No to po jednym? Albo o strategiach czytania opowiadań

 
Tak sobie po ostatnim wpisie pomyślałam, że w gruncie rzeczy z czytaniem opowiadań sprawa nie jest taka prosta i to, jak są czytane, zależy w dużej mierze od upodobań czytelnika, dostępności książek, a nawet pewnego rodzaju kultury księgarskiej. A co, jak już ma zależeć, niech zależy od czegoś poważnie brzmiącego!


Nie wiem, jakie są Wasze preferencje dotyczące opowiadań – ja przez dłuższy czas czytałam ich mało, dopiero „Klasyka Horroru” w tym roku nauczyła mnie po nie odważniej sięgać. Dlaczego? Bo wychodziłam z założenia, że już jak mam czytać książkę, to niechże ją skończę. A wiadomo, z opowiadaniami bywa różnie: jedne są lepsze, inne gorsze, i tak nie zawsze mamy ochotę na każdy temat, który autor porusza. To sprawia, że najprostsza strategia czytania opowiadań – czyli wszystkienaraz (to znaczy te, które znajdują się w jednym tomie) – nie zawsze się sprawdza. Może nie będę od razu twierdziła, że zniechęca, ale jeśli należycie do tego typu czytelników, których po nocach dręczą niedoczytane książki, a leżące przy łóżku tomiki do podczytywania co jakiś czas zupełnie do Was nie przemawiają, może faktycznie zniechęcać do czytania opowiadań jako takich.

Dlatego lepiej sprawdza się niekiedy czytanie po jednym, dla smaku. Ot, akurat mamy ochotę na coś, co dzieje się na danej szerokości geograficznej / epoce historycznej / planecie innego układu słonecznego i nie mamy ochoty na zagłębianie się w wielowątkową powieść. Wtedy w sam raz pod rękę aż pchają się opowiadania, możemy wybrać jedno lub kilka, żeby przetestować możliwości autorów i prezentowanych przez nich światów. Opowiadania mają też to do siebie, że zwykle są krótsze od powieści (właściwie chyba zawsze powinny być krótsze… prawda?), więc nawet jeśli odczuwamy przymus kończenia tego, co czytamy, nie jest to bolesne, a jeśli możemy swobodnie porzucać – porzucamy, nie wyrzucając sobie równocześnie, że przecież te sto stron przetrwaliśmy, a to już jedna czwarta. Można też mieć ulubionego autora i wracać do jego opowiadań kontemplując je powoli i mlaskając ze smakiem (lub – w przypadku słabszych – z dezaprobatą). To też całkiem dobre rozwiązanie, jeśli w stylu, poetyce, sposobach pisania autora jest coś, co nas przyciąga, ale i drażni. Krótka forma jednak pozwala na szybsze rozstanie się ze światem przedstawionym, nie negując jego uciech, a niwelując wady.
 
 
Dzisiejszy wpis ilustrują bobry, bo bobry budują swoje żeremia z małych elementów, coś jak tomiki złożone z opowiadań... Nie, tak serio to nie mam jakiejś jasnej myśli przewodniej. Po prostu chyba jeszcze nigdy nie było tu bobrów.
 

No właśnie, a jak już jesteśmy przy autorach, którzy przyciągają, ale i odpychają, to kolejnym sposobem czytania opowiadań jest testowanie. Czego? Na pewno spotkaliście się z radą, że jeśli nie macie ochoty na „Ulissesa” (który akurat łypie na mnie z półki, ho, ho, już niedługo się za ciebie, „Ulissesie”, zabieram!), warto przeczytać „Dublińczyków” – ot, też Joyce, a jednak zjadliwszy. Coś podobnego można zrobić też z opowiadaniami: macie ochotę poznać twórczość jakiegoś autora, ale niekoniecznie kusi Was w tej chwili jego opus magnum ani nawet powieść z wczesnego okresu twórczości? Może pisał opowiadania, gdzie można zapoznać się z jego stylem, poczuć, czy jest nam z autorem po drodze, czy może niekoniecznie. I tak zamiast świata „Wojny i pokoju” sprawdzamy, o co chodzi ze „Śmiercią Iwana Iljicza”. Jasne, bywa, że autor to bestia bezlitosna i zupełnie zmienia się w opowiadaniach, a innym jest w powieści – no, ale to ryzyko, które czasem trzeba ponieść.

