Dziwności podróżnicze albo o „Four Weird Tales” A. Blackwooda

 
Jeszcze rzutem na taśmę, śledząc nurt weird, przeczytałam w tym miesiącu zbiór czterech opowiadań Algernona Blackwooda…


...i tak jak „Wierzbami” byłam całkowicie oczarowana, tak „Cztery dziwne opowieści” pozostawiły mnie raczej obojętną. Dlaczego tak się stało? Mam pewne podejrzenia. Podstawową sprawą są tutaj pomysły: dość przewidywalne. Inną: że nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że wszystkie cztery opowiadania powstały z chęci nieskrępowanego opisywania przyrody i detalicznego odmalowywania bohaterów. Problem w tym, że ani o tej przyrodzie, ani o tych bohaterach to my tak znowu dużo wiedzieć nie chcemy.

Ale o co chodzi – może na początek? Zbiorek składa się z trzech opowieści dziwnej treści (wybaczcie, nie mogłam się oprzeć). „Szaleństwo Jonesa” to historia sekretarza w biurze ubezpieczeń, który od zawsze czuł, że gdzieś tam jest jakiś inny świat, który do niego przemawia, a on sam spleciony jest losem swym z losami innych osób, w czym swój udział miał długi szereg ich kolejnych wcieleń. Kiedy więc okazuje się, że w jakiś sposób jego awans zawodowy wiąże się z awansem jego kierownika, a on sam zaczyna widywać ducha kolegi z pracy, twierdzącego, że kierownik to obecne wcielenie pewnego paskudnego osobnika, Jones przedsięweźmie raczej mało zdroworozsądkowe kroki. „Człowiek, który się dowiedział” to z kolei historia dwójki archeologów: ten starszy marzy o odkryciu Tablic Bogów, które wyjaśniałyby, jaki jest cel ludzkości, temu młodszemu imponuje zapał i skłonność do wpadania w mistyczne uniesienia tego starszego. Starszy odkrywa w końcu tablice, które okazują się czymś zupełnie innym, niż zakładał, młodszy musi zaś radzić sobie z konsekwencjami tego odkrycia. Gościnnie występuje pewien doktor od hipnozy. Trzecie opowiadanie, „Urok śniegu”, to historia pewnego Anglika, który by bardzo nie chciał być angielski, ale cóż zrobić, nawet w Alpach niespecjalnie mu się to udaje. Aż poznaje piękną, dziwną dziewczynę przychodzącą pojeździć na łyżwach – tylko czemu w środku nocy? I wreszcie „Piasek”, opowiadanie zajmujące ponad połowę zbioru, czyli znowu Anglik na wyjeździe, tym razem w Egipcie, znowu wpada w podejrzane towarzystwo, rojące o potędze starożytnych Egipcjan i odprawiające dziwne rytuały nocą na pustyni. 
 
 

 
Z tych czterech najlepiej moim zdaniem prezentuje się „Urok śniegu”. Bohater ma o sobie co prawda bardzo dobre zdanie i bardzo złe zdanie o innych, którzy wydają mu się nudni i zwyczajni – to zresztą casus wszystkich właściwie bohaterów opowiadań z tego zbioru – więc sam się pcha w zastawioną na niego pułapkę, ale opisy przyrody dodają opowiadaniu klimatu, a stara legenda zostaje ciekawie ożywiona. Blackwood fajnie też pogrywa tutaj motywem „zasięgu dzwonów” i „jak trwoga, to do Boga”, więc choć liczyłam na nieco większy dreszczyk emocji, byłam całkiem kontenta. Niestety taki „Piasek”, oparty na podobnym pomyśle, już aż tak dobry nie jest – bohater ciągle rozmyśla, jego rozmyślania są, powiedzmy sobie to szczerze, nie aż tak zajmujące, a to, co w „Uroku śniegu” dodawało klimatu, w „Piasku” powoduje, że historia snuje się w tempie ślimaczym i sprawia wrażenie nieco wypchanej. Zresztą to, że te opowiadania ze sobą sąsiadują, też nie za dobrze „Piaskowi” robi, bo pomysł jest tu podobny (Anglik na wyjeździe, lokalne mroczne potęgi, pewne zjawisko przyrodnicze jako synonim zagrożenia, ożywiona przyroda), a wykonanie znacznie bardziej… Właściwie nie wiem, jakby to nazwać: od niechcenia? Brakuje tu tempa i to chyba największy problem tego opowiadania.

Co do dwóch pierwszych opowiadań ze zbioru to powiem Wam, że nie robią one piorunującego wrażenia, ale też ich czytanie jakoś specjalnie nie boli. W „Szaleństwie Jonesa” zasadniczo i tak wiadomo, co się stanie (choć aż prosiło się o jeszcze jeden twist fabularny), można je zresztą czytać zarówno jako historię niesamowitą, jak i studium psychiki ludzkiej powoli osuwającej się w szaleństwo. Od czytelnika zależy, czy uwierzy w historię o reinkarnacji, czy uzna bohatera za człowieka z problemami. Można je nawet czytać troszeczkę po Kafkowskiemu i też nic tu nie stracimy. Słowem: może nie wielkie dzieło, ale całkiem przyjemne opowiadanie (w sensie formy, treściowo – jest dreszcz grozy). „Człowiek...” – tu mam już więcej zastrzeżeń, bo choć uczony, który odkrywa coś zupełnie innego niż chciał, to motyw, który lubię (M. R. James jest tu niezawodnym wykonawcą!), to tutaj od połowy autor jakby nie miał do końca pomysłu, co z tym fantem zrobić. Rozwiązanie sprawia więc wrażenie dopisanego nieco na siłę, ot, żeby po prostu jakieś rozwiązanie było. Nie mam też przekonania, że było do końca tak logiczne, jak starał się to wywieść autor. 
 
Spojler: owszem, archeolog zapomina o swoich ostatnich dwóch godzinach życia, ale przecież na ten temat rozmawiał ze swoim kolegą latami, a o tablicach dowiedział się znacznie wcześniej – to by chyba jednak nadal pamiętał? Koniec spojleru.
 
 
A czym będziemy się straszyć w październiku...?


No i tak to wyglądała moja przygoda z „Four Weird Tales”. Po opowiadania Blackwooda jeszcze sięgnę, chociaż ten zbiorek mnie, nie będę ukrywała, trochę wymęczył. Ale może to po prostu wypadek przy pracy i nie do końca dobre zestawienie akurat tych czterech opowiadań w jednym tomie? Przekonamy się.

2 komentarze:

  1. Czego według Ciebie najbardziej zabrakło tym opowiadaniom?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zwięzłości -- nawet nie takiej "ilość znaków na stronę", bardziej "wiem, co właściwie chcę powiedzieć, a nie tak rozwadniam, mydlę, jakiś kolejny opis pustyni dodam...". Zwłaszcza że, jak wspominałam, ani bohaterowie specjalnie pasjonujący, ani też -- za wyjątkiem może "Uroku śniegu" -- okoliczności przyrody.

      Usuń