Klasyczni krwiopijcy albo o „Upiorze” A. Tołstoja, „Carmilli” J. S. Le Fanu i „Wampirze” J. W. Polidoriego


Zabierając się za klasyków wampirzego gatunku nie spodziewałam się znaleźć w nich takich smaczków (jakkolwiek może przy pisaniu o wampirach taka gra słów niekoniecznie jest wskazana), ale też i, przyznam, miałam zupełnie inne wyobrażenie o tych historiach.


Pozwolicie, że pisząc o tych trzech mini-powieściach lub opowiadaniach, będę szukała w nich cech wspólnych, ale każdej z nich poświęcę nieco miejsca również osobno. Na początek, dla porządku, co traktuje o czym. Chronologicznie pierwszy jest „Wampir” Polidoriego (1819), pokłosie pamiętnej wyprawy do Szwajcarii lorda Byrona, Shelleyów oraz właśnie Polidoriego, podczas której mieli oni napisać jakąś straszną historię. Jak wiemy, Mary Shelley z sukcesem ukończyła „Frankensteina”, Shelley i Byron poczynili pewne notatki, zaś Polidori stworzył dość zgrzebne, szczerze mówiąc, opowiadanie – zresztą opublikował je bardziej ku swojej udręce, bo ówcześni byli przekonani, że to dzieło Byrona i nawet to, że Byron się od autorstwa odżegnał, ich specjalnie nie przekonało. A o czym to jest? Na londyńskich salonach zaczyna brylować dziwny mężczyzna, lord Ruthven, trupioblady jegomość, roztaczający wokół siebie dziwny czar, ale i sprowadzający pecha na tych, którzy zawrą z nim bliższą znajomość. Taki los czeka też młodego, naiwnego Aubreya, który wychowany na romansach uważa, że rzeczywistość wygląda tak, jak w książkach. Jak gorzko się zatem rozczaruje, gdy – wyruszywszy w podróż z Ruthvenem na kontynent – odkryje, z jakim nikczemnym stworzeniem przyszło mu dzielić doświadczenia.

Drugi w kolejce byłby „Upiór” Aleksego K. Tołstoja (1841). Podobno pierwsze rosyjskojęzyczne opowiadanie w temacie (chociaż znakomity „Wij” Gogola jest nieco wcześniejszy, bo z 1835 roku, i również podejmuje tematy wampiryczne), trochę słowiańskie, trochę – w dobrym rozumieniu tego słowa – gotyckie. O czym w nim mowa? Hrabia Runiewski na balu poznaje osobliwego człowieka: Rybarenko, bo tak nazywa się ów dziwak, stoi w kącie i ze zdziwieniem deklaruje, jak to możliwe, że nikt nie zauważył, że na tym balu zeszło się tyle upiorów? Upiorów, czyli wampirów, klaruje dalej zdumionemu Runiewskiemu, po czym wskazuje na starszą panią brygadierową i jednego z radców, który tak dziwnie cmoka przy mówieniu: ale czy dlatego, że faktycznie jest wampirem, czy może dlatego, że od lat wzbrania się, by wstawić sobie sztuczną szczękę? I czy komuś, w tym Daszy, wnuczce brygadierowej, która od razu wpadła w oko Runiewskiemu, grozi jakiekolwiek niebezpieczeństwo, czy po prostu Rybarenko to nieszkodliwy szaleniec?
Wampiry lubują się też w ruinach: u Polidoriego w ruinach antycznych, u Le Fanu rodowych, u Tołstoja ukrytych przed oczyma potencjalnych widzów.
 

I jeszcze trzeci utwór, słynna „Carmilla” Josepha Sheridana Le Fanu (1872). O czym to jest? Niedaleko zamku Laury i jej ojca pewien powóz ma wypadek. Starsza dama, która szybko wykaraskuje się z dość podejrzanego pojazdu, otoczonego paskudną na pierwszy rzut oka świtą, deklaruje pośpiech i prosi o opiekę nad niezbyt zdrową córką, Carmillą. Arystokraci przygarniają więc dziewczynę, deklarując nie pytać o nic – ale stan zdrowia Laury zaczyna się pogarszać, chociaż między dziewczętami zostaje zadzierzgnięta nić może i toksycznej, ale na pewno bliskiej przyjaźni. Carmilla tymczasem śpi do południa, śni dziwne sny i deklaruje wielką miłość ku Laurze, podczas gdy ta ostatnia z melancholią wspomina koszmarny sen z dzieciństwa, w którym ujrzała Carmillę po raz pierwszy i śni wciąż o dziwnym stworzeniu, które ostrymi zębami przebija jej szyję tuż poniżej krtani.