Hm, czasami bywa też tak, że samo opowiadanie – samo, samo – kusi. Kiedy? Kiedy na przykład jest to opowiadanie bardzo znane. Ba, można by chyba poruszać się po literaturze światowej szlakiem słynnych opowiadań i podążać tą ścieżką dość długo (w końcu wiadomo: opowiadania inspirują opowiadania), i z rzadka zapuszczać się na powieściowe bezdroża. Przy tej okazji warto wspomnieć, że czasami nie mamy ochoty samotnie przedzierać się przez krótszą twórczość pisarza albo kusi nas raczej temat, a nie autor. Tu w sukurs przychodzą nam antologie – czasami tematyczne, czasami prezentujące dorobek autorów z jakiegoś kręgu kulturowego, czasami zaś bez większego związku. Warto też, meandrując sobie swobodnie po temacie, zauważyć, że ze zbiorami opowiadań też sprawa nie jest taka oczywista: jeśli autor sam ułożył i wydał zbiór opowiadań, wszystko jasne. Ale przecież są zbiory, które mają za redaktora kogoś innego niż autor – czasami przyświeca im jakaś myśl przewodnia, a czasami po prostu prezentują to, co zostało przetłumaczone (już wcześniej lub akurat na potrzeby tego zbioru). Można też wtedy czasami poczuć wspólnotę fanowania z tłumaczem, który wybrał te, a nie inne opowiadania.
 
 
 

A czy Wy macie ulubiony sposób na czytanie opowiadań? Czy korzystacie z któregoś z opisanych – czy też w trakcie lektury wpisu towarzyszyło Wam wrażenie, że haniebnie o czymś zapomniałam? A tak swoją drogą, pisałam kiedyś o 10 moich ulubionych  opowiadaniach i tak coś czuję, że ten wpis zasługuje już chyba na suplement.

Weź dokładkę!

45 komentarze

  1. W kwestii czytania wszystko zależy od materiału. Ale ja akurat nie mam cierpliwości do wydzielania sobie po jednym opowiadaniu dziennie, więc czytam tyle, ile wytrzymam.
    Natomiast odchodząc od metod czytania, czy zauważyłaś, jak mocno zdewaluowało się pojęcie opowiadania? Kiedyś opowiadaniem było Śniadanie u Tiffany'ego, a dziś cztery strony w tygodniku. Pojęcie noweli w ogóle wyszło z użycia, pewnie autorzy się wstydzą, że ktoś mógłby ich postawić obok Naszej szkapy. Ale, szanowni autorzy, bez obaw. Do Konopnickiej i jej nowel wam daleko :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po angielsku Sniadanie jest klasyfikowane jako novella czyli cos co jest dluzsze od opowiadania a krotsze od powiesci. Moim zdaniem idealnie pasuje do tej kategorii. Po polsku chyba brakuje odpowiednika, rzeczywiscie, jest od razu opowiadanie a potem mikropowiesc.

      Usuń
    2. @Piotr, "tyle, ile wytrzymam" to bardzo dobre rozwiązanie ;-). Zwłaszcza tam, gdzie autor ma bardzo powtarzalny styl albo stosuje te same zabiegi fabularne, co przy jednym opowiadaniu potrafi zasmakować, przy większej ilości z kolei -- męczyć. Ha, a co do noweli: zauważyłam! Nawet przy pisaniu tego wpisu myślałam sobie, co się stało z nowelami. Nie powiedziałabym nawet, że się to pojęcie zdewaluowało, raczej faktycznie znikło, nikt nie pisze już nowel :-). Czy przez skojarzenie z pozytywistycznymi nowelami? Dobre pytanie!

