Geralt Szacki albo o „Uwikłaniu” Z. Miłoszewskiego

 

Jeszcze nie ucichły dyskusje o tym, co tegoroczny laureat Paszportu Polityki powiedział, co miał, a czego nie miał na myśli, kiedy mówił to, co powiedział i jak był przy tym ubrany, kiedy w progi mego skromnego domostwa zawitała zamówiona jeszcze przed wręczeniem nagród paczuszka z trylogią o prokuratorze Szackim. Od dawna miałam kryminały Miłoszewskiego na swojej liście, a że akurat wyszedł „Gniew” pomyślałam – zmotywowana moją listą wyzwaniową i faktem, że i inni domownicy powzięli postanowienie przeczytać (bój to był zażarty o pierwszeństwo) – niech będzie moją wyzwaniową trylogią! A przy okazji będę po raz pierwszy od dawna na czasie i zobaczę, ile z tego, co o powieściach Miłoszewskiego ostatnią mówią, zgadza się z moim odbiorem, a ile nie. Także to rzekłszy, zachęcam do lektury moich refleksji po tomie pierwszym, czyli „Uwikłaniu”. Gościnnie wystąpi wiedźmin Geralt z Rivii.

„Uwikłanie” dzieje się w Warszawie. Na początku jest trup. Zamordowany w dziwnym kościele z salami do wynajęcia Henryk T. leży z rożnem w oku i czeka na oględziny. Oględzin dokonuje surowy na zewnątrz prokurator, wewnątrz romantyk i marzący o wielkiej miłości, Teodor Szacki. Zaczyna się śledztwo, które za punkt zaczepienia przyjmuje niezwykłe okoliczności, w jakich mord miał miejsce: Henryk T. bowiem brał udział w sesji psychologicznej, inspirowanej dziwnymi badaniami nad polem elektromagnetycznym, firmowanej przez słynnego psychologa.

O, taka mniej więcej jest treść: zaczyna się od nieboszczyka, potem jesteśmy prowadzeni przez zakamarki pracy policji i prokuratora, przesłuchania świadków – w tym czterech innych osób uczestniczących w sesji, przepychanki personalne w warszawskiej prokuraturze, szukanie śladów i dowodów, przepychanki z prasą, wizyty w archiwach i bibliotekach i życie rodzinne Szackiego. Szackiego, którego osobiście uważam za najsłabsze ogniwo cyklu, ale o tym za chwilę. Miłoszewski stara się budować sugestywny opis miasta (w końcu za coś się ten Paszport dostało, a dostało się za łączenie akcji kryminalnej z opisami obyczajowymi, więc cóż noblyesse obliże, jak mawia sierżant Colon), który w większej części polega na tym, że Szacki jedzie samochodem, narzeka i wypowiada mniej lub bardziej trafne sądy na temat tego, co widzi. Przy okazji bardzo szczegółowo mamy opisane trasy, którymi nasz narzekający prokurator porusza się po Warszawie. I to właściwie tyle: wjechał w ulicę taką, podjechał pod górę taką, pomyślał: „o, ponarzekam sobie na bloki, o, a tu ładnie mogło by być, o, a tam chodziłem jako dzieciak na plac zabaw”, po czym wjechał w taką to a taką i dojechał na taką. Trochę to dla mnie za mało na sugestywny opis, ale faktycznie autor zasadniczo trzyma się realiów – nie wiem, jak się to odbiera w momencie, kiedy się Warszawy ni w ząb nie zna. Nie ustrzegł się Miłoszewski kilku baboli (Szacki przebiega radośnie obok Wydziału Etnografii UW na Żurawiej, który nigdy nie był wydziałem, a w 2005, kiedy dzieje się akcja, nie był już chyba nawet etnografią, ale etnologią i antropologią kulturową), ale można spokojnie chyba w większości przypadków uciąć sobie spacer po mieście z Szackim.

