Cool story, Poe albo o 10 opowiadaniach E. A. Poego

Przy okazji dzisiejszego dnia warto sięgnąć po uznawanego za jednego z najstraszniejszych klasyków.


Żeby nie przedłużać – chciałabym Wam napisać o dziesięciu wybranych przeze mnie (zupełnie subiektywnie i bez jakiegoś skomplikowanego klucza) opowiadaniach Edgara Allana Poego i o tym, co tak właściwie jest w nich strasznego. A co, być może, z perspektywy dzisiejszego czytelnika, już nie jest. Kolejność opowiadań odpowiada układowi ze zbioru „Opowieści niesamowite”, w przekładzie Bolesława Leśmiana i Stanisława Wyrzykowskiego, ja akurat miałam wydanie Wydawnictwa Literackiego z roku 1976.

Portret owalny

Opowiadanie to jest jednym z najkrótszych w zbiorze. Oto nasz narrator snuje się po nocy w jakimś zapadłym, acz odpowiednio gotyckim krajobrazie, w końcu znajduje zamek, w którym mógłby przenocować (gdzie bowiem lepiej nocować w gotyckim entourage’u niż w zamku, no sami powiedzcie). Traf chce, że w pokoju, gdzie zamierza skłonić swą zmęczoną podróżą głowę wisi portret pięknej niewiasty i jest biblioteczka. Portret jest w jakiś sposób niesamowity, biblioteczka zachęca do czytania, a że nasz narrator wyznaje zdrową zasadę, że przed snem należy poczytać, więc – czyta. I tak dowiaduje się historii portretu i dociera do źródła jego niesamowitości. Czym Poe nas straszy? Oprócz, jak mogliście się zapewne zorientować, przestrzeni, w jakich umieszcza akcję opowiadania, mamy tu motyw wykorzystywania drugiej osoby do własnych celów, toksyczną miłość i – jak sądzę – inspirację dla „Portretu Doriana Graya” Oscara Wilde’a. Najstraszniejsze pozostaje, moim zdaniem, to, co w dużej ilości opisywanej tutaj klasycznej grozy, czyli los kobiety, która nie bardzo ma możliwość wywikłać się z tego, w co została przez taką a nie inną rzeczywistość wplątana.

Prawdziwy opis wypadku z p. Waldemarem

Pan Waldemar, widzicie, umiera – na gruźlicę. Staje się więc wdzięcznym obiektem badań dla narratora, który zgodnie z duchem epoki para się hipnozą. Bo czy da się zahipnotyzować umierającego? I czy taka osoba wówczas umrze, a może jednak będzie posuszna wezwaniom hipnotyzera? Narrator zasiada więc przy łożu pana Waldemara, wzywa lekarskie konsylium, i zaczyna upiorny eksperyment. O, powiem Wam, to jest naprawdę straszne opowiadanie i mam ciarki na myśl o nim. Nie dość, że w bardzo ciekawy sposób podchodzi do samego motywu hipnozy (bo jednak opowiadań i powieści, gdzie pojawia się hipnotyzer mamy sporo, ostatnio pisałam na przykład o pomyśle Algernona Blackwooda albo Ambrose’a Bierce’a na to, a pozostaję tylko przy grozie), to jeszcze jest to wszystko opisane w tak sugestywny i ciarkogenny sposób, że obraz pana Waldemara, który usiłuje przemówić, zostaje z czytelnikiem jeszcze na długo. Co mogę dodać: jeśli chcielibyście zapoznać się z jakimś opowiadaniem Poego, żeby się pobać, polecam to jedno zdecydowanie!