      @Hannah, no właśnie, z tego, co pamiętam, nowela ma zazwyczaj raczej jeden wątek, powieść zaś -- wiadomo -- znacznie więcej. I robi się problem, bo co z utworami, które nie pasują ani tu, ani tu? Bardzo ciekawie o tym piszą redaktorzy dzieł zebranych Prusa, bo u niego w dorobku jest kilka takich rzeczy, które nie są nowelami, powieściami też jakby raczej nie.

      Usuń
    3. Mnie się raczej wydaje, że autorzy stracili świadomość gatunkową, każde z przeproszeniem byle co jest nazywane opowiadaniem - może pod wpływem szkoły? "Napisz opowiadanie o wakacyjnej przygodzie" i pisało się trzy strony. Swoją drogą, czy poza fantastami ktoś jeszcze u nas pisuje rasowe opowiadania?

      Usuń
    4. O tym samym właśnie myślę: bo opowiadania fantastyczne mają się dobrze, natomiast inne -- tak właściwie to natykam się czasem na jakąś wiadomość o "konkursie na opowiadanie", są oczywiście wznowienia opowiadań (choćby Filipowicza ostatnio), ale poza tym...? Nie wiem, czy ich nie ma, czy ich po prostu nie kojarzę. A co do świadomości gatunkowej: coś w tym jest, bo chociaż rozgraniczenia gatunkowe treściowe, które się zacierają, raczej mnie nie smucą, to te formalne faktycznie każą się zastanowić, czy potrzebne są już li i jedynie literaturoznawcom, czy może jednak płynęła z nich jakaś korzyść poznawcza i dla czytelnika.

      Usuń
    5. Filipowicz, Himilsbach (chociaż on raczej nowelista, jeśli trzymamy się gatunkizmu :P) a dziś? Jedno co widzę, to antologie opowiadań świątecznych i kryminalnych, czyli też raczej obrazki i nowelki. Chociaż taki Skoruń Płazy to powieść, czy zbiór opowiadań?
      Ścisłe podziały gatunkowe zawsze raczej służyły specjalistom niż czytelnikom. Skoro się podoba, to co za różnica, czy opowiadanie, czy nowela :)

      Usuń
    6. O tak, ale te antologie świąteczno-kryminalno-okazjonalne to chyba raczej teraz przeżywają swoje odrodzenie, prawda? Może ich wcześniej nie zauważałam, ale mam wrażenie, że popularne zrobiły się jakoś od kilku lat. No i jasne, gatunkizm bezwzględny nie ma w większości zastosowania, ale z drugiej strony -- jeśli chodzi o formę -- to czasem ma się raczej ochotę na coś krótkiego, czasem na dłuższego, i nie zawsze musi to być powieść ;-). Chociaż raczej nie zakrzyknęłabym "czuję się oszukana, miało być opowiadanie, a to minipowieść, porzucam!" ;-).

      Usuń
    7. Wydawnictwa zwęszyły popyt, kilka znanych nazwisk na jednej okładce napędza sprzedaż, a taka antologia idealna na prezent :D
      Zwróć uwagę, że w dzisiejszych czasach coraz trudniej o coś krótkiego, wszyscy się zaparli na cegły po 800 stron, i nieważne, czy saga rodzinna, czy kryminał. A a propos podziałów, to czytałem niedawno Komorników Orkana i tak się zastanawiam, czy to opowiadanie, czy krótka powieść :D

      Usuń
    8. To jedna sprawa, że takie opowiadania zebrane przy okazji czegoś świetnie się wpasowują w poszukiwanie prezentu, druga, że takie opowiadania tematyczne znanych pisarzy pozwalają sobie zrobić przegląd "the best of" i czy warto się kusić na większe formy w ich wykonaniu. Tak sobie myślę, że to też tak może działać :-).

      To prawda, ciekawe, gdzie są korzenie tego zjawiska -- to w ogóle zastanawiające, że ilość stron ma się niby przekładać na jakość tego, co na tych stronach jest.