Co łączy te trzy opowiadania (sama nie wiem właściwie, jaką nomenklaturę stosować, ale niech będą opowiadania, miejcie jednak w pamięci, że „Carmilla” i „Upiór” to spokojnie mogą być też mini-powieści)? Przede wszystkim dziwne przekonanie bohaterów, że osoby pochodzące z arystokracji żadną miarą nie mogą być podejrzane. Serio, dla nas dzisiaj to oczywiste, że zamki i rezydencje skrywają swoje tajemnice, a cóż lepiej pasuje do wampira niż drogocenna kolia i długaśne drzewo genealogiczne, ale w początkach motywu okazuje się, że bohaterowie są zupełnie spokojni, jeśli nasz podejrzany osobnik ma rodowód. W „Wampirze” lord Ruthven jest chętnie widywany na salonach, choć ciągnie się za nim opinia rozpustnika i wiadomo, że uwodzi młode dziewczęta – mimo to udaje mu się przekonać nieprzekonanych, że będzie idealnym mężem i głową rodziny. To można oczywiście zwalić na karb krótkiej i niedopracowanej do końca formy (zdania bohaterów co do Ruthvena zmieniają się co chwila: opiekunowie Aubreya będą go przestrzegać przed nowym znajomym i zaklinać, by puścił go w trąbę, by potem bez przeszkód oddać rękę siostry Aubreya temuż samemu osobnikowi, tylko że pod innym nazwiskiem), ale swoją rolę gra tu jednak przekonanie o tym, że szlachcic po prostu nie może być zły, byleby miał odpowiedni tytuł. A nawet, jak udowadnia „Carmilla”, może nie mieć tytułu, ale musi stosownie wyglądać.

Bo jaką sytuację dostajemy w „Carmilli”? Stara wampirzyca (dla czytelnika jest to jasne, dla bohaterów – niekoniecznie) za każdym razem wykonuje tę samą sztuczkę: zasłaniając się ważną tajemnicą wciska swoją „córkę” szlacheckiej rodzinie, tak by dziewczę mogło sobie pożerować na błękitnej krwi. Zresztą tej klasowości jest w powieści więcej: Carmilla-wampir młode wieśniaczki z okolicy zabija od razu, podczas gdy na szlachciankach żywi się tygodniami, wchodząc z nimi w quasi erotyczny układ, uwodząc je, zamiast szlachtować na miejscu. Tak działanie wampira wyjaśnia też zwichrowany baron, służący za przewodnika po tajemnicach wampirzego rodu. Ale, właśnie: ta pasja dotyczy tylko osób wysoko urodzonych (co nie zostaje powiedziane explicite, tak na marginesie). Co prawda szlachcice od czasu do czasu orientują się, że coś jest nie tak – jak starszy generał, któremu sytuacja, gdzie starsza dama incognito wmawia mu przyjaźń, a on nawet nie widzi jej twarzy, niekoniecznie się podoba, no ale dał słowo, więc bierze pod dach nieznajomą dziewczynę, zachowującą się co najmniej podejrzanie. W „Upiorze” Tołstoj trochę natrząsa się z tej formy, ale podąża jej śladem: w łapska wampirów wpadają więc przede wszystkim wiotkie i wysoko urodzone dziewczęta, a same upiory brylują na salonach. Co prawda rosyjski autor podsuwa nam różne inne rozwiązania tej sytuacji: może wszystko tylko się zwidywało, może ktoś nie jest do końca zdrowy, może to tylko ciąg chorobliwych skojarzeń – ale koniec końców okazuje się, że najlepiej bronić się przed wampirami… odcinając się od nobliwego towarzystwa. Dlatego Runiewski na koniec zapowie służbie, że „Ilekroć zjawi się Siemion Siemionowicz Tielajew, nas nigdy nie ma w domu! Zapamiętaj to sobie! Nigdy!”.




Same wampiry mogą pochodzić z klasy wyższej, ale już niekoniecznie muszą. Wiemy, że Carmilla miała arystokratyczne korzenie – ślad wampiryzmu u Le Fanu, do którego niektórzy są predestynowani, ciągnie się w rodzie Karnsteinów, z którego pochodzi również Laura – ale już na przykład brygadierowa Sugrobina w „Upiorze” to taka krzyżówka słodkiej babci lubiącej zanudzać wnuki wspomnieniami o dokonaniach nieżyjącego dziadka z Elżbietą Batory, która z chęcią odzyska młodość, więc co tam jedna czy druga kąpiel we krwi własnej wnuczki. Egzotyczny rodowód (najlepiej węgierski, chociaż ogólnie środkowoeuropejski też jest w porządku, jak pisze Le Fanu, najlepiej na wampirach znają się mieszkańcy Moraw, Polski, Śląska, Górnej i Dolnej Styrii, Serbii, Rosji) wskazany – Sugrobina ma węgierski, Carmilla austriacki. O męskim przedstawicielu klasycznych wampirów, czyli lordzie Ruthvenie, wiemy niewiele: ani skąd pochodzi, ani czy ma jakąś domieszkę środkowoeuropejskiej krwi. Zamiast tego Polidori pozwoli mu grasować na południu Europy, podsuwając Rzym i Grecję, z której czyni aktywne siedlisko wampirów, straszących – a jakże – Bogu ducha winnych wieśniaków.