Złoty żuk

Tutaj moje zachwyty są już mniejsze, chociaż „Złoty żuk” to absolutny klasyk i inspiracja dla takiego chociażby Roberta Lewisa Stevensona. Jeśli lubicie opowieści o pirackich skarbach i bohaterach, którzy złapali bakcyla przygody (albo zostali ugryzieni przez dziwnego złotego chrząszcza), a w wolnych chwilach układacie tajemne kody, by porozumiewać się z otoczeniem, będziecie zachwyceni. Ja bym zapewne była, gdybym odkryła to opowiadanie w wieku lat kilku, gdy porozumiewałyśmy się z przyjaciółką serią liścików, oczywiście tajemniczo zaszyfrowanych. Bo widzicie, sporą część opowiadania zajmuje wyjaśnienie, jak jeden z bohaterów odkrył tajemnicę pewnego kodu, natomiast cała reszta jest poprawnie i według reguł sztuki skomponowanym opisem dochodzenia przez narratora, że jego przyjaciel naprawdę ma mapę skarbu piratów, a nie po prostu zwariował. Otoczka grozy jest raczej pretekstowa, ale znajdzie się pewna czaszka z pustymi oczodołami i rozważania nad niewesołym losem pirata. 

Serce – oskarżycielem

Kolejny pisarski majstersztyk i nie od parady jedno z tych opowiadań, które się bardzo często przywołuje jako klasyka nad klasykami. Bo jak to jest napisane! Narrator usiłuje nas przekonać, że wszystko z nim w porządku – my zaś widzimy, że nie, absolutnie, człowieku, jesteś tak daleko od „w porządku”, jak tylko się da! – a im bardziej potęguje się ten rozdźwięk, tym robi się straszniej. Poe opisuje nam więc relację sługi pana, widzianą oczyma tego pierwszego (przez co robi się jeszcze upiorniej, gdy zdamy sobie sprawę, że może pozycja pana wcale nie wgląda tak, jak nam to opisuje sługa), a wszystko to zostaje przedstawione za pomocą takich krótkich pociągnięć pędzla. Widzimy, jak nocną porą do pokoju pana wsuwa się ręka sługi… Potem jego głowa… Aż strach pomyśleć, co będzie, kiedy w końcu wejdzie tam cały. Upiorne, świetnie napisane, autentycznie straszne.

Beczka Amontillada

To takie opowiadanie, w którym mnożą się dna, mnożą się zagadki i finałowo nic nie jest jasne. Dwóch odwiecznych wrogów, a może przyjaciół, którzy pokłócili się w pewnym momencie (o co?) schodzi razem do piwnic. Jeden kusi drugiego tym, że ma tam tytułową beczkę Amontillada, wybornego wina, które chce z nim wypróbować. Droga jest jednak dziwna i kręta, a piwnica, gdzie rzekomo ma stać beczka wina, wygląda, jakby była przygotowana w zupełnie innym celu. Jest tu trochę kpin (kielnia z zaskoczenia), trochę rebusów i łamigłówek (bohaterowie zresztą prozumiewają się tak, by czytelnik miał nad czym myśleć – że nie wspomnę o znaczących imionach), jest i groza, bardzo moim zdaniem w stylu Horacego Walpole’a, widziałam wręcz oczyma wyobraźni to opowiadanie zilustrowane przez Szymona Kobylińskiego. Ciekawa gra z pewną już jednak tradycją.

Czarny kot

Przerażające studium człowieka pogrążającego się w psychozie i absolutnie koszmarne opowiadanie. Jeśli należycie do tego typu czytelników, którym nóż się w kieszeni otwiera, gdy czytają o bezcelowym dręczeniu słabszych – ostrzegam. Przeczytałam to opowiadanie na głos Domownikowi i do teraz mi wypomina, że właściwie dlaczego ja mu to zrobiłam. Narrator to znowu, jak w kilku już opisanych przypadkach, mało wiarygodna figura, trochę przypominająca narratora „Serce – oskarżycielem”. Deklaruje jedno, robi drugie. Twierdzi, że coś jest białe, podczas gdy my widzimy, że jest czarne. Wiemy, że światu byłoby zdecydowanie lepiej bez niego, podczas gdy on o wszystkie swoje czyny oskarża innych. Sprawiedliwości staje się jednak zadość zgodnie ze schematem, który już wcześniej sam Poe wypracował: z jednej strony mamy pewną niesamowitość (tytułowy kot), z drugiej do głosu dochodzą pewne prawidła ludzkiej, aczkolwiek w tym wypadku mocno pokręconej, natury. 