      Usuń
    9. Owszem, daje to pewne pojęcie o autorach, sam ostatnio czytałem opowiadania Agnieszki Hałas, żeby się zastanowić, czy chcę czytać jej powieści :)
      Realnie patrząc, te tomiszcza w wielu przypadkach wcale nie są takie wielkie (wszystko jest kwestią czcionki i marginesów) i pewnie w latach 80. by ten sam tekst upchano na 300 stronach. Ale ja stawiam na to, że czytanie takich tomiszcz może być uważane za "nobilitujące": patrzcie, jakie grube książki czytam. A gruba książka, wiadomo, musi być poważna i wartościowa :D

      Usuń
    10. Czyli, innymi słowy, to jest taka broń trójsieczna: wydawnictwo wydaje księgę wyglądającą zacnie, czytelnik zadowolony, że pokaźny rozmiar pewnie oznacza długą i ciekawą lekturę, a i pisarz chyba nie narzeka, że wydano go nikłym drukiem z marginesem wielkości zupełnie niezauważalnej ;-).

      Usuń
    11. Tylko w pewnym momencie czytelnik się w tom zagłębia i wtedy to już wcale nie musi być zadowolony :D

      Usuń
    12. Jako adwokat diabła muszę zauważyć, że coś podobnego może się przydarzyć i z tomem opowiadań ;-).

      Usuń
  2. No akurat Dublinczycy sa zalecani jako remedium nie dlatego ze to krotkie tylko dlatego ze bardziej tradycyjne narracyjnie ze tak powiem i przez to latwiej przyswajalne. Poza tym w Irlandii tradycja opowiadania (takze ustnego) jest nadal zywa wiec ludzie nie odrzucaja opowiadan. Nawet organizuje sie warsztaty, takze dla dzieci. Seanchai jak sie ich nazywa trzymaja sie wciaz. A jeden z aktorow jak podaje Wikipedia gral ich dosc czesto i nawet mial monodramy "opowiadajace" w jednym z wiekszych teatrow Dublina.

    Ja ostatnio mam na czytniku dziela wszystkie Algernona Blackwooda. Jest tego tyle ze naprawde nie daloby sie czytac jednym ciagiem. Ale kiedy mam akurat nastoj to sobie wybieram jedno, ktorego tytul do mnie przemowi (lub kilka jesli nastroj sie utrzymuje). Tak sobie sacze powoli.

    Jedyne opowiadania ktore przeczytalam hurtem to byla Katherine Mansfield i do dzis pamietam ten caly wachlarz emocji. Narrator u Mansfield jest na ogol bardzo taki chlodny w dobrym sensie. Jak powiew w upal. I umie zwracac uwage na drobiazgi, ktorych sie nie zauwaza a powinno. To sie bardzo dobrze w opowiadaniach sprawdza. I ten maraton mnie zachwycil bo to byl szeroki wachlarz. A teraz ostatnio Salley Vickers. Ona jest nietypowa, bo praktykowala jako psychoterapeutka wiec jej wglad w psychike i umiejetnosc oddawania roznych aspektow osobowosci pochodzi jakby z troche innych zrodel i to jest bardzo ciekawe. Neila Gaimana musialam sobie dawkowac bo on ten swoj czarodziejski kociolek napelnia tak roznymi rzeczami ze nie da sie hurtem czytac. W glowie sie kreci.

    Natomiast bardzo nie lubie antologii roznych autorow. Po prostu nie. To jakby kilku malarzy rownoczesnie machalo pedzlami nad tym samym plotnem. Chaos i tyle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, masz oczywiście rację, że przystępniejsze, ale myślę, że długość ma tu pewne znaczenie :-). W ogóle jeśli chodzi o tradycje opowiadania ustnego, to mam wrażenie, że one się odradzają, ale nie idzie to wszędzie w parze z renesansem opowiadania jako formy pisanej. Są na przykład i w Polsce festiwale opowiadania (ustnego), ale z drugiej strony nie widzę, żeby się to (jeszcze?) przekładało na popularność opowiadań pisanych. Tak się zastanawiam, czy kojarzę zbiory opowiadań obyczajowych wydawane współcześnie (nie wznowienia) i być może po prostu nic mi nie przychodzi do głowy.

