Awantura o książkę #1 albo wielogłos o "Lalce" B. Prusa



Zapraszamy na pierwszą dyskusję w ramach „Awantury o książkę”. Na pierwszy ogień w ankiecie wskazaliście „Lalkę”, więc od niej zaczynamy. Dla rozpędu urządziłyśmy sobie z Martą niewielki zaczątek awantury na własną rękę. Może znajdą się w niej inspiracje, o co też przy okazji lektury „Lalki” chcemy się poawanturować?

Pyza:Na początku przyznam, że czytając teraz „Lalkę” po raz kolejny – po wielu, wielu latach – byłam nieco bardziej podejrzliwa w stosunku do bohaterów. Przede wszystkim towarzyszyło mi ciągle jedno pytanie: czy przez całą powieść to są aby na pewno ci sami bohaterowie, których Prus pisał na początku? I nie chodzi mi tutaj o ewolucję bohaterów – ta jest ewidentna – ale czy po drodze nie zaszła tu jakaś niechciana ewolucja, to jest: czy Prusowi aby nie zmienił się zamysł autorski? Weźmy Izabelę i Wokulskiego. Ona zaczyna jako panna z dobrego domu, zadufana w sobie, ale inteligentna, wierząca w jakąś niemal nadprzyrodzoną „moc” arystokracji, ale przekonująca się, że świat można widzieć też nieco inaczej. Aż nagle, trach, kończy jako kokietka, która nie zauważa, co się wokół niej dzieje (gwoli ścisłości: tylko na samym końcu Ochocki wspomni, że to mądra dziewczyna, tylko zagubiona). Podobnie z Wokulskim: wszystko wskazuje na to, że musi, przygnieciony swoimi zrujnowanymi ideałami zginąć, a jednak Prus decyduje się dać nam otwarte zakończenie i niejednoznaczną odpowiedź na to, co się z nim stało. Nic dziwnego, że krytycy przez wiele lat zarzucali „Lalce”, że jest powieścią źle skomponowaną, i choć sama się z tym sądem nie zgadzam w stu procentach, zauważam, że – mówiąc prosto z mostu – „coś tu nie gra”. A ty jak uważasz?

Marta: Gdy dostrzega się w „Lalce” jedynie powieść o miłości, można się z poglądem krytyków zgodzić. Bo rzeczywiście, jest w niej konstrukcyjne „tąpnięcie”; są momenty, w których bohaterowie ulegają zmianom na tyle nagłym, co z perspektywy psychologii postaci mało prawdopodobnym. Ale, gdy dostrzeże się powieściową symbolikę i odczyta historię Wokulskiego nie tylko jako rzecz o nieszczęśliwym uczuciu, ale jako opowieść o utracie złudzeń, to otwarte zakończenie zyskuje inną wymowę. Staje się raczej okiem puszczonym do czytelnika niż dowodem na to, że Prusowi zabrakło pomysłu, jak zakończyć losy Stacha i Beli. Ale jeśli w „Lalce” coś miałoby „nie grać”, to raczej postaci kobiece. Są albo przerysowane, albo stereotypowe. Lub wyidealizowane, jak piękna, szlachetna Stawska – ze zgrabną nóżką i córeczką jak aniołek! W konsekwencji większości z nich po prostu nie da się lubić – i tak, mam na myśli Łęcką o spojrzeniu zimnym jak lód!

Pyza: To prawda, choć, zapytam nieco podchwytliwie w nawiązaniu do Łęckiej – czy „Lalka” to aby na pewno historia o miłości? Co właściwie łączy Izabelę i Wokulskiego? Czy to główny temat powieści? Albo: czy to w ogóle jest jej temat? A propos Wokulskiego z kolei nie mogę się powstrzymać, żeby nie zacytować opinii Henryka Markiewicza, który w swoim znakomitym, moim zdaniem, szkicu o „Lalce” pisał tak: powieść o człowieku krzywdzonym i upokorzonym okazuje się więc opowieścią o człowieku, któremu w najgorszym okresie historii narodowej szczęście i ludzie raczej sprzyjają; powieść o złowrogiej roli arystokracji w jego życiu staje się powieścią o nieodwzajemnionej miłości do panny, którą arystokratyczne otoczenie chciało za niego wydać. Jest w tym wszystkim niepowodzenie ideowe Prusa, jest również niepowodzenie artystyczne, zwłaszcza gdy chodzi o postać Izabeli, znacznie mniej ambitnie nakreśloną, niż zapowiadała to wstępna charakterystyka (to z „Lalki” z tomu „ Prus i Żeromski” w wydaniu PIW-u, strona 45). Czyli że kiedy zdamy sobie sprawę, że Wokulskiego złamała nie tyle walka o ideały i że miewał się całkiem dobrze w nie zawsze sprzyjającej koniunkturze, ale uczucie i że o to ma pretensje, można na tę postać spojrzeć zupełnie inaczej. No, a przynajmniej inaczej. Przy czym, jak już przy miłości i postaciach kobiecych jesteśmy -- to bardzo dobre pytanie: czy bohaterki są przerysowane? Moim zdaniem, jeśli chodzi o Łęcką, autor zostawia pewien margines – ona nie jest napisana jednolicie, jak już wspominałam. Natomiast zastanawia mnie, w jaki sposób każe bohaterom mówić Prus, kiedy chodzi o rolę kobiet w nauce...

Marta: „Lalka” to powieść o wszystkim, ale nie o miłości. Trudno nazwać miłością jednostronny romans, niełatwo uwierzyć w uczucie, które zaczyna się od jednego spojrzenia w teatrze. Obsesja, obłęd, iluzja – owszem, ale nie miłość. Cokolwiek nie mówić o charakterku Łęckiej, Wokulski pojawia się w jej życiu nieproszony. Dziś powiedzielibyśmy o nim: stalker. To prawda, w postaci Izabeli jest wyraźna rysa. Olga Tokarczuk w eseju pt. „Lalka i perła” mówi, że są dwie Izabele: ta portretowana – ze wszystkimi wadami – przez narratora oraz ta, którą widzi Wokulski. Ta niejednoznaczna postać jest źródłem powieściowego napięcia. Oraz ważnego pytania: dlaczego Wokulski zakochuje się właśnie w Łęckiej? Tokarczuk zauważa inną ciekawą rzecz: główni bohaterowie „Lalki” – Wokulski, Rzecki, Łęcka – nie mają matek. Gdy dodać do tego jednowymiarowe postaci kobiece, rodzi się wniosek: „Lalka” jest powieścią o mężczyznach. I to, po części przynajmniej, jest odpowiedź na pytanie o ówczesną rolę kobiet w nauce.

Pyza: Ach, matki bohaterów! Nie tak dawno zastanawiałyśmy się z Karo, dlaczego bohaterowie „W pustyni w puszczy” zostali przez Sienkiewicza pozbawieni matek. Czy polska literatura tego okresu nie sprzyja bohaterom posiadającym matki? Ale ad rem: no właśnie, przecież Izabela, zwłaszcza na początku, zdaje się żyć w permanentnym stanie oblężenia. Czuje, że Wokulski ją osacza. Z drugiej jednak strony po jakimś czasie zaczyna tę sytuację obracać na korzyść dla siebie... Swoją drogą, czy nie uważasz, że to fenomenalne, że czytając „Lalkę” i opisy targających Wokulskim emocji dopiero po jakimś czasie czytelnik może zdać sobie sprawę, że główni bohaterowie „romansu”... się prawie w ogóle nie znają? Zresztą postaci drugiego planu – w tym niezawodny Ochocki -- komentują to dość często. Prus chyba miał zatem świadomość, że ten romans jest właściwie przykrywką – pytanie, dla czego? Dodam jeszcze jedną kwestię do kobiet w nauce. Otóż przez powieść przewijają się zdania o tym, że kobiety do nauki się nie nadają (od argumentów para-anatomicznych, czyli związanych z „lżejszym mózgiem”, przez pseudo-społeczne, czyli teoretyczne nadawanie się tylko do rodzenia dzieci, przez quasi-filozoficzne, a propos niskiej wytrzymałości dam w laboratoriach). A tymczasem pomyślmy tylko o ciekawej koincydencji: „Lalka” ukazuje się w 1890 roku. Rok później z Warszawy, gdzie dzieje się akcja, do Paryża, gdzie znajduje się powieściowe laboratorium Geista, dokąd wyruszył być może Wokulski z Ochockim szukać leku dla ludzkości i sławy, wyjeżdża młoda Maria Skłodowska, chcąc studiować na Sorbonie... No i metalu lżejszego od powietrza bohaterowie nie znaleźli (chociaż chodzą słuchy, że niedawno harvardzkim naukowcom udało się uzyskać wodór w postaci metalicznej, czyli coś na kształt tego, czego mieli szukać nasi bohaterowie!), a Maria w międzyczasie zgarnęła dwa Noble.

Marta: Twoja sugestia, że wątek miłosny w „Lalce” to jedynie przykrywka, jest zgodna z kolejną tezą Tokarczuk, która mówi wprost: Prus napisał powieść o samopoznaniu, o szukaniu swojego miejsca w świecie. Gdy spojrzy się na książkę w ten sposób, dochodzi się do wniosku, że to nieistotne, k i m była Izabela – sprytną manipulantką czy dzieckiem swoich czasów – skoro sprawiła, iż Wokulski narodził się na nowo. Ciekawe, czy wątki kobiece wyglądałyby w „Lalce” inaczej, gdyby powieść powstała kilkanaście lat później, po sukcesie Skłodowskiej? To, oczywiście, pytanie retoryczne. Ale faktem jest, że Wokulski o płci pięknej wypowiada się następująco: Umysłem i pracą przeciętna kobieta jest niższą od mężczyzny (...) (strona 356). I, choć mówi głosem epoki, fanek wśród dzisiejszych czytelniczek chyba tym wyznaniem nie zyska. Ale „Lalkę” jest za co lubić. Choćby za to, że to wyjątkowa kronika z życia dawnej Warszawy. Takiej panoramy ówczesnego społeczeństwa, z uwzględnieniem zawiłych relacji Polaków i mniejszości żydowskiej, życia arystokracji i biednego Powiśla, próżno szukać w podręcznikach do historii.

Pyza: Dodam tylko, że mówi tak już mocno rozgoryczony Wokulski, który po rozczarowaniu Izabelą budzi w sobie mizogina. Ale tak, z naszej krótkiej rozmowy wynika, że zdecydowanie można się o „Lalkę” poawanturować... Do czego niniejszym zapraszamy! Co Wy sądzicie o wyżej wzmiankowanych kwestiach? A może jest coś, o czym bardzo chcecie powiedzieć, a czego wyżej nie zasygnalizowałyśmy? Liczymy na płomienną dyskusję!

Weź dokładkę!