Zabójstwo przy rue Morgue

Od razu powiem, że choć wynik śledztwa był dla mnie rozczarowujący, to samo opowiadanie zasługuje na uwagę, bo śledztwo prowadzi sam praszczur Sherlocka Holmesa, C. August Dupin, podobno pierwsza postać prawdziwego detektywa w literaturze. A staje przed nie lada zagadką: co stało się w mieszkaniu dwóch kobiet przy rue Morgue, że znaleziono ich ciała w tak strasznym stanie, a świadectwa tych, którzy byli na miejscu, w dziwny sposób się ze sobą nie zgadzają? I czy aresztowany podejrzany miał po prostu pecha, czy jednak jest winien? Podobieństw do późniejszej twórczości Conan Doyle’a jest tu sporo: oddany narrator, podziwiający detektywa, dochodzenie po nitce do kłębka, co się stało, a nawet wnioskowania naszego detektywa oparte czasami na bardzo dziwnych poszlakach, mające dowodzić jego geniuszu dedukcyjnego. Szkoda trochę, że mniej dowiadujemy się o życiu naszych dwóch przyjaciół, bo dużą część opowieści zajmuje jednak drobiazgowe opisywanie śladów i świadectw. I tylko finału, mnie osobiście, nieco żal.

Zagłada domu Usherów

Chyba najbardziej klimatyczne spośród przeczytanych przeze mnie opowiadań. Oto znowu mamy narratora, który podąża przez ponury krajobraz w stronę przeklętego, rozpadającego się domu – Domu Usherów. Posiadłość pozostaje w rękach tego rodu od wieków, ale sam ród jest na wygaśnięciu. Przyjaciel narratora to ostatni męski potomek, jego siostra-bliźniaczka zaś znajduje się na łożu śmierci. Roderick Usher wzywa przyjaciela, by doń przybył, choć nie widzieli się od lat, i sprawia wrażenie przerażonego, powoli popadającego w szaleństwo. Co się właściwie dzieje w domu Usherów, to zagadka, którą rozwikła – bądź nie – nasz narrator. Na uwagę zasługują tu przede wszystkim sugestywne opisy, jak również pomysł na bardzo ścisłe powiązanie losów Usherów i ich rodowej siedziby. Nie wiem, czy jestem fanką niektórych fabularnych rozwiązań (spod znaku „zanurzamy się w psychikę bohatera, ale jednak pewne rzeczy musi on robić, bo trzeba popchnąć fabułę do przodu, inaczej nie pójdzie”), ale dla tej atmosfery przeklętego uroczyska, warto.

Hop-Frog

Tu Poe bierze z kolei na warsztat quasi średniowieczne realia: mamy złego tyrana, gnębionych poddanych, sprytnych dworaków i nieszczęśliwego błazna, który musi w końcu wziąć sprawy w swoje ręce. Powraca motyw, który mnie finalnie rozczarował w „Zabójstwie przy rue Morgue” (nie chcę spojlerować), widocznie było coś w tym czasie na rzeczy, że powracał w twórczości Poego. Samo opowiadanie – a właściwie to, czy Was przestraszy – zależy od odporności na wykorzystywanie pewnych chwytów, nawiązujących w klimacie do średniowiecczyzny (nazwijmy to w ten sposób). Mnie nie porwało.

Diabeł na wieży

Chyba najdziwniejsze z przeczytanych przeze mnie odpowiadań. Najbardziej, powiedziałabym, przypomina satyrę na drobnomieszczaństwo i jego dziwactwa: przywiązanie do nadmiernego porządku, rutynę, rytuały dnia codziennego. Wszystko to w pozornie idyllicznym, a w rzeczywistości zaskorupiałym, „najpiękniejszym miasteczku świata” ulega zachwianiu, kiedy pojawia się w nim dziwny jegomość. Ni to upiór, ni diabeł, ni pies, ni wydra, ale porządnie rozregulowuje mieszczanom zegarki, a samo miasteczko jak jakaś Atlantyda w krzywym zwierciadle zapada się w otchłani dymu z fajek i zapachu parzonej kapusty. A że jest to opisane tak, że trudno powiedzieć, co jest żartem, a co serio, co jest jakąś próbą uchwycenia rzeczywistości, a co bardziej opisem figurek stojących bezpiecznie na gzymsie nad kominkiem – lektura opowiadania jest ciekawą przygodą.

