Niczego niespodziewający się czytelnik albo do czego może prowadzić blogowanie (600 wpis!)

 
Ho, ho, sześćsetny wpis na Pierogach! Szczerze mówiąc można to oczywiście interpretować dwojako („ta Pyza, zalewa nas potokami słów!” – in minus albo „ta Pyza, taka pracowita!” – in plus). Wybieram dla siebie opcję drugą, no bo co w końcu, kurczę blade.


Pomyślałam sobie, że sześćsetny wpis to może w sumie być taka okazja do podsumowania, do czego niczego niespodziewającego się, zapalonego czytelnika może doprowadzić blogowanie. Bo jednak blogowanie oczywiście zaczyna się od „a, będę sobie pisać o czytaniu” (to jest cały czas moje podstawowe założenie, nawet jeśli w ostatnim czasie najwięcej piszę o wrażeniach z lektur), ale szybko okazuje się, że człowiek się wciąga w wir dyskusji – pod swoimi i cudzymi wpisami – odkrywa coraz to nowe blogi, gdzie pisze się o książkach i zjawiskach okołoczytelniczych, spotyka innych blogujących czytelników w rzeczywistości, a do tego okazuje się, że na świecie jest zdecydowanie więcej, niż myślał, ludzi, którzy chcą mu dać książki, byleby je tylko przeczytał. Co sprowadza się w sumie do tego, że chciałam powiedzieć, że moje własne zwyczaje czytelnicze przeewoluowały nieco w trakcie tych lat, kiedy pisałam te 599 wpisów. W jaki sposób? Pozwólcie, że ujmę to w stosownych akapitach.

Boję się, ale czytam. Największa i chyba najbardziej odczuwalna zmiana w moich czytelniczych przyzwyczajeniach to fakt, że zaczęłam czytać grozę. Ja! Zawsze się strasznie bałam i unikałam, a odkryłam, że groza grozie nie równa, że wśród klasyków znajdują się pisarze i pisarki doskonale wpasowujący się w mój gust, a do tego realizujący potrzebę niezbyt intensywnej gęsiej skórki z przestrachu. Także kiedy pisałam, że nie czytam horrorów, nie wiedziałam nawet, że wkrótce zacznę po nie sięgać mniej lub więcej regularnie. Wszystko dzięki, po pierwsze, ogromnym zachętom, z jakimi spotykałam się na blogach Olgi, Alttiego, Luki czy Beaty (bardziej zaprawionych w bojach niż ja fanów horrorów), propozycji Tarniny, by latem czytać jakiś klasyczny horror w ramach „Pikników z Klasyką” (M. R. Jamesie, inaczej spotkalibyśmy się dużo później!) i akcji „Klasyka Horroru 2”. Co prawda jedno pozostało niezmienne: upewniam się przed czytaniem co do potencjalnego stopnia obrzydliwości zawartej w danej fabule oraz – jeśli rzecz zapowiada się wyjątkowo groźnie – upewniam się, że ktoś będzie w domu. Także nadal się boję – ale czytam! Zresztą, muszę przyznać, wydaje mi się to teraz dość naturalnym etapem w czytelniczym rozwoju: zawsze bowiem lubiłam te nieco bardziej straszne baśnie.

Wszystko da się przeczytać! No, może trochę zbyt entuzjastyczny ten wykrzyknik, ale nie zmienia faktu, że blogowanie sprawiło, że nabrałam jakoś odwagi i rozmachu w wybieraniu tytułów. Nawet kiedy natrafiam na jakiegoś bardzo trudno czytającego się klasyka (pozdrawiam niniejszym z powolnej, ale upartej, lektury „Ulissesa”) to powoli sobie przez niego brnę, miewając lepsze i gorsze okresy. Ale na końcu pozostaje przyjemność napisania o tym doświadczeniu i dyskusji nad tym, kto miał jakie trudności (a kto ich nie miał). Przyznaję, że to podnosi na duchu i pozwala się czasem porwać na powieści, na lekturę których wcześniej bym się raczej nie zdecydowała. Co prawda nadal są tytuły, co do których się waham (tak, „Moby Dicku”, na ciebie patrzę), ale myślę sobie o nich raczej z pewnym zaciekawieniem niż, no, powiedzmy, onieśmieleniem.
 
 
Dzisiejszy wpis ilustrują ciasteczka, głównie dlatego, że miło jest sobie popatrzeć na ciasteczka.
 

