Jeszcze słów kilka o wampirach albo opowiadania, ciekawostki i leitmotivy


Postanowiłam już nie rozbijać tego wpisu na kilka i zebrać wrażenia i inspiracje z ostatnich lektur „wampirycznych”, które poczyniłam. Swoją drogą, trafianie na kolejne dzieła o tej tematyce jest zasadniczo bardzo „wampiryczne”, bo jedne odwołują się do drugich, z siebie czerpią i dość łatwo je w związku z tym specyficznym pasożytnictwem namierzyć i wyłapać.


Niebezpieczne morlackie wioski


Odkąd przeczytałam u Beaty o tym opowiadaniu, bardzo chciałam je przeczytać – wyglądało niesamowicie i w dodatku nastrojowo przypominało mi te co straszniejsze baśnie, które bardzo lubię. „Rodzina wilkołaka” (1839) Aleksego K. Tołstoja (bo o nim mowa) zostało wreszcie przeze mnie znalezione, ku radości, w aneksie z tekstami do „Wampira” Marii Janion. Zakrzyknąwszy hurra zabrałam się do lektury. Co ciekawe, chociaż Tołstoj napisał to po francusku fraza jest wybitnie rosyjska (sprawka tłumacza?) i przypomina to wszystko, co ujęło mnie w jego „Upiorze”. Tutaj mamy sytuację nieco inną, bo to opowiadanie w opowiadaniu. Stary hrabia w trakcie wieczoru opowiada młodym arystokratkom, jak to się kiedyś był wybrał na Bałkany, a Bałkany to kraina dzika i dziwy się tam, panie dzieju, dzieją, zaiste, dziwy. W przypadku hrabiego traf chciał, że trafił pod dach pewnej rodziny, wyczekującej powrotu dziadka: ów zapowiedział, że idzie zapolować w górach na zbójców, ale jeśli nie wróci przed upływem dni dziesięciu, mają go traktować już nie jako jego, ale jako upiora. Tołstoj używa słowa „wilkołak”, zgodnie z tradycją bowiem ten termin i słowo „wampir” miało u Słowian południowych oznaczać tę samą, wysysającą krew, kreaturę, z tą różnicą, że „wilkołak” specjalnie lubował się w spijaniu posoki osób bliskich. Nie bez kozery gdzieniegdzie trafiają się wsie całe zamieszkane przez takie zwampirzone rodziny i sąsiadów, mówi hrabia. No, ale co z tym dziadkiem, spytacie? Wrócił przed upływem dziesięciu dni, nie wrócił? Otóż: wrócił, gdy zegar wybijał ostatnią godzinę, gdy wrócić mógł – i nie wiadomo teraz, jak postąpić. Rodzina podzielona, hrabia obserwuje, dziadek zachowuje się zaś cokolwiek dziwnie. Dalej Wam nie zdradzę, co się dzieje, ale może kilka słów o samym opowiadaniu.

Co jest w nim strasznego? Tołstoj świetnie operuje bardzo prostymi środkami wyrazu. Mamy wioskę gdzieś w górach, odosobnioną od świata – ale też nie za bardzo: może uchodzić za zwykły, nieco egzotyczny przystanek w drodze naszego hrabiego z wielkiego świata. Dorzuca nieco obrzędów i zwyczajów miejscowych – tyle, by móc wywołać pewne zaniepokojenie czytelnika, gdy jedna z bohaterek przestanie nosi charakterystyczne emaliowane wisiorki na szyi. A wszystko okrasza dobrze znanym przepisem: najstraszniej jest w nocy, a jak już wyjrzysz za okno i za tym oknem coś zdecydowanie się na ciebie gapi, bierz nogi za pas. To, co najstraszniejsze jednak, dzieje się poza tym, co czytelnik dostaje w bezpośrednim opisie: trochę jak w greckiej tragedii, by zachować decorum, Tołstoj morduje swoich bohaterów za kulisami – a to dlatego, że narrator nam zemdleje albo nie może się ruszyć, a to dlatego, że swoje porachunki bohaterowie załatwiają w lesie za wsią czy też generalnie poza domem, gdzie przebywa narrator. Końcówka przywodzi na myśl baśń o zaklętym zamku, w którym trzeba spędzić noc, by go odczarować i dostać rękę księżniczki za żonę. U Tołstoja jest to jednak odbite w krzywym zwierciadle, bo okazuje się, że księżniczka nie dość, że nie chce specjalnie dać śmiałkowi swojej ręki, to w sumie z chęcią zjadłaby tę jego.
Wpis ilustrują dostępne w wolnej domenie zdjęcia popularnej aktorki kina niemego, Thedy Bary, która uzyskała psedonim "The Vamp", dzięki rolom, które grała i dzięki legendzie wykreowanej wokół siebie.

