Podróże kończą się spotkaniem kochanków albo o „Nawiedzonym” S. Jackson


Wybrałam na tytuł notki powtarzane często przez bohaterów stwierdzenie. Ale co ono właściwie znaczy? I jaki jest ten „Nawiedzony” tak właściwie? No cóż, postaram się co nieco Wam o nim powiedzieć.


O co w tym wszystkim chodzi? Pewien naukowiec kompletuje zespół do przebadania niezwykłych zjawisk, jakie mają miejsce w starym domu Sandersonów. Miały w nim miejsce różne dziwne wydarzenia, a architektura samego miejsca jest… No, powiedzmy, że niesprzyjająca. Sam dobór tymczasowych lokatorów tajemniczego Domu na Wzgórzu jest mało jasny, ale doktor Montague się tym nie przyjmuje: zaprasza Eleanor, której w dzieciństwie przydarzyło się coś dziwnego, nieco roztrzepaną Theodorę oraz przyszłego dziedzica włości, Luke’a, do wspólnego zamieszkania i odkrywania, co czai się za złowrogą aurą nawiedzonego domu. Jeśli coś się w ogóle czai.

Powiem od razu, że „Nawiedzony” mnie nie uwiódł. Owszem, pewien wpływ na to miał zapewne kontekst. Straszono mnie tą powieścią bardzo, więc na wszelki wypadek czytałam pomału, z dudniącym sercem czekając, aż z kolejnej szafy wypadnie na mnie szkielet. To dość miarkowane tempo sprawiło, że niespecjalnie przejęłam się akcją (a i szkielety coś nie wypadały tak chwacko, jak wypadać miały), w dodatku przydarzyła mi się rzecz w trakcie lektury smutna: miałam tak dość jednej z głównych bohaterek, że stało mi się zupełnie obojętne, co z nią będzie. A że na przejęciu się jej losem polega w dużej mierze haczyk, jakim kusi nas Jackson, to cały proces czytania „Nawiedzonego” w moim przypadku poszedł chyba zupełnie opacznie.


W grudniu sięgamy po historie o duchach.

Jackson bowiem stosuje strategię zwabienia czytelnika poprzez odmalowywanie drobnych detali, które nie są do końca wykończone. Raczej coś sugeruje, niż faktycznie podsuwa rozwiązania, podrzuca trop, za którym trudno będzie czytelnikowi podążyć, bo zaraz się urwie, zostawiając co najwyżej wrażenie niepokoju. „Nawiedzony” bardziej bowiem niepokoi niż przeraża, nie tyle straszy co wywołuje lekkie ciarki. Niekiedy. Przyznaję, że jak dla książki zaliczanej do najbardziej przerażających horrorów, to słaba rekomendacja ode mnie. Czy wynika to z wyżej wymienionych powodów? Nie wiem. Może mam problem z horrorem w długiej, powieściowej formie? Bo widzicie, nie mam jakoś nic szczególnego do wytknięcia Jackson.

Psychologia bohaterów – jest. Owszem, Eleanor jest denerwująca, Theodora przez sposób opisu (kalejdoskopowy: oglądamy bohaterów ich oczami, ale w dużej mierze też oczami Eleanor) denerwująca, Luke łotrzykowski, Montague nieporadny, a jego pozostali goście, zjawiający się niespodzianie, potrafią potężnie zirytować. Ale i podkreślić, że straszność Domu na Wzgórzu jest bardzo względna. To, co jednych bohaterów przeraża, innych denerwuje, jeszcze innych pozostawia zupełnie obojętnymi. I właściwie to samo można powiedzieć o powieści Jackson. Mam wrażenie, że w jej przypadku dużo więcej niż zwykle zależy od podejścia czytelnika, który może pozwolić się zapędzić do rozwiązywania snujących się i ulotnych jak dym zagadek stawianych przez autorkę, pozwolić się wodzić na manowce nie zawsze prawdomównym narratorom, a może wzruszyć ramionami z konkluzją „i po co ja właściwie to czytała/em”.

Dodam może na koniec, że mnie osobiście najbardziej w powieści podobało się to, co wcale nie miało straszyć, ale budowało kontrast. Czyli wszystkie niewinne, grzeczne rozmowy bohaterów, snute przy kominku i w trakcie gry w szachy. Żarciki w nie zawsze dobrym guście, które miały rozluźniać atmosferę. Bo, a jakże, bohaterowie nieźle się sami przestraszyli tego, co kryje w sobie Dom na Wzgórzu, nie oczekując, że kryje, no cóż – głównie ich samych. Rzadko się zdarza, żeby treść powieści tak bardzo korelowała z tym, jak może z nią postąpić modelowy czytelnik. Ale mimo wszystko piszę o tym z nutką zawodu. Mnie „Nawiedzony” pozostawił jednak lekko rozczarowaną.

