W pustaciach Ameryki albo o 7 opowiadaniach A. Bierce'a


We wrześniowej odsłonie „Klasyki Horroru 2” czytamy utwory spod znaku weird fiction. To dla mnie doskonała okazja, żeby w ogóle lepiej zorientować się, czym weird fiction w ogóle jest.


W bardzo ciekawym eseju Chiny Mielville’a pod intrygującym tytułem „M. R. James and the Quantum Vampire” (jak mogłam nie przeczytać czegoś, co ma w tytule M. R. Jamesa?) autor pisze o tym, że w zasadzie w gatunku, jakim jest weird chodzi nie tyle o to, co nas straszy, ale jak nas straszy. M. R. James wziął się tam nieprzypadkowo: otóż, jak argumentuje Mielville, James wprowadza do literatury straszydła niekonwencjonalne, owłosione potwory, których bohaterowie doświadczają dotykiem bardziej niż wzrokiem, rzadko w całości. Esej przeczytałam jakiś czas temu i zasadniczo wzięłam sobie to dość proste rozpoznanie Mielville’a do serca. Sięgając więc po polecanego przez Was na Facebooku Ambrose’a Bierce’a zaczaiłam się więc na sam rodzaj strachu, jakiego weird ma dostarczać.

Z tym że – od razu na wstępie muszę to zastrzec – wzięłam na warsztat tom opowiadań Bierce’a „Jeździec na niebie i inne opowiadania”, poprzedzony zacną przedmową Michała Sprusińskiego, a tłumaczony przez autora „Obłędu” Jana Krzysztonia. Ten tomiczek, wydany w znanej i lubianej serii Nike Czytelnika w końcu lat siedemdziesiątych, daje przegląd twórczości Bierce’a z różnych jej nurtów. Są tam więc i opowiadania wojenne, i historie grozy, i makabreski. Czy wszystkie je łączy ten dziwny rodzaj strachu, jakiego szukamy w weird? Poniekąd. Przeczytałam siedem opowiadań i postaram się teraz nad nimi pochylić, żeby dać Wam pewną odpowiedź na to pytanie. A jeśli interesuje Was sam Bierce, polecam wpis Qbusia na jego temat.
 
 
Nie jest to najoryginalniejsza myśl, na jaką wpadłam w tym tygodniu, ale: wpis ilustrują zdjęcia z wojny secesyjnej. Źródło.
 

Najbardziej znanym – i jak twierdzi Wikipedia najczęściej włączanym do antologii w ogóle – opowiadaniem Bierce’a jest Przy moście nad Sowim Potokiem” (pisała o nim również Beata). Rzecz cała wygląda następująco: oto na moście trwają przygotowania by powiesić człowieka. Wokół – żołnierze, skazaniec – już ma pętlę na szyi, w dole – Sowi Potok, opieszale toczący swoje wody dokądś tam. Dzieje się to w czasie wojny secesyjnej, gdzieś na południu, skazaniec jest jednym z tych, którzy z jakichś powodów nie zaciągnęli się do armii konfederatów, choć im z serca sprzyja. Próbując się jakoś zrewanżować narodowi i historii postanowił mimo wszystko dokonać jakiegoś czynu – i tak trafił w sytuację, w której go zastajemy. Opowiadanie zawiera kilka twistów, których zdradzała rzecz jasna nie będę (i ze względu na dużo większą ilość czasów w języku angielskim myślę, że muszą one robić większe wrażenie niż w przekładzie), ale dla mnie jest ciekawym protoekspresjonistycznym (nie jestem pewna, czy takie słowo istnieje, ale wiecie mniej więcej, o co mi chodzi) eksperymentem opisującym względość poczucia upływu czasu i tego, co się właściwie z nami dzieje. Bierce zaciera różnice między tym stanem, w którym niby postrzegamy rzeczywistość, a jednak w gruncie rzeczy jesteśmy we własnej głowie snując marzenia i plany, a tym, jak faktycznie się zachowujemy. A czemu tak nagle wyjeżdżam z tym ekspresjonizmem? Bo widzicie, „Przy moście...” bardzo mocno przypominało mi niektóre opowiadania Ladislava Klimy, Richarda Weinera i innych autorów, których opowiadania możecie znaleźć w antologii „Czas i śmierć”. Oni wszyscy jakoś tam mniej lub bardziej wokół ekspresjonizmu krążyli, doświadczenie I wojny światowej odcisnęło na nich ogromne piętno. Pod tym względem zresztą groza wojny, która wpłynęła na Bierce’a – wojny nowoczesnej i totalnej, jaką była ta z lat 60. XIX wieku w USA – podobnie odbija się w jego twórczości. Oczywiście znacznie wcześniej, ale śledzenie takich podobieństw zawsze wydawało mi się ciekawe.