      O, też właśnie mam Blackwooda ponownie na celowniku ze względu na weird fiction :-). Podobnie z Mansfield -- bo akurat będzie we wrześniowych Piknikach z Klasyką :-).

      Natomiast co do antologii: lubię to, że potrafią mi zwrócić uwagę na jakiegoś autora, który inaczej by mi zapewne umknął. Jasne, bywają chaotyczne, ale czasem coś zalśni w nich i przykuje oko ;-).

      Usuń
  3. Jestem tym niecierpliwym duchem, który nawet najgrubsze książki czyta na raz, więc zbiory opowiadań tym bardziej :) Jednak kiedy czytam coś na uczelnię albo muszę potem napisać jego recenzję to opowiadania bardzo ułatwiają sprawę. Jedno przeczytam sobie w tramwaju, drugie gotując obiad, trzecie następnego dnia i tak dalej, bez obawy, że stracę wątek. Albo kiedy okazują się wyjątkowo niestrawne - jak choćby Iwaszkiewicz. Zbiór jego opowiadań czytałam trzy dni, co stronę powtarzając sobie, że muszę to przeczytać, żeby nie wyjść na debila na egzaminie. Po każdym opowiadaniu robiłam sobie dłuższą przerwę na zebranie sił życiowych i zjedzenie czegoś dobrego. Gdyby to była powieść to bym nie wytrzymała i przeczytała streszczenie. Jak samo depresyjne dzieła wojenne czy Hrabala jestem w stanie czytać tylko w małych dawkach, więc bardzo dobrze, że to najczęściej opowiadania... Może przewidywali, że będą tacy niestrawni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, który Iwaszkiewicz tak Cię zniechęcił? Ja uznaję go za jednego z moich ulubionych opowiadaczy, te rzeczy są tak kunsztownie pomyślane i przeprowadzone, że zawsze jestem pod wrażeniem :-).

      Usuń
    2. Iwaszkiewicz jest zimny stylista, w każdym razie w tym, co czytałem. No, Matka Joanna się wyróżniała nieco.

      Usuń
  4. Ja, jak to ja, czytam różnie. :) Potrafię czytać zbiór opowiadań kilka miesięcy, czytając po jednym utworze dziennie, ale też jak w przypadku Etgara Kereta, którego zbiory są niezwykle krótkie, a opowiadania z reguły 2-3 stronicowe, zdarza mi się czytać po 2-3 opowiadania dziennie. Tylko tu po jednym nadal miałam niedosyt. Z reguły jednak wolę sobie opowiadania dawkować, chyba że mam mało czasu, bo np. dopada mnie dużo nauki na uczelni. Wtedy zabieram się za tom opowiadań i czytam ciągiem, niemniej gdy jest dużo nauki, to i tak wychodzi na to, że czytam po jednym dziennie. I tak samo jak z opowiadaniami mam na przykład z felietonami - tego też nie da się czytać na raz. :) Jest jeszcze kwestia opowiadań tak długich, że nie da się ich przeczytać w jeden dzień (niektóre Iwaszkiewicza na przykład), ale za takie się jeszcze nie zabrałam, więc nie mam metody. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, jest kilka takich gatunków, które faktycznie podobnie jak opowiadania wymagają zróżnicowanego podejścia (wspominałam już tu Prusa, ale choćby jego "kroniki", które są przecież rodzajem felietonów właśnie). Co do niedosytu: mnie się czasem zdarza, że sięgam zaraz po kolejne opowiadanie autora właśnie z tego powodu i okazuje się, że pechowo trafiłam na nie takie znowu dobre opowiadanie, i zasmucam się ;-). Na szczęście można potem sobie poprawić wrażenie kolejnym :-).