I może dwa słowa o podtytule tej części wpisu: bo co to są za morlackie wioski? Otóż znany nam już skądinąd Prosper Mérimée (jeśli śledziliście kwietniowy tydzień z folk horrorem to pewnie pamiętacie jego przewrotne podejście do „Pana Tadeusza”, czyli fantastycznego „Lokisa”), ruszając w ślad za innymi swymi współczesnymi na obfite poletko literackich mistyfikacji, napisał zbiorek wierszy udających „zebrane” na Bałkanach. Wśród nich trafił się „Upiór. Ballada morlacka” (morlacka znaczy mniej więcej to samo, co illyryjska, czyli gdzieś z zachodnich Bałkanów). Wiersz ten, bardzo rytmicznie przełożony przez Aleksandra Chodźko, prezentuje nam dość dziwnego wampira, bo… nieruchomego. Oto bowiem widzimy, jak wśród pola bitewnego, na bagnach (aż się przypomina „Władca Pierścieni”) leży sobie, jak to nam malowniczo opowiada podmiot liryczny, „trup Włocha”, który – choć mija trzeci miesiąc – nadal toczy krew z ran. Nawet zwierzęta, żywiące się padliną, wiedzą, że lepiej nie zadzierać z takim – rodzącym się? czy po prostu trwającym? – upiorem. Co jest w nim charakterystycznego? Spojrzenie: patrzy, siłą rzeczy, do góry, ale ten wzrok ma siłę urzekającą (to jest ten moment, kiedy można śmiało założyć, że kto chciałby sfilmować balladę, pewnie użyłby dobrego znanego chwytu, że nagle łapa upiora łapie jakiegoś przelatującego nad jego truchłem ptaka, a widz podskakuje w fotelu). Kogo chce urzec? Ostatnia strofa dostarcza nam odpowiedzi: upiór śmieje się i czeka na swoją ukochaną, stoi za tym jakaś mroczna historia zdrady, więc nasz nieruchomy wampir najwyraźniej nie tylko pragnie połączyć się z lubą, ale i za coś ją ukarać. Czy przyjdzie, przyzwana? Tego się nie dowiemy z wiersza, ale Mérimée i tak zdążył już nas postraszyć. Przy okazji warto wspomnieć, że bardzo zbliżoną balladę podśpiewywuje przewodnik dzielnej polskiej bohaterki wampirycznej części „Biesiady widm” Dumasa. Ot, taka ciekawostka.

Nieco dalej na zachód


A jak już jesteśmy przy Illirii, to może zahaczę o „cykl szaleńczy” Charlesa Nodiera i jego, hm, trudno właściwie powiedzieć, co, ale niech będzie, że opowiadanie: „Smarra albo Demony nocy” (1821). Nodier, kiedy Francuzi podbili w trakcie epoki napoleońskiej zachodnie Bałkany, spędził rok w Ljubljanie, pracując jako bibliotekarz, więc takie przejście niechaj mi będzie dozwolone. Samo opowiadanie to rzecz bardzo specyficzna: mocno symboliczne, romantyczne w duchu tego kojarzącego ze sobą różne obrazy romantyzmu, nieco krwawe i czasami trudno powiedzieć, o co właściwie w nim chodzi. Ale główna rama narracyjna jest taka, że oto mąż patrzy na śpiącą żonę a żona na męża, jest tydzień po ich ślubie, oboje wzdychają do siebie, że już żadne demony nie mogą ich rozłączyć. Pytanie tylko – czy na pewno?