86 komentarze

  1. Dobra, to ja się odniosę do tych kobiet. Owszem one są przerysowane i stereotypowe, ale... z mężczyznami jest podobnie. Jakby każdy bohater przedstawiał inny sposób myślenia oraz podejścia do życia i w związku z tym ich charaktery zdają się być tym zdominowane (i przez to czasem przerysowane). Stawska jest typowym dziewiętnastowiecznym aniołem, który jednak nie zadowala Wokulskiego. (Przy czym zawsze bronię takiej konstrukcji ówczesnych bohaterek, gdyż dla mnie to po prostu idealne przedstawicielki ówczesnego wychowania). Z kolei Wąsowska jest dla mnie przedstawicielką tych inteligentnych kobiet, które zdają sobie sprawę z ograniczeń narzucanych im przez społeczeństwo. Po stronie mężczyzn z kolei Doktor to cynik oraz pragmatyk, ojciec Izabeli - typowy, przygłupi arystokrata, no a Rzecki - stary romantyk, którego przerysowania nie sposób zignorować. Tego typu postaci jest zbyt dużo, żeby mogły być tylko źle skonstruowane, bo i dość mocno kontrastują z głębokim życiem wewnętrznym Wokulskiego. Dlatego dla mnie to zabieg celowy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, mężczyźni w "Lalce" są, podobnie jak kobiety, zaszufladkowani, jednowymiarowi. Z wyjątkiem, oczywiście, Wokulskiego, z pewnością jedynej postaci o takiej złożoności.
      Czy to zabieg celowy? Gdy teraz się nad tym zastanawiam, to przyznaję Ci rację. Można zaryzykować stwierdzenie, że właściwie wszyscy bohaterowie drugiego planu znaleźli się w powieści po to tylko, żeby Wokulski mógł przejść pewną życiową drogę, doświadczyć klęsk i rozczarowań. Dojrzeć po prostu. Łęcka, Rzecki, Ochocki, Szuman, Stawska pełnią wobec Wokulskiego funkcję służebną, a on - j e s t. I on jeden się zmienia.
      Inną, równie ciekawą sprawą jest sposób, w jaki Prus rozkłada emocjonalne akcenty. Im wyżej na drabinie społecznej, tym mniej postaci da się lubić (dla odmiany, bez względu na płeć). Wyjątkiem jest Ochocki i Zasławska.

      Usuń
    2. Wiecie co, generalnie się zgadzam, ale mam jedno ale: Rzecki. Rzecki to jest ta postać, która pozornie faktycznie napisana jest jako skryba ginącego świata, ostatni romantyk, który pewne oczywiste dla wszystkich fakty interpretuje na opak, beznadziejnie zakochany w młodszej kobiecie i tym podobne. Ale jak się tak popatrzy na niego, to widać, że on zdaje sobie sprawę, że jest inaczej niż notuje -- pisze o tym niekiedy -- on chce widzieć świat w pewien określony sposób, żeby nie znikła z niego nadzieja i magia. Plus, sam Prus siebie poniekąd sportretował w Rzeckim. Moim zdaniem ta postać jednak ewoluuje. Gorzko, ale zmienia się i to zapis całej tej zmiany dostajemy, przykryty nieco autoprezentacją, ale jednak.

      Natomiast co do "lubialnych" postaci, to znajdziemy i takie niezbyt pochlebnie opisane na szczeblach niższych (baronowa Krzeszowska jest przecież mieszczanką, jest Maruszewicz), a te bardziej -- w wyższych (Ochocki i Zasławska, ale też i pani Wąsowska, i nieco karykaturalny Książę).

      Usuń
    3. Pyzo, bardzo lubię i Rzeckiego, i Prusa ;-), dlatego spytam z ciekawości: czy teza, jakoby pisarz sportretował samego siebie w postaci starego subiekta, pochodzi ze sprawdzonego źródła?
      Księcia może i da się lubić, ale nie zgodzę się z tym, że lubi go narrator. Książę to powieściowy przykład bezwolnego arystokraty. Prezesowa Zasławska, o ile pamiętam, mówi o nim: marzyciel. I nie jest to komplement.
      Zgoda, Krzeszowska nie jest bohaterką "pozytywną", ale, summa summarum, arystokracja opisana jest w "Lalce" bardziej krytycznie niż przedstawiciele tzw. nizin. Ci wszyscy "letkiewicze", cynicy, próżniacy, aroganccy impertynenci! I panie Upadalskie, Wywrotnickie, i panowie Szastalscy! :-)

      Usuń
    4. Tak, źródłem jest wspominany przeze mnie szkic Henryka Markiewicza o "Lalce" -- nie wiem nawet, czy on się tam nie powołuje jeszcze na jakieś bliższe czasowo Prusowi źrodło; sprawdzę! :-)

      Moim zdaniem narrator zmienia trochę front wobec Księcia. Na początku to postać-bufon, komediowy zawór w postaci "tego biednego kraju". Na końcu to "ten, który poznał się na Wokulskim" i ktoś, kto porzuca dochodowy interes w imię wyrażenia żalu za stratą wartościowej osoby. Coś jakby komediowa pytia ;-).

      No dobrze, jeśli patrzymy ilościowo: czy nie jest tak, jak mówisz, bo otoczenie Izabeli jest malowane w ciemnych barwach...? Bo jakby tak popatrzeć na ludzi wokół Wokulskiego czy piwnych kompanów Rzeckiego, to też nie są najsympatyczniejsi bohaterowie... ;-)

      Usuń
    5. Możliwe, że coś w tym jest - Rzecki to jedyna postać w "Lalce" napisana z tak wielką czułością. Możliwe zatem, że Rzecki to autoportret Prusa - przecież najbardziej kochamy samych siebie ;-)
      W sprawie księcia wydaje mi się jednak inaczej. W ogóle uważam, że narrator jest dość konsekwentny - od razu wiadomo, kogo darzy sympatią, a kogo nie. I jest dość stały w uczuciach ;-)
      Towarzysze Wokulskiego i Rzeckiego może aniołami nie są, ale ich ewentualne wady są z gatunku zwykłych ludzkich słabostek. Przywary arystokracji natomiast mają inny ciężar gatunkowy - ich gnuśność i słabość odbijają się na kondycji kraju.

      Usuń
    6. Ale jeśli tak, to jednak może z tym Księciem jest coś na rzeczy ;-).

      Usuń
  2. Ja bym zaprotestowała przeciwko nazywaniu Wokulskiego stalkerem. Nie jestem jakąś wielką fanką tej postaci, facet miał sporo za uszami (choćby to, że nie był w stanie dostrzec w obiekcie swoich uczuć żywej osoby, widział tylko własne wyobrażenie), ale stalkerem to on nie był, bo nie robił niczego, co wykraczałoby poza normalne "staranie się" o kobietę - ot, bywał w miejscach publicznych, gdzie bywała ona, szukał okazji do zawarcia bliższej znajomości i generalnie dawał do zrozumienia że "jest zainteresowany". To jeszcze nie jest stalking, imho. I tak, wiem, że Izabela czuła się osaczona (to jest napisane otwartym tekstem), ale to była raczej kwestia okoliczności (dziewczyna bała się, że będzie musiała za tego niechcianego gościa wyjść, czuła presję ojca i całego środowiska), a nie tego, że Wokulski robił coś niewłaściwego. Gdyby Izabela była bogatą panną mogącą sobie pozwolić na odrzucenie dowolnego kandydata, Wokulski byłby tylko kolejnym absztyfikantem, zasługującym najwyżej na wzruszenie ramionami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli dobrze się stało, że, licząc na odzew, użyłam tego słowa - celowo i na wyrost :-)
      Tak czy inaczej, Wokulski nie tylko bywa, tam gdzie Łęcka i nie tylko oczu od niej nie odrywa. Wchodzi w życie "jaśnie państwa" nieproszony: wykupuje rodowe serwisy, sponsoruje Towarzystwo Dobroczynne kuzynki Izabeli, z rozmysłem przegrywa z Łęckim w karty, na koniec wikła się w sprzedaż kamienicy. Obiektywnie rzecz biorąc, to dla Łęckich korzystne, ale Iza czuje coś więcej niż presję. Konkurenci, który jej zostali, budzą niechęć z racji wieku i aparycji; Wokulski budzi ją z dodatkowego powodu - swoimi zabiegami uraża jej dumę. A tego się łatwo nie wybacza, zwłaszcza kupcowi galanteryjnemu.

      Usuń
    2. Czy Wokulski na pewno nie robił niczego, co wykraczałoby poza normalne staranie się o kobietę? Przecież płacił innym osobom za to, by szpiegowali Izabelę. Tego już nie można usprawiedliwić. :)

      Usuń
    3. Tak, mnie też się wydaje, że kwestia pieniędzy była przez Izabelę odczytywana jako "niewłaściwe zachowanie" (właśnie tam, gdzie stwierdza, że jest osaczona, chodzi o kupno serwisu i przegrywanie do Łęckiego w karty), przestaje jej przeszkadzać to dopiero tam, gdzie sama może tego użyć (sprawa Rossiego).

      Usuń
    4. Szpiegowania nie pamiętam, dawno czytałam. W pamięci mi został mi facet co prawda pozbawiony wyczucia i zaślepiony, ale jednak na tyle przyzwoity, że gdyby usłyszał "gościu, spadaj, patrzeć na ciebie nie mogę", to by sobie polazł i nie wrócił - czyli jednak nie stalker, bo stalker to facet, któremu powiesz, żeby się odtentegował, a on nadal nadal sterczy pod oknem. Tyle że Izabela czegoś takiego powiedzieć nie mogła, więc wyszło, jak wyszło. Mnie tam jest żal i jego, i jej trochę też. Bardziej jego, bo w cały ten "romans" zdecydowanie więcej zainwestował uczuciowo (że głupio to inna sprawa) i zapłacił zdecydowanie wyższą cenę.

      Usuń
    5. Szpiegiem była pani Meliton. W zamian za pieniądze donosiła Wokulskiemu, kiedy Izabela będzie na spacerze itd. Ale rzeczywiście – to za mało, by nazywać go stalkerem. On po prostu robił to, co każdy zakochany człowiek.

      Usuń
    6. Wokulskiego, oprócz braku wyczucia, cechuje jeszcze jedna, dość nieprzyjemna rzecz. Wydaje mi się, że jego altruizm to nie tylko szlachetność serca - bywa on podszyty skłonnością do, jak pisze Tokarczuk w "Lalce i perle", "dysponowania ludźmi" (casus Wysockiego i mieszkania Rzeckiego).
      Podobnie, jego zachowanie wobec Łęckiej to nie są "zwyczajne" zaloty. To nie jest amant, który jedynie śle miłosne liściki i przynosi kwiaty; to mężczyzna, który, ratując Łęckich z finansowych opresji, zaciąga u nich ogromny dług wdzięczności, staje się ich dobroczyńcą. I zarzuca sieć. A to już bliskie manipulacji. Bo jak się za taki gest odwdzięczyć, będąc bankrutem? Jedynie oddając wybawicielowi rękę córki (o co mu przecież, notabene, chodzi). Nie mam zbyt wielu ciepłych uczuć do Izabeli, ale po części rozumiem jej gniew i oburzenie. Na jej miejscu również poczułabym się potraktowana przedmiotowo.