A może macie swoje ulubione opowiadania Edgara Allana Poego? Podzielicie się powodami?

23 komentarze:

  1. O, jak ja lubię Poego! Zastanawiałam się podczas czytania Twojego wpisu, które opowiadanie lubię najbardziej i postawię na takie, którego w Twoim zbiorze zabrakło (a szkoda!), mianowicie "Maskę śmierci szkarłatnej" (albo: "Maskę czerwonego moru") - tytułowy motyw był zresztą pięknie potem wykorzystany w jednej scenie "Terroru" Simmonsa, który również polecam, ale jest, nie ukrywam, dość straszny. W każdym razie Poe to zdecydowanie "mój" klasyk grozy, w przeciwieństwie do Lovecrafta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A było w zbiorze, który czytałam! Ale ponieważ jak zwykle wybierałam w ciemno i na podstawie tytułów, to jakoś ominęłam: przeczytam na pewno przy następnej okazji ("Terror" Simmonsa nie pierwszy też raz pojawia się w polecanych książkach, chyba też sięgnę, choć jeśli straszne, to muszę sobie zorganizować odpowiedni czas na czytanie ;-)). To, co wypada bardzo ciekawie przy lekturze Poego, to odkrywanie, jak bardzo był inspirujących dla kolejnych twórców i ile tropów z jego opowiadań można znaleźć u innych.

      Usuń
    2. O, nie wiedziałam, że w "Terrorze" Simmonsa jest taki wątek. Książka czeka na półce od wakacji. Kupiłam w pakiecie z "Droodem", którego dla odmiany połknęłam od razu.

      Ja cenię i Poego i Lovecrafta. Poznałam ich mniej więcej w tym samym czasie i obaj do mnie trafili. Ale nie ukrywam, ze jednak Poego darzę nieco większym sentymentem i uznaniem.

      Usuń
    3. To prawda! I za to w ogóle lubię czytanie klasyków, tyle klapek się potem w głowie otwiera :) Ja muszę w końcu (jeśli chodzi o klasykę grozy) zmierzyć się z "Rebeką" Daphne du Maurier i "Frankensteinem" Shelley ;)

      Usuń
    4. @Czepiamsieksiazek, ano właśnie, ja w sumie w tym roku zaznajomiłam się dopiero z Lovecraftem -- warsztatowo mnie nie ujął, ale klimat potrafi budować znakomity i zamierzam się dalej zapoznawać z jego twórczością. Poe z kolei pisał, mam wrażenie, lepiej, lepiej też umiał wykorzystywać to skondensowanie formy, jaką daje opowiadanie. Z kolei (może kwestia epoki?) opowiadania Lovecrafta są jednak niekiedy ciut mniej przewidywalne :-). Trudno ich w ogóle zestawiać, ale skoro obaj zostali wywołani... ;-)

      @Karolina Sosnowska, och, "Rebeka" jest świetna! Po "Frankensteinie" zostały mi bardziej mieszane uczucia, ale warto samemu przeczytać, dokładnie dlatego, dlaczego piszesz, że sporo odblokowuje to różnych tropów, motywów i wątków, o które się potem co krok człowiek potyka ;-).

      Usuń
    5. Z Lovecraftem nie jest prosto... I nie wolno go zestawiać z Poe, czy Shelleyami, bo to nie ta epoka i nie ta liga. Ba, to nawet nie ten sam sport :-)
      HPL to już XX wiek, dużo macek, dużo ciężkich epitetów i poszukiwanie "odczłowieczonego" koszmaru, podczas gdy Poe poszukiwał go właśnie w człowieku (zastanawialiście się, czy "Fight Club" powstałby w ogóle bez "Williama Wilsona"?), a młoda Shelley pisała dokładnie o tym, jak monstrum "zaraża" się złem od człowieka. Tymczasem HPL odwrotnie - stara się odmalować nastrój konfrontacji z czymś skrajnie nieludzkim.