Nodier bowiem w środek tej dość idyllicznej na pierwszy rzut oka klamry wkłada opowiadanie, dziejące się w starożytności. Oto nasz mąż przeistacza się w antycznego herosa, opłakującego śmierć kompana w bitwie, zauroczonego w lesie czarownic przez złowrogie siły. Nimfy, czy też jakieś chtoniczne boginie, mącą mu w głowie do tego stopnia, że sam nie wie, kto jest jego wrogiem, a kto przyjacielem – czy żyje, czy właśnie ginie. Dostajemy nawet deliryczną scenę śmierci przez dekapitację, połączoną z rośnięciem nietoperzych skrzydeł przy szyi (tak, jest to dokładnie tak szalone, jak brzmi z opisu). Czy opłakiwany kolega nie stał się czasem kimś na kształt wampira, pyta się nasz narrator, chcąc wyczuć puls umierającego i stwierdzając z przerażeniem, że w piersi denata najwyraźniej nie ma w ogóle serca. Gdzie się podziało? No i tu wkracza na arenę faktyczny wampir tego utworu: tytułowy Smarra. Połączenie koszmaru i krwiopijcy, demon senny, wyposażony w trąbę ze ssawką (mówiłam, że będzie dziwnie), wysysający krew ze swojej ofiary na rozkazy czarownic.

Trudno jest mi tak właściwie powiedzieć coś więcej o tym opowiadaniu – przywołuje antyczne tradycje wampirologiczne (pamiętajmy, że w Grecji grasował też lord Ruthven), doprawia je szczyptą je ne sais quoi, otrzymujemy więc bardzo dziwny, oniryczny miks, opowiedziany z błyskiem w oku przez pozornie rozleniwionego, szczęśliwego narratora. Szczerze mówiąc po zamknięciu utworu pozostaje z czytelnikiem niepokojące pytanie, czy aby na pewno młode małżeństwo po pierwsze: żyje, a po drugie: jest tak zadowolone, jak wygląda. A jak już jesteśmy przy grze pozorów i to w literaturze francuskiej, niechże Wam przedstawię dwie wersje opowiadania Horla” Guya de Maupassanta (1886). Autora znałam dotychczas z opowiadań, ale o tematyce obyczajowej i nie miałam pojęcia, że tworzył również grozę – a nie tylko tworzył, bo jakże on to robił! „Horla” ma, jak już wspomniałam, dwie wersje: pierwsza, krótka, to historia pacjenta szpitala psychiatrycznego, który streszcza swoje przeżycia konsylium lekarskiemu. Druga ma formę pamiętnika tegoż człowieka, różni się jednak w drobnych szczegółach.




Co ma wywoływać ciarki? Otóż bohater mieszka sobie całkiem szczęśliwie w domu na brzegu Sekwany i pewnie mieszkałby dalej, gdyby nie to, że coś najwyraźniej przypłynęło na jednym ze statków z dalekiej Brazylii i zamieszkało w jego domu. Narrator popada w melancholię, czuje się tak, jakby ktoś nim sterował, jakby spijał życie z jego ust (zapamiętajmy ten motyw!) podczas snu i jakby powoli przejmował jego duszę. W końcu wyczytuje o dziwnej „epidemii wampiryzmu” w Brazylii – objawy są kubek w kubek takie, jak u niego – i uznaje, że zamieszkała z nim dziwna, niewidzialna istota (przypomina się od razu „Draństwo” Bierce’a), pochodząca gdzieś, nie wiadomo skąd. Budzi to w nim kosmiczną grozę, a sformułowania używam także dlatego, że to jest opowiadanie szalenie Lovecraftowskie w duchu. Bohaterowie obawiają się, że coś zamieszkało na Ziemi, jakiś następca rodzaju ludzkiego, co wywołuje w nich nieodwracalny strach. Boją się, że na naszej planecie są jakieś istoty dotychczas zupełnie nie zbadane, nie dające się dostrzec niedoskonałymi zmysłami człowieka, i że powoli nastaje kres ludzkości.