      Usuń
    7. Owszem, ale imho on tego nie robi świadomie, tzn. nie wykoncypował sobie, że jeśli "zrobię to a to, to dadzą mi Izę". Chyba (jak pisałam, książkę pamiętam piąte przez dziesiąte. Raczej wyszło mu, jak wyszło właśnie przez brak wyczucia, bo zupełnie Izabeli nie rozumiał. Ani nawet nie chciał zrozumieć, wolał ją taką idealną, jak sobie wyobraził. Co nie czyni go jakoś szczególnie sympatycznym czlowiekiem - ale jednak manipulantem bym go nie nazwała.

      Usuń
    8. Pisząc: stalker i manipulacja, miałam na myśli raczej konsekwencje poczynań Wokulskiego, niż jego intencje. Izabela czuje się jak w pułapce. Bardzo możliwe, że nie działał z wyrachowania, a na oślep, przy użyciu środków, które akurat miał pod ręką (czyli pieniędzy). Nie zmienia to faktu, że Wokulski jest wyjątkowo krótkowzroczny. Zaryzykuję tezę, że nie tylko nie rozumiał Izabeli - panny z zupełnie innego świata, ale nie pojmował kobiet w ogóle.

      Usuń
    9. A to niewątpliwie. :)

      Usuń
    10. Po namyśle dodam jeszcze jedno: skoro Wokulski nie wspomagał Łęckich świadomie i celowo, to po co w ogóle to robił? Mając w pamięci niechlubną historię jego małżeństwa z Minclową (kobietą dużo starszą od siebie, którą poślubił bez miłości), można mieć wątpliwości czy jego "zaloty" do Łęckiej to jedynie działanie zaślepionego miłością mężczyzny, któremu niechcący wyszło, jak wyszło. Mam wrażenie, że facet nie tylko wiedział, jak zdobyć pieniądze, ale też potrafił ich użyć tak, aby próbować osiągnąć cel. Łęcka - Messalina, Wokulski - Machiavelli wbrew własnej woli? ;-)
      Koczowniczko, dobrze, że przypomniałaś panią Meliton. Moim zdaniem ta historia wykracza poza standardowy repertuar zachowań właściwych zakochanym :-)

      Usuń
    11. *kobietą dużo starszą od n i e g o, nie od siebie, oczywiście ;-)

      Usuń
    12. O nie, w Wokulskim czaiło się przeczucie, że w pewnych okolicznościach Łęcki nie będzie miał wyboru i odda mu córkę (czy też: poprze starania Wokulskiego o Izabelę). To przebija spod rozmyślań Wokulskiego, w kilku miejscach nawet dość explicite. Owszem, Wokulski stara się, by Łęcka miała też powody, by się w nim zakochać (stąd te "inwestycje" w siebie: kupno konia, kamienicy, próba pozbycia się sklepu i tak dalej), ale mimo wszystko coś jest w tym "dysponowaniu ludźmi". Wokulski ich poniekąd ustawia w okolicznościach, w jakich dobrze jest mu ich widzieć (chichotem losu jest to, w co się to dla niego obraca -- patrz: Wysocki).

      Ale ja jeszcze chciałam o pani Meliton: bo to jest arcyciekawa postać. Niby swatka, a w miłość nie wierzy, kobieta skrzywdzona, nie lubiąca (delikatnie mówiąc) mężczyzn -- coś jakby odbicie tego późniejszego, mizoginistycznego Wokulskiego? Ich losy są w jakiś sposób do siebie zbliżone, nie sądzicie?

      Usuń
    13. Zgadzam się z Martą (leżę-i-czytam). Może i według współczesnej definicji ciężko nazwać Wokulskiego stalkerem to jednak nie wyszło mu to osaczenie Izabeli "niechcący". Ten facet wiedział, co robi i nie było to przyjemne. Dla mnie uczucia Wokulskiego to nie jest miłość, raczej kolejny z jego projektów. Zobaczył Izabelę, chciał się do niej zbliżyć, a nawet i poślubić, wykoncypował, że najlepiej osiągnie to pieniędzmi i ruszył do akcji. Można powiedzieć, że dopiął swego i gdyby nie otrzeźwienie, że to nie jest jednak to, czego chce, mógłby się z Izabelą ożenić.
      Między innymi dla tego odkrycia, zrozumienia i rozprawienia się z mitem biednego i pokrzywdzonego Wokulskiego warto było przeczytać "Lalkę" po raz drugi.

      Usuń
    14. Idealnie podsumowałaś, Karolino, również i moje odczucia po powtórnej lekturze. Legenda pokrzywdzonego Stacha zachwiała się w posadach ;-) Przy okazji, dochodzę do wniosku, że człowiek nastoletni, któremu każą czytać "Lalkę" w szkole, nie jest w stanie wychwycić wszystkich odcieni szarości. Nie potrafi - choćby dlatego, że brak mu doświadczenia - w pełni zrozumieć motywacji bohaterów. To "dorosłe" czytanie jest całkiem inne.
      No i tak, projekty! Wokulski, mam wrażenie, do wszystkiego podchodzi zadaniowo. Realizuje się poprzez działanie. Tuż przed (domniemanym) samobójstwem, spędza kilka miesięcy w łóżku, nie wychodząc z domu, pogrążony w lekturze. To bardzo wymowne, że jego powieściowy koniec poprzedzony jest okresem bezczynności.

      Usuń
    15. No właśnie, tym samym odpowiedziałaś mi na pytanie dlaczego przez lata żal mi było Wokulskiego. Kilkunastoletni człowiek bardziej jest skłonny do uwierzenia w idealną miłość. Ten kilkudziesięcioletni wie, że w życiu nie ma nic za darmo. ;)

      Usuń
    16. Dołączam do Waszego klubu ;-). Mnie chyba najbardziej zaskoczyło przy tej ponownej lekturze to odkrycie, że uczucie Wokulskiego do Łęckiej jest takim "nagłym piorunem", że ich niewiele łączy nie w znaczeniu charakterologicznym, ale że oni się właściwie nie znają. I owszem, Prus czyni z tego użytek -- tyle że mając lat naście łatwo jest przeoczyć, jaki właściwie :-).

      Natomiast "skrzywdzony Stach" jednak nadal, w moim odczuciu, w "Lalce" występuje: bo to jest portret tego, jak bycie niedopasowanym do społeczeństwa -- czy raczej: poczucie takiego niedopasowania -- może człowieka w życiu urządzić. I pod tym względem to jest świetnie napisana postać. Pamiętacie tę scenę "wydobywania się" z piwnicy? Majstersztyk!

      Usuń
  3. Czytając ,,Lalkę" starałam się ze wszystkich sił nie widzieć tego wątku miłosnego. Oczywiście chcąc nie chcąc on gdzieś tam żył, ale wolałam go w ogóle nie poznać. Moim zdaniem był po prostu nietrafiony - serio, gość raz ja widzi i nagle wielka miłość? I to w wieku, w którym oczekiwałoby się po człowieku już trochę rozsądku? Robi z siebie idiotę dla jakiejś wymyślonej chyba tylko przez siebie miłości. Wokulski jest bohaterem na tyle sympatycznym i intrygujący, ze nie potrafiłam polubić ,,Lalki" po prostu dlatego, że wolałabym go widzieć w całkiem innej kondycji.
    Co do kobiet, myślę że nie są bardziej stereotypowe niż w innych dziełach z tych czasów i wcześniejszych. Ogólnie w większości książek pisanych przez mężczyzn kobiety są szalenie stereotypowe i nieinteresujące. ,,Lalka" wcale się z tego towarzystwa nie wyróżnia, a jak się ją porówna choćby z Sienkiewiczem, to nawet daje kobietom spory głos. Oburza współczesne czytelniczki, ale która książka ich nie oburza?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja intuicja jest podobna: "Lalka" to nie jest, wbrew utartym opiniom, powieść o miłości. Ta cała "miłość" - cudzysłów zamierzony - jest tu tylko pretekstem, przykrywką. Może dlatego wydaje się abstrakcyjna, niedorzeczna, zwyczajnie głupia?
      Z drugiej strony, nie odbierajmy 45-letniemu mężczyźnie prawa do szaleństwa ;-) Wokulski jest dwoisty i rozdarty. Z jednej strony rozsądny, odpowiedzialny, z głową do interesów, z drugiej: sztubak, zdolny popaść w miłosny obłęd od pierwszego wejrzenia...
      Zgoda: postaci kobiece są w "Lalce" jednowymiarowe. Ale, szczerze mówiąc/pisząc, nie chce mi się wierzyć, że miałoby to wynikać z jakiejś niedoskonałości Prusa jako pisarza, lub też z tendencji epoki. Chciałabym widzieć w tym świadomy zabieg pisarza, który miałby czemuś służyć. Ale - no właśnie - czemu?

      Usuń
    2. To na pewno jest ważne pytanie. Powołuję się na tendencję epoki, bo akurat Prusa nie lubię, z drugiej strony to na pewno jest krzywdzące, zakładać, że on po prostu ,,nie pomyślał". Zastanawiam się nad tym, czy po prostu nie chciał on odwracać uwagi. Bo gdyby zaczął budować skomplikowane postaci kobiece, mniej skupiłby uwagę czytelnika na innej problematyce utworu. Może bał się, że w tak obszernej już powieści głębsza analiza charakterów sprawi, ze czytelnik zgubi się całkowicie i nie zauważy tego, co najważniejsze?

      Usuń
    3. To wydaje się najbardziej prawdopodobne. Bo spójrzmy choćby na Łęcką - zwyczajowo przedstawia się ją jako główną bohaterkę "Lalki", jedna z interpretacji tytułu powieści sugeruje, że "Lalka" to Iza. W konsekwencji rzadko myślimy o Wokulskim w oderwaniu od Łęckiej. A moim zdaniem, jest ona bohaterką drugiego planu. Właściwie wszystko w "Lalce" kręci się wokół Stacha, to on jest epicentrum. A książka staje się (jeszcze) ciekawsza, gdy spojrzy się na nią w ten sposób.

      Usuń
    4. No właśnie, zobaczcie, i sam Wokulski, i jego otoczenie mówi, że jak to, zakochać się w taki sposób w tym wieku? Bo nie że w ogóle się zakochać, mamy kilka starszych postaci w powieści, które wychodzą za mąż/żenią się w późniejszym niż lat czterdzieści wieku (ciotka Rzeckiego, Minclowie) lub zaczynają tracić dla kogoś głowę (przecież jak mocno zakochuje się w Stawskiej Rzecki! Ba, rozmyśla nawet o samobójstwie!).

      A propos tytułu: podobno (znowu profesor Markiewicz) hipoteza o Izabeli-lalce to późniejsza interpretacja. Tytuł przyszedł do Prusa wraz z procesem o lalkę, który w powieści "spiął" mu ją w jedno ;-).