Drugi plan zaludnia autor mniej lub bardziej charakterystycznymi postaciami. Te mniej charakterystyczne mają mniej krótko opisanych cech, związanych z wyglądem, ewentualnie sposobem wysławiania się, te bardziej – więcej. Mnie do końca myliły się ze sobą dwie kobiety, które były z ofiarą fabuły na sesji terapeutycznej, więc moja opinia o takiej charakterystyce jest tutaj w miarę jasne. Najbardziej w pamięć zapada komendant, który dostał rosyjskie imię i nazwisko, i okropny zwyczaj sprowadzania wszystkiego do seksualnej aluzji w złym stylu. Z drugiego tomu (uprzedzam trochę akcję, ale spokojnie, bez spojlerów) dowiemy się, że Szacki kocha go jak brata, z pierwszego tomu trudno to będzie wywnioskować. 
Dzisiaj skąpo w obrazki, ale gościnny wiedźmin być musi. A gościnny konkretnie stąd. Poza tym wieść niesie, że autor "Uwikłania" jest fanem gier komputerowych, więc pomyślałam, że właściwie czemu nie. Sam Szacki też w wolnym czasie grywa.
 Drugi plan to także sprawy, które równolegle do sprawy zabójstwa Henryka T. prowadzi Szacki. Raz są ledwie wspomniane, kiedy indziej dostajemy dłuższą scenę. Nie mogłam się jednak pozbyć wrażenia, że najczęściej za dobrym pomysłem szła średnio sprawna realizacja. Dobrze to widać na przykładzie intrygującego dochodzenia w sprawie morderstwa sprzed lat. Szacki myśli o tym czasami, ale nie za dużo – robotę odwala za niego w praktyce policjant (nie nasz komendant, nie, nie, bogaty drugi plan, wiecie-rozumiecie), który Szackiego – jak reszta populacji – denerwuje i obrzydza. Ostatecznie otrzymujemy scenę przesłuchania kluczowej w sprawie postaci, która po prostu... opowiada co się stało. O. Tyle na temat trudnej sprawy: Szacki narzeka, policjant wszystkim się zajmuje, długa rozmowa z wyjaśnieniem, finis coronat opus.

Ale nie będę niesprawiedliwa: Miłoszewski pogrywa sobie z kryminalnymi kliszami. Szkoda tylko, że robi to w taki sposób, że najczęściej Szacki wygłasza sakramentalne: „gdyby to był kryminał...”, ewentualnie ktoś go pyta: „czyta pan kryminały?” albo nasz prokurator oznajmia: „to nie jest kryminał!”. Pomysły na to przełamywanie schematów są niekiedy naprawdę świetne, realizacja – nie bardzo. Przyznać też należy, że Miłoszewski dodaje do „Uwikłania” dawkę humoru – raz lepszego (nawiązanie do „Mistrza i Małgorzaty”!), raz gorszego (pedofilskie żarty Szackiego), ale to i tak uprzyjemnia lekturę i człowiek nie ma ochoty popaść w długotrwałe przygnębienie widząc, co jeden osobnik rodzaju ludzkiego jest skłonny zrobić drugiemu.

No dobrze, ale zabierzmy się wreszcie do obiecanego wątku, czyli postaci pierwszoplanowej. Teodor Szacki jest wysokim, zadbanym trzydziestoparolatkiem z bujną grzywą siwych – w wyniku nieszczęśliwego nagłego wypadku – włosów. Walczy sam jeden przeciwko zastępom nieprzyjaciół, najczęściej możnych i potężnych, i manipulujących oczywiście na dodatek. Widzi, że system, którego jest trybikiem zamiast sprawiedliwości musi wymierzać czasem nie-do-końca sprawiedliwość, więc Szacki toczy długie deliberacje na temat tego, co to jest mniejsze zło. Ludzie go denerwują, a i on najczęściej denerwuje ich, bo jest prokuratorem, co brzmi groźnie. Wszystkie kobiety mniej lub bardziej nachalnie pakują mu się do łóżka. Oczkiem w jego głowie i jedyną radością jest inteligentna, wygadana córeczka. No i nie zapominajmy o rubasznym kompanie z kontaktami w różnych środowiskach (wspomniany komendant). Czy nie brzmi to Wam znajomo? Prokurator Szacki bowiem jest warszawsko-kryminalnym Geraltem z Rivii.

Nawet sposób, w jaki rozmyśla, mieląc nieustannie w głowie kwestie egzystencjalne i użalając się nad swoją kondycją przypomina ciągłe emowanie Geralta. Właściwie nie od razu wpadłabym na ten trop, gdyby nie powtarzane wciąż na nowo przypomnienia o białych włosach Szackiego. Ba, raz nawet ktoś określa go per „białowłosy”. Czy to w jakiś sposób umniejsza kreację literacką? Niespecjalnie, chociaż o ile Geralta jako postać lubię, o tyle prokurator Teodor Szacki sprawia, że zaczynam zgrzytać zębami. Wszystko wskazuje na to, że takie sprofilowanie bohatera to świadomy zabieg autora: mizogin, mizantrop i egoista nie zostanie jednak moim ulubieńcem, nawet jak zajrzę do jego – udostępnianego czasami na kartach powieści – wrażliwego wnętrza. Począwszy od uwag o koleżance z pracy, która ciągle zwalnia się z pracy, bo musi zająć się dzieckiem (fleja, leniuch, niezguła, nietaktowna), po postrzeganie innych kobiet, skończywszy na wrogich spojrzeniach w kierunku każdego, kto ośmieli się nieco odbiegać od warunków, jakie Szacki stawia ludzkości (bo na przykład podebrał mu wózek w markecie). W dodatku można – za każdym razem, kiedy Szacki wspomina o tym, jak mało zarabia - urządzić sobie drinking game (właśnie, czy ktoś może wie, czy faktycznie zarobki prokuratora są takie niskie? Internet podpowiada, że to coś około siedmiu tysięcy, więc raczej mógłby Szacki jeść śniadania na mieście, nie odejmując córce od ust?).