      No dobrze... Już się nie wymądrzam i idę sobie straszyć gdzie indziej... ;-)

      Usuń
    6. W szerokim planie sport jednak zbliżony ;-). Zresztą Lovecraft sięga po inspiracje epoką, jego Providence (no, świat przedstawiony, powiedźmy) ma w sobie coś z tego ciężkiego, czarnego romantyzmu, czy może jeszcze inaczej: to jest taki świat po spełnionym śnie czarnego romantyzmu. Taką hipotezę może teraz będę testowała ;-).

      Usuń
  2. Cztery spośród wymienionych przez Ciebie opowiadań są też w moim top 10. Ze względu na motyw sobowtóra u mnie na szczycie jest "William Wilson", którego brakuje w zestawieniu ;)

    Super wpis. Mam nadzieję, że skłoni tych, którzy jeszcze nie mieli okazji spotkać się z tekstami Poego do lektury. A na pytanie czy Poe nadal straszy jest tylko jedna odpowiedź. Zawsze. Niezależnie od tego ile lat, dekad i wieków minęło. Mistrz!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jak pisałam na Faceooku: sięgnę! :-)

      Natomiast co do straszenia: niektóre opowiadania straszą zdecydowanie i mocno do dzisiaj (pan Waldemar!), inne z kolei bardziej sugestywnością opisu przestrzeni, w której się rozgrywają. A jeszcze inne ("Hop-Frog") mam wrażenie, że jednak ciut omszały ;-).

      Usuń
  3. Trzy słowa: "Metzengerstein", "William Wilson" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doczytam, widzę, że opuszczenie "Williama Wilsona" (które to opowiadanie zresztą otwiera zbiór, jaki czytałam) było karygodne ;-).

      Usuń
  4. Z innej beczki: https://rachelcarrera.files.wordpress.com/2014/02/edgar-allan-pooh-3.jpg?w=584&h=306
    E. A. Pooh ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wspaniałe! I bardzo po makabrycznemu w duchu Poe'go :-D.

      Usuń
  5. Odpowiedzi
    1. Nadrobię! Może w miesiącu z duchami sięgnę, bo znalazłam opinię, że to jedno z najlepszych klasycznych opowiadań o duchach :-).

      Usuń
  6. w sumie to możesz sięgnąć jeszcze po E.T.A.Hoffman co prawda czytałem autora tego wiele lat temu ale mam wrażenie że mógł być inspiracją dla mdzi. Poe :) no i sam poe był ulubieńcem cormana który chyba zekranizował większość jego opowiadań ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam tylko "Dziadka do orzechów" (bardzo mi się podobał, pisałam nawet o nim już tutaj na blogu), ale faktycznie to fajny pomysł, żeby poznać inne jego dzieła. Dzięki!

      Usuń
  7. Pamiętam, że bardzo mi się podobała "Beczka Amontillada", ale też "Dom Usherów", choć wiadomo, klasyka :) Aż nabrałam ochotę sobie powtórzyć i doczytać te, których nie znam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczęście z opowiadaniami polega na tym, że można sobie je powoli smakować, nawet po jednym co jakiś czas, i niczego się nie traci :-). Sama zamierzam jeszcze doczytywać Poe'ego (kurczę, gdzie tu powinien być apostrof?), bo widzę, że sporo dobroci jeszcze przede mną :-).

      Usuń
    2. Dzięki, zmagałam się jakoś bez sensu z tym apostrofem ;-).

      Usuń
  8. Zdecydowanie za dużo dobrego, by wybrać. Mam dużą słabość do tych z niewiarygodnym narratorem, ale bardzo lubię też "Upadek domu Usherów" (później genialnie wykorzystany przez Bradbury'ego). Ale dorzucam od siebie jeszcze "Berenice" - zakończenie poraża.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A gdzie u Bradbury'ego, z chęcią bym prześledziła :-)? "Berenice" dopisuję do listy!

      Usuń