      Usuń
  4. Czytając Waszą, notabene bardzo ciekawą, dyskusję doszłam do wniosku, że kompletnie inaczej odebrałam "Lalkę", gdy czytałam ją przeszło 12 lat temu.
    Żadnej z postaci nie polubiłam. Wokulski denerwował mnie swoją taką biograficzną idealnością (powstaniec, filantrop) i życiową niezaradnością, a właściwie pogonią za jakimiś przedziwnymi ideałami, których nie rozumiem. Izabela była dla mnie taką niepoważną nastolatką (wszak miała tylko 18 lat), która myśli w bardzo ograniczonych kategoriach (finansowych). Z jednej strony marzy o wielkiej miłości romantycznej, a z drugiej jest przyzwyczajona do bogactwa i życia w przepychu, a że niestety Wokulski pod oba jej życiowe ideały nie podpada - jest bogaty, wpływowy, hojny, ale niestety nie posiada już właściwego pochodzenia i jest dużo starszy - to zachowuje się wobec niego z "wielkopańską łaską". Zresztą Izabeli trudno się dziwić, skoro dla własnego ojca stanowi tylko kartę przetargową, który widzi w niej rozwiązanie swoich problemów finansowych. Rzecki jest idealistą i w dodatku ma bardzo naiwne spojrzenie na otaczający go świat, chociaż jest poczciwy.

    Zresztą to, co w "Lalce" najmocniejsze uważam jednocześnie za najbardziej beznadziejne! Aby wytłumaczyć się nieco z tej jakże zagmatwanej, acz odważnej tezy muszę odnieść się znów do bohaterów. Bo przecież mamy w "Lalce" bohaterów z rozmaitych klas społecznych. Mamy mieszczan, w tym kupców (również żydowskich), mamy arystokrację miejską, mamy szlachtę ziemską, a także tych najuboższych, wywodzących się z warstwy najniższej. Taki przekrój przez te rozmaite warstwy pozwala autorowi pokazać nam zwyczajne życie epoki, możemy spacerować wręcz po Warszawie końcówki lat '70 XIX wieku. A jednocześnie tak bardzo uwiera mnie ten podział społeczny. Arystokracja kojarząca się z pięknem i wysokimi manierami jest gnuśna, zubożała, przepuszczająca resztki majątku na życiu ponad stan. Mieszczanie natomiast, którzy bogacą się dzięki swojemu sprytowi (oczywiście nieliczni) i coraz częściej wchodzą w rozmaite układy z arystokracją, wciąż nie mogą liczyć na równe traktowanie. No niby arystokraci spotykają się z mieszczanami, załatwiają z nimi interesy, niejednokrotnie pożyczają pieniądze, może nawet wchodzą w związki małżeńskie, ale jednak to wszystko nie sprawia, że zasługują na szacunek arystokratów. I ta właśnie społeczno-obyczajowa jest najmocniejszym elementem "Lalki", pozwala nam się odnaleźć w fabule i atrakcyjnie ją urozmaica. A jednocześnie patrzymy na tych wszystkich bohaterów i nie chcemy mieć z nimi nic wspólnego. Wszyscy bohaterowie zatem mnie niestety całkowicie odrzucali od siebie.

    Oczywiście wśród tych wszystkich ludzi Wokulski jawi się, jako takie światełko w tunelu, bo przecież należy do mieszczan, ale jest zaradny i nie daje się zgnieść arystokracji (chociaż przecież właściwie oni nim sterują). Jak uczy nas jednak Prus nie warto być zaradnym mieszczaninem w Warszawie XIX wieku, nie warto zakochiwać się w arystokratce, ani tym bardziej jej pomagać finansowo. A co wobec tego radzi nam autor? Właściwie nic. Idealiści umierają, romantyczni-pozytywiści wpadają w depresje, młodociane arystokratki muszą zaszyć się w miejscach odosobnienia.

    I to jest największa moim zdaniem wada tej książki. Brak jakichkolwiek wniosków czy morałów. Nie wyciągają ich bohaterowie, nie wyciąga ich też czytelnik. Kurczę, jednak smutna to książka, bez wiekszego przesłania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niewątpliwie, książka jest smutna - wręcz depresyjna. Ale nie zgodzę się, że to historia bez morału. Jej przesłaniem jest dla mnie smutek właśnie. Bo o czym jest "Lalka"? O tym, że życie to beznadziejna walka, która polega na utracie złudzeń i desperackich próbach godzenia się na to, na co się zgodzić nie sposób... Cenię ją za to, że nie owija w bawełnę, nie przedstawia XIX-wiecznej Warszawy jak z bajki, tylko rysuje ją taką, jaką niewątpliwie była (i jaką jest, śmiem twierdzić, do dziś). Zapisałam sobie cytat - niestety bez informacji, kto wypowiada te słowa (stawiam na Ochockiego lub Szumana): "To jest miasto karierowiczów, między którymi istotny badacz uchodzi za gbura albo wariata. Ludzie uczą się nie dla wiedzy, ale dla posady; a posadę i rozgłos zdobywają przez stosunki, przez baby, przez rauty, czy ja wiem wreszcie przez co!" (s. 347). A poglądy Szumana na ludzi? Że nawet między zwierzętami nie znajdzie się takich bydląt, jak oni? A Starski, który nie ukrywa, że prędzej ożeniłby się z Chinką lub Japonką, niż z "gołą panną"?
      "Lalka" rozbiła w pył moje naiwne przekonanie, że "kiedyś było inaczej", a interesowny, egoistyczny człowiek to "wynalazek" naszych czasów.
      Co do Wokulskiego - według dzisiejszych (i ówczesnych) standardów to był bardzo zaradny chłopak. Człowiek sukcesu! Dorobił się majątku, potrafił go pomnażać, utrzymywał sklep. A że ulokował uczucia nie tam, gdzie powinien? Serce nie sługa, wiadomo. Ale może to również przestroga? I morał?
      PS Łęcka, według mojej pamięci, miała lat 25. Czyli, jak na tamte czasy, nie była już pierwszej świeżości ;-)

      Usuń
    2. Ja może po tej książce oczekiwałam właśnie jakiejś takiej recepty na to, jak żyć, aby uniknąć takich rozczarowań, czy też jak nie dać się wciągnąć w taką pułapkę, w jaką wpadł Wokulski. Fakt faktem, że dawna Warszawa nie różni się od obecnej (chociaż ja mieszkam w Krakowie i wciąż mam nadzieję, że "miasto karierowiczów" to może tylko plotka?), ale to chyba właściwość każdego dużego miasta z długą historią. Tak, jak "Wesele" Wyspiańskiego jest super uniwersalną diagnozą społeczności krakowskiej (jak i ogólnopolskiej).

      Mnie zapadło w pamięci, że Izabela miała 18 lat. Ale tak jak wspomniałam czytałam "Lalkę" 12 lat temu, więc możliwe, że coś pomieszałam :)

      Usuń
    3. Claudette, mnie się wydawało bardzo podobnie, aż nie przeczytałam tej "Lalki" ponownie. To bardzo ciekawe doświadczenie, bo pozwala się skonfrontować z wrażeniami z nastolęctwa, teraz część rzeczy odebrałam inaczej, wyłowiłam też takie, o których nawet nie sądziłam, że tam są ;-).

      No i Wokulski nie jest mieszczaninem. Jest kupcem, owszem, ale ze "starej szlachty" i to dla wielu bohaterów argument przetargowy. A Łęcka faktycznie jest po połowie dwudziestki, zastanawia się nawet, czy to już ten moment, kiedy "wychodzi z rynku" i sądzi, że jeszcze nie (choć otoczenie zdaje się mieć inne zdanie). A przy okazji: no właśnie, a co sądzicie o tym, że Prus wysyła Izę do klasztoru?

      No i zgodzę się, "Lalka" jest smutna -- ale czy nie ma w niej przesłania, morału, wniosków? Tutaj się nie zgodzę i zapytam prowokacyjnie: no a co z tym otwartym zakończeniem ;-)?

      Usuń
    4. Claudette, wielkie miasta jako ludzkie zbiorowości są "winne" temu tylko, że wyzwalają pewne zachowania, które są nieodłączną częścią ludzkiej natury. Paryż, Krym, Warszawa, bez różnicy.
      Pyzo, jeśli o to chodzi, pozwolę sobie zostać niepoprawną optymistką z gatunku Ignacego R. :-) Stach przeżył, wyjechał "przez Indie do Chin i Ameryk". Co tam robił, czy znalazł szczęście w miłości - nie wiem. Boję się, że nie. Ale nie chcę myśleć, że przez Łęcką życie sobie odebrał. To jest sprytnie w zakończeniu powieści powiedziane - i o Wokulskim, i o Łęckiej - żeby czytelnik mógł sobie wybrać, w co chce wierzyć: że pogłoski, że ponoć słyszano (ale nie wiadomo, kto słyszał), podobno, rzekomo itp. W Łęcką i ten jej klasztor nie jestem w stanie uwierzyć. Chyba, że na "chwilę" tylko poszła, nerwy uleczyć.

      Usuń
    5. Mnie się podoba to, że nie wiemy, co się stało z Wokulskim: przeżył, nie przeżył -- otwarte zakończenie przywołałam w kontekście tego morału lub jego braku. To, że Prus niby daje nam dowody, ale każe w nie też wątpić sprawia, że wymowa "Lalki" staje się jednak wielowymiarowa. Nie na zasadzie "wybierzcie sobie, co się wam podoba", ale na zasadzie "możecie iść taką ścieżką, taką albo taką -- dla każdej znajdziecie uzasadnienie".

      Natomiast co do Łęckiej: czy tego aby nie wiemy na pewno? Mówi o tym przecież Ochocki, którego to usunięcie się Łęckiej w cień zasmuciło: rozpatrywał to jako, zdaje się, między innymi zmarnowaną szansę, by mogła zrobić coś dobrego.

      Usuń
    6. Książkę czytałam w październiku/listopadzie, a już mi się w pamięci zatarło, czy Łęcka i klasztor to informacja pewna, czy zasłyszane przez któregoś z bohaterów plotki. W każdym razie, chodziło mi o to, że to dobrowolne odosobnienie do panny Izy mi nie pasuje. Wcale!

      Usuń
  5. Nie wytrzymałem, "ewidentna ewolucja bohaterów" to jakieś nieporozumienie - przecież powieść kończy się tak jak się kończy dlatego właśnie, że bohaterowie pozostają niezmienni i to prowadzi do dramatu. Wokulski ciągle pozostaje tym samym romantykiem jakim był za czasów studenckich - twardo stąpający po ziemi realiści tak nie kończą, a Izabela? Tak jak ją poznaliśmy, ciągle pozostała dumna i usuwa się do klasztoru by zejść z ludzkich oczu i nie być wystawioną na ludzkie języki. Nie kończy jako kokietka - przecież nią była cały czas wystarczy przypomnieć jej rozmowę z panną Florentyną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja miałam wrażenie, że Izabela nie poszła do klasztoru dlatego, żeby się usunąć w cień. Ona chyba naprawdę zdała sobie sprawę, że przyczyniła się do (domniemanej) śmierci Wokulskiego. Odeszła do zakonu, by uciec przed spojrzeniami mężczyzn, których mogłaby podobnie zwieść. Wcześniej chyba nigdy nie zdała sobie naprawdę sprawy, jaką krzywdę wyrządza. Nie traktowała Wokulskiego poważnie i nie sądziła, że on ją głęboko kocha. Ani przez moment nie zauważyłam u niej kokieterii, raczej pewną młodzieńczą głupotę.