      Usuń
  5. Bardzo lubię opowiadania (ale to raczej wiadomo, wystarczy zajrzeć na mój blog;) i uważam je za niezwykle wymagającą formę literacką. Raczej je sobie dozuję, ograniczając się do jednego dziennie. Mogę wtedy się nim nacieszyć, przemyśleć, na spokojnie coś o nim napisać. Chociaż czasami aż chciałoby się przeczytać od razu całą antologię;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ba, jesteś dla mnie inspiracją pod tym względem :-). Faktycznie opowiadanie jest wdzięczną formą pod tym względem: można sobie poprzeżuwać wrażenia przez czas jakiś i nie pędzić dalej, zastanawiając się, co to będzie :-).

      Usuń
  6. Z reguły czytając opowiadania łykam jedno dziennie, nie więcej, bo tekst musi wybrzmieć, ułożyć się w mnie, chwilę się muszę zastanowić, zanim wejdę w następny. Ostatnio coraz bardziej przekonuję się do opowiadań. Kiedyś dawno czytałem znakomite dwa zbiory W. Somerseta Maughama i opowiadania Sama Sheparda, ale potem przez lata nic. W tym roku zachwycił mnie MacLeod, nieco mniej Pizzolatto. W kolejce czeka Wells Tower, no a przed nim wypadało by nadrobić Carvera, bo to ponoć istotny punkt odniesienia. Generalnie to ciekawa forma, wymagająca wielkiej dyscypliny pisarskiej. I nawet choć generalnie lubię teksty epickie, szerokoekranowe, wspaniale wszedł mi taki MacLeod, u którego każde zdanie jest świadectwem głębokiego namysłu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, przez swoje skondensowanie opowiadanie dobrze jest sobie na jakiś czas zostawić w sobie, żeby nad nim podeliberować -- jeśli jest dobre, zostawia faktycznie jakiś rodzaj echa. Z autorów, których wspominasz, czytałam Maughama (w liceum nawet dość sporo, bardzo dobrze mi się go czytało), o pozostałych słyszałam, ale nie miałam do czynienia. Co MacLeoda poleciłbyś na początek :-)?

      Usuń
    2. Po polsku wyszedł tylko "Utracony dar słonej krwi": http://www.zaokladkiplotem.pl/2017/06/zew-nowej-szkocji-alistair-macleod.html . Inna rzecz, że MacLeod niewielki ilościowo dorobek - dwa zbiory opowiadań ("Utracowny dar..." to pierwszy z nich) i jedna powieść. Mimo tego uważany jest za najlepszego pisarza Kanady. Liczę, że Wiatr od Morza wyda też resztę jego dorobku.

      Usuń
    3. Upoluję w takim razie, wygląda bardzo obiecująco :-)!

      Usuń
  7. No jak to? Przecież bobery też mają podobne dylematy. Nie raz i nie dwa pewnie taki stwór zastawiał się, czy spędzić dużo czasu i zębów na wielkim pniu, czy też może na szybko przegryźć kilka cieńkich drzewek.

    A tak bardziej serio - ja zdecydowanie wolę podejście krok po kroku, zwłaszcza w przypadku antologii różnoautorskich.

    Różnice długościowe między novel, novellete, short story, a całą resztą to w ogóle dla mnie czarna, płynna magia. U nas jest z tym nieco lepiej, ale przez to zakres długościowy "opowiadania" jest sporo większy. I zgadzam się z tym, że w Polsce opowiadania poza fantastyką są na wymarciu niemalże. Zawsze mnie zastanawiało, czemu ta forma się u nas nie przyjęła zbytnio.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No kiedyś opowiadania kwitły. A teraz nie kwitną, z jednego powodu, moim zdaniem: gdzie mają być publikowane? Fantaści mają swoje pisma, każde z nich co miesiąc czy kwartał musi czymś wypełnić łamy, więc jest popyt.