O wrażeniach z lektury z chęcią, jak zawsze, porozmawiam! Może Wy należycie do tych czytelników, których Jackson kupiła? Mieliście ciarki na grzbiecie podczas czytania? 

16 komentarzy:

  1. Przepadam za prozą Shirley Jackson i hm... Mam wrażenie, że horror/groza ma dla Ciebie bardzo dosłowne znaczenie, tzn. musi straszyć, muszą wypadać trupy, musi być w kontekście tego, co horrorowcy traktują jako grozę klasy B, dlatego Algernon Cię nie uwiódł, a teraz z kolei Shirley. Całkowicie to rozumiem, bo każdy odczuwa grozę inaczej, dlatego nie będę tutaj wymądrzać się o metaforyczności Domu, nie będę przytruwać mikrokosmicznością, ale w zamian podrzucę Ci pomysł na nomen omen "Nawiedzonego" Jamesa Herberta - tam są duchy, tam jest klasyczna straszność, bez zbędnego filozofowania. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. P.S. A bo jeszcze dodam, że w dobrej grozie właśnie ten kontrast, o którym piszesz - jest najważniejszy i to on często wyznacza poziom straszności. :D

      Usuń
    2. O nie, nie, nie, czuję się niesłusznie oskarżona ;-). Dosłownie wypadające z szafy trupy są nie dla mnie, ja się ich zwyczajnie za bardzo boję -- i nie tego mi brakowało w "Nawiedzonym". Mój problem polegał przede wszystkim na tym, że bohaterowie pozostawali mi tak obojętni (z wyjątkiem Eleanor, której na początku kibicowałam, a później miałam dość -- rozumiem zresztą, że zapewne taki był zamysł autorki), że właściwie niewiele mnie obchodziło, co też się z nimi zadzieje. Stąd właściwie jedynym przyjemnym zaskoczeniem przy lekturze była konfrontacja pani Dudley z panią Montague ;-).

      Problem z Blackwoodem jest zaś dwojaki -- raz, że u niego tych kontrastów, o których piszę, właściwie nie ma (och, on lubi być śmiertelnie poważny, niestety), a dwa, jedne opowiadania są warsztatowo lepsze, a inne, niestety, gorsze. Czasami on się po prostu nie mógł powściągnąć, żeby jeszcze trochę nie popisać, a to nie zawsze wychodziło na dobre ;-).

      A do Jackson jeszcze wrócę, bo ciekawa jestem, jakie są jej inne książki :-). Natomiast "Nawiedzony" Herberta... Jak w nim ze stopniem obrzydliwości? Jak wiesz, unikam ;-).

      Usuń
    3. Jak nie iskrzy, to niestety nie iskrzy - rozumiem. :) Co do Blackwooda - to jest swoista domena weird fiction to co wydaje się przydługie, zbyt ornamentalne, do cna poważne. Takie gatunek. A co do warsztatu - czy czytałaś Algernona po polsku czy po angielsku? Bo w oryginale... MIODZIO! Oderwać się nie można - to jest tak piękna proza.

      Natomiast "Nawiedzony" jest totalnie "na lajcie" - dobra groza o nawiedzonym domu bez obrzydliwości. :) Może Ci się spodoba?

      Usuń
    4. Z jednej strony tak, z drugiej strony taki Bierce, też mistrz nurtu weird, a potrafił zbudować nastrój, fabułę i wyraziste postaci na pięciu malutkich stronach ;-). Blackwooda czytałam i po polsku, i po angielsku -- tłumaczenie minimalnie mi wrażenia odbierało, mam wrażenie, że najgorzej to wypada przy naprawdę dobrych opowiadaniach, te średnie pozostają raczej średnie ;-).

      Ooo, brzmi dobrze, muszę sprawdzić, czy jest w mojej bibliotece! Dziękuję za polecenie :-)!

      Usuń
  2. Och, Pyzo, jaka szkoda, że ktoś próbował Cię "Nawiedzonym" nastraszyć! Czytałam to jakieś pół roku temu, nie wiedząc o tej książce prawie nic - poza tym, że ociera się toto o horror. Z tym, że miałam już za sobą "Zawsze mieszkaliśmy w zamku", więc miałam jako-takie pojęcie o tym, jaki tym horrorowatości preferuje autorka. A że jestem strachliwa - horrorów filmowych z zasady nie oglądam - to byłam bardzo szczęśliwa, że "Nawiedzony" jest tylko taki, jak to ujęłaś, niepokojący, a nie mrozi krew w żyłach. Przeczytałam go w jednym posiedzeniu, skończyłam koło 3. w nocy i muszę przyznać, że czytanie tego po ciemku, kiedy reszta domowników głęboko spała, dobrze wpłynęło na atmosferę powieści ;).