      Choć może to mój nadmiar dobrej woli ;)

      Usuń
    2. W rozmowie z Florcią, Izabela wykłada swój stosunek do płci brzydkiej a z jej rozmowy z ciotką dowiedzieć się można jak wyglądało to w praktyce przed powrotem Wokulskiego z Bułgarii. Nie wydaje mi się, że Izabela nagle doznała iluminacji i wyrzutów sumienia, to raczej zejście z pola rażenia ale co do tego, zdaje się, jesteśmy zgodni.

      Usuń
    3. Marlow, szukałam, szukałam powyżej cytatu o "ewidentnej ewolucji bohaterów" i nie znalazłam.
      Uważam, że Wokulski (jako jedyny) zmienia swoje postrzeganie świata, dojrzewa. Pod koniec nie myśli o Izie inaczej, niż jak o próżnej kobiecie, która zajmowała się jedynie balami, rautami, koncertami, strojami. Pustej, bezwstydnej kokietce (nazywa ją nawet "Messaliną przez imaginację").
      Powieść ma, moim zdaniem, zakończenie otwarte - i to, której wersji zdarzeń czytelnik jest skłonny dać wiarę, zależy od tego, co powyżej. Chcę wierzyć, że Wokulski otrzeźwiał i wyjechał do tych "Ameryk". A narrator mi na to pozwala, bo powieść wcale "nie kończy się, jak się kończy" ;-)

      Usuń
    4. Teza o ewidentnej ewolucji bohaterów pochodzi z pierwszej wypowiedzi Pyzy "I nie chodzi mi tutaj o ewolucję bohaterów – ta jest ewidentna – (...)". Wokulski już znacznie wcześniej zdawał sobie sprawę z tego jaka jest Izabela ale serce swoje a rozum swoje. Przyłapanie Izabeli in flagranti, też tego stanu w zasadniczy sposób nie zmienia bo przecież cierpi.
      Oczywiście możemy wierzyć w wersję starego, niepoprawnego romantyka jakim jest Rzecki, ale jakże przecież mylący się co do ludzi i swoją hipotezę wysnuwający wbrew faktom, jednak wersja, do której skłania się Schumann jest niestety znacznie bardziej prawdopodobna.

      Usuń
    5. Och nie, ja będę bronić sprawy ewolucji bohaterów: oni się zmieniają (na przykład kwestia poglądu na kobiety u Wokulskiego, postać Rzeckiego i jego zakochania, czy nawet subiekci ze sklepu -- najbardziej chyba zmienia się Szlangbaum), zmieniają się ich poglądy, a nawet przy przyjęciu, że Wokulski zdaje sobie wcześniej sprawę z zachowania Łęckiej (z czym się zresztą zgadzam), to jednak dojrzenie tego, co skrywa przed nim zasłona emocji, jest rodzajem ewolucji ;-).

      Usuń
    6. To są tylko gołosłowne stwierdzenia. Stosunek Wokulskiego do kobiet ciągle jest taki sam - dlatego przecież został tak głęboko zraniony. Rzecki dostrzegał uroki pań także zanim poznał panią Stawską, tyle że zawsze był safandułą w relacji z nimi, co też się zresztą nie zmieniło. Szlangbaum nie ewoluuje tylko powraca do korzeni, wrócił do rodziny i środowiska, z którego się wywodzi. Co do stosunku Wokulskiego do Izabeli, to pierwsze słyszę, żeby przyłapanie in falgranti narzeczonej było określone mianem ewolucji ale zawsze się czegoś nowego człowiek dowiaduje :-).

      Usuń
    7. Marlow, Wokulski ewidentnie przechodzi wszystkie etapy obłąkańczej miłości: od zaślepienia do tego, co zwyczajowo nazywa się "przejrzeniem na oczy". Najpierw tylko "kocha" (cudzysłów zamierzony). Potem spiera się sam ze sobą, czy Iza jest próżną damą, jakich wiele (i jak widzi ją jego bliscy), czy zagubioną duszą - podobną do niego. A na koniec dochodzi do wniosku, że jest pusta, głupia, zła. Że rozmowy, jakie z nią prowadził, były o niczym. Mam gdzieś cytaty ilustrujące tę przemianę.
      A to, że cierpi, wcale nie świadczy o tym, że jego stosunek do Izy nie uległ zmianie. Ujrzenie obiektu westchnień w prawdziwym - najczęściej niekorzystnym świetle - cierpienia wcale nie umniejsza. Wręcz przeciwnie.
      Rzecki wysnuwa hipotezę, że jego przyjaciel przeżył - wbrew faktom? W zakończeniu dostajemy jedynie pogłoski i plotki - wykluczające się zresztą wzajemnie. Wobec tak przedstawionych powieściowych "faktów", równie prawdopodobne jest założenie, że Wokulski odebrał sobie życie, jak i przyjęcie, że upozorował własne samobójstwo.

      Usuń
    8. Wokulski od dawna zdaje sobie sprawę z tego jaka jest Izabela (choć nie przypuszczał najgorszego) - choćby podczas obiadu u Łęckich, gdy mówi do siebie "Widzę, że odkocham się tu przed końcem obiadu...". Tak jak pisałem, serce swoje a rozum swoje i tak przez całą powieść.
      Po całej awanturze, gdy już nie mógł się dłużej oszukiwać mówi "Tak pogardzam i... jeszcze ją kocham!" - nikt nie popełnia samobójstwa z powodu kobiety dlatego, że jest mu obojętna albo jej nienawidzi. W grę wchodzi zranione serce w zawiedzionej miłości, a serce Wokulskiego jest ranione od początku.
      Co do zakończenia - człowiek, który już wcześniej dokonał nieudanej próby samobójczej kupuje materiał wybuchowy i niszczy miejsce, w którym przeżywał zakończone katastrofą miłosne uniesienia, zostawia testament, znika bez śladu i nie daje znaku życia - czy coś z tego wskazuje na podróż do Indii, Chin, Ameryki czy Francji? To są pobożne życzenia Rzeckiego, kwestia jego wiary ale nie wiedzy, niestety. I wypada tylko powtórzyć za Schumanem "Swoją drogą, nie przysiągłbym, że pan nie masz racji, chociaż... ja w to nie wierzę".

      Usuń
    9. Ciała, tudzież jego fragmentów, nie znaleziono. Jest nadzieja, że chłop poszedł po rozum do głowy i pojechał zaczerpnąć świeższego powietrza. Był zaradny i obrotny - żaden problem upozorować swą śmierć. Zwłaszcza, że mógł przypuszczać, że wszyscy chętnie uwierzą, że odebrał sobie życie.
      Nie pamiętam, kto wypowiada te słowa - Szuman chyba? - że po miłosnym zawodzie niektórzy palą pamiątki i liściki; inni, jak Stach, obracają w perzynę miejsce, w którym przeżywali romantyczne chwile. Kwestia stylu ;-)
      Natomiast, już całkiem poważnie, po przeczytaniu "Lalki i perły" Tokarczuk, wolę odczytywać powieść Prusa jako historię o dojrzewaniu, utracie złudzeń, poszukiwaniu dla siebie miejsca na świecie. W tym ujęciu wątek miłosny schodzi na dalszy plan. Podobnie jak przekonanie o tragicznym finale Wokulskiego.

      Usuń
    10. Ależ Rzecki to nie jedyna postać, która dostarcza nam dowodów (i powodów, by w nie wątpić) w zakończeniu! Tam się zbiera przecież całe konsylium, półprawdy i plotki przeplatają się z dziwnymi zbiegami okoliczności (czemu Ochocki potrzebuje pieniędzy, by wyjechać, skoro blaszka Wokulskiego została zgubiona? w co wierzy, czy aby nie jest z kimś domówiony na wyjazd do Paryża? i tym podobne), które każą wątpić. Siłą "Lalki" jest to, że trudno się okopać na jednej pozycji co do jej zakończenia! To znaczy można, ale nie zapierałabym się, to ma rację.

      Natomiast rozumiem, Marlow, ten sposób czytania postaci Wokulskiego, ale nie jest to jedyna możliwość, podobnie jak z otwartym zakończeniem (i nie, nie są to tylko gołosłowne twierdzenia) -- owszem, on zdaje sobie sprawę, że może wybranka jego serca nie jest najdoskonalsza. Ale dojrzewa w nim ta decyzja, by się przekonać -- nie przychodzi przecież od razu. Kobiety też Wokulski zaczyna traktować inaczej (rozgoryczenie dochodzi w nim w pełni do głosu dopiero w rozmowie z Wąsowską, wcześniej jednak waha się między "wierzyłem w poetycki obraz" i "ożeniłem się dla pieniędzy" -- co zresztą między innymi nie pozwala mu w pełni potępiać Izabeli -- nie ma w nim zaś jeszcze mizogina, nim się dopiero stanie).

      Usuń
    11. To Rzecki powiedział, że to "Kwestia temperamentu (...) Jedni odsyłają pamiątki, a on swoją wysadził w powietrze..." (bo chyba o ten cytat Ci chodzi), to prawda wysadził, tyle że najprawdopodobniej także i siebie zupełnie niepotrzebnie.
      Nie mam jakoś przekonania do współczesnych odczytań, za bardzo, jak na mój gust, odrywają się od tekstu. Odczytanie "Lalki" jako historii o dojrzewaniu i poszukiwaniu dla siebie miejsca na świecie traktuję jako nieporozumienie, bo jedyną osobą, która dojrzewa jest chyba Marianna Węgiełek, a jedyną osobą usiłującą znaleźć sobie miejsce jest Ochocki, no i może jeszcze Maruszewicz :-)

      Usuń
    12. Pyzo, trzymajmy się faktów - testamentu i listu Węgiełka. Reszta w tym opowieść o podróży dookoła świata to właśnie plotki. Możemy wierzyć faktom albo plotkom.
      Rzecz w tym, że nie ma żadnych dowodów na to by Ochocki miał do Paryża udać się razem z Wokulskim, a blaszka nie była jedynym odkryciem Geista.
      Wokulski mizogin - to zupełne nieporozumienie, warto przypomnieć sobie jego spotkanie z panią Wąsowską już po awanturze w pociągu no i to jego wyznanie Schumanowi "ogromne wrażenie robią na mnie kobiety..." Jak na mizogina bardzo oryginalne :-)

      Usuń
    13. Marlow, tak, to ten cytat, dziękuję. Rzecki to jednak łebski facet był. A na marginesie: nie wiedziałam, że z Ciebie taki romantyk, z zamiłowaniem do tragicznych finałów ;-)
      Nie wiem, jak ma się sprawa ze współczesnymi odczytaniami dawnych lektur, ale akurat "Lalka i perła" twardo trzyma się litery tekstu. No i oczywiście, że Wokulski poszukuje dla siebie miejsca w świecie! Sprawdza się, próbuje, przede wszystkim - działa, jest aktywny. Nie odnosi sukcesu, bo Łęcka pozostaje poza jego zasięgiem, ale nie o finał chodzi, a o drogę, którą trzeba przejść. Trudno pogodzić mi się z tezą, jakoby dzieło życia Prusa - bo tak chyba można "Lalkę" nazwać - było historią niespełnionej, urojonej "miłości", i niczym więcej. Tokarczuk pisze, że ta powieść "jest czymś więcej niż sekwencją perypetii neurotycznego mężczyzny (...), w sposób symboliczny mówi o drodze, którą trzeba przejść. Z różnym skutkiem". I ja się z nią zgadzam. Odczytywanie tej książki wyłącznie przez pryzmat romantycznych urojeń mężczyzny po przejściach bardzo ją zubaża.