O ile w „Przy moście nad Sowim Potokiem” ten strach to strach skazańca lub niepewność o jego losy (choć Bierce średnio nam ułatwia zadanie, pokazując skazańca z nie najlepszej strony, ale wyposażając go w myśli o rodzinie), o tyle w kolejnych opowiadaniach, które czytałam, chodzi już zdecydowanie o nastrój grozy. Zacznijmy może od Przygody w Brownville”. Nasz narrator jest kąśliwie usposobionym nauczycielem w małej miejscowości w pięknych okolicznościach przyrody, który zamieszkuje w pokoju w niezbyt przytulnym pensjonacie. Życie płynie mu tak, jak można sobie wyobrazić – narzeka na pensjonat, jedzenie, właścicielkę pensjonatu – aż tu do rzeczonego pensjonatu (wiem, słowo „pensjonat” występuje w tym akapicie z nieprzyzwoitą wręcz częstotliwością) przybywają dwie siostry i ich opiekun. Mężczyzna ma być przyjacielem ich ojca, jest starszy, dystyngowany i zdecydowanie „kasiasty”, więc prywatne nemezis narratora, właścicielka pensjonatu, jest wniebowzięta. Nasz narrator jednak ma pewien kłopot: bo czy tylko wydaje mu się, czy słyszał, jak starsza z sióstr zarzucała swemu opiekunowi chęć morderstwa…? I dlaczego wkrótce znaleziono ją martwą w łóżku (a były to czasy sprzed „wynalezienia zawału”, jak zauważa nasz kąśliwy opowiadacz)? „Przygoda w Brownville” to trochę romans, trochę historia z magnetyzmem w tle – Bierce w ogóle nie stroni od wykorzystywania popularnych w jego epoce wiary w spirytyzm i hipnozę zdolną nakłonić do najróżniejszych rzeczy, a trochę mystery horror. Czego się boimy? Oczywiście dziwnego i niewyjaśnialnego wpływu opiekuna obu sióstr na otoczenie. I, jak to zwykle w klasycznej grozie bywa, los kobiet jest tu nie do pozazdroszczenia.

Jak już przy kobietach jesteśmy – kolejnym opowiadaniem, które przeczytałam, były „Oczy pantery”. Już na początku zostajemy ostrzeżeni, że „obłąkane nie powinny wychodzić z mąż” i jesteśmy świadkami, jak pewna panna odmawia kawalerowi swej ręki twierdząc, że jest dziedzicznie szalona. Kawaler stara się zachować racjonalnie, wszak jego wybranka ma piękne, hipnotyzujące wręcz, oczy, ale historia, którą od niej słyszy, napawa go obrzydzeniem. Czy to nie jakaś legenda miejska, powtarzana w tysięcznych wariacjach, żeby straszyć dzieci? Tak myśli, dopóki coś dziwnego w tym stylu nie spotyka jego samego. Bierce znów daje nam nieszczęśliwą bohaterkę, która nie ma zasadniczo wpływu na swój – a jakże, fatalny – los. Pozostajemy jednak z niepokojącym pytaniem, kto tu był ofiarą, a kto sprawcą? Bo cała sprawa wcale nie jest taka prosta, jak się wydaje (powinnam tutaj dodać jakiś niepokojący wielokropek: … ).

