Gadające głowy albo o „Biesiadzie widm” A. Dumasa

 
Chociaż ten zbiorek Dumasa może się wydawać kompilacją znanych motywów, a często znajdzie się w nim i jakaś mniejsza bądź większa bzdurka, warto sięgnąć po niego ze względu na klimat i całkiem sprytne powiązanie ze sobą siedmiu historii.


Pomimo dość dużego okrucieństwa, jakie temu skromnemu tomikowi robi okładka (zajrzyjcie tutaj, żeby się przekonać), nie zrażajcie się tym na początku. Dumas ojciec bowiem po pierwsze, żeby uwiarygodnić swoje opowieści, wyposaża narratora we własną tożsamość („Aleksander Dumas, autor dramatyczny”, przedstawi się nam on w odpowiednim momencie), po drugie zaś, zaczynając od dziwnej historii o morderstwie styka ze sobą kilka postaci w małym miasteczku gdzieś we Francji, które po krótkim śledztwie w sprawie owego zabójstwa trawią wspólnie czas na opowiadaniu sobie innych dziwnych historii. Każdego bowiem spotkało coś, co uważa on za niesamowite i nadnaturalne, i będzie chciał przekonać pozostałych, że tak było – ci zaś będą się starali zbić jego argumentację dowodząc, że istnieje naturalne wytłumaczenie danego fenomenu. A że zgromadzona grupa jest sama w sobie dość dziwna – nienaturalnie blada dama w czerni, mężczyzna uważający się za właściciela kamienia filozoficznego, eksperymentator, nadzorca ekshumacji królów francuskich i inni – to relacje między nimi, choć nie zarysowane w jakiś przejmująco mocny sposób, są ciekawe choćby z tego względu, że każdy nad każdym stara się wynieść. Na zasadzie: „to mnie przytrafiło się to, co najbardziej osobliwe” – „a nieprawda, bo mnie”.

Po zbiorek sięgnęłam szukając historii o wampirach, i taka się tam faktycznie znajduje, ale nie jest wcale tą najciekawszą. Wśród bowiem narzekań na upadek francuskiego społeczeństwa i jego zeświecczenie, które pojawiają się na kartach „Biesiady widm” regularnie, najciekawsze są moim zdaniem te historie, które dotyczą rewolucji francuskiej. Dumas bowiem zaczyna od wzięcia na warsztat czegoś, co wydaje się naturalnie, kiedy chce się czytelnika nastraszyć: dużej ilości. W przypadku rewolucji – dużej ilości głów, które dzień w dzień za sprawą wynalazku pana Guillotina spadały do koszów w trakcie publicznych egzekucji. Dumas podsuwa nam więc obraz straszliwy: a co, jeśli życie wcale nie kończy się wraz z odcięciem głowy od ciała? I za nim kolejny: kata, opowiadającego o nieustającej konieczności wymiany koszy, bo bardzo szybko były gryzione i niszczone przez leżące w nich głowy… Terror rewolucji zostaje zatem podbity tymi obrazami, jakby nie dość było już strasznie. Tomik pochodzi z roku 1849 i widać w nim nawiązania do znanych już wówczas dzieł: w historii o gilotynie najbardziej chyba do „Frankensteina” Shelley (1819), oto bowiem jeden z naszych opowiadaczy odsłania kulisy własnej historii: jak to postanowił badać zgilotynowanych, żeby sprawdzić, jak to właściwie jest ze śmiercią. A czynił to, żeby decorum stało się zadość, w kaplicy cmentarnej przerobionej na upiorne laboratorium.


Ścięcie Marii Antoniny, które pojawia się w tle jednej z historii, daje asumpt naszemu niezdecydowanemu narratorowi do snucia przypuszczeń, czy tęskni tak właściwie za monarchią, czy też nie tęskni. Źródło.

Z rewolucją związana jest druga ciekawa historia w zbiorze, dotycząca plądrowania grobów królów francuskich (których po rewolucji postanowiono wyrzucić z ich trumien do jednego wspólnego grobu – szczerze mówiąc, nie znałam tej historii wcześniej). Tu pojawia się nam nie tylko sporo niezwykłych przestrzeni, takich jak zdesakralizowana katedra, w której stróż pali sobie ognisko pod filarem, ale i miesza się chęć opisu rzeczywistości z narzekaniem na nią. Dumas niezbyt konsekwentnie przedstawia radość z odwrócenia porządku (przez rewolucję), strach przed nim i równocześnie przywiązanie do jakiegoś bliżej nieokreślonego zbioru „tradycyjnych wartości”, jakie mają przemawiać ubodzy Francuzi. Autor bowiem waha się ciągle, czy naród mu zdziczał, czy przeciwnie, drzemie w nim jakiś „zdrowy duch”, na który jednak narzucono odgórnie pewne ramy, w których nie ma wyjścia i musi się poruszać. Śledzenie tego rozdwojenia w narracji dostarcza dodatkowej przyjemności (lub irytacji, zależnie od podejścia). Nieco mniej ciekawie prezentują się trzy, bardziej konwencjonalne historie zamieszczone w zbiorze. Sędziego prześladuje klątwa skazańca i widzi a to kota, a to szkielet, wchodzących sobie bez przeszkód do jego gabinetu o określonej godzinie. Pewien rozbójnik nawraca się pod wpływem duchownego, ale jego nawrócenie jest uwarunkowanie noszeniem medalika – tyle że kat, który go powiesił też chciałby mieć ten medalik. Młode małżeństwo zostaje rozdzielone, dobrze, że mąż ma pomysł jak przebywać razem z żoną nawet spoza grobu. Tak można by je streścić i nie stracić zbyt wiele. Jasne, same w sobie te opowiadania nie są złe, ale bledną w obliczu wcześniej szerzej omówionych. Warto może zwrócić jeszcze uwagę na to, ile miejsca we wszystkich tych utworach zajmuje postać kata: w niektórych wręcz centralna, widać więc, że nawet tam, gdzie nie ma bezpośrednio mowy o rewolucji, jest ona ważnym czynnikiem w życiu bohaterów.