      Usuń
    14. Zbyt dawno "Lalkę" czytałem, by się w mądry sposób włączyć w dyskusję, ale powyższy wątek przypomniał mi o tym, co o powieści napisał Ryszard Koziołek: "Nikt przed nim ani po nim nie napisał w Polsce powieści, która tak skutecznie pozbawiałaby złudzeń i jednocześnie podtrzymywałaby w nie wiarę."

      Usuń
    15. W punkt :-) (a właśnie "Dobrze się myśli literaturą" zawędrowało do mojego domostwa, już zacieram łapki na lekturę!).

      Usuń
  6. O, wytropiłam;) Przede wszystkim – dziękuję, dziewczyny, bo dzięki Wam odświeżyłam wreszcie lekturę:) Przeczytałam Waszą dyskusję i szczerze mówiąc - przychylam się do opinii Marlowa. Też mi się wydaje, że ani Wokulski, ani Łęcka nie przechodzą przemiany. Autor raczej udowadnia, że ludzie noszą różne maski. Izabela rzeczywiście wstępuje do klasztoru, ale z pewnością nie dlatego, że doznała uczuć religijnych i odczuwa wyrzuty sumienia. Raczej przestała być nagle jakąkolwiek partią – stała się zrujnowaną panną, której nie chce nawet kupiec… Wątek miłosny – niby jest - ale co to za miłość? Oboje – Wokulski i Izabela prowadzą grę. Każdy na własnych zasadach. Są jak wektory odwrócone w drugą stronę. Ona chce zdobyć jak najlepszą partię. Wokulski? Oczywiście nie kocha kobiety, lecz wyobrażenie – to już zostało zaznaczone. Ale jakoś tę historię odbieram, że Wokulski nie był na małżeństwo wcale gotowy. On raczej tą Izabelą podświadomie chciał siebie wynagrodzić, a jednocześnie ukarać za pierwsze małżeństwo.
    A jeszcze podczas lektury pomyślałam sobie, że gdy Tołstoj tworzył Kareninę, to na zatracenie ją posłał, ale przynajmniej ją lubił. A Prus nie lubi Izabeli. Pisze o niej z przekąsem, w zasadzie pokazuje, że jest głupiutką gąską. Widać to jasno w scenie z Żydem, któremu wyśpiewała jak na spowiedzi interesy ojca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Olu, mam nadzieję, że będzie więcej podobnych okazji do wspólnego czytania znanych i nieznanych lektur. A "Lalka" jest wprost stworzona do wielokrotnego czytania :-)
      Co do finału Izabeli, zgadzam się z Tobą w 100%. Gdy zdać sobie sprawę, że Łęcka nie poszukiwała nowego życia, że nie doznała religijnego nawrócenia, a klasztor traktowała jedynie jako schronienie - dla siebie i własnej dumy - to ma to sens.
      Z kolei to, co piszesz o Wokulskim, przywołuje mi na myśl inną tragiczną literacką historię: "Niecierpliwość serca" Stefana Zweiga. Tragiczny finał jednostronnego miłosnego zauroczenia chwyta za serce, ale czytelnik zdaje sobie sprawę, że "happy end" byłby zwyczajnie niemożliwy. Podobnie rzecz ma się z "Lalką" - nie wyobrażam sobie, jak inaczej mogłoby skończyć się ewentualne małżeństwo Wokulskiego i Łęckiej, jeśli nie skandalem i rozwodem.
      To prawda, Prus ewidentnie nie lubi swojej bohaterki. Zobacz, jak bardzo różnią się te dwie Izabele - ta narratora i ta, którą widzi Wokulski (przynajmniej na początku swego miłosnego "obłędu"). Ale, mimo tego, czytelnik nie ma większego problemu, w którą z nich uwierzyć. I najczęściej - tak mi się zdaje - przychyla się do wersji narratora.
      I jeszcze jedna sprawa, która nie daje mi spokoju. Dlaczego Prus zakończył "Lalkę" tak, a nie inaczej? Dlaczego nie urządził Wokulskiemu pogrzebu, nie pozostawiając wątpliwości? Może miał w planach dopisanie sequelu? Jestem więcej niż pewna, że w kolejnym takim tomie, gdyby rzecz jasna powstał, Wokulski cudownie by ożył ;-)


      Usuń
    2. Co do kontynuacji: Prus snuł plany, by napisać powieść science fiction o Wokulskim i Ochockim w laboratorium Geista poszukujących metalu lżejszego od powietrza. To wynikało trochę z jego postępującego rozczarowania pozytywizmem i rzeczywistością jako taką, czekaniem na takie "tąpnięcie", które w jakiś sposób tę rzeczywistość wreszcie uleczy. Natomiast, choć z sf próbował, takiej powieści ostatecznie nie napisał. A jednak (powołuję się na Markiewicza) to zaważyło na konstrukcji "Lalki": wszystko zmierza do śmierci Wokulskiego, a jednak ostatecznie autor dorzuca chwyty, które każą nam w nią wątpić.

      I tu dochodzimy do jeszcze jednej arcyciekawej rzeczy w naszej całej rozmowie: Prus jest na tyle przekonujący, że mówimy o "faktach", podczas gdy mamy jednak do czynienia ze światem tekstowym, zaprojektowanym przez autora, czyli jeśli dorzuca nam różnego rodzaju "zmyłki", to robi to celowo, by coś nam jednak kazało wątpić i doszukiwać się ;-).

      Usuń
    3. Muszę przeczytać Markiewicza - widzę, że skupia się na, nomen omen, faktach, podczas gdy "Lalka i perła" jest właściwie wyłącznie poświęcona interpretacji dzieła.
      Tak, też zwróciłam na te "fakty" uwagę :-) Świat "Lalki" jest wyjątkowo sugestywny! Ale, ale, a propos sugestii: w którą wersję "faktów" wierzysz, Pyzo? Co się stało z Wokulskim?

      Usuń
    4. Jestem tym niewdzięcznym czytelnikiem, któremu po prostu podoba się możliwość, że stało się to albo tamto -- i wcale mnie nie kusi, żeby stwierdzić, co stało się na pewno. Te możliwości są po prostu za dobrze wpisane w "Lalkę", żebym jednoznacznie przesądzała o losie Wokulskiego ;-).

      Usuń
    5. Co do planów Prusa - to czytam o nich u Was dopiero, ale poza możliwością zostawienia sobie furtki na przyszłość - jest jeszcze możliwość, że Prus po prostu potraktował czytelnika w taki sposób, żeby się poczuł jak wszyscy pozostali bohaterowie książki - wszyscy z otoczenia Wokulskiego. Dlaczego tak musi być, że zawsze czytelnik wie więcej od bohaterów? Że zna myśli narratora wszechwiedzącego? Tym razem po prostu nie dostaliśmy się na ten poziom, tkwimy w niepewności, jak całe ówczesne społeczeństwo... To przecież też oryginalne zakończenie. Niby zakończenie, bo jak widać - nie potrafimy przestać myśleć o tej historii;)

      Usuń
    6. O, bardzo mi się podoba ta interpretacja! Bo rzeczywiście, czemu czytelnik ma być na pozycji o oczko wyższej od bohaterów? Niech też się pogłowi. Albo -- w zależności od nastawienia -- niech zajmie swoją pozycję w tym sporze :-).

      Usuń
    7. Pyzo, każdy czytelnik jest dla pisarza wdzięczny ;-) Ale fakt, że satysfakcjonuje Cię brak wyraźnego zakończenia jest z pewnością nietypowy :-) Osobiście wolałabym w i e d z i e ć, a nie gubić się w domysłach.
      Olu, zakończenie jest oryginalne, bardzo. Prus jawi mi się jako wytrawny psycholog, który skonstruował finał swego dzieła w taki sposób, żeby czytelnik nie mógł o nim zapomnieć :-)
      Ale zastanawiające są w nim nie tylko losy Wokulskiego. Sama wymowa powieści, jej głęboki pesymizm i smutek - to też ciekawe. Osobiście tzw. smutne książki uwielbiam, ale z uwagi na dziejowy moment, w którym "Lalka" doczekała się publikacji - czy nie można było oczekiwać historii o nieco innej wymowie? "Ku pokrzepieniu serc", umocnieniu narodowego ducha? O ile się nie mylę, ten powieściowy pesymizm "Lalki" był częstym zarzutem stawianym pisarzowi przez jemu współczesnych.

      Usuń
    8. Marto, mnie się wydaje, że to nie działa zawsze -- ale u Prusa jest to tak dobrze napisane (ten cytat, który przywołał Qbuś idealnie to oddaje), że zupełnie mi to nie przeszkadza. Myślę, że jednoznaczność odebrałaby "Lalce" dużo uroku. Prus zresztą umiał pisać tak, że czasami trudno się domyśleć, po jakiej "stronie" stoi -- jego "Kroniki" są tutaj też dobrym przykładem :-).

      A wiecie, czytałam ostatnio jedną z mów Zofii Nałkowskiej, z lat trzydziestych, i ona pisze tam, że pisarz piszący (wybaczcie te powtórzenia) ku pokrzepieniu serc czytelnika oszukuje. Bo powinien dać czytelnikowi przestrzeń, by sobie wyrobił własne zdanie na temat tego, co przedstawione, a nie dawał jednoznaczną interpretację. I mi się wydaje, że w "Lalce" coś takiego Prus osiągnął (i dzięki temu można się o nią też spierać). Zresztą to rozczarowanie Prusa pozytywizmem też w "Lalce" widać, chociaż nie jest to powieść aż tak przygnębiająca moim zdaniem -- w ogóle zupełnie nie pamiętałam, że to taka historia upadku, kojarzyła mi się po pierwszej lekturze raczej pozytywnie, więc teraz nieźle mnie to zaskoczyło ;-).

      Usuń
    9. Z tego wszystkiego nabrałam ochoty na kolejną książkę Prusa. Chyba wezmę się za "Emancypantki"! :-)
      Miałam tak samo: wiele lat temu odebrałam "Lalkę" jako opowieść o nieszczęśliwej miłości - tylko tyle (i aż tyle). Dziś widzę, że życiowe nieszczęście Wokulskiego jest, niestety, dużo większe i bardziej złożone niż niefortunnie ulokowane uczucie...

      Usuń
    10. Zdecydowanie, sama się od jakiegoś już czasu przymierzam do "Emancypantek"! :-)

      Ano właśnie: zastanawiam się, na ile takiemu odczytaniu sprzyja recepcja "Lalki", taka popularna, gdzie jest to powieść o nieszczęśliwej miłości Wokulskiego do Łęckiej, a na ile to, że "Lalka" jest jednak od lat lekturą szkolną, omawianą pod określonymi kątami.

      Usuń
    11. Uwierzycie, że ja też przeglądałam ostatnio, co by tu jeszcze Prusa przeczytać i zdecydowanie wybrałam "Emancypantki"?