Trudno jest walczyć z czymś takim i w pierwszej wersji opowiadania bohaterowie ze zgrozą przyjmują do wiadomości, że to się wszystko nie może dobrze skończyć (jak się kończy, autor nam nie mówi, żebyśmy też sobie uszczknęli tej grozy). W drugiej wersji podjęte zostają pewne kroki, okazują się jednak fatalne, złudne i zamiast pomocy przynoszą okrutne rozczarowanie, a bohater brnie dalej w owo „kosmiczne szaleństwo”. Bardzo jestem ciekawa, czy Lovecraft czytał Maupassanta – w innych opowiadaniach Francuza, na przykład nie ustępującej wcale grozą przed „Urokiem śniegu” Blackwooda „Oberży” znajdziemy nawet tak lube Samotnikowi z Providence nagromadzenie przymiotników.

Nie taki wampir straszny


Udało mi się też znaleźć dwie wariacje na temat wampira w opowiadaniach Rolanda Topora i Józefa Maksymiliana Ossolińskiego. Ten pierwszy w „Zębach wampira” zagina parol na van Helsinga – u niego co prawda holenderski pogromca wampirów nazywa się van Gunt, ale dość łatwo go rozpoznać po nieodłącznej czarnej walizeczce i wzdychaniu, że tyle już wampirów w swym życiu zlikwidował, że hej. Tymczasem zaś zrywa się ulewa („pogoda idealna dla wampirów”, konkluduje nasz pogromca), więc van Gunt postanawia przenocować w ponurym gmaszysku, jakie wygodnie wyrasta mu po drodze. W środku rzecz jasna jest straszny starzec i mroczne tajemnice. Topor naigrawa się z całej sytuacji, zęby zresztą też traktując mocno metaforycznie, a wampiryzm jest u niego jakimś rodzajem pasji wysysającej krew z żył (można to tak interpretować, a można po prostu pośmiać się nad pomysłem morderczej filatelistyki). Sam van Helsing zaś, tfu, van Gunt, to ktoś, kto patrzy przede wszystkim na swoją korzyść. I tu zdecydowanie Toporowi bardzo lekko udaje się wydobyć to, co od wieku krytykują czytelnicy „Draculi”, czyli często podejrzane i wcale nie tak klarowne zachowanie holenderskiego doktora nauk wszelkich. Ja jestem bardzo na tak.

Tymczasem autor nasz rodzimy, założyciel Ossolineum Józef Maksymilian Ossoliński w swoim „Upiorze” (pisanym pod koniec wieku XVIII) też stara się rozbroić mit wampiryczny – w całej niedużej książeczce „Wieczory badeńskie, czyli powieści o strachach i upiorach” zamiaruje walczyć z zabobonem, obśmiewając kolejne „ludowe” pomysły, a całość ubierając w dobrze znaną formę „jest wieczór, miłe towarzystwo, pogwarzmy więc o strasznościach”. Najpierw, w sposób zbliżony do Tołstoja, raportuje o tak silnej wierze w wampiry, że całe wsie miały być rzekomo dotknięte tą klątwą, potem zaś wypuszcza bohatera nocą konno, by wracał do domu. I nagle jak coś dziwnego nie skoczy mu za plecami na konia! Cały strach polega na tym, że bohater nie widzi zagrożenia, ale ma głowę jeszcze pełną opowieści o wyssanych do ostatniej kropli wsi mieszkańcach pobliskich miejscowości, widzi cień straszydła siedzącego za nim, a ono samo „żylastymi rękoma” usiłuje go, ni mniej, ni więcej, tylko udusić. Finalnie opowiadanie ma racjonalne wyjaśnienie, ale można się troszeczkę pobać, bo napisane jest bardzo sugestywnie – gra z cieniem zwłaszcza. A i to racjonalne wyjaśnienie jest dosyć straszne, tak szczerze mówiąc.