Warto wracać. W dzieciństwie bardzo lubiłam czytać książki po kilka razy i uparcie wracałam do pewnych tytułów (w domu mym rodzinnym liczba razy, którą przeczytałam „Dzieci z Bullerbyn”, rośnie z każdą powtarzaną o tym anegdotą). Później, co chyba jest udziałem każdego czytelnika, wpadłam w panikę w rodzaju „tyle książek na świecie, a życie takie krótkie!” i zamiast wracać, raczej czytałam rzeczy, których czytać jeszcze nie miałam okazji. Tymczasem blogowanie przyszło mi tu w sukurs, bo zachęciło nie tylko do sięgnięcia ponownie po ulubione książki z dzieciństwa, ale i odświeżenie sobie klasyków z list lektur (bardzo ciekawe doświadczenie!) bądź ulubionych książek, na które akurat przyjdzie człowiekowi ochota (spróbuj się, człowieku, oprzeć magii bzu w maju i „Straży nocnej” Terry’ego Pratchetta!).

Daj pisarzowi szansę! Warto się czasem przyznawać, że się w dawnych czasach z jakiegoś powodu zraziło do czyjejś twórczości, znajdzie się bowiem ktoś, kto podpowie, że może nie warto tak się zarzekać i lepiej zajrzeć do pisarza/pisarki po latach. Tak było w moim przypadku ze Stanisławem Lemem i to był świetny pomysł. Oczywiście to dość znaczny truizm, że w wieku lat dajmy na to dziesięciu wyrabianie sobie całożyciowej opinii na temat czyjejś twórczości jest posunięciem mało rozsądnym – ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten, co nie podchodził jak do jeża do książek kogoś, kto w wieku lat nastu go rozczarował. Na szczęście jest zawsze możliwość zweryfikowania po latach takiej opinii, a dzielenie się swoimi strachami na blogu pozwala znaleźć tego kogoś (albo: tych ktosiów), kto klepnie zachęcająco po plecach i powie „nie ma się czego bać!”.

Czasem więcej nie znaczy lepiej. Czyli: opowiadania to równie przyjemna w czytaniu forma, co powieści. Muszę przyznać, że nadal marzy mi się czytanie większej liczby dramatów i poezji (a właściwie: wyrobienie w sobie nawyku częstszego, zwyczajnego sięgania po te formy).

Daj, ać ja pobruszę, a ty użyj zakładki. O zakładkach wspominałam na blogu nie raz i nie dwa, najczęściej jednak w kontekście „jak to zapominam używać zakładki i zakładam czytaną książkę czymkolwiek”. I nie będę Was jakoś specjalnie czarować, owszem, nadal zdarza mi się wcale często sięgać po stary bilet do muzeum (tu patrzę winna, bo skończoną właśnie „Świetną i Najświetniejszą” Natalii Rolleczek przez cały czas zakładam właśnie w ten sposób) albo po paragon-który-akurat-jest-pod-ręką (zawsze się taki znajdzie!), żeby zaznaczyć, gdzie skończyłam czytać, ale zaczęłam do zakładek przywiązywać jednak nieco większą rolę. Ba, sporządziłam sobie pudełko na zakładki i staram się do niego sięgać z każdą zaczętą lekturą, bo to jednak przyjemne mieć jakąś kolekcję zakładek i skoro jest – używać jej. A wszystko z prostej obserwacji, że skoro inni mają i korzystają, to skoro już mam, czemu by też nie korzystać?
 
 
 

Rodzina bez problemów. Otóż ma familia i zacne grono przyjaciół przestało mieć taki kłopot pod tytułem „a co bym ci mógł/mogła dać w prezencie?”. Świadomość, że gdzieś tam piszę sobie o książkach sprawia, że książka częściej niż wcześniej (naprawdę!) przychodzi wszystkim do głowy, a i sprawdzenie, czy czegoś akurat nie czytałam jest prostsze (stosunkowo rzadko nie piszę o książkach, które przeczytałam). Plus – bardzo tu pomaga konto na GoodReads, gdzie staram się w miarę regularnie dodawać książki, które chciałabym przeczytać. Potem wystarczy podrzucić w strategicznych punktach roku Domownikowi, żeby wiedział, jak zawiadywać całym hipotetycznym księgozbiorem i już. Inna sprawa, że wciąż jeszcze nie opracowałam systemu, jak na bieżąco czytać książki przyrastające w ten sposób w domostwie. Ale cóż, wszystko przede mną. Póki co mam na nie półkę pod tytułem „nowe” i oglądam sobie ją co rano z wyrzutem (ale i z ekscytacją). Podobny problem mam, przyznaję, z książkami pożyczonymi – staram się je wyczytywać na bieżąco, ale wszyscy ci, którym zalegam z oddaniem, wiedzą dobrze, że wcale nie idzie to tak znowu szybko.