Przejdźmy teraz do dwóch opowiadań, które zdecydowanie są opowiadaniami grozy – mamy w nich nawet, choć nieco nietypowe, ale jednak: duchy. „Śmierć Halpina Fraysera” i „Drogę w świetle księżyca”, bo o nich mowa, łączy motyw nagłego odejścia członka naznaczonej przez zbrodnię rodziny w nieznane. Halpin Frayser, poeta zaplątany w dziwnie nieprzyzwoitą relację z własną matką zostaje porwany na statek – z kolei Joel Hetman Senior z „Drogi...” ucieka w popłochu na widok czegoś, czego nikt inny nie widzi. Sprawa zagadkowego zgonu Fraysera jest mozaikowa, w nieoczekiwany sposób łączy się ze sprawą polowania na zbiegłego mordercę, a finał znajduje w idealnym etnourage’u, czyli na położonym wśród lasów małym zaniedbanym wiejskim cmentarzu. Trochę to wariacja na temat zemsty zza grobu, i to takiej w wydaniu a la Erynie, trochę zaś przypowieść z wplecionym pomiędzy wiersze morałem. Czy jest strasznie? Na swój sposób oczywiście tak, ale nie jest to najbardziej przerażające opowiadanie Bierce’a. Dużo większe wrażenie robi, moim zdaniem, „Droga w świetle księżyca”. Tu też mamy do czynienia z – jak się okazuje, przypadkową – zemstą zza grobu, występuje tu jednak motyw nieznanego zagrożenia, opisany w sposób bardzo sugestywny. Z półsłówek wiemy, że coś zakradło się do domu Hetmanów, ale co to było, tego się na sto procent nie dowiemy. I to wywołuje gęsią skórkę. Bierce znowu sięga do spirytyzmu i daje nam podrozdział, w którym przemawia do nas duch – jako równoprawny uczestnik opowieści ma w końcu w niej ostatnie słowo.
 
 
Źródło.
 

Najdziwniejszym opowiadaniem, na jakie trafiłam, było „Draństwo”. Oto w dzikich górach coś roszarpuje na strzępy myśliwego. Jego przyjaciel zaś twierdzi, że wyglądało to, jakby myśliwy walczył sam ze sobą albo z niewidzialnym przeciwnikiem. „Draństwo” budzi ciarki przerażenia, zwłaszcza w opisach tego, jak myśliwy obserwuje owo niewidoczne „draństwo” i choć bardzo chciałby uciec, to jednak zostaje, bo denerwuje go, że miałby opuścić własny kawałek ziemi. Portret przyjaciela myśliwego też jest świetny – to dziennikarz, chcący być pisarzem, więc mało kto wierzy w jego relację, w dodatku koroner jawnie się z niego naigrawa. A ławnicy najchętniej poszliby do domu, a nie wikłali się w jakieś nadnaturalne sprawki. Ten kontrast daje świetny efekt i w połączeniu z potencjalnym końcowym rozwiązaniem zagadki (bo nigdy nie dowiemy się, czy było właściwe, czy tylko efektowne) fajnie się komponuje.

Na koniec zostawiłam dowcipną makabreskę pod tytułem „Czesana krowa”. Tytułowa krowa jest paskudnym stworzeniem kopiącym wszystkich, którzy do niej podejdą. Po co do niej podchodzić, zapytacie? Otóż ciotka narratora życzy sobie, by krowę z jakiegoś powodu czesano. Cała okolica drży w strachu, żeby na nich nie padło, a kiedy mąż ciotki umiera, dodatkowo także dlatego, że ciotka zapewne weźmie sobie nowego małżonka. Który będzie musiał czesać krowę. Siła tego opowiadania leży w tym, jak zostało napisane, taka prosta historyjka jak z piosenki, którą zabija się czas na nudnym postoju zostaje podkoloryzowana, tu i ówdzie dorzuca się anegdotkę, tło zaś jest mocno makabryczne. Trochę więc „fuj”, a trochę jednak chcąc nie chcąc się człowiek śmieje. Jeśli nie lubicie się bać, ale mimo to macie ochotę na twórczość Bierce’a, sięgnijcie chociaż po „Czesaną krowę”.