A może jednak


Zupełnie na serio wątek wampiryczny wziął za to Edgar Allan Poe w swojej „Berenice”. Pierwszoosobowy narrator jest, jak to u Poego bywa, dziwny, niewiarygodny i podejrzany, a jeśli tak jak ten deklaruje w dodatku, że części wydarzeń zupełnie nie pamięta, to można się spodziewać wszystkiego. Pisarz bierze na warsztat motyw „zaślubieni od kołyski”, a mianowicie nasz narrator zaręczony jest z piękną kuzynką – on taki raczej nieśmiały i zagrzebany w książkach, ona piękna i śmiała (i niewiele więcej o niej w sumie wiemy). Niewiele ich łączy, poza poczuciem, że skoro tak ustalono, to pewnie się pobiorą – można w sumie w tym opowiadaniu doszukać się takiego wątku, który znamy z różnego rodzaju school drama – ale los chce inaczej: Berenice zaczyna chorować i, co ciekawe, wtedy atencja jej kuzyna wzrasta. Im gorzej przedstawia się los dziewczyny, tym bardziej chorą fascynację względem niech przejawia nasz narrator. Apogeum osiąga ona po śmierci dziewczyny, która nadaje jej rysom twarzy coś niesamowitego, ściągając górną wargę i odsłaniając zęby.




Właśnie te zęby są dla narratora źródłem lęku i fascynacji, może przeczuciem zwampirzenia niedoszłej ukochanej, a może własnej zwyrodniałości. No cóż, nic nie poradzę na to, że słówko „zwyrodniały” tak dobrze pasuje do większości narratorów Poego, w dodatku jestem w stanie odczytywać większość zdarzeń na ich niekorzyść. Jeśli więc ten tutaj deklaruje, że nie wie, co nim kierowało i jakim cudem stało się, co się stało (nie będę Wam spojlerowała, ale konkluzja jest przerażająca), raczej czytam to jako próbę wyparcia się zbrodni niż biorę za dobrą monetę. Gdyby czytać opowiadanie w kluczu „wampiryzm jako wyzwolenie seksualne kobiety”, narrator spycha bohaterkę z powrotem w otchłań konwencji i nie tylko zresztą: kara ją za własne niespełnienie, czy może właśnie za zwyrodniałe spełnienie. Tak czy inaczej: ciekawa historia z motywem wampirycznym i bardzo creepy opowiadanie Poego.

I na sam koniec niech się jeszcze pojawi „Gość Draculi” Brama Stokera, po którego sięgnęłam skuszona przez Procellę, żeby mieć już komplet. Opowiadanie pierwotnie miało być częścią „Draculi”, ale z powieści jednak wyleciało i funkcjonuje sobie właśnie jako osobne opowiadanie (opublikowane już po śmierci autora w 1914 roku). I chyba dobrze, bo nasz bezimienny narrator – w którym możemy domyślać się Jonathana Harkera – jest tu absolutnie okropny. Obraża miejscowych, udaje chojraka, wysławia angielską dzielność, żeby potem z podkulonym ogonem uzmysłowić sobie, jak bardzo nie miał racji. Serio, w momencie, gdy przez pół opowiadania wystraszony woźnica powtarza mu, że jest Noc Walpurgi („Noc Walpurgi nie dotyczy Anglików!”, odrzeknie na to nasz niby to nieustraszony narrator), aż wreszcie do narratora to dotrze i sam zakrzyknie ze zgrozą „Jest Noc Walpurgi!”… No, nie. Nastrój grozy też nie jest tu tak dobrze odmalowany, jak w „Draculi”, podejrzewam, że głównie za sprawą tego, że narrator chojraczy, po czym mdleje, więc niewiele widać, a otaczający go od czasu do czasu inni bohaterowie starają się mówić jak najmniej, żeby nie wywoływać wilka z lasu. „Draculi” dobrze zrobiło usunięcie tego fragmentu – niewiele wnosił, a zupełnie nieświadomy na początku swojej wyprawy Harker jest dużo ciekawszą postacią niż Harker po przejściach w okolicach Monachium (fantastyczna geografia europejska Stokera ma się tu równie wybornie, co w powieści). I nawet nie jest mi specjalnie żal potężnego żeńskiego wampira, który trochę się kołacze po tym opowiadaniu, bo w sumie nie odgrywa zbyt dużej roli – jasne, można się zastanawiać, „co by było, gdyby...”, ale że generalnie historia jest bardziej dla fanów i tropicieli wątku, niż do ogólnego polecenia: szkoda, moim zdaniem, niewielka.