      Też się zastanawiałam Pyzo, na ile na odbiór pierwszej lektury "Lalki" wpłynęło to, że jest to obowiązek szkolny. Tym bardziej, że moje oldskulowe wydanie z 1982 roku zawiera ponad 100 stron posłowia (autorstwa Henryka Markiewicza) i aneksu (z tekstami samego Prusa, pierwszych krytykach i późniejszych analiz powieści). Przeczytałam je, mam nawet notatki na marginesie, ale jakoś wyparłam z pamięci wiele kwestii tam omawianych, jak np. rozczarowanie Prusa pozytywizmem, które dzisiaj uważam za szalenie interesujące.

      Usuń
    12. Może jakaś wiosenna wspólna akcja z "Emancypantkami" :-D?

      No właśnie -- mnie lektura Markiewicza pomogła kilka kwestii usystematyzować. Podobnie jak Ty zupełnie nie zwróciłam w szkolnej ławie uwagi na to rozczarowanie pozytywizmem; tak samo jak na kwestię żydowską czy na podejście Prusa do nauki. Jasne, pamiętałam, że to świetny portret Warszawy, ale niewiele poza tym ze spraw, nazwijmy to, przewijających się na kartach "Lalki".

      Usuń
    13. Tak, tak. Przeczytajmy wspólnie! Ja się dostosuję, może być w marcu, może być w maju. :)

      Usuń
    14. O, ja bym była za majem! Marto, piszesz się też :-)?

      Usuń
    15. Cudownie się składa, czytajmy! Houellebecq w kwietniu, Prus na bis - w maju? :-)

      Usuń
    16. Rewelacja :-). Dziewiętnasty maja to rocznica śmierci Prusa, może by tak na wtedy?

      Usuń
    17. Ja jestem za 19 maja! W kwietniu awanturujemy się o te gorszące "Cząstki"?!

      Usuń
    18. Taki jest plan :-). A czy Ty Marto też jesteś za 19 maja?

      Usuń
    19. Oczywiście :-) 19. maja zapisany podwójnie: w pamięci i w kalendarzu ;-)

      Usuń
  7. Wokulski jest bezsprzecznie głównym bohaterem "Lalki". Z jednej strony mocno stąpającym po ziemi, potrafiącym zarabiać pieniądze, zdającym sobie sprawę z ograniczeń, norm społecznych, oczekiwań innych i obowiązujących konwenansów, z drugiej totalnym marzycielem. Bo czym innym jest jego zainteresowanie nauką, udział w powstaniu a w końcu "zakochanie" w Izabeli? Na tle wszystkich pozostałych bohaterów wyróżnia go jednak to, że działa i próbuje te marzenia realizować. To, że mu się nie udaje jest powodem jego załamania. I postawię tu śmiałą tezę, że Wokulski rzucał się pod pociąg nie tylko z powodu Łęckiej, ale dlatego, że była to w jego życiu kolejna już porażka. (A gdybym chciała sięgnąć po ultrawspółczesną interpretację napisałabym, że wręcz popadł w depresję).
    Zgadzam się z Martą, która pisze o miłości i kochaniu Wokulskiego w cudzysłowiu, bo on nie chciał Izabeli Łęckiej, on pragnął idealnej kobiety, pięknego uczucia. Dlatego od początku ten romans skazany jest na niepowodzenie.
    Zastanawiam się też, czy jednowymiarowość postaci drugo- i trzecioplanowych nie służy właśnie (jak już to było wspomniane) skupieniu uwagi na Wokulskim, a jednocześnie umownym opisaniu tła społecznego. Trochę na zasadzie postaci-symboli i może przez to większości postaci po prostu nie da się lubić.
    Uwielbiam też zakończenie „Lalki” i uważam, że podkreśla reportażowy charakter powieści. Sienkiewicz pisał ku pokrzepieniu serc przekonując, że świat da się zmienić. Będziemy walczyć i wygramy. Prus bardziej opisuje „jak jest” i mówi, że możemy nic nie robić, bo jest dobrze (jak Izabela), wierzyć, że przyjdzie Napoleon i nas zbawi (jak Rzecki) albo spróbować coś zmienić (jak Wokulski) nie mając jednak gwarancji, że odniesiemy sukces. Dość rzadkie podejście w literaturze czy wręcz kulturze polskiej i Prus zostawia każdemu swobodę interpretacji nie określając losu Wokulskiego.
    Czy zwróciłyście uwagę na humorystyczne fragmenty w powieści? Część może nie do końca była zamierzona („Zdawało mu się, że powóz nie jedzie po bruku, ale po jego własnym mózgu”, „Tylko dama w amazonce jeździła śmiało i zręcznie, co Wokulskiemu nasunęło myśl, że na świecie nie ma dla kobiet pozycji ani niewygodnej, ani niebezpiecznej”) ale część to prawdziwe perełki: np. scena w kościele przed licytacją, gdzie Łęcki i Krzeszowska modlą się o zupełnie różne wyniki, sama licytacja czy procesy w sądzie (student ruszający uchem i przybierający trupi wyraz twarzy) czy prześwietna scena w breku (gdy Wokulski jedzie do Zasławka).
    I na koniec temat ważki i zajmujący dużo miejsca w „Lalce” – obraz Żydów. Po ponownej lekturze stwierdziłam, że nie lubię żadnej postaci z powieści Prusa, ale nawet na takim tle Żydzi wypadają bardzo niekorzystnie. Z doktorem Szumanem na czele! Czy to wyraz antysemityzmu, czy po prostu wierne odtworzenie nastrójów panujących wówczas w Warszawie? Z początku Żydzi to spokojne, ważne ale i epizodyczne postaci, nawet doktor nie obnosi się zbytnio ze swoim pochodzeniem. Im jednak akcja rozwija się bardziej, tym bardziej widoczni i bezczelni stają się starozakonni. Wchodzą w sfery życia zarówno mieszczaństwa, jak i arystokracji, a przez cały drugi tom pobrzmiewa złowrogie „to się skończy awanturą”...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skoro drugie czytanie tak bardzo zmienia odbiór świata przedstawionego, ciekawe, jak będzie z kolejnym? Ale jest coś, co pozostało u mnie bez zmian - sympatia do Rzeckiego. Wiem, wiem, naiwny poczciwina, zanurzony po uszy w przeszłości... Ale zarazem wierny przyjaciel, prostoduszny i prostolinijny. Dobrego serca. A i wspomnianego Szumana polubiłam. A przynajmniej: zwróciłam na niego uwagę. Lubię jego trzeźwy, rozsądny osąd świata, bez grama upiększeń. Ta postać zdaje się kwintesencją stylu Prusa (który, niczym Max Kolonko, mówi jak jest ;-)).
      Humorystyczne momenty w "Lalce" uwielbiam! Ale, zamierzony czy nie, humor pełni w powieści ważną rolę: przykrywki dla wymierzonej w arystokrację ironii. Powtórzę przykład z któregoś z powyższych komentarzy: panie Upadalskie i Wywrotnickie, panowie Szastalscy... Cudownie skondensowana kpina!
      Opowiadam się za opcją numer dwa: Żydzi są wpisani w "Lalkę" w sposób, w jaki obecny byli w ówczesnej Warszawie. Co, między innymi, potwierdza reporterski charakter powieści.

      Usuń
    2. Czyli za jakieś dwadzieścia lat czytamy znowu? Jestem ciekawa czy będę miała więcej sympatii np. dla takiego Rzeckiego. Masz rację, że to dobry człowiek i oddany przyjaciel, ale jaki przy tym zaślepiony i naiwny. Charakterologicznie bardziej pasuje mi zadaniowy Wokulski. Tylko że on zirytował mnie tym swoim marzycielstwem i osaczaniem Izabeli. A z kolei Szuman podpadł mi bardzo negatywnymi wypowiedziami o starozakonnych - chociaż tu akurat jestem przekonana, że to świadomy zabieg Prusa, bo takie postawy nie były rzadkością.
      Myślę, że humorem Prus bije we wszystkie warstwy, bo i w Żydów, i w studentów też. Ale nikt przecież nie jest bez wad. :) Mimo tego zgadzam się ze stwierdzeniem, które już padło: "Lalka" to niewesoła powieść.

      Usuń
    3. @Niekoniecznie Papierowa, a czy to, zapytam prowokacyjnie, może być nie marzycielstwo, a próba znalezienia dla siebie grupy społecznej? W powstanie Wokulski rzuca się, kiedy zostaje wezwany, a nikt się jakoś nie garnie -- bo widzi dla siebie szansę, żeby "coś" zaznaczyć. Z nauką -- podobnie. Z Izabelą -- też, gdyby to odczytywać jako aspirowanie do klasy wyższej. Wokulski strasznie przecież chce gdzieś przynależeć.

      O, właśnie, a propos tego idealnego uczucia -- tu też widać tę jego zmianę w mizogina, kiedy Łęcka go rozczarowuje już zupełnie, Wokulski nie stroni od generalizujących uwag o kobietach "jako takich".

      Scena z ruszaniem uchem ("toż to artysta!") to jedna z moich ulubionych. W ogóle Prus-humorysta jest cudowny, te sceny zbiorowe przy zakładaniu spółki! Natomiast Prus-dramatyk (czy jakby to dobrze nazwać) rozwija się z czasem. W pierwszych partiach "Lalki" takie sceny wypadają, moim zdaniem, nieco jednak słabiej od tych mających bawić.

      Co do Żydów -- no właśnie, dobre pytanie! Podobną rozkminę miałyśmy z Tarniną przy "Kronikach". Wydaje mi się, że to jednak nie jest antysemityzm, bo różni się od tego, jak się wówczas pisało o Żydach, Prus próbuje raczej zaobserwować, jak antysemityzm wpływa na obie strony tego konfliktu. Jak sądzicie?

      Będę broniła Rzeckiego -- on nie jest naiwny! On raczej by chciał być, ale zdaje sobie sprawę, że tylko przykrywa stan rzeczy marzeniami. W dzienniku notuje przecież sprzeczne ze sobą fakty, zdenerwowany pisze, że nie wie, w co wierzyć -- widać w nim taki konflikt wewnętrzny, próbę nie oddania idealizowanej rzeczywistości za to, co dzieje się faktycznie... No, a Ochocki, a propos postaci (nie)dających się lubić ;-)?

      Usuń
    4. Dziewczyny, proponuję nie czekać aż 20 lat - jedno czytanie "Lalki" na dekadę byłoby w sam raz ;-)
      Rzecki jest bystrym obserwatorem - gdy wczytać się w jego pamiętniki, doskonale widać jego przenikliwość. Może dlatego ucieka w marzenia - bo widzi, co widzi, i wcale mu się to nie podoba?
      Ochocki nie budzi we mnie specjalnych emocji - ani pozytywnych, ani negatywnych :-) Jest tak owładnięty myślą o swoich wynalazkach, że trudno mi uchwycić - poza tą jedną cechą - jego esencję.

      Usuń
    5. Tak, to jest odczytanie postaci Rzeckiego bliskie mojemu sercu :-). Natomiast mnie Ochocki frapuje jako portret takiego "typowego" roztargnionego naukowca, który jednak wyrywany jest z tego zamyślenia, bo co jakiś czas odkrywa w sobie pasję do czegoś innego -- ot, choćby do powożenia ;-).