      Usuń
    2. No właśnie, chyba mało które wydawnictwo skusiłoby się na tom opowiadań jednego autora. A czasopisma literackie biorące polskie opowiadania... Hm, nie wiem nawet szczerze mówiąc, czy w "Twórczości" lub "Odrze" coś by się znalazło? Wydaje się, że opowiadanie to właśnie taka forma "z periodyku", która później zostaje wydana w tomiku, jak uzbiera się ich więcej. W XIX wieku, kiedy opowiadania gościły sobie w czasopismach, w dziennikach, kwitły sobie dość spokojnie ;-).

      Usuń
    3. Otóż to. A piękna tradycja powieści w odcinkach? Chociaż to by pewnie oznaczało, że pół godziny po wydaniu gazety skany odcinka byłyby na fejsie.

      Usuń
    4. Wydaje mi się, że powieść w odcinkach była często umotywowana ekonomicznie: można było sprawdzić, "czy idzie" (są przecież powieści tego typu, które się zawieszało albo które się potem nie ukazywały książkowo), no i jeśli czytelnik się wciągnął wiadomo było, że będzie kupował. Trochę to też była tradycja, bo jak to, poważne pismo bez powieści w odcinkach ;-)?

      Usuń
    5. Oczywiście, że było to motywowane ekonomicznie, a przy okazji też często wykorzystywano koniunkturę na konkretne tematy - ostatni raz, gdy w 1985 albo 86 Sztandar Młodych drukował w odcinkach Niewolnicę Isaurę :D

      Usuń
    6. Ciekawe, czy gdyby dzisiaj się tak wstrzelić w temat, jakieś czasopismo drukowałoby taką powieść :-D?

      Usuń
    7. Chyba wątpię. Ale może odpowiednikiem powieści w odcinkach są skandynawskie sagi dołączane do Super Expresu?

      Usuń
    8. Coś w tym jest, bo wciąga i łyka się to bardzo szybko :-).

      Usuń
    9. A to nie wiem, w życiu nie próbowałem :D

      Usuń
    10. Pozbawiasz się ciekawego doświadczenia czytelniczego! :-)

      Usuń
    11. Dawno temu przeczytałem eksperymentalnie sześć harlekinów z różnych serii, czuję się zaspokojony w tej kwestii :D Swoją drogą, nowy harlekin co dwa tygodnie to w sumie też była prawie powieść w odcinkach :)

      Usuń
    12. No ja, jak już kiedyś wspominałam, dałam się we wczesnej młodości pochłonąć "Sadze o Ludziach Lodu" i to było bardzo ciekawe doświadczenie, wspominam je z pewnym sentymentem :-). Natomiast harlekinów-harlekinów nigdy nie czytałam, zawsze mnie jakoś nużyły opisy samej fabuły. Ale może trzeba by zobaczyć, z czym to się je, w jakiejś wolniejszej chwili ;-).

      Usuń
    13. Chyba szkoda czasu, fabuły są stereotypowe, język pretensjonalny. Zaletę miały jedną: bardzo dobrą korektę :D

      Usuń
    14. Tak się spodziewam, ale zawsze to okazja, żeby móc potem powiedzieć "znam, wiem, czytałam" ;-). A skąd wynikała ta jakość korekty...?

      Usuń
    15. Chyba z tego, że - jak mówiła legenda - wydawca nie oszczędzał i wdrażał amerykańskie standardy.

      Usuń
  8. Kilka lat temu pojawiło się czasopismo Bluszcz - chciano odtworzyć fenomen tego dawnego, ale cóż. Pierwsze numery było ok, ale z czasem jednak to nie było to, a szkoda, bo zapowiadało się dobrze. Tam pojawiały się opowiadania, ale też fragmenty powieści - dlaczego wybrano sagę skandynawską (taki północny harlekin trochę) nie mam pojęcia. Szkoda tytułu. Właśnie tam widziałabym opowiadania niefantastyczne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten przedwojenny "Bluszcz" faktycznie publikował opowiadania -- a to, że nowemu się nie udawało, to może też jest jakaś oznaka tego, że trudniej się dzisiaj czyta opowiadania drukowane w prasie (albo choćby i powieści w odcinkach?). Nie mam tutaj żadnej jasnej hipotezy, tak tylko gdybam :-).

      Usuń