***

No dobrze, ja póki co kończę z eksploatowaniem motywu literackiego wampira, więc możecie odetchnąć z ulgą, na blogu zagoszczą nieco inne tematy. A jeśli jeszcze nie macie dosyć, polecam cudze wampiryczne cykle – Wakacje z Wampirami u Czepiam się Książek i Good Ole Vampyres u Alttiego. A przy tej okazji zapytam: jakie są Wasze ulubione powieści z motywem wampira? Mogą wcale nie być klasyczne (i nie muszą być specjalnie straszne).

16 komentarzy:

  1. Maupassant grozy (szeroko rozumianej) popełnił całkiem niemało i całkiem przyzwoitej, mam cały zbiorek, zawierający szesnaście tekstów, jego opowiadań w tych klimatach (ale w tłumaczeniu na angielski, nie czytam po francusku, a po polsku chyba nikt takiej kolekcji nie zrobił - wiadomo, jak u nas traktuje się grozę, a szkoda; może kiedyś wydawnictwo C&T coś zdziała?).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, mogliby, bo bardzo warto! Większość opowiadań z tomiku "Horla i inne opowiadania" jest utrzymana w klimacie grozy, ale nie ma tam, jak wywnioskowałam z szybkiej internetowej kwerendy, sporej części jego najsłynniejszych opowiadań grozy, a szkoda.

      Usuń
    2. O, właśnie wypatrzyłam, że w wydawnictwie Pan Books wyszedł nie tylko zbiór "Tales of Supernatural Terror", który mam, ale i cztery lata później "The Diary of a Madman"! Miały też łączne wydanie.
      http://vaultofevil.proboards.com/thread/3373/guy-de-maupassant-tales-terror

      Usuń
    3. Widziałam jak szukałam innych tytułów Maupassanta, licząc, że może właśnie coś jest w "Horli", wygląda smakowicie :-).

      Usuń
    4. Ok, "The Diary of a Madman" zamówione :P Przy okazji kupiłam jeszcze (chyba jestem napawdę nieuleczalnym przypadkiem!) "A Century of Thrillers: From Poe to Arlen" z 1934 roku. Obfocę na Insta, jak dojdzie!

      Usuń
    5. Super, będę czekała! :-) I koniecznie daj znać, co jest w spisie treści obu tych książek, dla inspiracji poszukiwawczych ;-).

      Usuń
  2. Mam zamiar pisać o "Wpuść mnie" Lindqvista. Polecam bardzo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, wygląda ciekawie! Czy jest bardzo krwawo...?

      Usuń
    2. Dość krwawo, a na pewno ponuro.

      Usuń
    3. To jeszcze będę musiała się zastanowić, chociaż widzę, że książka bardzo utytułowana.