Ale, ponieważ piszę te słowa z perspektywy osoby będącej w połowie drugiego tomu, będzie lepiej. I warsztat autora ulega znacznej poprawie, i sprawy rozwiązywane przez Szackiego się poprawiają – w „Uwikłaniu” bowiem drugą po denerwującym bohaterze kwestią dla mnie sporną jest to, w jaki sposób autor mota intrygę i na jakich opiera ją założeniach. Także nie wiem, czy to pozycja obowiązkowa – zwłaszcza, że drugi tom da się czytać bez znajomości pierwszego – ale można zajrzeć. Zwłaszcza, że potem robi się lepiej (piszę to również przy akompaniamencie dobiegających z drugiego pokoju krzyków nad trzecim tomem i są to krzyki o zabarwieniu, rzekłabym, pozytywnym).

Zalety:
szybko się czyta, przejrzysty język, humor, świetny pomysł na wprowadzenia do rozdziałów
Wady:
irytujący bohater, mnóstwo założeń, które trzeba przyjąć, jeśli chce się uwierzyć w główną oś fabularną
Dla kogo:
dla fanów kryminałów, dla czytelników, którzy lubią wiedzieć, co w trawie piszczy, dla tych, którzy tęsknią za Geraltem noszącym togę w mainstreamowej prozie

Z chęcią poznam i Wasze zdanie na temat „Uwikłania” i podyskutuję. Błagam o nie spojlerowanie dalszych części w komentarzach, jeśli chcecie je zostawić.
_____________________________________

A jutro pierwszy na tym blogu karnawał blogowy! Ponieważ uwielbiam karnawały blogowe, jestem cała podekscytowana! Stąd te wykrzykniki!

Weź dokładkę!

23 komentarze

  1. Geralt Szacki? Może lepiej Teodor z Rivii... :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Co do siwych włosów to może raczej pan Miłoszewski zapatrzył się na Fandorina z cyklu powieści Borisa Akunina? Tam bohater też posiwiał przedwcześnie wkutek dramatycznych wydarzeń z pierwszego tomu. Skłaniam się ku tej teorii również dlatego, że jestem świeżo po "Bezcennym", gdzie rozwiązanie jednej z tajemnic jest niemal żywcem z Akunina wzięte.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, dzięki za ten trop (Fandorina znam póki co tylko z tomu pierwszego, ale faktycznie coś w tym jest). Ale do Geralta - czy szerzej do pewnego stylu tworzenia bohatera - Szacki jest podobny nie tylko w kolorze włosów, więc... ;-).

      Usuń
    2. Muszę tak czy siak sięgnąć po kryminały o Szackim ;-)

      Usuń
  3. Szacki jest irytujący z założenia. Miłoszewski mówi, że często nie może się nadziwić słysząc na spotkaniach z czytelnikami (czytelniczkami), że lubią pana prokuratora ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To w takim razie ja jestem czytelnikiem modelowym :). Ale inna sprawa, że tam jest sporo odautorskich komentarzy, które są równie irytujące, bo przedstawiają Szackiego w takim a nie innym świetle. Staram się zatem rozgraniczyć to, co widzimy jakby przez Szackiego, a co przez narratora. Lepiej jeszcze to widać w "Ziarnie prawdy". Swoją drogą, te reakcje spotkaniowe pokazują jednak, że Szacki się umie, kurczę, wykreować ;).

      Usuń
  4. Szacki miał być z założenia irytujący, ale da się go znieść przez większość tomu, mimo że angstowanie podchodzi pod kryzys wieku średniego. Ja straciłam do niego serce po tym jak rozwiązał swój Wielki Dylemat Moralny i początek drugiego tomu czytam z mściwą satysfakcją.
    Co nie zmienia faktu, że książki są dobrze napisane, Autor ma pomysł i nie udaje mi się zgadnąć kto zabił przed setną stroną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kryzys wieku średniego to jeszcze inna kwestia, ale co do mściwej satysfakcji - gdyby jeszcze nie było tej sceny z żoną w drugim tomie, miałabym jej zdecydowanie więcej; po tej scenie zrobiło mi się smutno, że autor zdaje się poniekąd podzielać przekonania Szackiego.

