, więc to tutaj kryje się źródło tej ostatniej manii panią Rolleczek :) Zanim zaobserwowałam, że w blogosferze krążą rolleczkowe powieści, wypożyczyłam sobie... (uwaga) "Urocze wakacje". Będę o nich pisać, więc chwilowo wstrzymam się z czytaniem recenzji - wrócę porównać wrażenia! A i może zainspirować się innym tytułem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No na to wychodzi :-). To doskonały wybór :-D. Bardzo jestem ciekawa Twoich wrażeń i chętnie o nich porozmawiam :-).

      Usuń
  6. "The best of", powiadasz Pyzo szanowna? Na to właśnie czekałem. Choć wakacje końca dobiegają, zawsze mogę je naciągnąć. Albo i sentymentalnie do nich powrócić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No pewnie! Zresztą ja zawsze uważam, że można czytać do końca kalendarzowego lata, więc w sumie jeszcze trzy tygodnie :-).

      Usuń
  7. A kiedy będzie recenzja "Bogatego księcia"? Czekam niecierpliwie. :) Przeczytałam i jestem ciekawa Twoich wrażeń.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciałabym w tym tygodniu, zależy od tempa czytania -- jestem póki co w 1/3 całości :-). Ale będzie na pewno, z chęcią przegadam wrażenia :-)!

      Usuń