Wspólne czytanie. To jedna z najfajniejszych rzeczy, jakie przytrafiły się mi w czasie blogowania: czyli wszyscy, którzy chcą wspólnie przeczytać jakąś książkę. Czy to w trakcie „Pikników z Klasyką”, gdzie razem z Tarniną dość eklektycznie dobieramy lektury, czy razem z Naią w trakcie Nabokoviady (która wciąż się rozrasta!), czy z Martą, z którą można się poawanturować o książkę (i poczytać Prusa). Najfajniejsze w tym wszystkim jest to, że jasne, wyznaczamy sobie jakąś datę – nic bardziej nie mobilizuje niż zbliżający się deadline – ale jeśli ktoś nie zdąży, zawsze może wpaść później, bo urok internetowych dyskusji sprawia, że można je podjąć w każdym momencie. Czasem emocje zdążą już wtedy opaść i można się swoim uwagom przypatrzeć chłodniejszym okiem, co też ma swoją wartość, nie wspominając i o tym, że w trakcie takich rozmów często wpadamy na kolejne książki, które można w ten sposób przeczytać. I nie będę udawała: niektórych powieści pewnie bym nie zmogła sama, po inne nie odważyłabym się sięgnąć, a z jeszcze innych frajda byłaby dużo mniejsza, gdyby nie wspólne przegadywanie wrażeń.

Ładna książka oko cieszy. Wiem, że generalnie czytelnik zgrzebnym być powinien człowiekiem i nie cieszyć oka swego zgrzebnego okładką ani tym bardziej fikuśnym ułożeniem książki obok filiżanki z kawą, ale nic nie poradzę: widok smakowicie wyglądającej czyjejś książki sprawia, że samej zapał do czytania zwiększa mi się pokaźnie. Powinnam chyba napisać o tym osobną notkę (o estetyzacji lektury i do czego może prowadzić – albo i nie prowadzić), więc póki co tylko zaznaczam temat, a w przyszłości pewnie go rozwinę. Także, choć pojawiają się głosy krytyczne wobec Bookstargrama (no dobrze, właściwie wobec czego się nie pojawiają…?), osobiście bardzo przyjemnie mi się z niego póki co korzysta. I zbiera kolejne lekturowe inspiracje.

Tak więc, jak widać, blogowanie jednak wpłynęło na moje nawyki czytelnicze. Jestem bardzo ciekawa, czy na Wasze też (jeśli prowadzicie bloga)? Albo: co wpłynęło na Wasze? Czy jednak jesteście stali w uczuciach względem lektury?

Weź dokładkę!

24 komentarze

  1. Pracowitość zaiste godna pochwały :) I zawiści. W każdym razie życzę wytrwałości :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dziękuję, dziękuję :-). Wiadomo, są góry i doły, ale przyjemniej pamiętać o górach ;-).

      Usuń
  2. Czekam na piekielnie dobry wpis przy 666 :P U mnie blogowanie wpłynęło na ocenianie czytanych książek w locie. Obecnie pod postacią: "ale przypał, bym opisał" albo "to jest mniód, bym opisał", bo przeca nie piszę. Ale nawyk został :P Wytrwałości! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O faktycznie, ale będzie okazja :-D! Muszę coś wymyślić odpowiedniego ;-). To "bym" wskazuje jednak, że może tak definitywnie z zakończeniem tego pisania nie jest... ;-)? Dzięki!

      Usuń
    2. Też czekam na diablo ciekawą notkę ;)

      Usuń
  3. Ah! Jaki to był przyjemny post! <3 cudo!

    Ja jeszcze do niedawna miałam w kompletnym poważaniu zalegające książki na półkach i jak tylko miałam ochotę na Reread to się za niego zabierałam. Zmieniło mi się kiedy zaczęłam prowadzić bookstagram. Rzeczywiście "tyle książek do przeczytania i tak mało czasu" ! Haha ale może się jakoś z tego wyswobodzę :P zobaczymy! Może dam sobie noworoczne postanowienie - raz na pół roku jeden reread? Brzmi dobrze ;)

    A co do wracania do pisarzy - gdybym nie dała trzeciej szansy Pratchettowi to moje życie byłoby o tyle uboższe. Czytałam dwa tomy świata dysku dawno temu za dzieciaka i wynudzilam się jak mops! A aktualnie uwielbiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :-)!

      Da się wyswobodzić, ale faktycznie trzeba się pozbyć tej migającej żarówki w głowie, że gdzieś tam są te wszystkie książki czekające na przeczytanie pierwszy raz -- bo są, jasne, ale wszystkich i tak się po prostu przeczytać nie da. A wracać jest przecież tak przyjemnie :-). A postanowieniom zawsze kibicuję, mi one często regulują czytelniczy żywot ;-).