      Usuń
    6. Jeżeli chodzi o Ochockiego to mam podobnie jak Marta, żadnych specjalnych emocji. Jak zaczęłam zastanawiać się dlaczego, to zdałam sobie sprawę, że w pamięci mocno zapadł mi obraz Ochockiego widziany oczyma Wokulskiego! Ha! A przecież Stach potrafił pod wpływem zazdrości przedstawiać go w bardzo niekorzystnym świetle.

      Nie mogę się przekonać do Rzeckiego, po prostu nie mogę. Rozumiem Wasze racje, ale pozostaję na nie nieczuła. Może muszę jednak poczekać te dziesięć czy dwadzieścia lat.

      Jeżeli chodzi o rozłożenie humoru i dramatyzmu pomiędzy tomami "Lalki" to się całkowicie z Pyzą zgadzam! Miałam takie wrażenie, że pierwsza część jest trochę lżejsza, a druga bardziej mroczna. Pyza, jak zwykle, potrafiła to dobrze nazwać. Prus-dramatyk zaczyna wygrywać z Prusem-humorystą.

      Jeżeli chodzi o Żydów: Tak, różni się to pisanie Prusa od jednostronnej, zabarwionej ideowo propagandy. I chyba też dlatego zrobiło na mnie tak ogromne i przygnębiające wrażenie. Jest tak przerażająco, reportersko prawdziwe.

      Nad prowokacyjnym pytaniem wciąż myślę, bo chyba nie do końca się zgadzam. ;)

      Usuń
    7. Ano właśnie, to struktura sprawia, że faktycznie dałoby się w ogóle "Lalkę" jako całość czytać jako opowieść o katastrofie (jednostki i społecznej też -- bo przecież, na przykład, ta "awantura z Żydami" to zapowiedź nadchodzącego pogromu). Chociaż ja się trochę jeszcze przed tak kategorycznym jej odczytaniem wzbraniam :-).

      Usuń
  8. Tam, rzecz jasna, kręci lody z Suzinem (bo kto jedzie do Rosji - Suzina spotkać musi :)). Nabywa poglądów politycznych i coś tam spiskuje na boku z trzema łebkami, ale pożal się Boże, cóż to za rewolucja, nawet tych wspólnych żon nie dają rady wprowadzić, a co dopiero mówić o przemianach społecznych. Potem chłopak dorabia się kasy (rzecz jasna, znowu z pomocą Suzina). I na końcu co? Startuje do Stawskiej, która jest od niego starsza i ma sklep. I taki Marczewski jest postacią mniejszego formatu niż Wokulski - ale może dlatego ma szansę na happy end.

    A teraz a propos Suzina - no właśnie, zastanawiam się, na ile to kreacja literacka, na ile niezgrabność fabuły. Bo, widzicie, jakie mętno-niedookreślone są te "wielkie interesy" Wokulskiego? Jakie dziwnie i nienaturalne wręcz jest jego wyobcowanie w świecie biznesu? Wszędzie dookoła tylko drobni sklepikarze, gazele biznesu na miarę Gądek Dolnych, potem długo, długo nic - i Wokulski. A w tle niemieccy fabrykanci i żydowscy handlowcy, co to wiadomo, że nie ma co z nimi wchodzić w interesy (choć w sumie, nie wiadomo dlaczego). Nie ma ten nieszczęsny Wokulski, komu ręki podać. I widać, że drobne biznesy Prus opisuje szczegółowo - wiadomo, czemu Wysoki idzie w górę, jak wraca do Skierniewic; wiadomo, czym zajmuje się Węgiełek; wiadomo, ile ma kasy wdowa, co startuje do Wokulskiego i z czego ta kasa; wiadomo, jak pani Meliton domyka swój bilans; wiadomo, czemu Rzeckiemu awanturuje się drobny dostawca. A te wielkie a zyskowne biznesy Stasia to mgłą tajemnic osnute niczym Izyda woalem. Najbardziej widać to właśnie w postaci Suzina, który robi za magiczną wróżkę, co raz, raz machnie różdżką i już księgi handlowe furkoczą, aż miło, netto sumuje się z tarą i procent leci w górę niczym kolejka na Kasprowy. A najbardziej ta magiczność (i służebność wobec fabuły) wychodzi przy wyjeździe do Paryża. Wszak wiadomo, że bohater wyjechać do Paryża musi - żeby mógł pospacerować po bulwarach, spotkać Geista i wsiąść do balonu. W tle odbywają niby jakieś tam sesje, jakieś tam statki przechodzą z rąk do rąk, jakiś Marczewski załamuje ręce nad rzekomymi zyskami, ale więcej czasu poświęcone jest wizytom u hipnotyzera, rozmowom z "marszałkiem dworu pana Siuzę" i opisom fałszywej baronowej. No więc myślę sobie, czy Prus na wielkich biznesach się nie znał, że nam ich nie dał (nie mówię, że miał wpleść w "Lalkę" drugi "Bank Nucingena", ale choćby skasować enigmatyczność interesów paryskich). Czy może to świadomy zabieg? Bo gdybyśmy mieli ukonkretnione jak na tacy, na czym Wokulski robi majątek, to za bardzo kłułoby w oczy jego osamotnienie i sztuczność tego "biznesmena na pustyni ekonomicznej". I wyszłoby, że trudno, darmo, z kimś musiał chłop te pieniądze robić, potrzebne jest jakieś środowisko, niech będzie żydowskie, niemiecki czy nawet paragwajskie, ale jednym Suzinem daleko się nie ujedzie. No, a wtedy osamotnienie Wokulskiego jako człowieka większego formatu, który patriotą jest lepszym niż książę, biznesmenem lepszej próby niż Szlangbaum, kocha się tragiczniej niż Szuman, a dla nauki poświęca więcej niż Ochocki - no, wtedy ten akcent byłby słabszy i Wokulski nie byłby już takim wyeksponowanym na środku sceny bohaterem, co kwitnie samotnie jak chińska róża na wiosnę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie, Mraczewski to taki "mniejszy Wokulski"! Podobna życiowa droga, nawet rozstaje na niej prawie takie same. Ale zastanawiam się, czy jego happy end wynika jedynie z rozmiaru formatu, przewidzianego mu przez Prusa?
      Wyprawa Wokulskiego do Paryża jest tajemnicza i symboliczna, ale chyba nie tyle (lub: nie tylko) ze względu na "magika" Suzina, ale z powodu przemiany, jakiej doznaje we Francji Wokulski. A interesy, biznesy? Zwykle, gdy podaje się je w tak zawoalowany sposób, sugeruje się jakieś podejrzane sprawki. Ale tutaj bardziej pasuje mi teza o świadomej kreacji, która ma na celu pogłębienie wyobcowania Wokulskiego, podkreślenie jego wyjątkowości.

      Usuń
    2. @Ann-wlkp, jestem fanką tej interpretacji :-D! Świetna jest! I to, że Wokulski się na samym początku pozbywa tego kochającego się w Łęckiej Mraczewskiego pojawia się w zupełnie innym świetle -- i ładnie koresponduje nam wtedy wątek z otwarcia powieści z wątkiem jej zamknięcia. A Prus takie rzeczy lubił -- po to na pierwszych stronach daje nam przecież dróżnika i los jego nieszczęsny ;-).

      Natomiast co do Suzina: im dłużej się z Wokulskim w tym Paryżu pomieszkuje, tym widoczniejsze staje się, że coś te interesa szemrane. Jasne, Rzecki nas zapewnia, że jeśli Stach w tym jest, to nie może to być nieuczciwe, ale sam Wokulski zaczyna się dziwić, czemu Suzin chce mu tyle płacić. Notabene ten brak opisów interesów Wokulskiego to jeden z częstych przytyków wobec "Lalki" -- Markiewicz pisze jednak, że Prus postanowił nie pisać o tym zupełnie świadomie, narażając się na taką krytykę.

      A propos Suzina jeszcze: jak na rosyjskie miasto Warszawa jest zasadniczo pozbawiona postaci Rosjan. Pojawia się tylko ten Suzin, coś jak brat-Moskal, że tak przywołam Mickiewicza. Jak sądzicie, czemu tak jest?

      Usuń
    3. Przytoczę może jako ciekawostkę cytat z samego Prusa: "P.Ś. chce wiedzieć, w jaki sposób rozwijał się handel Wokulskiego, jak były prowadzone księgi itd. Ależ tematem "Lalki" nie jest pytanie, w jaki sposób kupiec czy dostawca może się zbogacić."

      Interpretacja Mraczewskiego jako mniej skomplikowanej wersji Wokulskiego jest bardzo ciekawa. Ja od dawna mam wrażenie, że w literaturze bohaterom prostszym wiedzie się lepiej. ;)

      W "Lalce", mimo tego, że to jest powieść realistyczna jest sporo braków czy też pominięć. Jak zaznaczyła Pyza, w Warszawie nie ma Rosjan a wśród opisywanych warstw społecznych praktycznie nie ma robotników (proletariatu) czy burżuazji (właścicieli fabryk).

      Obstawiałabym, że są to świadome decyzje Prusa, które miały podkreślić to, na czym mu zależało w powieści: zderzeniu dwóch światów, obrazie społeczeństwa polskiego w stanie rozkładu. Dokładanie przemysłowców, robotników czy Rosjan mogło rozproszyć uwagę. No i czy tak nie było bezpieczniej ze względu na cenzurę?

      Usuń
    4. Myślę, że cenzura -- to raz, ale w końcu w "Lalce" spotykamy trochę tego proletariatu na mistycznych zebraniach sprzed czynu, który zaprowadził Wokulskiego na zesłanie, no i mamy jeszcze studentów, bardziej może anarchistów niż socjalistów, ale też pewną odrębną grupę, służącą nie tylko za element komiczny :-). No i Powiśle, drobni robotnicy, którzy się w "Lalce" pojawiają (Wysocki!)... Nie mam pomysłu, czemu miałoby służyć pozbycie się przemysłowców czy robotników na większą skalę: może wtedy postać Wokulskiego wydawała się bardziej wyrazista?

      Usuń
  9. Nie wiem czemu, ale mi początek ucięło:
    A propos postaci ewoluujących - a co powiecie na Mraczewskiego? Mnie on w ogóle z lekka wygląda na taką wersję Wokulskiego w krzywym zwierciadle odbitą. Do Rosji jedzie, ale nie zesłany przez władze, tylko w wyniku nieeleganckiego kłapania paszczą, o czym nie trzeba. Tam, rzecz jasna, kręci lody z Suzinem (bo kto jedzie do Rosji - Suzina spotkać musi :)). Nabywa poglądów politycznych i coś tam spiskuje na boku z trzema łebkami, ale pożal się Boże, cóż to za rewolucja, nawet tych wspólnych żon nie dają rady wprowadzić, a co dopiero mówić o przemianach społecznych. Potem chłopak dorabia się kasy (rzecz jasna, znowu z pomocą Suzina). I na końcu co? Startuje do Stawskiej, która jest od niego starsza i ma sklep. I taki Marczewski jest postacią mniejszego formatu niż Wokulski - ale może dlatego ma szansę na happy end.

    OdpowiedzUsuń