    Czy to był może jeden z pierwszych współczesnych horrorów? Może wtedy to ludzi naprawdę przerażało? Odkąd przeczytałam, że 'The Castle of Otranto' uchodził swego czasu za straszliwy horror, który nie dawał ludziom spać po nocach, nic mnie już w tej materii nie zdziwi ;). W każdym razie, reklamowanie tego w dzisiejszych czasach jako pełnokrwistego horroru to nieporozumienie. Szkoda, że ktoś tak Ci zepsuł przyjemność z tej książki.

    Mi się podobała - pewnie właśnie dlatego, że nie lubię się bać, a ta książka momentami wręcz pomaga oswoić strach. Atmosfera mnie wciągnęła. Dość długo też za mną chodziła, bo - jak napisałaś - dużo rzeczy jest tu tylko zasygnalizowanych i niewyjaśnionych do końca, więc czytelnik dostaje pole do przemyśleń, a to dla mnie ważny wyznacznik jakości :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że jeśli odpowiednio się "dobrać" do bohaterów, to "Nawiedzony" może przeradzać: całe życie Eleanor jest przecież straszne, jeśli by tak na nie spojrzeć. Stąd dom tak na nią działa. Ciekawe było dla mnie to, że właściwie wszyscy oprócz pani Montague i Arthura uważali Dom na Wzgórzu za przerażający: i może w tym tkwi klucz? Im senniej w życiu, tym spokojniej odbiera się tego specyficznego głównego bohatera?

      No tak, "Zamczysko w Otranto" kiedyś budzące grozę wydaje się dzisiaj nie do pomyślenia ;-).

      A co sądzisz o pani Dudley? Mnie się ona wydaje teraz chyba najciekawszą postacią, prawdę mówiąc.

      Usuń
  3. Ja mam podobne odczucia wobec Kobiety w czerni Susan Hill. Wszyscy mnie straszyli, sama autorka opowiadala ze maszynistka, ktora wynajela do przepisywania rekopisu przyznala jej sie, ze mogla go przepisywac tylko za dnia i tylko kiedy ktos byl z nia w domu wiec spodziewalam sie strachu co niemiara. A tu owszem, duzo niepokojacych rzeczy, wciagajaca bardzo, ale poza tym nic.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, to jest też kwestia oczekiwań i nastawienia, ale przyznaję się bez bicia, że byłam bardzo pozytywnie nastawiona do "Nawiedzonego", a wystraszyć mnie można właściwie byle czym (chyba że mi przez to czytanie klasycznej grozy wzrosła odporność ;-)).

      Usuń
  4. Ja zaś od siebie polecam mocno "Loterię". Czytałem to opowiadanie jeszcze na studiach i zrobiło na mnie spore wrażenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Popieram i również polecam "Loterię"!

      Usuń
  5. Przed chwilą skończyłam czytać tę powieść i muszę przyznać że bardzo się z Tobą zgadzam. Było troszkę strasznie, ale nie na tyle, żeby naprawdę się przerazić. Bohaterowie byli w porządku, choć chwilami niesamowicie irytujący. Sam pomysł był bardzo dobry. Ale ciągle czekałam na te szkielety wypadające z szafy i srodze się zawiodłam;) Muszę jeszcze pozbierać myśli, zanim napiszę o "Nawiedzonym" coś więcej, ale ogólnie popieram Twoje zdanie;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uf, czyli to nie tylko moje wrażenie :-). Zastanawiam się, co wpłynęło na mój odbiór, bo ja serio widzę wszystkie zabiegi autorki, tylko że pozostawiają mnie one raczej obojętną. Nie wiem, czy to dawkowanie sobie lektury, niechęć do Eleanor, czy może uodporniłam się na niektóre motywy, czytając klasyków grozy? A jak myślisz, jak było w Twoim przypadku?

      Usuń
  6. Powieść Shirley Jackson ma swój urok. Podoba mi się narracja oraz rys bohaterów. I zupełnie nie spodziewam się tu krwiożerczej grozy :)
    Natomiast "Nawiedzony" Jamesa Herberta to świetna, elegancka brytyjska groza. I to z jakim klimatem ! Gorąco polecam :)
    tommy z samotni
    www.samotnia1981.blox.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do następnej powieści autorki podejdę z nieco innymi oczekiwaniami :-). Herberta niestety nie ma w mojej bibliotece, ale będę czujnie na niego polować :-).

      Usuń