No, ale przejdźmy wreszcie do historii o wampirach, opowiadanej przez nienaturalnie bladą damę. Dama jest Polką spod Sandomierza, ale mówi po francusku, gdyż – jak zapewnia nas narrator Aleksander Dumas, autor dramatyczny – francuski to dla Polaków właściwie drugi język. W tej historii jest sporo takich łagodnych niedorzeczności w rodzaju powstania niepodległościowego, które okazuje się być powstaniem dekabrystów, szlachty barykadującej się w swoich licznych pod Sandomierzem się znajdujących zamkach, wsi pełnych duchów (rzecz podobno w Polsce zwyczajna), czy fantastycznej geografii, gdzie z Sandomierza do Rumunii jedzie się konno Karpatami w mgnieniu oka. Bohaterowie mówią takimi językami, jakie akurat wygodnie jest, by znali, a główna bohaterka – owa blada dama – pada ofiarą zasadzki dzikiego barona mołdawskiego. Na zamku tegoż barona poznaje innego barona, bardziej „europejskiego” i ich matkę, baronową a la kniahini Kurcewiczowa, pada również ofiarą zbrodniczej miłości, wampira nawiedzającego jej komnatę nocą, a kochankowie mdleją romantycznie, krzycząc „umieram!”. Nie zabraknie wiary w krew zdradzającą mordercę – który potem na mocy imperatywu narracyjnego okaże się wcale nie być mordercą, ale już dlań i tak będzie za późno – ani złowrogich dzikich spojrzeń, wszystko zaś zostanie ubrane w konfrontację Zachodu i Wschodu, z lekką nutą „za wolność waszą i naszą w tle”. Dumas orientalizuje Słowian, przytacza wiarę w mit wampira jako niezbywalną cechę ludzi z Europy Środkowej, dość fatalistycznie podejdzie również do możliwości walki z wampirem, którego owszem, da się pokonać, ale z najwyższym poświęceniem w parze.

Jeśli zatem sięgać po „Biesiadę...” – a, powtórzę, sięgnąć warto – to raczej dla upiornych pomysłów na zaplecze rewolucji, niż dla podejścia autora do wampiryzmu. Trochę nawet szkoda, że mit wampira nie wpleciony został w historie o rewolucji, bo mogło być znacznie ciekawiej, no, ale na wyjście z mroków Karpat w światła wielkiego miasta wampir musiał jednak trochę poczekać.

Weź dokładkę!

9 komentarze

  1. Faktycznie trochę szkoda, że akurat tak to wszystko zostało przedstawione... ale ogólnie "Biesiada widm" zapowiada się dla mnie bardzo ciekawie. A że jeszcze nie miałam okazji przeczytać tego zbioru, chętnie po niego sięgnę. I sama się przekonam, co pan Dumas nam tutaj zaserwował;)
    PS. Okładka jest...ekhm;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo jestem ciekawa, co powiesz, chociaż z góry ostrzegam, że opowiadania nie związane z rewolucją nie są specjalnie ciarkogenne. Natomiast Dumas zwykle dobrze pisze, więc nie trzeba się bać o warsztat :-). Tylko okładka taka, no... Szczególna ;-).

      Usuń
  2. a propos dumasa choć nie pamiętam czy ojca czy syna dawno temu czytałem taką kilku tomową powieść gdzie też było pełno niesamowitości rozgrywało się to mdzi.wśród masonów czy iluminatów (czytałem ca.w 89r stąd nie pamiętam dokładnie ) obdarzonych mistyczną mocą jakieś amulety itp rzeczy tam były plus to co u dumasa czyli pojedynki pościgi itd itd tytułu co prawda za chiny nie pamiętam ale pamiętam że zrobiło to na mnie wtedy wrażenie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może to były "Pamiętniki lekarza"? Opis by chyba pasował?

      Usuń
    2. chyba nie ale może się mylę pamięć bywa zabawna bo tytułu nie pamiętam ale pamiętam że okładki były w kolorze ciemna purpura i granat z jakimś wzorkiem ;-)

      Usuń
    3. o już wiem Józef Balsamo :) i dobrze pamiętałem kolor okładki xD

      Usuń
    4. Jeśli dobrze rozumiem, "Józef Balsamo" jest pierwszym tomem "Pamiętników lekarza" właśnie :-D.

      Usuń
  3. O, o, o! A ja czepię historycznie - gilotyny wcale nie wynalazł pan Guillotin. On jedynie spopularyzował swoją wersję. Urządzenia o takim mechanizmie używane były już wcześnie (patrz: Halifax Gibbet i inne).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Użyłam tego sformułowania raczej dla radości użycia omówienia zamiast słowa "gilotyna" ;-). Poczytałam sobie o historii gilotyny przy przygotowywaniu wpisu, jakoś trzeba było wybrać ilustracje :-D.

      Usuń