      Usuń
    2. A to tam chyba jeszcze nie dotarłam, więc wypowiem się po lekturze :).

      Usuń
    3. Koniecznie! Bardzo jestem ciekawa. Teraz, już z perspektywy ostatniego tomu, widzę że autor podszedł do sprawy jeszcze inaczej, ale to wciąż nie zmienia mojego zdania o Szackim i o wspomnianej scenie.

      Usuń
  5. Przesłuchałam "Uwikłanie" i "Ziarno prawdy" (o ileż lepsze) i muszę z wieloma z Twoich spostrzeżeń się zgodzić. Z osób drugoplanowych najbardziej utkwili mi w głowie "szaleni IPNowcy", autor zrobił z nich niezłych wariatów. W ogóle wątek eSBecki jest ogromnie rozbudowany i miałam wrażenie, że w dużej mierze niepotrzebny do rozwikłania zagadki kryminalnej. Tak jakby to był taki bonus, "opis obyczajowy". Nawet się spodziewałam, że ten wątek zostanie jakoś wykorzystany w drugim tomie, aż tyle go było. A tu nic.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, że miałam podobne wrażenie? To znaczy, że to jest grunt pod snucie tej opowieści przez kolejne powieści? Z tym, że teraz widzę, że tak właściwie autor chciał w każdej powieści opowiedzieć o jakimś jednym, wybranym problemie społecznym -- i przez to one się nie przenikają (i myślę sobie, że jednak szkoda).

      Usuń
    2. Czyli jednak kryminał z misją. ;)

      Usuń
    3. Moim zdaniem -- bardzo. Zobacz choćby posłowie do "Gniewu" (po "Gniewie" to widać najbardziej -- co nie musi wcale być wadą). Z tym że czasami na tej misji fabuła cierpi, a czasami -- wręcz przeciwnie :-).

      Usuń
    4. "Gniew" jeszcze przede mną. Oczywiście, że nie musi to być wadą. Chociaż uważam, że u Miłoszewskiego trochę fabuła na tym cierpi. Ja bardzo lubię historyczne wątki, także dotyczące tej historii nowszej. Zwłaszcza kwestie poruszone w "Ziarnie prawdy" były super. Mimo wszystko uważam jednak, że było ich trochę za dużo zwłaszcza biorąc pod uwagę ich "przydatność" w rozwiązaniu samego morderstwa.

      Usuń
    5. Bardzo jestem ciekawa, co powiesz po "Gniewie" :-). No właśnie, bo jeśli by się nie zapatrywać na przygody Szackiego jako na kryminał -- zyskują więcej; im dłużej o tym myślę, tym bardziej do mnie taka optyka przemawia. Bo inaczej -- nie tylko ta (nie)przydatność wprowadzanych wątków drażni, ale i to, że średnio możemy rozwiązywać zagadkę razem z bohaterem, a bardziej czekać na jego olśnienie ;-).

      Usuń
    6. Oczywiście dam znać po "Gniewie".
      I to jakie olśnienia! Swędzenie i klikanie w głowie... ;)

      Usuń
  6. Zdecydowanie zgadzam się tutaj z nawiazaniami do Garalta i cieszę się, ze nie tylko ja to zauważyłam :) A co do Uwikłania to faktycznie jest to najsłabsza cześć trylogii, z każda kolejną jest lepiej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama mam jeszcze mieszane uczucia co do "Gniewu", ale właśnie -- ponieważ proces czytelniczy chyba wcale nie ustaje wraz z przeczytaniem książki ;-) -- myślę sobie teraz, że to też kwestia pewnej ewolucji autora i całego cyklu. Bo chyba "Uwikłanie" jeszcze dość mocno trzyma się reguł gatunku, z całym teatrem klasycznych postaci, a potem zaczyna się już eksperyment :-).

      Usuń
  7. Ja spóźniona, ale za to z darem a postaci notki: http://meanwhile-on-vulcan.blogspot.com/2017/07/autorzy-ktorzy-nienawidza-kobiet.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i cieszę się, że koncepcja wiedźmina z Warmii Ci się spodobała! Ja nie wpadłam na to skojarzenie mgielne, a faktycznie znikają obaj w tej mgle wśród jezior :-D.

      Usuń