To, co łączy nasze wampiry, to również połączenie chęci picia krwi i pociągu erotycznego (nie jest to żadne odkrywcze stwierdzenie, no ale warto się nad nim zastanowić, skoro mamy już w ręku materiał dowodowy). Króluje tu Le Fanu, którego „Carmilla” jest na pół właściwie historią erotycznej, zakazanej fascynacji dwóch dziewcząt. Carmilla hipnotyzuje bowiem Laurę wspólną historią, wspomnieniami o matce, lękami z dzieciństwa, które rzekomo mają mieć wspólne. To, co przerażające, to fakt, że pierwsze pojawienie się wampira przy dziecku wygląda jak scena molestowania seksualnego: pojawia się w nocy, Laura nie widzi rąk kobiety, bo są ukryte pod kołdrą, czuje ból i krzyczy. Jeśli czytać to w tym kluczu, to chodzi tu nie tylko – jak się często pisze o „Carmilli” – o homoerotyczną fantazję, ale również o traumę z dzieciństwa, a seksualność obu bohaterek, Laury i Carmilli, jest dużo bardziej skomplikowana, niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Połączenie wampiryzmu i erotyzmu widać też w „Wampirze”, choć ponownie, ze względu na formę, mniej niż bardziej. Lord Ruthven uwodzi niewinne dziewczęta i sprawia, że zmieniają się w damy upadłe (że tak sobie pożyczę sformułowanie). Dzieje się tak po trosze dlatego, że kontakt z nim zwyczajnie przynosi pecha (ludzie bankrutują, wariują i swobodnie przemieszczają się po drabinie awansu klasowego, że tak to ujmę), a po trosze dlatego, że to istota przeklęta i kontakt z nią jest zaraźliwy, jeśli chodzi o przenoszenie się tej klątwy. No właśnie: a jak według klasyków zostać wampirem? Ruthven nie jest specjalnie zainteresowany szczerzeniem wampiryzmu, to taki mściwy bohater, który przede wszystkim chce swoje ugrać, a cała reszta go nie interesuje (swoją drogą, czy dziwny pociąg Aubreya do Ruthvena z początków opowiadania też da się podciągnąć pod kategorię fascynacji erotycznej?). Jasny przepis dostajemy w „Carmilli”: niektórzy zwyczajnie są bardziej predestynowani do tego, by po śmierci zwampirzeć, i tyle. Wydaje się, że ku temu odsyła nas zakończenie, bo Laura – spisując po latach doświadczenia z dziwną towarzyszką – właściwie wydaje się nie być do końca zadowolona z ocalenia i snuje marzenia o tym, co może być dalej. A dalej może być dokładnie tak, że sama stanie się taką Carmillą.
Jak zawsze dzięki za inspirację dla Luki z Przestrzeni Tekstu!
 

Bo kogo raz nawiedzi wampir – i tutaj zasadniczo wszyscy autorzy są zgodni – ten narażony jest na ponowne z nim zetknięcie albo samodzielne zwampirzenie. Tołstoj co prawda trochę każe się bohaterom zdystansować od ewentualnego zagrożenia, ale pozostawia im nutkę niepokoju, czy aby snujące się po posiadłości Sugrobinej upiory nie powrócą w ten czy inny sposób. Wszak dziwny człowiek w masce – niedwuznacznie daje się nam znać, że sam diabeł – nie został odesłany ani pokonany, swobodnie przemieszcza się po Europie i po posiadłościach naszych bohaterów, więc bezpieczni z pewnością do końca nie są. Ta nutka nieuchronności, nawet jeśli autor zaserwuje nam gdzieś po drodze jakiś rodzaj happy endu, również łączy wszystkich klasyków. I chociaż wykonaniem te utwory się różnią (począwszy od mocno przeciętnego „Wampira”, przypominającego historyjki, jakimi straszą się dzieci – zwróćcie uwagę na ostatnie zdanie! – przez nieco humorystycznego „Upiora”, po sugestywną „Carmillę”), to posiadają sporo cech wspólnych, które pozwalają na snucie domysłów a propos rysów takiej klasycznej „wampirzości”. A co dalej? Dalej, zobaczymy, co z tym wszystkim zrobił Bram Stoker w „Draculi” – nie omieszkam Wam napisać wrażeń z lektury, jak tylko ją skończę.

A opisywane dzieła serdecznie polecam, może poza Polidorim, który wpada u mnie do zakładki „wypada znać”, ale już niekoniecznie „warto przeczytać” (inna sprawa, że uważam za świetny pomysł, że został włączony, razem z innymi utworami powstałymi w tym czasie, do wydania Frankensteina Vesperu, bo wszystko jest pod ręką i można sobie samodzielnie wyrobić opinię; chwaliłam już to wydanie, ale chwalić dobrych wydań nigdy nie dość). Natomiast przygodę z Le Fanu zamierzam kontynuować (co byście polecili?), a klasyczne opowiadania rosyjskie, jak się okazuje, zdecydowanie trafiają w mój gust.

2 komentarze:

  1. Na tamte czasy to podskórne zaufanie do arystokracji nie było chyba aż tak dziwne. No chyba, że autorzy akurat te fragmenty traktowali ironicznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu raczej chodzi o zaufanie arystokracji do arystokracji, bo tak zwane klasy niższe są jednak w tych powieściach nawet rozsądniejsze ;-).

      Usuń