      Usuń
  3. Cieszę się, że sięgnęłaś po "Rodzinę wilkołaka"! Bardzo lubię to opowiadanie, jest niesamowite.
    "Horla" jeszcze przede mną, pewnie pojawi się w którymś kolejnym Ponurym Poniedziałku.
    Ulubione powieści? Zdecydowanie "Dracula" Jeżeli chodzi o wampiry, klasyka jest według mnie najlepsza;) Z nowszych podobało mi się oczywiście "Miasteczko Salem" Kinga, ale przyznaję że teraz już prawie nic nie pamiętam z tej lektury. Ciekawie zapowiadała się też "Twierdza" Francisa Paula Wilsona, ale autor ostatecznie się nie popisał. A szkoda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest zupełnie niesamowite, no i wreszcie się dowiedziałam, jak się kończy, bo przyznam, że obraz tego dziadka zaglądającego przez okno mnie prześladował jakiś czas i tak sobie myślałam, czy jest tym wampirem, czy jednak nie jest ;-). "Dracula" jest znakomity, bardzo mi się ta powieść podobała -- do Kinga jak wiesz podchodzę jak pies do jeża, nie jestem jeszcze zdecydowana, czy się zabierać, chociaż Maria Janion kusząco pisze o "Miasteczku...", że warto zobaczyć, jak King w nim reinterpretuje poszczególne części "Draculi" właśnie. A co do "Twierdzy" widzę, że są bardzo różne opinie :-).

      Usuń
  4. Oj, Pyzo, Pyzo. Przypomina mi się liceum i zaczytywanie się w "Wampirze" Janion, odkrywanie tych wszystkich wampirzych opowieści. I Topora, i Tołstoja, i Poego, i Polidoriego. Czytałam wszystko, co mi wpadło w ręce. Szalenie podobała mi się "Carmilla", "Wampir" Reymonta, Hoffman i jego mityzacja ciężarnej w "Vampirysmusie", a już w Annie Rice się zaczytywałam jak głupia... Generalnie wywalczyłam sobie wampiry jako temat prezentacji i przygotowałam się aż za dobrze. Myślałam nawet kiedyś na początku bloga, żeby zrobić specjalny wampiryczny wpis, ale nigdy się za to nie zabrałam. A Ty działasz tu wampirycznie aż za dobrze!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Carmilla" im dłużej o niej myślę, tym bardziej mi się podoba: także dlatego, że ma kilka "den" i jest podatna na różne odczytania. To nie taki tam zakurzony klasyk, który był potrzebny, żeby gatunek ruszył dalej. A niestety nie o wszystkich powieściach wampirycznych da się powiedzieć to samo ;-). Reymonta doceniam, choć aż tak mnie nie przekonał -- raczej jako zabawę z motywem (i ta pantera!).

      Anne Rice sobie obiecuję w końcu przeczytać, ale z drugiej strony nie mam aż tak wielkiej motywacji (nie jestem najlepsza w czytaniu wielotomowych sag ;-)), za to bardzo lubię filmowy "Wywiad z wampirem" i widziałam go kilka razy :-).

      Usuń
  5. W kwestii opowiadan grozy czy takiego weird fiction to wspolczesnie na mnie najwieksze wrazenie zrobila Ursula LeGuin. Jest taki zbiorek Dziewczyny Buffalo i inne zwierzece obecnosci czy jakos tak. I jest tam takie opowiadanie wilkolackie klasyczne (bo o wampirach niestety nic) i inne opowiadania wywracajace rzeczywistosc na druga strone (jest na przyklad opowiadanie z perspektywy drzewa). Ale to wilkolackie robi najwieksze wrazenie naprawde. Polecam bo tu w kolko wampiry i wampiry a ja zawsze wolalam shapeshifterow :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo, dziękuję, już sobie zapisuję (Le Guin, jak bym mogła nie!). Ale wiesz, te tematy wampir-wilkołak są ze sobą dość mocno powiązane, nawet w klasycznych wykonaniach (pomijam dość swobodne używanie terminów, ale generalnie w historiach wampirycznych pojawiają się motywy wilkołackie -- pantera u Reymonta to dalekie echo niby, ale dźwięczne ;-)). Wezmę się za wilkołaki z pewnością, bo za mało wiem na ten temat, a wydaje się ciekawy :-).

      Usuń