I to tyle moich wrażeń. Bardzo to była ciekawa przygoda i myślę, że do twórczości autora jeszcze wrócę. A już niedługo napiszę Wam o przygodach z drugim autorem czytanym ze względu na jego przynależność do nurtu weird, czyli H. P. Lovecraftem.

Weź dokładkę!

6 komentarze

  1. O tak, los kobiet w klasycznych opowieściach grozy jest zazwyczaj jak najgorszy. Pisząc pracę o początkach powieści gotyckiej mogłam zebrać cały pęczek niewinnych bohaterek mordowanych, uprowadzanych, gwałconych albo zmuszanych do samobójstwa, w dowolnej kolejności. Nawet jeżeli wydawało mi się, że wszystko zmierza do najlepszego końca i zostało już tylko pół strony opowieści, jakby znikąd pojawiał się oszalały ojciec dziewczyny i przebijał ją sztyletem, albo coś w tym stylu. Przykre. Przydałoby się coś stylizowane na staroć, ale pisane współcześnie oczywiście, pokazujące historię w której ginie mężczyzna, a za to kobiety prowadzą dochodzenie i łapią winnego.
    Krowa na początku była bardzo intrygująca. zastanawiam się, czy to celowy zabieg, że to dziwne zdjęcie wyjaśniłaś na absolutnym końcu. Niemniej koncept czesania krowy bardzo mi się podoba :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No niestety, przy czym oprócz przemocy jawnej, to znaczy takiej, co do której nie ma się wątpliwości (jak to wspomniane przebijanie sztyletem) dochodzi jeszcze przemoc wynikająca z systemu, w którym żyją bohaterowie, z przyjętych zwyczajów, wreszcie -- z dręczenia psychicznego. Taką "Przygodę w Brownville" da się czytać właściwie jako studium współuzależnienia w toksycznej relacji dwojga ludzi. I wtedy jest niemniej strasznie.

      No skoro miało być weird... ;-) A opowiadanie o krowie bardzo polecam, jest trochę Toporowskie w klimacie, przemoc też tam jest, ale w dość ironicznym ujęciu.

      Usuń
  2. Cieszę się, że sięgnęłaś po tego właśnie autora;) Jeśli jeszcze będziesz miała okazję, przeczytaj opowiadanie "Człowiek i wąż". Może Cię zainteresować;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, dzięki za inspirację, nie oddałam jeszcze Bierce'a do biblioteki, więc zajrzę, czy jest tam "Człowiek i wąż" :-).

      Usuń
  3. „Śmierć Halpina Fraysera” i „Droga w świetle księżyca” to dwa z moich ulubionych, zresztą w sumie "Oczy pantery" też mi się bardzo podobały. Dorzucam jeszcze prędko secesyjno-makabryczną "Chickamaugę".

    A jeśli chodzi o "Przy moście...", to ciekawie się je czyta drugi lub i trzeci raz, gdyż wtedy dostrzega się, ile podpowiedzi podrzuca czytelnikowi Bierce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba napiszę suplement do wpisu, jak uda mi się przeczytać kolejne polecane opowiadania Bierce'a :-). Co do "Przy moście..." -- wypróbowałam tę strategię czytelniczą i faktycznie, widać to, ale nie wiem, kiedy czyta się lepiej: kiedy nie wiadomo, co się stanie, czy kiedy wiadomo :-).

      Usuń