      A widzisz, ja też zaczynałam przygodę z Pratchettem od takich jego książek, które nie zrobiły na mnie aż takiego pozytywnego wrażenia ("Ruchome obrazki" i "Pomniejsze bóstwa"), a potem odkryłam Straż i wsiąkłam :-). Także podpisuję się: uwielbiam! :-)

      Usuń
    2. Dla mnie Rincewind jest nudny, a polubiłam też za sprawą Straży! :)

      Usuń
    3. Nie jestem wielką fanką, chociaż uważam, że sam Uniwersytet wyszedł Pratchettowi pysznie -- a Rincewind jako profesor to moje ulubione jego wcielenie. Natomiast Straż, Wiedźmy, Ankh-Morpork w ogóle również uwielbiam :-).

      Usuń
  4. CUDOWNIE! Tylko pysznej Pyzy! <3
    I zdecydowanie warto wracać do książek po latach, np. w tym roku "Pani Dalloway" okazała się książką mojego życia, a kiedy czytałam ją kilka lat temu, to nie wywarła aż takiego wrażenia. :)
    Ściskam mocno! I więcej Pierogów! Om nom nom!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Pani Dalloway", podobnie zresztą jak cała twórczość Woolf, jeszcze przede mną, więc mogę już zacierać ręce -- bardzo jestem ciekawa, bo też mam wrażenie, że to jest lektura na określony moment (no, może nie taki specjalnie określony, ale przychodzi czas, że człowiek sobie myśli "może by tak Woolf poczytać?" ;-)).

      Dziękuję, postaram się dalej serwować :-D!

      Usuń
  5. Gratulacje!

    A świat Bookstagrama (wiadomo, że marudzą, jak jest dobra zabawa, to zawsze ktoś będzie marudził, bo czytanie to Poważna Sprawa) muszę zacząć badać, bo w ogóle IG jest dla mnie ziemią nieznaną. Zatrzymałam się w rozwoju na Tumblrze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :-)!

      No właśnie, to się oczywiście wiąże z tym dziwnym przekonaniem o czytaniu jako czynności różniącej się od wszystkich innych czynności i posiadającej absolutnie specjalny status. Zdecydowanie napiszę o tym kiedyś ;-). A Instagrama bardzo polecam, co prawda pojawiło się tam teraz więcej reklam, a algorytm wyświetlania postów nie jest zupełnie przejrzysty (to znaczy dla mnie, być może tak w ogóle jest ;-)), ale radości jest sporo :-). I wystarczy w sumie mieć telefon i jakąś lampkę, żeby było widać, co się fotografuje ;-).

      Usuń
    2. A da się tam wrzucać nie z telefonu? Bo właśnie się zalogowałam i nawet zaobserwowałam to i owo, w tym Ciebie, ale ogólnie to jeszcze trochę czarna magia dla mnie :)

      A o Poważnym Czytaniu napisz koniecznie. Ja też mam to w planach.

      Usuń
    3. Na pewno się da, ja wrzucam jeszcze też z tabletu, podejrzewam, że można też pewnie z komputera (ale jak to się robi Ci nie powiem, bo nie próbowałam). Ale obsługa jest dość intuicyjna, myślę, że szybko się oswoisz :-). Czekam na zdjęcia kotów leżących na książkach :-D!

      Usuń
    4. Będą zdjęcia, tym bardziej, ze gromadka kotów się powiększyła (co nie było tak naprawdę planowane, ale się zdarza).

      Usuń
  6. Są ciasteczka, jest i Pożeracz. Bo jakżeby inaczej? Mi się jeszcze nie udało wszystkich dookoła przekonać do tego, że książki to jedyny słuszny prezent, a ewentualnie akceptowane są prezenty okołoksiążkowe. Ale pracuję nad tym.

    A Tobie życzę jeszcze wielu takich setek, a może nawet i tysięcy! Bez kozery powiem pińcet!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, wiedziałam, czym częstować ;-). Myślę, że największy sukces w przekonywaniu otoczenia polega na przekonaniu ich, że to właśnie Ty piszesz tego bloga i że tam piszesz o książkach, więc książki... I tym podobne. U mnie działa ;-).

      A dziękuję, dziękuję, będę dążyła ;-).

      Usuń
  7. Mogłabym się pod tym podpisać, choć mój staż blogowy jest mały.
    Gratuluję pracowitości! :) U mnie na razie 1:0 dla Bookstagrama w starciu z prowadzeniem bloga, ale to dopiero początki i życzę sobie również dotrwania do sześćsetnego wpisu:D A Tobie kolejnych tylu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :-). Również życzę powodzenia, no a Bookstagram to bardzo przyjemne miejsce, zresztą obraz nad słowem pisanym ma tę przewagę, że można go cyknąć nieco jednak szybciej ;-).

      Usuń